<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Literka - forum literackie pisarzy - Wszystkie działy]]></title>
		<link>http://literka.info/</link>
		<description><![CDATA[Literka - forum literackie pisarzy - http://literka.info]]></description>
		<pubDate>Thu, 09 Feb 2012 11:28:35 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[***]]></title>
			<link>http://literka.info/watek---2223</link>
			<pubDate>Wed, 08 Feb 2012 16:28:41 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek---2223</guid>
			<description><![CDATA[dziś z nieba będą spadały gwiazdy<br />
podniosłem głowę do płuc mi wpadły<br />
oddycham gwiezdnym pyłem.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[dziś z nieba będą spadały gwiazdy<br />
podniosłem głowę do płuc mi wpadły<br />
oddycham gwiezdnym pyłem.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Hi there.]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Hi-there</link>
			<pubDate>Tue, 07 Feb 2012 21:53:21 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Hi-there</guid>
			<description><![CDATA[Cześć wszystkim!<br />
<br />
Jestem młodą pisarką, niestety bardzo rozproszoną przez wszystko, co mnie otacza, dlatego prawdopodobnie miną wieki zanim napiszę coś porządnego od początku do końca, jednak nie poddaję się. Interesuję się fantastyką i filozofią życia i takież elementy występują w twórczości mej. Preferuję pisanie w języku angielskim, ale oczywiście nie tylko. (nie wiem czy można publikować tutaj na forum teksty obcojęzyczne?) Właściwie, to zarejestrowałam się tu w poszukiwaniu poszlak na drodze do odnalezienia znajomego, ale skoro już tu jestem, oprócz przeglądania może i się zdarzy, że podzielę się czymś swoim!<br />
<br />
Pozdrawiam!]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Cześć wszystkim!<br />
<br />
Jestem młodą pisarką, niestety bardzo rozproszoną przez wszystko, co mnie otacza, dlatego prawdopodobnie miną wieki zanim napiszę coś porządnego od początku do końca, jednak nie poddaję się. Interesuję się fantastyką i filozofią życia i takież elementy występują w twórczości mej. Preferuję pisanie w języku angielskim, ale oczywiście nie tylko. (nie wiem czy można publikować tutaj na forum teksty obcojęzyczne?) Właściwie, to zarejestrowałam się tu w poszukiwaniu poszlak na drodze do odnalezienia znajomego, ale skoro już tu jestem, oprócz przeglądania może i się zdarzy, że podzielę się czymś swoim!<br />
<br />
Pozdrawiam!]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Choroby cywilizacyjne]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Choroby-cywilizacyjne</link>
			<pubDate>Tue, 07 Feb 2012 10:13:30 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Choroby-cywilizacyjne</guid>
			<description><![CDATA[Gdzieś się z tym spotkałam, może i tu zadziała dyskusja.<br />
<ul>- alkoholizm<br />
- nikotynizm<br />
- zaburzenia łaknienia (anoreksja, bulimia, otyłość)<br />
- reumatyzm<br />
- cukrzyca<br />
- choroby weneryczne<br />
- nadciśnienie</li></ul>
Co łączy te poniekąd różne schorzenia? Dlaczego nazywamy je „chorobami społecznymi”? Czy zostały nam — prostym ludziom — narzucone? Czy społeczeństwo same jest sobie winne? Kto do tego doprowadził? Jak na człowieka wpływa otoczenie i mas-media?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Gdzieś się z tym spotkałam, może i tu zadziała dyskusja.<br />
<ul>- alkoholizm<br />
- nikotynizm<br />
- zaburzenia łaknienia (anoreksja, bulimia, otyłość)<br />
- reumatyzm<br />
- cukrzyca<br />
- choroby weneryczne<br />
- nadciśnienie</li></ul>
Co łączy te poniekąd różne schorzenia? Dlaczego nazywamy je „chorobami społecznymi”? Czy zostały nam — prostym ludziom — narzucone? Czy społeczeństwo same jest sobie winne? Kto do tego doprowadził? Jak na człowieka wpływa otoczenie i mas-media?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Sagi klanu Ardvasteyn]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Sagi-klanu-Ardvasteyn</link>
			<pubDate>Tue, 07 Feb 2012 00:01:17 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Sagi-klanu-Ardvasteyn</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-family: Times New Roman;"><span style="font-weight: bold;"><span style="font-size: medium;">Rozdział pierwszy - niedokończony</span></span></span><br />
<span style="margin-left:20px"></span>Treijā Vāijā nie była pełną kapłanką. Po prostu ofiarowała część swego życia dla Āchet’ār, by bogini Matka obdarzyła jej klan, Ardvasteyn, pokojem i powodzeniem, o który było niezwykle trudno w czasie wojny. Nikt jej nie zmuszał, zrobiła to z własnej woli. Z powodu swej ułomności, to jest ślepoty, mogła przysłużyć się klanowi jedynie tym i robiła to najlepiej jak mogła. W zamian otrzymywała przychylność Āchet’ār, nawet jeśli ograniczało się to do niezłomnego zdrowia i ogromnej siły woli. Choć Pani nigdy bezpośrednio nie przemówiła do Treiji, to nie zasmuciła tym swojej córki, ponieważ przepełniała ją miłość i wiedziała, że gdy przyjdzie czas, Matka wspomoże ją i jej rodzinę. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Treijā właśnie odprawiała orthros, jak co rano, by podziękować za spokojną noc i prosić o piękny nowy dzień dla wszystkich dzieci Āchet’ār. Z oczu popłynęły jej łzy żalu za grzechy, które zraniły Matkę. Jednak po chwili jej oblicze rozpogodziło się. Modliła się od samego wschodu, aż do chwili, gdy pierwsze promienie słońca musną figurę Pani. Mało która córka miała w sobie tyle samozaparcia, by cały dzień i część nocy spędzić na pracy i modlitwie, i jeszcze zerwać się skoro świt na orthros. Treijā właśnie taka była, czym zasłużyła sobie na miłość Āchet’ār i wielki szacunek innych córek, a nawet samej przełożonej, która po trudach kierowania współnotą padała na łoże wraz ze zmierzchem, nie uczestnicząc nawet w nabożeństwie wieczornym.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Tego dnia Treijā nie była sama. W tyle kaplicy przycupnęła przełożona Nākaré Chsardos i obserwowała ją. Patrzyła i podziwiała miłość córki do Matki, podziwiała jej głębokie i prawdziwe oddanie. Patrzyła, nawet nie wiedząc, że patrzy na Świętą. Nie miała pewności, ale w głębi duszy domyślała się tego, bowiem widok modlącej się Treiji napełniał ją radością i duchową siłą, bo przy Treiji świat był lepszy. Nākaré cieszyła się, że może ją dziś  wynagrodzić, a zarazem smuciła, bo w tymże dniu Treijā musiała opuścić mury Zakonu, jeżeli nie pragnie zostać kapłanką. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Gdy Treija wstała, wstała i Nākaré. Uśmiechnęła się, bo kochała przełożoną jak własną siostrę. Nie chcąc burzyć spokoju Matki, powitała ją dopiero w chwili, gdy dzieliła je odległość kroku.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Witaj, Nākaré, obyś stale przebywała w świetle Pani.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Witaj, Treiju, obyś i ty zaznała tej łaski – odpowiedziała, zaraz potem dodając: Och, Treiju, dawno temu już upomniałam cię, że możesz darować sobie te formułki.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Jesteś moją przełożoną, droga siostro, a gdyby można było naginać zasad dla bliskich, świat nie byłby tak uporządkowany. No, ale przejdźmy do rzeczy, bo widzę, że coś ci leży na duchu. Powiedz, wiesz, że mi możesz mówić o wszystkim.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Obawiam się, że nie zawsze tak będzie.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Siostro, co też ty pleciesz! Nie mów tak nawet.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Treiju, nie chciałam sprawić ci przykrości. Czy wiesz, że dziś, wedle prastarych reguł Zakonu musisz opuścić jego mury, jeżeli nie chcesz zostać pełną kapłanką?<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Wiem siostro, i choć napełnia mnie to niezmierzonym smutkiem, chcę poddać się zrządzeniom Āchet’ār. Skoro nie mogę z wami zostać, pójdę jej służyć gdzie indziej.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Treiju, Treiju. Namyśliłaś się już, to twoja ostateczna decyzja? Dlaczego pomysł oddania się w pełni Matce zniesmacza cię? Widzę przecież twą miłość do niej.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Nākaré, nie wiesz, co mówisz. Całym sercem chciałabym z wami pozostać, lecz Pani każe mi czynić inaczej. Moje miejsce jest przy moim klanie, przy Ardvasteyn, a moim zadaniem jest być matką dla następnych ludzi. Wiesz dobrze, że zawsze postępuje zgodnie z jej wolą. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Treiju, my też jesteśmy z Ardvasteyn.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Wiem o tym, droga siostro, ale nie tu moje powołanie. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Treijā opuściła Zakon zaraz po wspólnym posiłku i pożegnaniu z siostrami. Jedynie ona sama nie pogrążyła się w rozpaczy. Wiedziała, że podąża scieżką, która jest dla niej właściwa. Pragnęła powrócić do rodzinnego miasta, gdzie zresztą czekał na nią ukochany. Trzy lata temu obiecał jej, że zaczeka, ze względu na łączącą ich miłość. I była pewna, że spełni przyrzeczenie. Choć do Qxaij Xanār długa droga, nie będzie nużąca, bo przecież u celu czeka na nią Alarion. <br />
<div style="text-align: center;">Φ<span style="margin-left:20px"></span>Φ<span style="margin-left:20px"></span>Φ</div>
<span style="margin-left:20px"></span>Alarion Xandor Chserios był samotny. Nie było to do końca tak, bowiem jego ukochana oddała część swego życia, konkretnie trzy lata, służbie Āchet’ār, bogini Matce. Z początku liczył dni do jej powrotu, potem jednak pogubił się, stracił rachubę dni i pogrążył się w rozpaczy. Kiedyś tworzył przepiękne poematy, lecz teraz jego wiersze traktowały głównie o śmierci, rozpaczy i smutku. Tylko praca pozwalała mu odpocząć od zmartwień i trosk, kiedy pomagał w rozbudowie Qxaij Xanār, czuł, że wspomaga swój klan, czuł, że robi coś wielkiego. Miasto rozkwitało, między innymi dzięki pracy jego i jego rodziny. Z powołania zajmowali się budownictwem, a że w bliskiej okolicy zamieszkiwali jego liczni kuzyni, mogli złączyć siły i wszyscy razem zrobić coś dla wspólnoty Ardvasteyn. Gdyby tylko Treijā mogła być z nim…<br />
<span style="margin-left:20px"></span>W tym miesiącu ich zadaniem było wybudować nową gospodę. Dla przyjezdnych brakowało miejsca, szczególnie że gospód w całym mieście było tylko pięć. Musieli zdążyć w jeden miesiąc, bo zapotrzebowanie na nowe budynki było ogromne, gdyż Qxaij Xanār pełniło coraz ważniejszą rolę dla społecznośc klanu Ardvasteyn. Jako jedyne przyjmowało imigrantów z biedniejszych klanów, zapewniając sobie różnorodność kulturową i przepływ gotówki, ponieważ właśnie ci biedni na terenie Ardvasteyn nieskrępowanym złodziejskim prawem mogli dorobić się fortuny, która przecież musi na coś zostać wydana, co przekłada na się na powiększanie się majątku klanu.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Kompania Alariona była jedyną taką w całym Qxaij Xanār, a więc logiczne, że wszystkie zlecenia przypadały właśnie jemu i jego kuzynom. Wszędzie, gdzie ich zatrudniono, robili kawał dobrej roboty, każdy ich budynek był niezwykle solidny. Ponadto nie brali wielkich pieniędzy jako zapłatę, za każdym razem brali tyle, ile mógł zapłacić zleceniodawca, nie rujnując swojej rodziny, a tam, gdzie po prostu nie było go stać, nie budowali dla niego. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Alarion był bliski załamania. Nic już go nie cieszyło, nawet służba na rzecz klanu. Chciał nawet odebrać sobie życie... Bez Niej życie nie miało sensu. Przy życiu podtrzymywała go nadzieja, że Ona szybko wróci…<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Właściwie była jedna rzecz, która sprawiała mu radość. Pewne miejsce. Większość wolnego czasu spędzał właśnie w nim, przesiadując pod wielkim Drzewem we Wspólnym Ogrodzie. Ogród był jedynym w swoim rodzaju, bo rośliny w nim rosnące nie były spotykane w żadnym innym miejscu. Nawet Drzewo nie miało swojego odpowiednika nigdzie indziej. Wielu mieszkańców Qxaij Xanār uwielbiało spędzać tu czas, włącznie z Alarionem. Przeważnie spał na mchu, grzejąc się w promieniach słońca. Czasem rozmyślał, a i czasem wykąpał się w jeziorku, które nigdy nie zarastało, a woda w nim zawsze była czysta. To wszystko podnosiło go na duchu i nie pozwalało zaistnieć samobójczym myślom. Te jednak wracały w nieregularnych odstępach czasu czasu i równie szybko znikały, bowiem Alarion posiadał dar zachwycania się pięknem natury, szczególnie tej z Ogrodu.  <br />
<div style="text-align: center;">Φ<span style="margin-left:20px"></span>Φ<span style="margin-left:20px"></span>Φ</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-family: Times New Roman;"><span style="font-weight: bold;"><span style="font-size: medium;">Rozdział pierwszy - niedokończony</span></span></span><br />
<span style="margin-left:20px"></span>Treijā Vāijā nie była pełną kapłanką. Po prostu ofiarowała część swego życia dla Āchet’ār, by bogini Matka obdarzyła jej klan, Ardvasteyn, pokojem i powodzeniem, o który było niezwykle trudno w czasie wojny. Nikt jej nie zmuszał, zrobiła to z własnej woli. Z powodu swej ułomności, to jest ślepoty, mogła przysłużyć się klanowi jedynie tym i robiła to najlepiej jak mogła. W zamian otrzymywała przychylność Āchet’ār, nawet jeśli ograniczało się to do niezłomnego zdrowia i ogromnej siły woli. Choć Pani nigdy bezpośrednio nie przemówiła do Treiji, to nie zasmuciła tym swojej córki, ponieważ przepełniała ją miłość i wiedziała, że gdy przyjdzie czas, Matka wspomoże ją i jej rodzinę. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Treijā właśnie odprawiała orthros, jak co rano, by podziękować za spokojną noc i prosić o piękny nowy dzień dla wszystkich dzieci Āchet’ār. Z oczu popłynęły jej łzy żalu za grzechy, które zraniły Matkę. Jednak po chwili jej oblicze rozpogodziło się. Modliła się od samego wschodu, aż do chwili, gdy pierwsze promienie słońca musną figurę Pani. Mało która córka miała w sobie tyle samozaparcia, by cały dzień i część nocy spędzić na pracy i modlitwie, i jeszcze zerwać się skoro świt na orthros. Treijā właśnie taka była, czym zasłużyła sobie na miłość Āchet’ār i wielki szacunek innych córek, a nawet samej przełożonej, która po trudach kierowania współnotą padała na łoże wraz ze zmierzchem, nie uczestnicząc nawet w nabożeństwie wieczornym.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Tego dnia Treijā nie była sama. W tyle kaplicy przycupnęła przełożona Nākaré Chsardos i obserwowała ją. Patrzyła i podziwiała miłość córki do Matki, podziwiała jej głębokie i prawdziwe oddanie. Patrzyła, nawet nie wiedząc, że patrzy na Świętą. Nie miała pewności, ale w głębi duszy domyślała się tego, bowiem widok modlącej się Treiji napełniał ją radością i duchową siłą, bo przy Treiji świat był lepszy. Nākaré cieszyła się, że może ją dziś  wynagrodzić, a zarazem smuciła, bo w tymże dniu Treijā musiała opuścić mury Zakonu, jeżeli nie pragnie zostać kapłanką. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Gdy Treija wstała, wstała i Nākaré. Uśmiechnęła się, bo kochała przełożoną jak własną siostrę. Nie chcąc burzyć spokoju Matki, powitała ją dopiero w chwili, gdy dzieliła je odległość kroku.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Witaj, Nākaré, obyś stale przebywała w świetle Pani.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Witaj, Treiju, obyś i ty zaznała tej łaski – odpowiedziała, zaraz potem dodając: Och, Treiju, dawno temu już upomniałam cię, że możesz darować sobie te formułki.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Jesteś moją przełożoną, droga siostro, a gdyby można było naginać zasad dla bliskich, świat nie byłby tak uporządkowany. No, ale przejdźmy do rzeczy, bo widzę, że coś ci leży na duchu. Powiedz, wiesz, że mi możesz mówić o wszystkim.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Obawiam się, że nie zawsze tak będzie.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Siostro, co też ty pleciesz! Nie mów tak nawet.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Treiju, nie chciałam sprawić ci przykrości. Czy wiesz, że dziś, wedle prastarych reguł Zakonu musisz opuścić jego mury, jeżeli nie chcesz zostać pełną kapłanką?<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Wiem siostro, i choć napełnia mnie to niezmierzonym smutkiem, chcę poddać się zrządzeniom Āchet’ār. Skoro nie mogę z wami zostać, pójdę jej służyć gdzie indziej.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Treiju, Treiju. Namyśliłaś się już, to twoja ostateczna decyzja? Dlaczego pomysł oddania się w pełni Matce zniesmacza cię? Widzę przecież twą miłość do niej.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Nākaré, nie wiesz, co mówisz. Całym sercem chciałabym z wami pozostać, lecz Pani każe mi czynić inaczej. Moje miejsce jest przy moim klanie, przy Ardvasteyn, a moim zadaniem jest być matką dla następnych ludzi. Wiesz dobrze, że zawsze postępuje zgodnie z jej wolą. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Treiju, my też jesteśmy z Ardvasteyn.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>- Wiem o tym, droga siostro, ale nie tu moje powołanie. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Treijā opuściła Zakon zaraz po wspólnym posiłku i pożegnaniu z siostrami. Jedynie ona sama nie pogrążyła się w rozpaczy. Wiedziała, że podąża scieżką, która jest dla niej właściwa. Pragnęła powrócić do rodzinnego miasta, gdzie zresztą czekał na nią ukochany. Trzy lata temu obiecał jej, że zaczeka, ze względu na łączącą ich miłość. I była pewna, że spełni przyrzeczenie. Choć do Qxaij Xanār długa droga, nie będzie nużąca, bo przecież u celu czeka na nią Alarion. <br />
<div style="text-align: center;">Φ<span style="margin-left:20px"></span>Φ<span style="margin-left:20px"></span>Φ</div>
<span style="margin-left:20px"></span>Alarion Xandor Chserios był samotny. Nie było to do końca tak, bowiem jego ukochana oddała część swego życia, konkretnie trzy lata, służbie Āchet’ār, bogini Matce. Z początku liczył dni do jej powrotu, potem jednak pogubił się, stracił rachubę dni i pogrążył się w rozpaczy. Kiedyś tworzył przepiękne poematy, lecz teraz jego wiersze traktowały głównie o śmierci, rozpaczy i smutku. Tylko praca pozwalała mu odpocząć od zmartwień i trosk, kiedy pomagał w rozbudowie Qxaij Xanār, czuł, że wspomaga swój klan, czuł, że robi coś wielkiego. Miasto rozkwitało, między innymi dzięki pracy jego i jego rodziny. Z powołania zajmowali się budownictwem, a że w bliskiej okolicy zamieszkiwali jego liczni kuzyni, mogli złączyć siły i wszyscy razem zrobić coś dla wspólnoty Ardvasteyn. Gdyby tylko Treijā mogła być z nim…<br />
<span style="margin-left:20px"></span>W tym miesiącu ich zadaniem było wybudować nową gospodę. Dla przyjezdnych brakowało miejsca, szczególnie że gospód w całym mieście było tylko pięć. Musieli zdążyć w jeden miesiąc, bo zapotrzebowanie na nowe budynki było ogromne, gdyż Qxaij Xanār pełniło coraz ważniejszą rolę dla społecznośc klanu Ardvasteyn. Jako jedyne przyjmowało imigrantów z biedniejszych klanów, zapewniając sobie różnorodność kulturową i przepływ gotówki, ponieważ właśnie ci biedni na terenie Ardvasteyn nieskrępowanym złodziejskim prawem mogli dorobić się fortuny, która przecież musi na coś zostać wydana, co przekłada na się na powiększanie się majątku klanu.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Kompania Alariona była jedyną taką w całym Qxaij Xanār, a więc logiczne, że wszystkie zlecenia przypadały właśnie jemu i jego kuzynom. Wszędzie, gdzie ich zatrudniono, robili kawał dobrej roboty, każdy ich budynek był niezwykle solidny. Ponadto nie brali wielkich pieniędzy jako zapłatę, za każdym razem brali tyle, ile mógł zapłacić zleceniodawca, nie rujnując swojej rodziny, a tam, gdzie po prostu nie było go stać, nie budowali dla niego. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Alarion był bliski załamania. Nic już go nie cieszyło, nawet służba na rzecz klanu. Chciał nawet odebrać sobie życie... Bez Niej życie nie miało sensu. Przy życiu podtrzymywała go nadzieja, że Ona szybko wróci…<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Właściwie była jedna rzecz, która sprawiała mu radość. Pewne miejsce. Większość wolnego czasu spędzał właśnie w nim, przesiadując pod wielkim Drzewem we Wspólnym Ogrodzie. Ogród był jedynym w swoim rodzaju, bo rośliny w nim rosnące nie były spotykane w żadnym innym miejscu. Nawet Drzewo nie miało swojego odpowiednika nigdzie indziej. Wielu mieszkańców Qxaij Xanār uwielbiało spędzać tu czas, włącznie z Alarionem. Przeważnie spał na mchu, grzejąc się w promieniach słońca. Czasem rozmyślał, a i czasem wykąpał się w jeziorku, które nigdy nie zarastało, a woda w nim zawsze była czysta. To wszystko podnosiło go na duchu i nie pozwalało zaistnieć samobójczym myślom. Te jednak wracały w nieregularnych odstępach czasu czasu i równie szybko znikały, bowiem Alarion posiadał dar zachwycania się pięknem natury, szczególnie tej z Ogrodu.  <br />
<div style="text-align: center;">Φ<span style="margin-left:20px"></span>Φ<span style="margin-left:20px"></span>Φ</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Dialog-Monolog]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Dialog-Monolog</link>
			<pubDate>Mon, 06 Feb 2012 10:45:18 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Dialog-Monolog</guid>
			<description><![CDATA[pocieszasz się bo tylko tyle ci zostało<br />
szukałeś czegoś, czego znaleść się nie dało<br />
<br />
zamiast iść do przodu, ja stoje w miejscu<br />
spoglądając się za siebie nie widzę nic<br />
a przyszłość to tylko punkty, w których zrobie to samo<br />
lecz ze świadomością, że coś mi ucieka bezpowrotnie<br />
i dopóki nie przestanę myśleć o tym jak mało zrobiłem<br />
zawsze będzie tak samo<br />
<br />
lecz zamiast wziąć się za siebie<br />
to ty myślami błądzisz gdzieś w niebie<br />
czy to naprawdę tak ciężko<br />
przestać się zamartwiać i żyć lekko<br />
<br />
moje prawdziwe życie rozgrywa się w głowie<br />
a z realnym nic nie robię, tam jest za mało miejsca<br />
w rezultacie prawdziwe z wirtualnym się plącze<br />
a ja wszystko ze sobą łączę, złudne to nadzieje<br />
<br />
to, że to zauważyłeś nic nie daje<br />
wręcz przeciwnie jeszcze gorszym się stajesz<br />
i tak będziesz stał bezczynnie<br />
tym razem ze świadomością, że prawdziwe ucieka ci płynnie<br />
cały czas będziesz narzekał<br />
tylko pamiętaj prawdziwe nie czeka<br />
<br />
teraz dopiero to zrozumiałem<br />
by żyć lepiej, człowiek sztucznym zabiegom się poddaje]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[pocieszasz się bo tylko tyle ci zostało<br />
szukałeś czegoś, czego znaleść się nie dało<br />
<br />
zamiast iść do przodu, ja stoje w miejscu<br />
spoglądając się za siebie nie widzę nic<br />
a przyszłość to tylko punkty, w których zrobie to samo<br />
lecz ze świadomością, że coś mi ucieka bezpowrotnie<br />
i dopóki nie przestanę myśleć o tym jak mało zrobiłem<br />
zawsze będzie tak samo<br />
<br />
lecz zamiast wziąć się za siebie<br />
to ty myślami błądzisz gdzieś w niebie<br />
czy to naprawdę tak ciężko<br />
przestać się zamartwiać i żyć lekko<br />
<br />
moje prawdziwe życie rozgrywa się w głowie<br />
a z realnym nic nie robię, tam jest za mało miejsca<br />
w rezultacie prawdziwe z wirtualnym się plącze<br />
a ja wszystko ze sobą łączę, złudne to nadzieje<br />
<br />
to, że to zauważyłeś nic nie daje<br />
wręcz przeciwnie jeszcze gorszym się stajesz<br />
i tak będziesz stał bezczynnie<br />
tym razem ze świadomością, że prawdziwe ucieka ci płynnie<br />
cały czas będziesz narzekał<br />
tylko pamiętaj prawdziwe nie czeka<br />
<br />
teraz dopiero to zrozumiałem<br />
by żyć lepiej, człowiek sztucznym zabiegom się poddaje]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Broń Ostateczna]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Bro%C5%84-Ostateczna</link>
			<pubDate>Sun, 05 Feb 2012 16:51:57 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Bro%C5%84-Ostateczna</guid>
			<description><![CDATA[Zdaję sobie sprawę z "dziwności" tego prologu. Mimo wszystko chcę, by taki został. Zapraszam do lektury i oceny... <img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/blink.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Blink" title="Blink" /><br />
<span style="text-decoration: underline;"><span style="font-weight: bold;"><span style="color: #006400;"><span style="font-size: medium;"><div style="text-align: center;">Prolog</div></span></span></span></span><br />
<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Na początku był Meron i Nemeia — bóg i bogini bez kształtu, krążący wśród nicości. W pewnym momencie — nie wiadomo, czy za dnia, czy podczas nocy, gdyż noc i dzień jeszcze nie istniały — z Nemei narodziły się Garren, Yukino, Drayotta i Ferno. Meron postanowił ofiarować swym potomkom coś kształtnego, dobrego i pięknego. I tak stworzył kulę i zalał ją wodami morskimi, a potem wyłonił z jej wnętrza cztery, oddzielone od siebie niebieskimi wodami, tereny, przyznając każdemu ze swych dzieci po jednym. Tak powstały cztery królestwa — największy Yukino i kolejno mniejsze, Drayotta, Garren i Ferno. Następnie, z pomocą Nemei, oddzielił niebo od ziemi, a tą z kolei od wody. Wyróżnił noc i dzień, a potem ustanowił tak, by po upływie dwunastu godzin wymieniali się. Dodatkowo rozkazał słońcu imieniem Karuna towarzyszyć dniu, oświecając i ogrzewając cały świat, oraz księżycowi, którego nazwał Rimo, by rozświetlił swym jasnym blaskiem czarną noc. Tak powstał czas określany dzięki upływowi nocy i dni. Wreszcie zajął się kontynentami wcześniej oddzielonymi. Pokrył zielenią lasy, wzniósł wzgórza i góry, obniżył kotliny i otoczył je wzniesieniami, rozpostarł pola. Stworzył jeziora i stawy oraz uczynił źródła, z których to wypłynęły rzeki. Nemeia zajęła się wszelką florą — zasiała drzewa, krzewy i przepiękne kwiaty. Później wypełniła kulę różnorakimi istotami. Odtąd w wodach i na lądzie mieszkały różne stworzenia. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Meron i Nemeia oraz ich potomstwo byli zadowoleni z tego, co stworzyli. Nadali światu nazwę Mallebrotte. Mijały dnie oświecane przez Karunę i noce rozświetlane przez Rimo. Czas upływał im na zachwycaniu się Mallebrottem. Jednak nieświadomie stworzyli coś jeszcze. Od tamtej chwili, kiedy Meron wyróżnił dzień i noc, nic już nie miało trwać wiecznie. Nawet bezkształtni bogowie zaczęli się starzeć. Zmartwieni nadchodzącym końcem, wpadli na pomysł, by oddać komuś Mallebrotte. I tak dali początek człowiekowi. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Cały czas się kochali i byli szczęśliwi. Tak na świecie powstała miłość, radość i szczęście. Niedługo potem Meron odszedł. Nemeia i jej potomstwo swymi łzami i bólem po stracie, sprowadzili na świat cierpienie i smutek. Wkrótce i Nemeia odeszła, a rodzeństwo ogarnęły nowe uczucia, które przedostały się do Mallebrotte — strach i zmartwienie. Bali się, iż nie poradzą sobie sami w sprawowaniu opieki nad Mallebrotte. Dodatkowo obawiali się trudności, jakie napotkają tego, kto przeżyje najdłużej. Postanowili więc skupić całą swoją magię w jednym miejscu — we wnętrzu stworzonej przez Merona kuli nazywanej Mallebrotte. Kiedy to zrobili, zniknęli, pozostawiając świat ludziom. Magia utkwiona w samym wnętrzu kuli zaczęła się rozprzestrzeniać, a ludzie nabywali coraz to nowszych umiejętności.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Zdaję sobie sprawę z "dziwności" tego prologu. Mimo wszystko chcę, by taki został. Zapraszam do lektury i oceny... <img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/blink.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Blink" title="Blink" /><br />
<span style="text-decoration: underline;"><span style="font-weight: bold;"><span style="color: #006400;"><span style="font-size: medium;"><div style="text-align: center;">Prolog</div></span></span></span></span><br />
<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Na początku był Meron i Nemeia — bóg i bogini bez kształtu, krążący wśród nicości. W pewnym momencie — nie wiadomo, czy za dnia, czy podczas nocy, gdyż noc i dzień jeszcze nie istniały — z Nemei narodziły się Garren, Yukino, Drayotta i Ferno. Meron postanowił ofiarować swym potomkom coś kształtnego, dobrego i pięknego. I tak stworzył kulę i zalał ją wodami morskimi, a potem wyłonił z jej wnętrza cztery, oddzielone od siebie niebieskimi wodami, tereny, przyznając każdemu ze swych dzieci po jednym. Tak powstały cztery królestwa — największy Yukino i kolejno mniejsze, Drayotta, Garren i Ferno. Następnie, z pomocą Nemei, oddzielił niebo od ziemi, a tą z kolei od wody. Wyróżnił noc i dzień, a potem ustanowił tak, by po upływie dwunastu godzin wymieniali się. Dodatkowo rozkazał słońcu imieniem Karuna towarzyszyć dniu, oświecając i ogrzewając cały świat, oraz księżycowi, którego nazwał Rimo, by rozświetlił swym jasnym blaskiem czarną noc. Tak powstał czas określany dzięki upływowi nocy i dni. Wreszcie zajął się kontynentami wcześniej oddzielonymi. Pokrył zielenią lasy, wzniósł wzgórza i góry, obniżył kotliny i otoczył je wzniesieniami, rozpostarł pola. Stworzył jeziora i stawy oraz uczynił źródła, z których to wypłynęły rzeki. Nemeia zajęła się wszelką florą — zasiała drzewa, krzewy i przepiękne kwiaty. Później wypełniła kulę różnorakimi istotami. Odtąd w wodach i na lądzie mieszkały różne stworzenia. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Meron i Nemeia oraz ich potomstwo byli zadowoleni z tego, co stworzyli. Nadali światu nazwę Mallebrotte. Mijały dnie oświecane przez Karunę i noce rozświetlane przez Rimo. Czas upływał im na zachwycaniu się Mallebrottem. Jednak nieświadomie stworzyli coś jeszcze. Od tamtej chwili, kiedy Meron wyróżnił dzień i noc, nic już nie miało trwać wiecznie. Nawet bezkształtni bogowie zaczęli się starzeć. Zmartwieni nadchodzącym końcem, wpadli na pomysł, by oddać komuś Mallebrotte. I tak dali początek człowiekowi. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Cały czas się kochali i byli szczęśliwi. Tak na świecie powstała miłość, radość i szczęście. Niedługo potem Meron odszedł. Nemeia i jej potomstwo swymi łzami i bólem po stracie, sprowadzili na świat cierpienie i smutek. Wkrótce i Nemeia odeszła, a rodzeństwo ogarnęły nowe uczucia, które przedostały się do Mallebrotte — strach i zmartwienie. Bali się, iż nie poradzą sobie sami w sprawowaniu opieki nad Mallebrotte. Dodatkowo obawiali się trudności, jakie napotkają tego, kto przeżyje najdłużej. Postanowili więc skupić całą swoją magię w jednym miejscu — we wnętrzu stworzonej przez Merona kuli nazywanej Mallebrotte. Kiedy to zrobili, zniknęli, pozostawiając świat ludziom. Magia utkwiona w samym wnętrzu kuli zaczęła się rozprzestrzeniać, a ludzie nabywali coraz to nowszych umiejętności.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Droga ku zatraceniu : Szkoła dla naiwnych]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Droga-ku-zatraceniu-Szko%C5%82a-dla-naiwnych</link>
			<pubDate>Sat, 04 Feb 2012 09:32:59 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Droga-ku-zatraceniu-Szko%C5%82a-dla-naiwnych</guid>
			<description><![CDATA[Chiński stolik, który stał na środku podróbki perskiego dywanu, jako pierwszy zwrócił na siebie jej uwagę. Dębowe drewno idealnie pasowało do kanapy z brązowej skóry stojącej naprzeciwko niego. Synthia nawet nie wiedziała kiedy znalazła się przy jednym z kantów kanapy. Leżała wygodnie z nogami na stole. <br />
	Popatrzyła przez chwilę na stół, a potem na swoje nagie piersi. Były małe, ale za zwyczaj nie miało to najmniejszego znaczenia. Wszyscy faceci byli zdecydowanie pod wrażeniem jej  delikatnej urody, owalnej twarzy i wreszcie nienagannej figury. Byłą brunetką o długich do ramion włosach, ale kiedy tylko mogła farbowała je na blond. Wiele by dała również żeby mieć niebieskie oczy, jednak musiała się zadowolić brązowymi.<br />
	Spojrzała też na nogi i z pewną ulgą odkryła że ma wciąż na sobie czerwone dzwony z jakiegoś letniego materiału. Musiało być jej nie wygodnie w szpilkach, ponieważ obie leżały beztrosko przy najbliższej nodze stolika. 	<br />
	Chciała przetrzeć oczy ręką, ale gdy nią poruszyła zawadziła o jakieś ciało obok siebie. Nieśmiało spojrzała w tamtą stronę i dostrzegła głowę jakiegoś mężczyzny zadartą do góry nosem. Długie włosy blondyna przerzucone za kwadratowy zagłówek kanapy sprawiały wrażenie tak wyjątkowo zaniedbanych że sama spojrzała w drugą stronę i niezdarnie chwyciła drugą ręką kosmyk swoich. Przyjrzała mu się uważnie. Stwierdzając że nie jest tak źle zaraz odrzuciła je na bok i wyciągnęła obie ręce do góry ziewając przy tym. Zamknęła nie wyraźne usta i dopiero teraz rzuciła jej się w oczy przezroczysta torebka z jakimś sianem stojąca przy najbliższej krawędzi stolika. Trudno było nie za uwarzyć że jest do połowy pusta.<br />
	Pamiętała tylko podrzędny bar, przystojnego barmana i kilka piw. Zmierzyła wzrokiem mężczyznę, który wciąż spał smacznie koło niej. Miał co najwyżej dwadzieścia  lat. Wytarte jeansy i trampki świadczyły że nie należy do tych ze stałą pracą i jakimikolwiek perspektywami na przyszłość. Żółta koszula z czarnymi konturami statuy wolności  przylegała do jego rozbudowanego torsu i ramion. Pochyliła się lekko do przodu i zobaczyła z drugiej strony następną kobietę w samych tylko białych majtkach, które mocno kontrastowały z opaloną skórą. <br />
	Dziewczyna miała również czarne włosy i wydawała się trochę grubsza od niej, ale za to młodsza i miała zdecydowanie większe piersi. Płaski brzuch i zadbane paznokcie pomalowane czerwoną farbą. Twarz miała odwróconą w przeciwną stronę, więc nie mogła jej zobaczyć. <br />
	Usta Synthii wykrzywiły się w krzywym uśmiechu i wróciła wzrokiem do twarzy mężczyzny i przyjrzała mu się nieco uważniej. Stwierdziła że nie jest aż tak atrakcyjny i nazwała go w myślach kolejnym lowelasem. Dopiero teraz rozejrzała się po  pomieszczeniu.<br />
	Pokój był mały, poza stolikiem i kanapą stał w nim jedynie czarno biały telewizor w drewnianej szafce. Białe ściany wyglądały nijako, nie mieściły się na nich żadne obrazy. Jedyną ozdobą było troje drzwi, z których dwie sztuki mieściły się za odbiornikiem, a trzecia w bocznej ścianie. Wszystkie były idealnie takie same więc trzeba było wybierać na oślep. 	<br />
	Durze okno za kanapą przysłaniała gruba zasłona, było południe wywnioskowała to po bladym słońcu, które częściowo tylko wydostawało się spoza konturów materiału. 	<br />
	Ubranie, czyli luźna koszula z białego materiału w blado czarne grochy leżała zwinięta w kącie obok zasłony, więc po cichu wstała z kanapy i jak najciszej jak się dało włodarzyła ją przez głowę. Przypominała raczej worek, aniżeli część ubrania. Ogromna dziura na głowę sięgała spokojnie za ramię, zaś  faliście zszyty materiał w okolicach pasa sprawiał że miała dodatkowo coś w rodzaju mini. <br />
	Szybko stwierdziła że nie trzeba być wprawionym obserwatorem żeby zauważyć że materiał jest cały pomięty i widać jej sutki. Szukanie stanika nie wchodziło w grę, ponieważ zeszłej nocy wcale go na siebie nie włodarzyła.<br />
	 Handel własnym ciałem z początku nie był dla niej czymś łatwym. Obrzydzeniem napawała ją wizja co dzień innego przerodzenia w sobie, wreszcie ocierania się o spocone ciała jakiś wyjątkowo nie atrakcyjnych facetów. Szybko jednak okazało się że nie musi wcale tak być. Miała wyłącznie samych atrakcyjnych mężczyzn, a tych na których żal było popatrzeć spławiała niebotyczną sumą. <br />
<br />
	Sytuacja jednoznacznie wskazywała na to że raczej tej nocy nic nie udało jej się zarobić, a jeżeli do czegoś doszło to z pewnością nie dostanie za to wynagrodzenia. 	<br />
	Podirytowana podniosła tym razem nie dbale szpilki na grubej podeszwie spod stołu, jednak zdecydowała się ich nie ubierać, ponieważ drewniane podeszwy mogły narobić sporo hałasu pomimo dywanu na podłodze. Skierowała się na palcach w kierunku jak sądziła drzwi wejściowych do mieszkania, które były w z prawej części ściany przed nią. Delikatnie nacisnęła klamkę i  możliwie najciszej otworzyła drzwi. <br />
	Zobaczyła przed sobą oświetlone pomieszczenie, przy pomocy mocnych lamp. Wszystkie wisiały na stalowych poręczach, przymocowanych na długich kikutach do również białych ścian. Kwadratowy stół wyraźnie stary i zniszczony stał na środku. Meble, które nieco przypominały blat z każdej kuchni stały przy każdej z nich. <br />
        Wielkie donice z zielonego plastiku i jakieś liściaste rośliny wystające z nich niczym paprocie stały na każdym z osobna.<br />
	Zaniepokojona spojrzała przez ramię czy nikt z tyłu się nie obudził. Kiedy znowu nie dowierzając własnym oczom spojrzała na swoje najnowsze odkrycie szybko zaczęła myśleć jak to wykorzystać. Oczywiste było że to wszystko jest warte tysiące dolarów, które z pewnością bardzo by się jej przydały. Instynktownie spojrzała pod stół i znalazła to czego szukała. Dwie drewniane skrzynki stały pośrodku cienkiej deski pod blatem, zamocowanej do nóg. <br />
	Ostrożnie położyła na blacie stołu szpilki i wyciągnęła pierwszą ze skrzynek do góry. Delikatnie otworzyła wieczko i nie mogła uwierzyć własnemu szczęściu, ponieważ była pełna suszonej zieleniny, co w prostej linii oznaczała że nie będzie musiała marnować czasu na odcinanie krzewów. Wyciągnęła następne i położyła na pierwszym. Cofnęła się o krok i jeszcze raz oceniła sytuację. <br />
	Szybko doszła do wniosku że nie ma szans zabrać obu, więc będzie musiała wziąć jedną. Niczym grzeczna dziewczynka, mająca nadzieję że dorośli nie zorientują się że źle postąpiła, kiedy posprząta odłożyła drugą na miejsce. Szpilki wylądowały w prawej ręce, natomiast skrzynka przy lewym boku. Zdecydowanie nie chciała marnować czasu na dyskretne zamykanie za sobą drzwi, dlatego zaraz po powrocie do salonu natychmiast położyła buty obok drugich drzwi. Nacisnęła na klamkę i w końcu drzwi wejściowe stanęły przed nią otworem.<br />
	<br />
	Podłużny taras, zabezpieczony aluminiową barierką, który mijał pięciorga drzwi do innych mieszkań wbijał się w ścianę jakiegoś budynku obok. Nieśmiało wyjrzała na zewnątrz. Kilka metrów dalej widać było schody. Podniosła szpilki i rzuciła je na zewnątrz. Kiedy wyszła natychmiast poczuła w stopach nieprzyjemny chłód kafelek, którymi wysłano cały balkon. Zamknęła jak najszybciej drzwi i wreszcie włożyła szpili. Karkołomnym sprintem dotarła do kamiennych schodów. Trzymając się obręczy, tak żeby nie spaść kilkoma susami pokonała ostatnią przeszkodę. <br />
	Znalazła się na ulicy. Przechodnie wydawali się nie zwracać najmniejszej uwagi na zaaferowaną dziewczynę z tajemniczym pakunkiem. <br />
	Ciepły wiatr od zachodu rozwiewał kosmyki jej włosów i zmarszczył materiał koszuli tak że oblepiał jej nagie ciało uwydatniając płaski brzuch i kontury nagich piersi. Rozejrzała się dookoła i ruszyła przed siebie żołnierskim krokiem, a że południowe słońce z uporem maniaka atakowało jej oczy zmarszczyła brwi. Kiedy dotarła do najbliższego przystanku przecisnęła się z trudem przez grupkę oczekujących. Dotarła pod niebieska wiatę. Spojrzała z ukosa na rozkład jazdy, wiszący na jednym z filarów i z satysfakcją odkryła że jeździ tamtędy autobus do jej mieszkania. Wystarczyło tylko poczekać.<br />
<br />
	Drzwi zaskrzypiały, jak to miały w swoim zwyczaju, kiedy je otwierała. Przekroczyła próg swojego mieszkania. Okrągły stół z drewna sosnowego, otoczony czterema zniszczonymi krzesłami ciągle stał na swoim miejscu, zaś ciemne deski podłogi były równie przegniłe jak zawsze. Pomalowana na biało rama łóżka, chyba jeszcze z przed wojny stała tuż obok wejścia. Materac na niej był mocno zużyty, ale to akurat wydawało się najmniej dokuczliwe. <br />
	Znacznie bardziej brakowało jej toaletki, której funkcję pełniło drewniane krzesło, stojące zaraz obok ramy.  Spoczywały na nim wszystkie potrzebne na co dzień kosmetyki. Zadanie przechowywania ubrań zdawał się wypełniać spory kufer przy oknie. Synthia wiecznie zamykała go na klucz, ze strachu przed złodziejami. Trzymała tam wszystkie pieniądze. <br />
	Oprócz salonu do dyspozycji Synthii pozostawała łazienka, do której drzwi niemal zawsze otwarte znajdowały się po lewej stronie od wejścia. Dużo światła zapewniało trzy częściowe okno, którego górna rama sięgała niemal że wysokiego sufitu. Podobnie jak biała farba z desek framugi, tak i z sufitu wydawała się schodzić całymi płatami. <br />
	Telefon, który był chyba najrzadziej używaną rzeczą w mieszkaniu teraz bardzo jej się przydał. Czerwone urządzenie, zaopatrzone w talerz z przezroczystego plastiku do wykręcania numeru wisiał na ścianie tuż przy drzwiach.<br />
	Szybko podeszła do blatu stołu i niemal że z namaszczeniem położyła na im swój skarb. <br />
Drewno narobiło trochę hałasu, ale to już nie było szkodliwe. Odwróciła się i podniosła słuchawkę. Wykręciła dobrze znany sobie numer, kiedy ktoś odebrał stwierdziła z łamaną angielszczyzną :<br />
<br />
- mam coś dla ciebie – i odłożyła słuchawkę na miejsce. <br />
<br />
	Niepewna swojej decyzji wróciła do stołu i usiadła na jednym z krzeseł. Oparła się wygodnie o drewniane oparcie i położyła łokieć na blacie stołu. Czekała jakieś dziesięć minut zanim klamka w drzwiach wejściowych zazgrzytała i ktoś otworzył drzwi. <br />
	Czarny facet z bogato kręconymi włosami w kształcie okręgu zdecydowanie wszedł do mieszkania nie zamykając za sobą drzwi. Był wysoki, i szczupły. Miał na sobie popielate dzwony i białą koszulę od garnituru z niedopiętym górnym guzikiem, którego jedyną funkcją wydawało się odsłanianie lichego torsu mężczyzny. <br />
	Wglądał zdecydowanie elegancko ponieważ dolna krawędź koszuli wsadził za czarny pasek ze skóry. Czarne trzewiki, które niezmiennie wyglądały elegancko wydawały się zdecydowanie gruntować wizerunek ulubieńca wszystkich teściowych.<br />
<br />
- co dla mnie masz ?<br />
<br />
	Spytał z niemal że urzędniczą miną. Synthia w odpowiedzi otworzyła delikatnie wieczko skrzynki na oścież, a mężczyzna podszedł góra cztery kroki do przodu żeby zobaczyć jej zawartość. <br />
<br />
- niezłe, ile chcesz ?<br />
- 600<br />
<br />
	Mężczyzna nie bez wahania sięgnął do kieszeni i wyciągnął plik banknotów. Kiedy położył je na stole i spytał patrząc jej głęboko w oczy :<br />
<br />
- chcesz zarobić więcej ?<br />
- Nie, nie prześpię się z tobą<br />
- Nie o to chodzi<br />
- a o co ?<br />
- Powiedz mi z skąd to masz, dostaniesz kolejne 600<br />
<br />
Synthia z kalkulowała że raczej nie da rady wziąć więcej z kryjówki i odparła :<br />
Dobrze.<br />
<br />
Mężczyzna w odpowiedzi położył dodatkowe banknoty, w tym samym miejscu co poprzednie is twierdził oschle:<br />
<br />
- Pojedziesz z nami<br />
- To konieczne ?<br />
- Jak najbardziej, wolę mieć cię przy sobie<br />
- Za dodatkowe 100<br />
- Do zobaczenia wieczorem wieczorem<br />
<br />
	Kiedy odwrócił się na pięcie i wyszedł tym razem zamykając za sobą drzwi szybko zdała sobie sprawę z tego że będzie tego żałować. Johan, bo tak miał na imię nie należał do miłych gości. Pośród wielu zajęć, którymi parał się na dzielnicy był najbardziej utalentowanym ekspertem od długów. Jego klienci, którzy mieli pecha się z nim zadać lubili często znikać bez śladu. <br />
	Synthia sama nie wiedziała czy policja w tamtych stronach rzeczywiście była taka nie udolna, czy po prostu miał ich wszystkich w kieszeni. Jako przyjaciel, albo tylko sojusznik był postacią nie do przecenienia. Problem tylko w tym że lepiej było zawsze schodzić mu z drogi.<br />
	Gdy mężczyzna zamknął za sobą drzwi z głuchym hukiem natychmiast wstała. Nigdy wcześniej nie widziała na oczy takiej sumy. Teraz mogła nawet iść na tygodniowy urlop, zabawić się. Jednym ruchem podniosła ze stołu plika banknotów i szybko wsadziła sobie do tylnej kieszeni spodni, starając się jednocześnie wmówić sobie że wszystko będzie w porządku i z takim specjalistą od mokrej roboty nic jej nie grozi. Nadal pełna obaw pchnęła drzwi od łazienki i odkręciła kurek w przedwojennej wannie. <br />
<br />
	Czerwone słońce chyliło się ku upadkowi za linią bloków na horyzoncie. Purpurowe niebo, które od nie dawna stawało się coraz ciemniejsze nie nosiło na sobie ani jednej chmury. <br />
	Synthia, która starała się jakoś zabić czas wróżąc sobie przy stole ze zniszczonej talii kart tarota nadal nie była w najlepszym humorze. Karty nieustannie twierdziły że szykuje się jakaś zmiana. Synthia nie miała pojęcia jaka, ale w połączeniu z jej złymi przeczuciami obraz przyszłości nie wydawał się zbytnio optymistyczny.<br />
	Zrezygnowana odłączyła karty na bok. Była już przebrana. Miała na sobie jeansowe dzwony i wyjściową koszulę  w białym kolorze. Włosy spięła w kucyk, a oczy jak zwykle podkreśliła czarną kredką. Zrezygnowała ze szpilek na rzecz czarnych trampek, ponieważ nie wiedziała do końca na czym miała polegać jej rola. Oczywistym wydawało się że będzie tylko obserwatorem, lecz mimo wszystko wolała się zabezpieczyć. <br />
	Punktualnie o ósmej drzwi wejściowe do jej mieszkania otworzyły się na oścież. Johan, który również zmienił ubranie przedstawiał się jeszcze bardziej ponuro. Czarne spodnie i czarna koszula, z pod której widać było kolbę pistoletu nie zrobiły na niej dobrego wrażenia. Syntha nie wnikała czy to rzeczywiście pistolet tylko posłusznie wstała i ruszyła w kierunku Johna, który widząc jej napiętą minę kiedy go mijała stwierdził oschle :<br />
To będzie jak spacer po parku mała<br />
<br />
	Nie uwierzyła w ani jedno jego słowo, tylko skierowała się na duł wzdłuż drewnianych schodów, nie zatrzymując się nawet na chwilę.<br />
<br />
	Czarna noc zalała ulice zmuszając przy tym setki latarni ulicznych do pracy. Synthia razem z Johanem i jego białym partnerem, który miał na swoim muskularnym ciele całą kolekcję więziennych tatuaży i ogoloną głowę. Jechali zielonym Fordem na spotkanie przeznaczenia. Dziękowała bogu że pozwolili jej siedzieć z tyłu. Jakoś nigdy nie lubiła jazdy na przednim siedzeniu. Zanim ruszyli szczegółowo opisała trasę, więc zdołała wydrzeć jeszcze chwilę spokoju dla siebie. <br />
	Prowadził Johan, zaś jego kumpel siedział na siedzeniu tuż obok i bawił się bronią. Jego beztroskie zachowanie niepokoiło kobietę. Przecież w każdej chwili mogli minąć radiowóz i zostać zatrzymani. Jednak kiedy nadeszła chwila prawdy nic takiego się nie stało. Dwaj funkcjonariusze moneli ich jakby nigdy nic. Nie przeszkodziło to jej żołądkowi podejść do gardła, co paradoksalnie przypomniało jej że nie jadła kolacji. Kiedy zobaczyła jak radiowóz znika za kolejnym zakrętem zabrakło jej powietrza, więc pośpiesznie uchyliła okno. <br />
Widzę że to twój pierwszy raz mała.<br />
Stwierdził sąsiad Johana i przeładował broń i dodał beztrosko z meksykańskim akcentem :<br />
To będzie jak zabrać dziecku cukierka, wież mi, znam się na tym.<br />
Kiedy dotarli wreszcie na miejsce Johan zgasił reflektory i zaparkował nieopodal budynku celu.<br />
Synthia zostajesz tutaj i nie ruszaj się choć by nie wiem co.<br />
Rozkazał Johan naciskając na klamkę i otwierając drzwi. <br />
- Ładna okolica. <br />
Stwierdzi nieznajomy patrząc za okno i dodał ze szczyptą czarnego humoru.<br />
- Ciekawe jakie mają tutaj szkoły.<br />
Synthia zrobiła wielkie oczy i odparła :<br />
- nie mam zielonego pojęcia.<br />
Kiedy zobaczyła jak Johan przebiega przez ulicę zapytała zdziwiona : <br />
- a ty nie idziesz z kolego ?<br />
spokojnie ja tu jestem jako swoiste zabezpieczenie. Czterysta dolców, a ja nawet nie wychodzę z samochodu, życie jest piękne.<br />
<br />
	Popatrzył się na nią niczym cwaniak z podstawówki i w szerokim uśmiechu pokazując w ciemności białe zęby. Synthia od razu zauważyła że brakuje mu jednego.<br />
	Cztery strzały rozdarły powietrze, a wszystkie psy w okolicy zaczęły ujadać, jak na zawołanie. <br />
- no i jednak nie jest tak łatwo<br />
<br />
	Stwierdził wyraźnie nie zadowolony mężczyzna i natychmiast wybiegł z pistoletem na zewnątrz. Rozejrzał się dookoła zanim przebiegł przez ulice i wpadł na dobrze znane Cynthii schody. Widziała jego sylwetkę w świetle rzadkich latanii, wywnioskowała natychmiast że pobiegł na górę. Siedziała teraz spięta niczym łobuz czekający na karę, na dywaniku u dyrektora.<br />
	Kolejne salwy rozdarły powietrze, a w oddali słychać było już syreny policyjne. Szybko zajęła miejsce kierowcy i nerwowo zapaliła silnik. Była gotowa w każdej chwili ruszyć z kopyta, jednak zdecydowała się jeszcze chwilę zaczekać. Cenne sekundy mijały, a nic się nie działo, może poza ujadaniem psów. <br />
	Kiedy padły następne strzały zobaczyła w ciemności kulejącego mężczyznę, który biegł w jej kierunku. Zatrzymał się na środku ulicy żeby wystrzelić na oślep jeszcze trzy razy i to był błąd. Kiedy padły kolejne dwa strzały z przeciwnej strony wywrócił się na wznak. Więcej argumentów nie było jej trzeba żeby nacisnąć gaz do dechy. <br />
	Samochód z wyraźnie podrasowanym silnikiem zabuksował w miejscu i z rykiem ruszył przed siebie z taką prędkością że Synthia ledwo zdążyła skręcić przed najbliższą latarnią. Pech chciał jednak że kawałek dalej minęła radiowóz, a funkcjonariusze natychmiast zorientowali się że coś jest nie tak i zawrócili radiowóz. <br />
	Synthia natychmiast zerknęła w lusterko i zobaczyła że jest ścigana. Niczym w transie zmieniała biegi na coraz wyższe, a wskazówka okrągłego prędkościomierza coraz bardziej zbliżała się do prędkości maksymalnej. Slalomem minęła dwa przypadkowe samochody i wypadła na jezdnię szybkiego ruchu. <br />
	Tam już było o wiele gorzej. Większy ruch był swojego rodzaju sprawdzianem jej umiejętności. Jakimś cudem udało jej się dotrzeć do pierwszego skrzyżowanie, jednak wszystkie światła nad jezdnią świeciły się na czerwono. <br />
	Odruchowo nacisnęła pedał hamulca żeby nie uderzyć w cztery kolumny samochodów przed sobą, jednak nabrała już zdecydowanie za wysokiej prędkości. Odruchowo skręciła kierownicą w prawo i uderzyła w nie bokiem. <br />
	Wszystkie szyby rozpadła się na setki małych kawałków a rozdzierający krzyk gnącej się blachy od strony kierowcy zaatakował potężnie jej świadomość. Drzwi, które wtargnęły do wnętrza uderzyły ją z takim impetem że ciało odbiło się od nich i wylądowało pomiędzy siedzeniami.<br />
	Kiedy otworzyła oczy czuła ogromny ból w ramieniu. Modląc się w myślach żeby to nie było złamanie wydostała się z pojazdu przez uchylone już drzwi pasażera. Poczuła chłodne powietrze na policzkach i nosie, zaś z oddali dobiegał dźwięk nieustannie zbliżającej się syreny wozu policyjnego. Jedyną sprawną ręką poprawiła rozczochrane włosy i rozejrzała się dookoła. <br />
	Wyraźnie zainteresowani przechodnie, którzy na co dzień pilnują własnych spraw teraz przyglądali się temu co się stało z nie małym zainteresowaniem. <br />
	Gapie otaczały ją czelnym łukiem. Samochód policyjny, którego kierowca zdecydowały się na o wiele bezpieczniejszą jazdę był jeszcze spory kawałek za nią.  <br />
	Synthia natychmiast musiała coś wymyślić, przecież nie mogła zostać aresztowana. Ruszyła w kierunku wielu przy tej drodze ślepuch uliczek. Przepchnęła się przez kordon ciekawskich i wbiegła w nią. <br />
	Ledwie biegła z wykrzywioną twarzą z bólu. Kiedy dotarła do ściany niemal uwierzyła że to koniec. Już chciała grzecznie siąść i czekać aż zły los się dopełni, kiedy zauważyła białe drzwi. Nerwowo nacisnęła klamkę, a one ustąpiły i otworzyły się do zewnątrz. Wpadła do środka i zamknęła je za sobą. Natychmiast zdała sobie sprawę że znalazła się w ciemnym pomieszczeniu, dlatego zaczęła macać boczne ściany w poszukiwaniu włącznika. Znalazła go, a małe i długie pomieszczenie oświetlił oślepiający blask jarzeniówki, która wydawała typowy pomruk. Przy obu najdłuższych ścianach stały jakieś stare i zakurzone meble. Nie zastanawiając się nad tym zbyt długo zaczęła przesuwać najbliższą z nich tak żeby zablokować drzwi. Kosztowało ją to nie mało wysiłku, ale udało się. Drzwi głucho zadudniły od uderzenia kantu i wreszcie mogła odetchnąć. Nagle ktoś szarpnął za klamkę, pierwszy raz i drugi. Spokój. <br />
	Synthia  po raz kolejny odetchnęła z ulgą. Dopiero terasz poczuła wilgoć na czole, znacznie inną niż pot. Podniosła dłoń i dotknęła czoła. Kiedy spojrzała na palce zobaczyła czerwoną plamę. <br />
	Dopiero teraz zrzuciły jej się w oczy kolejne drzwi na przeciwko pierwszych. Powoli, jak najciszej nacisnęła plastikową klamkę i uchyliła je nieco. Zajrzała przez wolną przestrzeń, ale zobaczyła tylko ścianę z białych kafelek, więc otworzyła je nieco szerzej. <br />
	W oddali było słychać słabe odgłosy rozmów i szczęk talerzy. Upragniony przez nią zlew znajdował się przy ścianie obok drzwi. <br />
	Czuła że szczęście zaczęło się wreszcie do niej uśmiechać.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Chiński stolik, który stał na środku podróbki perskiego dywanu, jako pierwszy zwrócił na siebie jej uwagę. Dębowe drewno idealnie pasowało do kanapy z brązowej skóry stojącej naprzeciwko niego. Synthia nawet nie wiedziała kiedy znalazła się przy jednym z kantów kanapy. Leżała wygodnie z nogami na stole. <br />
	Popatrzyła przez chwilę na stół, a potem na swoje nagie piersi. Były małe, ale za zwyczaj nie miało to najmniejszego znaczenia. Wszyscy faceci byli zdecydowanie pod wrażeniem jej  delikatnej urody, owalnej twarzy i wreszcie nienagannej figury. Byłą brunetką o długich do ramion włosach, ale kiedy tylko mogła farbowała je na blond. Wiele by dała również żeby mieć niebieskie oczy, jednak musiała się zadowolić brązowymi.<br />
	Spojrzała też na nogi i z pewną ulgą odkryła że ma wciąż na sobie czerwone dzwony z jakiegoś letniego materiału. Musiało być jej nie wygodnie w szpilkach, ponieważ obie leżały beztrosko przy najbliższej nodze stolika. 	<br />
	Chciała przetrzeć oczy ręką, ale gdy nią poruszyła zawadziła o jakieś ciało obok siebie. Nieśmiało spojrzała w tamtą stronę i dostrzegła głowę jakiegoś mężczyzny zadartą do góry nosem. Długie włosy blondyna przerzucone za kwadratowy zagłówek kanapy sprawiały wrażenie tak wyjątkowo zaniedbanych że sama spojrzała w drugą stronę i niezdarnie chwyciła drugą ręką kosmyk swoich. Przyjrzała mu się uważnie. Stwierdzając że nie jest tak źle zaraz odrzuciła je na bok i wyciągnęła obie ręce do góry ziewając przy tym. Zamknęła nie wyraźne usta i dopiero teraz rzuciła jej się w oczy przezroczysta torebka z jakimś sianem stojąca przy najbliższej krawędzi stolika. Trudno było nie za uwarzyć że jest do połowy pusta.<br />
	Pamiętała tylko podrzędny bar, przystojnego barmana i kilka piw. Zmierzyła wzrokiem mężczyznę, który wciąż spał smacznie koło niej. Miał co najwyżej dwadzieścia  lat. Wytarte jeansy i trampki świadczyły że nie należy do tych ze stałą pracą i jakimikolwiek perspektywami na przyszłość. Żółta koszula z czarnymi konturami statuy wolności  przylegała do jego rozbudowanego torsu i ramion. Pochyliła się lekko do przodu i zobaczyła z drugiej strony następną kobietę w samych tylko białych majtkach, które mocno kontrastowały z opaloną skórą. <br />
	Dziewczyna miała również czarne włosy i wydawała się trochę grubsza od niej, ale za to młodsza i miała zdecydowanie większe piersi. Płaski brzuch i zadbane paznokcie pomalowane czerwoną farbą. Twarz miała odwróconą w przeciwną stronę, więc nie mogła jej zobaczyć. <br />
	Usta Synthii wykrzywiły się w krzywym uśmiechu i wróciła wzrokiem do twarzy mężczyzny i przyjrzała mu się nieco uważniej. Stwierdziła że nie jest aż tak atrakcyjny i nazwała go w myślach kolejnym lowelasem. Dopiero teraz rozejrzała się po  pomieszczeniu.<br />
	Pokój był mały, poza stolikiem i kanapą stał w nim jedynie czarno biały telewizor w drewnianej szafce. Białe ściany wyglądały nijako, nie mieściły się na nich żadne obrazy. Jedyną ozdobą było troje drzwi, z których dwie sztuki mieściły się za odbiornikiem, a trzecia w bocznej ścianie. Wszystkie były idealnie takie same więc trzeba było wybierać na oślep. 	<br />
	Durze okno za kanapą przysłaniała gruba zasłona, było południe wywnioskowała to po bladym słońcu, które częściowo tylko wydostawało się spoza konturów materiału. 	<br />
	Ubranie, czyli luźna koszula z białego materiału w blado czarne grochy leżała zwinięta w kącie obok zasłony, więc po cichu wstała z kanapy i jak najciszej jak się dało włodarzyła ją przez głowę. Przypominała raczej worek, aniżeli część ubrania. Ogromna dziura na głowę sięgała spokojnie za ramię, zaś  faliście zszyty materiał w okolicach pasa sprawiał że miała dodatkowo coś w rodzaju mini. <br />
	Szybko stwierdziła że nie trzeba być wprawionym obserwatorem żeby zauważyć że materiał jest cały pomięty i widać jej sutki. Szukanie stanika nie wchodziło w grę, ponieważ zeszłej nocy wcale go na siebie nie włodarzyła.<br />
	 Handel własnym ciałem z początku nie był dla niej czymś łatwym. Obrzydzeniem napawała ją wizja co dzień innego przerodzenia w sobie, wreszcie ocierania się o spocone ciała jakiś wyjątkowo nie atrakcyjnych facetów. Szybko jednak okazało się że nie musi wcale tak być. Miała wyłącznie samych atrakcyjnych mężczyzn, a tych na których żal było popatrzeć spławiała niebotyczną sumą. <br />
<br />
	Sytuacja jednoznacznie wskazywała na to że raczej tej nocy nic nie udało jej się zarobić, a jeżeli do czegoś doszło to z pewnością nie dostanie za to wynagrodzenia. 	<br />
	Podirytowana podniosła tym razem nie dbale szpilki na grubej podeszwie spod stołu, jednak zdecydowała się ich nie ubierać, ponieważ drewniane podeszwy mogły narobić sporo hałasu pomimo dywanu na podłodze. Skierowała się na palcach w kierunku jak sądziła drzwi wejściowych do mieszkania, które były w z prawej części ściany przed nią. Delikatnie nacisnęła klamkę i  możliwie najciszej otworzyła drzwi. <br />
	Zobaczyła przed sobą oświetlone pomieszczenie, przy pomocy mocnych lamp. Wszystkie wisiały na stalowych poręczach, przymocowanych na długich kikutach do również białych ścian. Kwadratowy stół wyraźnie stary i zniszczony stał na środku. Meble, które nieco przypominały blat z każdej kuchni stały przy każdej z nich. <br />
        Wielkie donice z zielonego plastiku i jakieś liściaste rośliny wystające z nich niczym paprocie stały na każdym z osobna.<br />
	Zaniepokojona spojrzała przez ramię czy nikt z tyłu się nie obudził. Kiedy znowu nie dowierzając własnym oczom spojrzała na swoje najnowsze odkrycie szybko zaczęła myśleć jak to wykorzystać. Oczywiste było że to wszystko jest warte tysiące dolarów, które z pewnością bardzo by się jej przydały. Instynktownie spojrzała pod stół i znalazła to czego szukała. Dwie drewniane skrzynki stały pośrodku cienkiej deski pod blatem, zamocowanej do nóg. <br />
	Ostrożnie położyła na blacie stołu szpilki i wyciągnęła pierwszą ze skrzynek do góry. Delikatnie otworzyła wieczko i nie mogła uwierzyć własnemu szczęściu, ponieważ była pełna suszonej zieleniny, co w prostej linii oznaczała że nie będzie musiała marnować czasu na odcinanie krzewów. Wyciągnęła następne i położyła na pierwszym. Cofnęła się o krok i jeszcze raz oceniła sytuację. <br />
	Szybko doszła do wniosku że nie ma szans zabrać obu, więc będzie musiała wziąć jedną. Niczym grzeczna dziewczynka, mająca nadzieję że dorośli nie zorientują się że źle postąpiła, kiedy posprząta odłożyła drugą na miejsce. Szpilki wylądowały w prawej ręce, natomiast skrzynka przy lewym boku. Zdecydowanie nie chciała marnować czasu na dyskretne zamykanie za sobą drzwi, dlatego zaraz po powrocie do salonu natychmiast położyła buty obok drugich drzwi. Nacisnęła na klamkę i w końcu drzwi wejściowe stanęły przed nią otworem.<br />
	<br />
	Podłużny taras, zabezpieczony aluminiową barierką, który mijał pięciorga drzwi do innych mieszkań wbijał się w ścianę jakiegoś budynku obok. Nieśmiało wyjrzała na zewnątrz. Kilka metrów dalej widać było schody. Podniosła szpilki i rzuciła je na zewnątrz. Kiedy wyszła natychmiast poczuła w stopach nieprzyjemny chłód kafelek, którymi wysłano cały balkon. Zamknęła jak najszybciej drzwi i wreszcie włożyła szpili. Karkołomnym sprintem dotarła do kamiennych schodów. Trzymając się obręczy, tak żeby nie spaść kilkoma susami pokonała ostatnią przeszkodę. <br />
	Znalazła się na ulicy. Przechodnie wydawali się nie zwracać najmniejszej uwagi na zaaferowaną dziewczynę z tajemniczym pakunkiem. <br />
	Ciepły wiatr od zachodu rozwiewał kosmyki jej włosów i zmarszczył materiał koszuli tak że oblepiał jej nagie ciało uwydatniając płaski brzuch i kontury nagich piersi. Rozejrzała się dookoła i ruszyła przed siebie żołnierskim krokiem, a że południowe słońce z uporem maniaka atakowało jej oczy zmarszczyła brwi. Kiedy dotarła do najbliższego przystanku przecisnęła się z trudem przez grupkę oczekujących. Dotarła pod niebieska wiatę. Spojrzała z ukosa na rozkład jazdy, wiszący na jednym z filarów i z satysfakcją odkryła że jeździ tamtędy autobus do jej mieszkania. Wystarczyło tylko poczekać.<br />
<br />
	Drzwi zaskrzypiały, jak to miały w swoim zwyczaju, kiedy je otwierała. Przekroczyła próg swojego mieszkania. Okrągły stół z drewna sosnowego, otoczony czterema zniszczonymi krzesłami ciągle stał na swoim miejscu, zaś ciemne deski podłogi były równie przegniłe jak zawsze. Pomalowana na biało rama łóżka, chyba jeszcze z przed wojny stała tuż obok wejścia. Materac na niej był mocno zużyty, ale to akurat wydawało się najmniej dokuczliwe. <br />
	Znacznie bardziej brakowało jej toaletki, której funkcję pełniło drewniane krzesło, stojące zaraz obok ramy.  Spoczywały na nim wszystkie potrzebne na co dzień kosmetyki. Zadanie przechowywania ubrań zdawał się wypełniać spory kufer przy oknie. Synthia wiecznie zamykała go na klucz, ze strachu przed złodziejami. Trzymała tam wszystkie pieniądze. <br />
	Oprócz salonu do dyspozycji Synthii pozostawała łazienka, do której drzwi niemal zawsze otwarte znajdowały się po lewej stronie od wejścia. Dużo światła zapewniało trzy częściowe okno, którego górna rama sięgała niemal że wysokiego sufitu. Podobnie jak biała farba z desek framugi, tak i z sufitu wydawała się schodzić całymi płatami. <br />
	Telefon, który był chyba najrzadziej używaną rzeczą w mieszkaniu teraz bardzo jej się przydał. Czerwone urządzenie, zaopatrzone w talerz z przezroczystego plastiku do wykręcania numeru wisiał na ścianie tuż przy drzwiach.<br />
	Szybko podeszła do blatu stołu i niemal że z namaszczeniem położyła na im swój skarb. <br />
Drewno narobiło trochę hałasu, ale to już nie było szkodliwe. Odwróciła się i podniosła słuchawkę. Wykręciła dobrze znany sobie numer, kiedy ktoś odebrał stwierdziła z łamaną angielszczyzną :<br />
<br />
- mam coś dla ciebie – i odłożyła słuchawkę na miejsce. <br />
<br />
	Niepewna swojej decyzji wróciła do stołu i usiadła na jednym z krzeseł. Oparła się wygodnie o drewniane oparcie i położyła łokieć na blacie stołu. Czekała jakieś dziesięć minut zanim klamka w drzwiach wejściowych zazgrzytała i ktoś otworzył drzwi. <br />
	Czarny facet z bogato kręconymi włosami w kształcie okręgu zdecydowanie wszedł do mieszkania nie zamykając za sobą drzwi. Był wysoki, i szczupły. Miał na sobie popielate dzwony i białą koszulę od garnituru z niedopiętym górnym guzikiem, którego jedyną funkcją wydawało się odsłanianie lichego torsu mężczyzny. <br />
	Wglądał zdecydowanie elegancko ponieważ dolna krawędź koszuli wsadził za czarny pasek ze skóry. Czarne trzewiki, które niezmiennie wyglądały elegancko wydawały się zdecydowanie gruntować wizerunek ulubieńca wszystkich teściowych.<br />
<br />
- co dla mnie masz ?<br />
<br />
	Spytał z niemal że urzędniczą miną. Synthia w odpowiedzi otworzyła delikatnie wieczko skrzynki na oścież, a mężczyzna podszedł góra cztery kroki do przodu żeby zobaczyć jej zawartość. <br />
<br />
- niezłe, ile chcesz ?<br />
- 600<br />
<br />
	Mężczyzna nie bez wahania sięgnął do kieszeni i wyciągnął plik banknotów. Kiedy położył je na stole i spytał patrząc jej głęboko w oczy :<br />
<br />
- chcesz zarobić więcej ?<br />
- Nie, nie prześpię się z tobą<br />
- Nie o to chodzi<br />
- a o co ?<br />
- Powiedz mi z skąd to masz, dostaniesz kolejne 600<br />
<br />
Synthia z kalkulowała że raczej nie da rady wziąć więcej z kryjówki i odparła :<br />
Dobrze.<br />
<br />
Mężczyzna w odpowiedzi położył dodatkowe banknoty, w tym samym miejscu co poprzednie is twierdził oschle:<br />
<br />
- Pojedziesz z nami<br />
- To konieczne ?<br />
- Jak najbardziej, wolę mieć cię przy sobie<br />
- Za dodatkowe 100<br />
- Do zobaczenia wieczorem wieczorem<br />
<br />
	Kiedy odwrócił się na pięcie i wyszedł tym razem zamykając za sobą drzwi szybko zdała sobie sprawę z tego że będzie tego żałować. Johan, bo tak miał na imię nie należał do miłych gości. Pośród wielu zajęć, którymi parał się na dzielnicy był najbardziej utalentowanym ekspertem od długów. Jego klienci, którzy mieli pecha się z nim zadać lubili często znikać bez śladu. <br />
	Synthia sama nie wiedziała czy policja w tamtych stronach rzeczywiście była taka nie udolna, czy po prostu miał ich wszystkich w kieszeni. Jako przyjaciel, albo tylko sojusznik był postacią nie do przecenienia. Problem tylko w tym że lepiej było zawsze schodzić mu z drogi.<br />
	Gdy mężczyzna zamknął za sobą drzwi z głuchym hukiem natychmiast wstała. Nigdy wcześniej nie widziała na oczy takiej sumy. Teraz mogła nawet iść na tygodniowy urlop, zabawić się. Jednym ruchem podniosła ze stołu plika banknotów i szybko wsadziła sobie do tylnej kieszeni spodni, starając się jednocześnie wmówić sobie że wszystko będzie w porządku i z takim specjalistą od mokrej roboty nic jej nie grozi. Nadal pełna obaw pchnęła drzwi od łazienki i odkręciła kurek w przedwojennej wannie. <br />
<br />
	Czerwone słońce chyliło się ku upadkowi za linią bloków na horyzoncie. Purpurowe niebo, które od nie dawna stawało się coraz ciemniejsze nie nosiło na sobie ani jednej chmury. <br />
	Synthia, która starała się jakoś zabić czas wróżąc sobie przy stole ze zniszczonej talii kart tarota nadal nie była w najlepszym humorze. Karty nieustannie twierdziły że szykuje się jakaś zmiana. Synthia nie miała pojęcia jaka, ale w połączeniu z jej złymi przeczuciami obraz przyszłości nie wydawał się zbytnio optymistyczny.<br />
	Zrezygnowana odłączyła karty na bok. Była już przebrana. Miała na sobie jeansowe dzwony i wyjściową koszulę  w białym kolorze. Włosy spięła w kucyk, a oczy jak zwykle podkreśliła czarną kredką. Zrezygnowała ze szpilek na rzecz czarnych trampek, ponieważ nie wiedziała do końca na czym miała polegać jej rola. Oczywistym wydawało się że będzie tylko obserwatorem, lecz mimo wszystko wolała się zabezpieczyć. <br />
	Punktualnie o ósmej drzwi wejściowe do jej mieszkania otworzyły się na oścież. Johan, który również zmienił ubranie przedstawiał się jeszcze bardziej ponuro. Czarne spodnie i czarna koszula, z pod której widać było kolbę pistoletu nie zrobiły na niej dobrego wrażenia. Syntha nie wnikała czy to rzeczywiście pistolet tylko posłusznie wstała i ruszyła w kierunku Johna, który widząc jej napiętą minę kiedy go mijała stwierdził oschle :<br />
To będzie jak spacer po parku mała<br />
<br />
	Nie uwierzyła w ani jedno jego słowo, tylko skierowała się na duł wzdłuż drewnianych schodów, nie zatrzymując się nawet na chwilę.<br />
<br />
	Czarna noc zalała ulice zmuszając przy tym setki latarni ulicznych do pracy. Synthia razem z Johanem i jego białym partnerem, który miał na swoim muskularnym ciele całą kolekcję więziennych tatuaży i ogoloną głowę. Jechali zielonym Fordem na spotkanie przeznaczenia. Dziękowała bogu że pozwolili jej siedzieć z tyłu. Jakoś nigdy nie lubiła jazdy na przednim siedzeniu. Zanim ruszyli szczegółowo opisała trasę, więc zdołała wydrzeć jeszcze chwilę spokoju dla siebie. <br />
	Prowadził Johan, zaś jego kumpel siedział na siedzeniu tuż obok i bawił się bronią. Jego beztroskie zachowanie niepokoiło kobietę. Przecież w każdej chwili mogli minąć radiowóz i zostać zatrzymani. Jednak kiedy nadeszła chwila prawdy nic takiego się nie stało. Dwaj funkcjonariusze moneli ich jakby nigdy nic. Nie przeszkodziło to jej żołądkowi podejść do gardła, co paradoksalnie przypomniało jej że nie jadła kolacji. Kiedy zobaczyła jak radiowóz znika za kolejnym zakrętem zabrakło jej powietrza, więc pośpiesznie uchyliła okno. <br />
Widzę że to twój pierwszy raz mała.<br />
Stwierdził sąsiad Johana i przeładował broń i dodał beztrosko z meksykańskim akcentem :<br />
To będzie jak zabrać dziecku cukierka, wież mi, znam się na tym.<br />
Kiedy dotarli wreszcie na miejsce Johan zgasił reflektory i zaparkował nieopodal budynku celu.<br />
Synthia zostajesz tutaj i nie ruszaj się choć by nie wiem co.<br />
Rozkazał Johan naciskając na klamkę i otwierając drzwi. <br />
- Ładna okolica. <br />
Stwierdzi nieznajomy patrząc za okno i dodał ze szczyptą czarnego humoru.<br />
- Ciekawe jakie mają tutaj szkoły.<br />
Synthia zrobiła wielkie oczy i odparła :<br />
- nie mam zielonego pojęcia.<br />
Kiedy zobaczyła jak Johan przebiega przez ulicę zapytała zdziwiona : <br />
- a ty nie idziesz z kolego ?<br />
spokojnie ja tu jestem jako swoiste zabezpieczenie. Czterysta dolców, a ja nawet nie wychodzę z samochodu, życie jest piękne.<br />
<br />
	Popatrzył się na nią niczym cwaniak z podstawówki i w szerokim uśmiechu pokazując w ciemności białe zęby. Synthia od razu zauważyła że brakuje mu jednego.<br />
	Cztery strzały rozdarły powietrze, a wszystkie psy w okolicy zaczęły ujadać, jak na zawołanie. <br />
- no i jednak nie jest tak łatwo<br />
<br />
	Stwierdził wyraźnie nie zadowolony mężczyzna i natychmiast wybiegł z pistoletem na zewnątrz. Rozejrzał się dookoła zanim przebiegł przez ulice i wpadł na dobrze znane Cynthii schody. Widziała jego sylwetkę w świetle rzadkich latanii, wywnioskowała natychmiast że pobiegł na górę. Siedziała teraz spięta niczym łobuz czekający na karę, na dywaniku u dyrektora.<br />
	Kolejne salwy rozdarły powietrze, a w oddali słychać było już syreny policyjne. Szybko zajęła miejsce kierowcy i nerwowo zapaliła silnik. Była gotowa w każdej chwili ruszyć z kopyta, jednak zdecydowała się jeszcze chwilę zaczekać. Cenne sekundy mijały, a nic się nie działo, może poza ujadaniem psów. <br />
	Kiedy padły następne strzały zobaczyła w ciemności kulejącego mężczyznę, który biegł w jej kierunku. Zatrzymał się na środku ulicy żeby wystrzelić na oślep jeszcze trzy razy i to był błąd. Kiedy padły kolejne dwa strzały z przeciwnej strony wywrócił się na wznak. Więcej argumentów nie było jej trzeba żeby nacisnąć gaz do dechy. <br />
	Samochód z wyraźnie podrasowanym silnikiem zabuksował w miejscu i z rykiem ruszył przed siebie z taką prędkością że Synthia ledwo zdążyła skręcić przed najbliższą latarnią. Pech chciał jednak że kawałek dalej minęła radiowóz, a funkcjonariusze natychmiast zorientowali się że coś jest nie tak i zawrócili radiowóz. <br />
	Synthia natychmiast zerknęła w lusterko i zobaczyła że jest ścigana. Niczym w transie zmieniała biegi na coraz wyższe, a wskazówka okrągłego prędkościomierza coraz bardziej zbliżała się do prędkości maksymalnej. Slalomem minęła dwa przypadkowe samochody i wypadła na jezdnię szybkiego ruchu. <br />
	Tam już było o wiele gorzej. Większy ruch był swojego rodzaju sprawdzianem jej umiejętności. Jakimś cudem udało jej się dotrzeć do pierwszego skrzyżowanie, jednak wszystkie światła nad jezdnią świeciły się na czerwono. <br />
	Odruchowo nacisnęła pedał hamulca żeby nie uderzyć w cztery kolumny samochodów przed sobą, jednak nabrała już zdecydowanie za wysokiej prędkości. Odruchowo skręciła kierownicą w prawo i uderzyła w nie bokiem. <br />
	Wszystkie szyby rozpadła się na setki małych kawałków a rozdzierający krzyk gnącej się blachy od strony kierowcy zaatakował potężnie jej świadomość. Drzwi, które wtargnęły do wnętrza uderzyły ją z takim impetem że ciało odbiło się od nich i wylądowało pomiędzy siedzeniami.<br />
	Kiedy otworzyła oczy czuła ogromny ból w ramieniu. Modląc się w myślach żeby to nie było złamanie wydostała się z pojazdu przez uchylone już drzwi pasażera. Poczuła chłodne powietrze na policzkach i nosie, zaś z oddali dobiegał dźwięk nieustannie zbliżającej się syreny wozu policyjnego. Jedyną sprawną ręką poprawiła rozczochrane włosy i rozejrzała się dookoła. <br />
	Wyraźnie zainteresowani przechodnie, którzy na co dzień pilnują własnych spraw teraz przyglądali się temu co się stało z nie małym zainteresowaniem. <br />
	Gapie otaczały ją czelnym łukiem. Samochód policyjny, którego kierowca zdecydowały się na o wiele bezpieczniejszą jazdę był jeszcze spory kawałek za nią.  <br />
	Synthia natychmiast musiała coś wymyślić, przecież nie mogła zostać aresztowana. Ruszyła w kierunku wielu przy tej drodze ślepuch uliczek. Przepchnęła się przez kordon ciekawskich i wbiegła w nią. <br />
	Ledwie biegła z wykrzywioną twarzą z bólu. Kiedy dotarła do ściany niemal uwierzyła że to koniec. Już chciała grzecznie siąść i czekać aż zły los się dopełni, kiedy zauważyła białe drzwi. Nerwowo nacisnęła klamkę, a one ustąpiły i otworzyły się do zewnątrz. Wpadła do środka i zamknęła je za sobą. Natychmiast zdała sobie sprawę że znalazła się w ciemnym pomieszczeniu, dlatego zaczęła macać boczne ściany w poszukiwaniu włącznika. Znalazła go, a małe i długie pomieszczenie oświetlił oślepiający blask jarzeniówki, która wydawała typowy pomruk. Przy obu najdłuższych ścianach stały jakieś stare i zakurzone meble. Nie zastanawiając się nad tym zbyt długo zaczęła przesuwać najbliższą z nich tak żeby zablokować drzwi. Kosztowało ją to nie mało wysiłku, ale udało się. Drzwi głucho zadudniły od uderzenia kantu i wreszcie mogła odetchnąć. Nagle ktoś szarpnął za klamkę, pierwszy raz i drugi. Spokój. <br />
	Synthia  po raz kolejny odetchnęła z ulgą. Dopiero terasz poczuła wilgoć na czole, znacznie inną niż pot. Podniosła dłoń i dotknęła czoła. Kiedy spojrzała na palce zobaczyła czerwoną plamę. <br />
	Dopiero teraz zrzuciły jej się w oczy kolejne drzwi na przeciwko pierwszych. Powoli, jak najciszej nacisnęła plastikową klamkę i uchyliła je nieco. Zajrzała przez wolną przestrzeń, ale zobaczyła tylko ścianę z białych kafelek, więc otworzyła je nieco szerzej. <br />
	W oddali było słychać słabe odgłosy rozmów i szczęk talerzy. Upragniony przez nią zlew znajdował się przy ścianie obok drzwi. <br />
	Czuła że szczęście zaczęło się wreszcie do niej uśmiechać.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Willkommen, Bienvenue, Welcome!]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Willkommen-Bienvenue-Welcome</link>
			<pubDate>Fri, 03 Feb 2012 23:27:17 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Willkommen-Bienvenue-Welcome</guid>
			<description><![CDATA[Cześć, mam naście lat i chęć usłyszenia rzetelnej oceny mojej twórczości<span style="font-size: xx-large;"> </span>przyciągnęła mnie na to forum. Interesuję się, niezbyt oryginalnie, wieloma rzeczami; kinem, teatrem, muzyką (szkoła), modą... - sztuką w każdym wydaniu. Trochę psychologią, trochę filozofią, trochę religią. Kiedy piszę to powitanie, trudno jest mi znaleźć jakieś zainteresowanie, które nie podpada pod sztukę. Ach, jeszcze matematyka, szachy i kupowanie ubrań. Tak bardziej personalnie: jestem osobą ciekawą świata, tolerancyjną (lgbt!) i nastawioną pozytywnie do wszystkiego i wszystkich. [przegląda inne powitania, żeby zobaczyć, co jeszcze napisać&#93; Jestem z Warszawy i lubię Warszawę; w ogóle duże miasta, tam czuję się najlepiej, a Warszawa jest do tego przepiękna architektonicznie, przynajmniej moje okolice (gdzieś koło Muranowa, lata '50). Przyprowadziły mnie tutaj google. Nie przepadam za fantasy ani s/f (ale z licznymi wyjątkami). Na zakończenie jeszcze kilka punktów, czyli to, co się czyta najłatwiej: ) <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">Kilka luźno wybranych ulubionych filmów:</span> Stalker, Marzyciele, Powiększenie, Ed Wood, Tlen (Wyrypajew), Wyśnione miłości, Edward Nożycoręki, Opętanie (Żuławski), Taksówkarz, Zagubiona autostrada... <br />
<span style="font-weight: bold;">Takoż książek:</span> Portret Doriana Greya, baśnie Andersena, Alicja w Krainie Czarów, Mistrz i Małgorzata, ogólnie Szekspir... <br />
<span style="font-weight: bold;">Zespołów:</span> Miranda Sex Garden, Bauhaus, The Doors, Marilyn Manson, Skrillex, Angelspit... <br />
<span style="font-weight: bold;">I kompozytorów:</span> Penderecki, Bach, Prokofiev, Brahms... <br />
<br />
Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, chętnie na nie odpowiem; ) <br />
<br />
Raz jeszcze witajcie i zapraszam do komentowana mojej twórczości!]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Cześć, mam naście lat i chęć usłyszenia rzetelnej oceny mojej twórczości<span style="font-size: xx-large;"> </span>przyciągnęła mnie na to forum. Interesuję się, niezbyt oryginalnie, wieloma rzeczami; kinem, teatrem, muzyką (szkoła), modą... - sztuką w każdym wydaniu. Trochę psychologią, trochę filozofią, trochę religią. Kiedy piszę to powitanie, trudno jest mi znaleźć jakieś zainteresowanie, które nie podpada pod sztukę. Ach, jeszcze matematyka, szachy i kupowanie ubrań. Tak bardziej personalnie: jestem osobą ciekawą świata, tolerancyjną (lgbt!) i nastawioną pozytywnie do wszystkiego i wszystkich. [przegląda inne powitania, żeby zobaczyć, co jeszcze napisać] Jestem z Warszawy i lubię Warszawę; w ogóle duże miasta, tam czuję się najlepiej, a Warszawa jest do tego przepiękna architektonicznie, przynajmniej moje okolice (gdzieś koło Muranowa, lata '50). Przyprowadziły mnie tutaj google. Nie przepadam za fantasy ani s/f (ale z licznymi wyjątkami). Na zakończenie jeszcze kilka punktów, czyli to, co się czyta najłatwiej: ) <br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">Kilka luźno wybranych ulubionych filmów:</span> Stalker, Marzyciele, Powiększenie, Ed Wood, Tlen (Wyrypajew), Wyśnione miłości, Edward Nożycoręki, Opętanie (Żuławski), Taksówkarz, Zagubiona autostrada... <br />
<span style="font-weight: bold;">Takoż książek:</span> Portret Doriana Greya, baśnie Andersena, Alicja w Krainie Czarów, Mistrz i Małgorzata, ogólnie Szekspir... <br />
<span style="font-weight: bold;">Zespołów:</span> Miranda Sex Garden, Bauhaus, The Doors, Marilyn Manson, Skrillex, Angelspit... <br />
<span style="font-weight: bold;">I kompozytorów:</span> Penderecki, Bach, Prokofiev, Brahms... <br />
<br />
Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, chętnie na nie odpowiem; ) <br />
<br />
Raz jeszcze witajcie i zapraszam do komentowana mojej twórczości!]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Witam Omega Opioum]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Witam-Omega-Opioum</link>
			<pubDate>Fri, 03 Feb 2012 17:06:05 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Witam-Omega-Opioum</guid>
			<description><![CDATA[Witam wszystkich szanownych użytkowników forum Literka.<br />
Przedstawię się bardzo zwięźle.<br />
W Internecie ukrywam się pod pseudonimem Omega Opioum.<br />
Piszę do Was z Katowic. Zawodowo jestem informatykiem. ;-)<br />
Hobbystycznie poetą. Przez 7 lat byłem nauczycielem w szkole średniej. <br />
Od czasu do czasu piszę na własnym blogu.<br />
Najczęściej czytam poezję internetową, choć zdarzają mi się i inne formy sztuki słowa.<br />
Na forum mam zamiar znaleźć wiele ciekawych myśli i idei ubranych w słowa.<br />
Liczę także na rzeczowe dyskusje i ciekawe sugestie.<br />
Miło mi Was poznać.<br />
Pozdrawiam i do zobaczenia w tematach.<br />
<img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/smile.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
<span style="color: #FF1493;">Link usuniety - proszę zapoznać się z regulaminem.</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Witam wszystkich szanownych użytkowników forum Literka.<br />
Przedstawię się bardzo zwięźle.<br />
W Internecie ukrywam się pod pseudonimem Omega Opioum.<br />
Piszę do Was z Katowic. Zawodowo jestem informatykiem. ;-)<br />
Hobbystycznie poetą. Przez 7 lat byłem nauczycielem w szkole średniej. <br />
Od czasu do czasu piszę na własnym blogu.<br />
Najczęściej czytam poezję internetową, choć zdarzają mi się i inne formy sztuki słowa.<br />
Na forum mam zamiar znaleźć wiele ciekawych myśli i idei ubranych w słowa.<br />
Liczę także na rzeczowe dyskusje i ciekawe sugestie.<br />
Miło mi Was poznać.<br />
Pozdrawiam i do zobaczenia w tematach.<br />
<img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/smile.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
<span style="color: #FF1493;">Link usuniety - proszę zapoznać się z regulaminem.</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[O różnych punktach widzenia]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-O-r%C3%B3%C5%BCnych-punktach-widzenia</link>
			<pubDate>Fri, 03 Feb 2012 14:59:19 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-O-r%C3%B3%C5%BCnych-punktach-widzenia</guid>
			<description><![CDATA[Stare, ale i tak chętnie się dowiem, co myślicie... O kawałeczku przeszłości.<br />
<br />
Nie chcę nużyć, dam więc w kilku częściach. ^&gt;^<br />
<br />
***<br />
<br />
<br />
Paweł zwalił się z łóżka, jęknął i poprzeklinał trochę do dywanu. Zazwyczaj toczył się po podłodze do samych drzwi swojej sypialni, jak beczka, bo nie chciało mu się wstawać. Tym razem musiał jednak otwarcie przyznać, że walanie się po podłodze pokrytej taką warstwą kurzu jest niewskazane. Odliczył od dziesięciu do jednego, żeby wstać. Po czwartej kolejce zrezygnował. Liczenie nie miało sensu. Zerwał się z podłogi tak gwałtownie, że zakręciło mu się w głowie. Wymacał klamkę, nacisnął… Po czym doczłapał do przedpokoju, po drodze mijając gablotkę z medalami. Oooo. Schody. Paweł usiadł na najwyższym z nich i zaczął zjeżdżać na tyłku, bo nie chciało mu się schodzić. Zsuwał się więc po jednym stopniu w dół, szorując bokserkami po drewnianych panelach. Jest! Dół! Nareszcie! Paweł już myślał, że mu się dziura zrobi w portkach. Idąc do łazienki stwierdził, że NIENAWIDZI tego jednorodzinnego domku. Bo miał piętra, ale nie miał windy. I te zasrane piłki, do których ojciec miał taki sentyment… I jego biało–czerwony strój. Ha! Żałosne. Paweł odkręcił wodę, mrucząc coś do siebie. NIENAWIDZIŁ także tego lustra nad umywalką, bo zdarzało się, że kiedy Paweł się pochylał i mył twarz, ktoś stawał w drzwiach łazienki. Paweł podnosił się wtedy, spokojnie wycierał twarz w ręcznik, spoglądał w lustro… I wrzeszczał, widząc przed sobą czyjeś odbicie. Przemyślał to i postanowił zamykać drzwi, podniósł się, wytarł twarz ręcznikiem, popatrzył w lustro…<br />
 – AAAAAAAAAaaaaaaaach! Jezus Maria!<br />
 – Paweeeł? – jęknął młodszy brat, wcale się nie przejmując tym okrzykiem przerażenia.<br />
 – No? Co smarkaczu? – Paweł uspokoił oddech, po czym wycisnął tonę pasty na swoją rozjechaną szczoteczkę do zębów.<br />
 – Potrzebuję grzechotki, pani nam kazała przynieść na dzisiaj – oznajmił Marcin, patrząc na niego wyczekująco.<br />
 – A zzkąd ja zi wezmę zechochkę? – wybulgotał Paweł.<br />
 – Bo ja muszę sam zrobić! Ma być puszka i jakieś ziarenka, ale pani powiedziała, że suszony groch też może być, bo potem jest występ, a na pewno…<br />
Paweł nie słuchał. Ziarenka? Puszka? Czy to nie obowiązek rodzica, załatwiać takie sprawy? Ale przecież ważniejsze jest zgrupowanie kadry w Spale! Paweł NIENAWIDZIŁ… Ach, grzechotka. Czy pani przedszkolanka trochę nie przesadza? Żeby kazać dzieciom robić grzechotki? Czy ta pani nie jest czasem starym piernikiem, który to pół życia spędza na paplaniu z innymi starszymi paniami pod kościołem, po przecież wołowinka w Kauflandzie tańsza, a śledzik z Lidla w promocji… Bo przecież to takie ważne, że aż trze… Paweł wymierzył sobie mentalny policzek. Nie wolno mu było zagłębiać się w swoje toki myślowe, bo były bezsensowne i krążyły po prostu w kółko, po jakiejś niewidocznej orbicie, dookoła myśli przewodniej… A swoją drogą, jaka była myśl przewodnia? Paweł spojrzał na brata. Ach, puszka. Paweł miał puszkę. Tyle, że po Kasztelanie.<br />
<br />
<br />
 – I wtedy poszliśmy na podbój spożywczaka, młody dostał puchę coca–coli, a ja wydałem ostatnie oszczędności na paczkę gorczycy – burknął Paweł. <br />
 – Och…<br />
 – A ojciec woli odbijać piłkę niż pomóc mi, wyobrażasz sobie? <br />
 – Ogarniam. Ej stary, wiesz, że na dziś mamy recytować „Redutę Ordona”? – spytał Edek. <br />
 – Kłamiesz.<br />
 – Nie.<br />
 – NO KUŹWA, TERROR! – wrzasnął Paweł, osuwając się po ścianie. Nie ma mowy, nie zdoła nauczyć się tej "Pierduty" w dziesięć minut, które trwała ich przerwa. Zwalił się na brudny korytarz, tuż koło swojego plecaka, wyklinając na panią polonistkę. Zgodził się z rezygnacją, gdy Edek poprosił o wysłuchanie go i sprawdzenie z podręcznikiem. Paweł słuchał jednym uchem, podczas gdy Edek męczył się niemiłosiernie, próbując wypowiedzieć słowo "artyleryi". Uwagę Pawła przykuła ciemnowłosa dziewczyna, siedząca z drugiej strony korytarza. Spojrzał z powrotem na Edka, akurat w chwili, gdy tamten z nieopisaną ulgą wyrzucił z siebie:<br />
 – Wierny, czynny i sprawny – jak knur w ręku kata!<br />
Paweł zezował chwilę na piegowatą twarz kolegi, żywiąc cichą nadzieję, że się przesłyszał. Nie przesłyszał się jednak.<br />
 – Edek… – westchnął z rozpaczą. –  Ty mnie zabijesz…<br />
 – Hę?<br />
 – Widziałeś ty kiedyś knura?<br />
 – No widziałem.<br />
 – No. I jak by taki knur wyglądał w ręku kata? – jęknął Paweł, zbierając się z ziemi.<br />
 – A, bo ten… Heh… Heheh… <br />
 – No, śmiej się geniuszu – mruknął Paweł, choć sam nie mógł się powstrzymać od chichotu. Edek spojrzał na niego z tym swoim krzywym uśmiechem. Po chwili obaj rechotali jak durni. Aż do chwili, w której pani wciągnęła ich do klasy za uszy. Brunetka uśmiechnęła się lekko i weszła za nimi.<br />
<br />
<br />
<br />
 – Knur? Edek rozwalał system… – mruknęła.<br />
 – Ano, rozwalał. Dawno go nie widziałem, wiesz? Chyba skończył z nauką… – Paweł majstrował przy pasku od spodni, jak zawsze, gdy mu się nudziło. <br />
 – Hej, Paweł? – Czarna zagryzła wargę. Już czas wyznać Pawłowi prawdę, bo chodzenie za nim bez przerwy robiło się męczące. Ale jak to powiedzieć? Tak prosto z mostu? A co, jeśli Paweł nie czuje tego samego, co ona? Trzasnęły drzwi. Paweł i Czarna obrócili się machinalnie, ale z domu wypadł tylko Marcin, powodując na ich twarzach niemałe zawiedzenie. Chwilę później dobiegł do nich.<br />
 – Paweeeł, weź się przesuń – jęknął. Paweł zignorował go, nadal rozwalony na huśtawce. Marcin fuknął i usiadł na trawie, gapiąc się na nich.<br />
 – A ty nie powinieneś być w kościele? Do komunii idziesz – warknął Paweł.<br />
 – Ale mam pytanie – oznajmił brat.<br />
 – A jakie? – zainteresowała się Czarna.<br />
 – O boga. Myślicie, że bóg jest i patrzy? – wypalił Marcin. Pawła zatkało. Czarna wypuściła powoli powietrze.<br />
 – No wiesz…<br />
 – Bo jego nie widać, ale on chodzi po chmurach – rzekł Marcin tonem znawcy.<br />
Paweł stwierdził, że nie wypada psuć bratu jego chorego światopoglądu. Nie miał serca tłumaczyć mu, że bóg wcale nie chodzi po chmurach… Bo nie dość, że boga nie ma, to po chmurach nie da się chodzić, bo one nie są ciałem stałym… Tylko taką… Takimi no… Chmurami jakby? No właśnie. Więc nie można po nich chodzić. A w ogóle, żeby chodzić to trzeba by najpierw wejść, a wejść też się raczej nie da… Ciekawe, jakby to było, pochodzić w chmurach. Przyjemnie pewnie. Przyjemnie też będzie zobaczyć tatę, jutro mecz… Paweł zorientował się, że pozostali na niego patrzą.<br />
 – Eeeee… – wydusił. O czym to oni mówili?<br />
 – Paweł? To myślisz, że bóg istnieje? – dopytywał Marcin.<br />
 – Ta – mruknął Paweł. Nie mógł odpowiedzieć inaczej, Marcin zaraz zacząłby się z nim kłócić, albo, co gorsza, poszedłby porozmawiać z mamą… A wtedy życie Pawła nie byłoby już takie kolorowe (ach, coś ty mu naopowiadał, dzieciak do komunii idzie, a ty mu filozoficzne wywody o boskiej egzystencji będziesz sprzedawał, gówniarzu!)… – Taak, bóg istnieje – dodał pewniej. Ech… Czego to człowiek dla wygody nie robi… Ale to i tak nie było wyjście idealne. Paweł już to słyszał, już widział oczami wyobraźni, jak Marcin podchodzi do niego i jęczy „a mówiłeś, że bóg istnieeejeee!”. Wstał z huśtawki i spojrzał w stronę stadionu. Nawet lubił te mecze.<br />
<br />
<br />
<br />
 – A mówiłeś, że bóg istnieje! – burknął Marcin. Paweł zassał powietrze i prawie zrobił zeza, zaciskając palce na piłce.<br />
 – No, mówiłem – potwierdził po chwili.<br />
 – Ale bierzmowania nie masz! I teraz Iwona gniewa się na nas wszystkich! – krzyknął Marcin, rzucając w niego podręcznikiem do fizyki. Paweł chciał zrobić unik, ale mu nie wyszło. Po chwili klął jak szewc, masując obojczyk. Ach! Dziś środa, spotkanie z Czarną. Jak mógł o tym zapomnieć? Ale zaraz trening… Nie wolno spóźnić się na trening. Nie wolno zawieść ojca, bo nawet, jeśli ma się go w dupie… to nie wypada wprawiać go w zły humor. Paweł nie lubił, gdy ojciec wyżywał się na Marcinie. A robił to zawsze, gdy "ktoś" zepsuł mu jego zasrany humor. Paweł spojrzał na brata.<br />
 – A czemu niby Iwona się gniewa? Co jej do mojego bierzmowania? Trzeba było wrzeszczeć trzy lata temu, a nie…<br />
 – Bo chciała, żebyś był chrzestnym, idioto! Czemu, jeszcze się głupio pyta… – Marcin obrócił się i zaczął z pasją bazgrolić coś na kartce. Paweł stwierdził, że jak tak dalej pójdzie, to na pewno rozwali swój ukochany ołówek. Już miał mu to powiedzieć, ale nagle coś wpadło mu do oka.<br />
 – Cholera, rysik połamałem… <br />
<br />
<br />
Czarna siedziała i starała się przypomnieć sobie jakieś banalne wzory. Nic z tego. Ech, gdyby Paweł studiował z nią, pewnie wszystkie by pamiętała. Nauka zawsze była świetnym pretekstem do spotkań z nim. Paweł to miał mózg, na wszystkich konkursach był w czołówce, ona gdzieś za nim. W ogóle, inteligencja Pawła była ogromna, co dziwnie kłóciło się z jego skłonnością do lenistwa i rozmyślań o niczym. Czarna zawsze wyobrażała sobie Pawła, odbierającego jakiś dyplom czy wyróżnienie. Albo jako magistra. Wtedy jego ojciec mógłby mu naskoczyć, a nie wyzywać od bab i kujonów. A Marcin może wreszcie wziąłby się za siebie, bo od pewnego czasu wyglądał jak sto nieszczęść. Ostatnio miał na dodatek podbite oko. Czarna chciała z nim porozmawiać, ale stwierdziła, że lepiej będzie odprowadzić go do domu i kazać mu położyć się spać. Gdyby tylko zaczął dbać o siebie i uczyć się… Nauka jest ważniejsza od sportu, a jeszcze ważniejsze jest spełnianie swoich marzeń. Ach… Paweł i jego filozoficzne wywody o życiu. Stare, dobre czasy… <br />
 – Żyjesz? – spytał ktoś.<br />
 – Ano, chyba żyję. Myślałam.<br />
 – O kim? – spytał ktoś, tonem sugerującym głód nowych plotek.<br />
 – O starym znajomym – odparła ostrożnie. Wplotła palce w swoje czarne włosy.<br />
 – Studiuje na politechnice? Ktoś z naszego roku? Ładny jakiś?<br />
 – Nie, nie studiuje tutaj… – Czarna spojrzała na swoje buty. – Ale zawsze mówił, że będzie inżynierem. A potem zabrali go na jakiś cholerny mecz.<br />
 – Nie ogarniam – zaśmiała się poszukiwaczka ciekawych ploteczek.<br />
 – Jego ojciec był sportowcem, pewnie chce go w to wciągnąć… Wiesz, jak to jest, rodzicom nie wychodzi, więc przekładają marzenia na dzieci… <br />
 – Aha. Przykro mi – stwierdziła ta idiotka. Czarna zapragnęła nagle wyrwać jej wszystkie włosy z głowy. Jasne, że jej przykro. Durna pinda. Gówno ją obchodził Paweł i jego zmarnowane szanse na wyższe wykształcenie…<br />
<br />
<br />
 – Paweł! Stój! – Czarna dobiegła do niego, z niedowierzaniem patrząc mu w oczy.<br />
 – Monika, tak? – spytał spokojnie.<br />
 – Tak! Oczywiście, że ja! Boże… Tak się cieszę, że cię widzę! Powiedz, co u ciebie? Ale urosłeś…<br />
 – Zawsze byłem wysoki – zaśmiał się. Ruszyli dalej. – Cholera, ile lat minęło… Niewiele pamiętam, wszystko tak szybko się dzieje. Budzę się w poniedziałek, kładę spać w niedzielę… Wiesz, jestem zmęczony…<br />
Czarna słuchała, rozkoszując się każdym słowem. Liczyła na gorętsze powitanie, może nawet uścisk czy całus w policzek, ale starała się o tym nie myśleć. Ważne, że Paweł ma się dobrze.<br />
 – A co robisz, gdzie studiujesz? Co u Marcina? Masz jakieś plany, pracę? Może spotkamy się na kolację, porozmawiamy o wszystkim… – zaproponowała radośnie, z trudem nadążając za rozmówcą. Miał bardzo długie nogi.<br />
 – Nie wiem, chyba nie zdołam znaleźć wolnego wieczoru, mam bardzo dużo treningów. Wiesz, nie studiuję chwilowo, bo…<br />
 – CO?! – Czarna złapała go za łokieć; wyżej nie sięgnęła. <br />
 – Nie mogę studiować i grać w klubie jednocześnie… – mruknął.<br />
 – W klubie? Ale mówiłeś, że idziesz na uniwersytet!<br />
 – No, mówiłem. – Paweł patrzył na nią spokojnie swoimi stalowymi oczami. Magda zebrała się na odwagę i nabrała powietrza.<br />
 - Paweł, ja… Ja chciałam ci powiedzieć, że...<br />
 - Wybacz Moniko, spieszę się. Zaraz gramy mecz, już dawno powinienem być na sali.<br />
 – Mecz, tak? – spytała cicho. Z oczu Pawła nic nie dało się odczytać. Zapadła głucha cisza.<br />
 – Mecz – potwierdził ze stoickim spokojem. Wysunął łokieć z jej uścisku i ruszył dalej. Czarna gapiła się na jego plecy, jednocześnie wściekła i zrozpaczona. Paweł nienawidził ojca, tyle razy skarżył się, że nigdy nie ma go w domu. Wyjazdy, zawody… A teraz sam odłożył studia, żeby odbijać cholerną piłkę. Z kumplami z klubu. Wspaniale. Czarna przechyliła głowę. Bardzo chciała za nim pobiec. Nagle zatrzymał się i odwrócił, a jego twarz rozświetlił dawny, szeroki uśmiech.<br />
 – Mogłabyś przyjść i pokibicować! – zawołał.<br />
<br />
c.d.n.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Stare, ale i tak chętnie się dowiem, co myślicie... O kawałeczku przeszłości.<br />
<br />
Nie chcę nużyć, dam więc w kilku częściach. ^&gt;^<br />
<br />
***<br />
<br />
<br />
Paweł zwalił się z łóżka, jęknął i poprzeklinał trochę do dywanu. Zazwyczaj toczył się po podłodze do samych drzwi swojej sypialni, jak beczka, bo nie chciało mu się wstawać. Tym razem musiał jednak otwarcie przyznać, że walanie się po podłodze pokrytej taką warstwą kurzu jest niewskazane. Odliczył od dziesięciu do jednego, żeby wstać. Po czwartej kolejce zrezygnował. Liczenie nie miało sensu. Zerwał się z podłogi tak gwałtownie, że zakręciło mu się w głowie. Wymacał klamkę, nacisnął… Po czym doczłapał do przedpokoju, po drodze mijając gablotkę z medalami. Oooo. Schody. Paweł usiadł na najwyższym z nich i zaczął zjeżdżać na tyłku, bo nie chciało mu się schodzić. Zsuwał się więc po jednym stopniu w dół, szorując bokserkami po drewnianych panelach. Jest! Dół! Nareszcie! Paweł już myślał, że mu się dziura zrobi w portkach. Idąc do łazienki stwierdził, że NIENAWIDZI tego jednorodzinnego domku. Bo miał piętra, ale nie miał windy. I te zasrane piłki, do których ojciec miał taki sentyment… I jego biało–czerwony strój. Ha! Żałosne. Paweł odkręcił wodę, mrucząc coś do siebie. NIENAWIDZIŁ także tego lustra nad umywalką, bo zdarzało się, że kiedy Paweł się pochylał i mył twarz, ktoś stawał w drzwiach łazienki. Paweł podnosił się wtedy, spokojnie wycierał twarz w ręcznik, spoglądał w lustro… I wrzeszczał, widząc przed sobą czyjeś odbicie. Przemyślał to i postanowił zamykać drzwi, podniósł się, wytarł twarz ręcznikiem, popatrzył w lustro…<br />
 – AAAAAAAAAaaaaaaaach! Jezus Maria!<br />
 – Paweeeł? – jęknął młodszy brat, wcale się nie przejmując tym okrzykiem przerażenia.<br />
 – No? Co smarkaczu? – Paweł uspokoił oddech, po czym wycisnął tonę pasty na swoją rozjechaną szczoteczkę do zębów.<br />
 – Potrzebuję grzechotki, pani nam kazała przynieść na dzisiaj – oznajmił Marcin, patrząc na niego wyczekująco.<br />
 – A zzkąd ja zi wezmę zechochkę? – wybulgotał Paweł.<br />
 – Bo ja muszę sam zrobić! Ma być puszka i jakieś ziarenka, ale pani powiedziała, że suszony groch też może być, bo potem jest występ, a na pewno…<br />
Paweł nie słuchał. Ziarenka? Puszka? Czy to nie obowiązek rodzica, załatwiać takie sprawy? Ale przecież ważniejsze jest zgrupowanie kadry w Spale! Paweł NIENAWIDZIŁ… Ach, grzechotka. Czy pani przedszkolanka trochę nie przesadza? Żeby kazać dzieciom robić grzechotki? Czy ta pani nie jest czasem starym piernikiem, który to pół życia spędza na paplaniu z innymi starszymi paniami pod kościołem, po przecież wołowinka w Kauflandzie tańsza, a śledzik z Lidla w promocji… Bo przecież to takie ważne, że aż trze… Paweł wymierzył sobie mentalny policzek. Nie wolno mu było zagłębiać się w swoje toki myślowe, bo były bezsensowne i krążyły po prostu w kółko, po jakiejś niewidocznej orbicie, dookoła myśli przewodniej… A swoją drogą, jaka była myśl przewodnia? Paweł spojrzał na brata. Ach, puszka. Paweł miał puszkę. Tyle, że po Kasztelanie.<br />
<br />
<br />
 – I wtedy poszliśmy na podbój spożywczaka, młody dostał puchę coca–coli, a ja wydałem ostatnie oszczędności na paczkę gorczycy – burknął Paweł. <br />
 – Och…<br />
 – A ojciec woli odbijać piłkę niż pomóc mi, wyobrażasz sobie? <br />
 – Ogarniam. Ej stary, wiesz, że na dziś mamy recytować „Redutę Ordona”? – spytał Edek. <br />
 – Kłamiesz.<br />
 – Nie.<br />
 – NO KUŹWA, TERROR! – wrzasnął Paweł, osuwając się po ścianie. Nie ma mowy, nie zdoła nauczyć się tej "Pierduty" w dziesięć minut, które trwała ich przerwa. Zwalił się na brudny korytarz, tuż koło swojego plecaka, wyklinając na panią polonistkę. Zgodził się z rezygnacją, gdy Edek poprosił o wysłuchanie go i sprawdzenie z podręcznikiem. Paweł słuchał jednym uchem, podczas gdy Edek męczył się niemiłosiernie, próbując wypowiedzieć słowo "artyleryi". Uwagę Pawła przykuła ciemnowłosa dziewczyna, siedząca z drugiej strony korytarza. Spojrzał z powrotem na Edka, akurat w chwili, gdy tamten z nieopisaną ulgą wyrzucił z siebie:<br />
 – Wierny, czynny i sprawny – jak knur w ręku kata!<br />
Paweł zezował chwilę na piegowatą twarz kolegi, żywiąc cichą nadzieję, że się przesłyszał. Nie przesłyszał się jednak.<br />
 – Edek… – westchnął z rozpaczą. –  Ty mnie zabijesz…<br />
 – Hę?<br />
 – Widziałeś ty kiedyś knura?<br />
 – No widziałem.<br />
 – No. I jak by taki knur wyglądał w ręku kata? – jęknął Paweł, zbierając się z ziemi.<br />
 – A, bo ten… Heh… Heheh… <br />
 – No, śmiej się geniuszu – mruknął Paweł, choć sam nie mógł się powstrzymać od chichotu. Edek spojrzał na niego z tym swoim krzywym uśmiechem. Po chwili obaj rechotali jak durni. Aż do chwili, w której pani wciągnęła ich do klasy za uszy. Brunetka uśmiechnęła się lekko i weszła za nimi.<br />
<br />
<br />
<br />
 – Knur? Edek rozwalał system… – mruknęła.<br />
 – Ano, rozwalał. Dawno go nie widziałem, wiesz? Chyba skończył z nauką… – Paweł majstrował przy pasku od spodni, jak zawsze, gdy mu się nudziło. <br />
 – Hej, Paweł? – Czarna zagryzła wargę. Już czas wyznać Pawłowi prawdę, bo chodzenie za nim bez przerwy robiło się męczące. Ale jak to powiedzieć? Tak prosto z mostu? A co, jeśli Paweł nie czuje tego samego, co ona? Trzasnęły drzwi. Paweł i Czarna obrócili się machinalnie, ale z domu wypadł tylko Marcin, powodując na ich twarzach niemałe zawiedzenie. Chwilę później dobiegł do nich.<br />
 – Paweeeł, weź się przesuń – jęknął. Paweł zignorował go, nadal rozwalony na huśtawce. Marcin fuknął i usiadł na trawie, gapiąc się na nich.<br />
 – A ty nie powinieneś być w kościele? Do komunii idziesz – warknął Paweł.<br />
 – Ale mam pytanie – oznajmił brat.<br />
 – A jakie? – zainteresowała się Czarna.<br />
 – O boga. Myślicie, że bóg jest i patrzy? – wypalił Marcin. Pawła zatkało. Czarna wypuściła powoli powietrze.<br />
 – No wiesz…<br />
 – Bo jego nie widać, ale on chodzi po chmurach – rzekł Marcin tonem znawcy.<br />
Paweł stwierdził, że nie wypada psuć bratu jego chorego światopoglądu. Nie miał serca tłumaczyć mu, że bóg wcale nie chodzi po chmurach… Bo nie dość, że boga nie ma, to po chmurach nie da się chodzić, bo one nie są ciałem stałym… Tylko taką… Takimi no… Chmurami jakby? No właśnie. Więc nie można po nich chodzić. A w ogóle, żeby chodzić to trzeba by najpierw wejść, a wejść też się raczej nie da… Ciekawe, jakby to było, pochodzić w chmurach. Przyjemnie pewnie. Przyjemnie też będzie zobaczyć tatę, jutro mecz… Paweł zorientował się, że pozostali na niego patrzą.<br />
 – Eeeee… – wydusił. O czym to oni mówili?<br />
 – Paweł? To myślisz, że bóg istnieje? – dopytywał Marcin.<br />
 – Ta – mruknął Paweł. Nie mógł odpowiedzieć inaczej, Marcin zaraz zacząłby się z nim kłócić, albo, co gorsza, poszedłby porozmawiać z mamą… A wtedy życie Pawła nie byłoby już takie kolorowe (ach, coś ty mu naopowiadał, dzieciak do komunii idzie, a ty mu filozoficzne wywody o boskiej egzystencji będziesz sprzedawał, gówniarzu!)… – Taak, bóg istnieje – dodał pewniej. Ech… Czego to człowiek dla wygody nie robi… Ale to i tak nie było wyjście idealne. Paweł już to słyszał, już widział oczami wyobraźni, jak Marcin podchodzi do niego i jęczy „a mówiłeś, że bóg istnieeejeee!”. Wstał z huśtawki i spojrzał w stronę stadionu. Nawet lubił te mecze.<br />
<br />
<br />
<br />
 – A mówiłeś, że bóg istnieje! – burknął Marcin. Paweł zassał powietrze i prawie zrobił zeza, zaciskając palce na piłce.<br />
 – No, mówiłem – potwierdził po chwili.<br />
 – Ale bierzmowania nie masz! I teraz Iwona gniewa się na nas wszystkich! – krzyknął Marcin, rzucając w niego podręcznikiem do fizyki. Paweł chciał zrobić unik, ale mu nie wyszło. Po chwili klął jak szewc, masując obojczyk. Ach! Dziś środa, spotkanie z Czarną. Jak mógł o tym zapomnieć? Ale zaraz trening… Nie wolno spóźnić się na trening. Nie wolno zawieść ojca, bo nawet, jeśli ma się go w dupie… to nie wypada wprawiać go w zły humor. Paweł nie lubił, gdy ojciec wyżywał się na Marcinie. A robił to zawsze, gdy "ktoś" zepsuł mu jego zasrany humor. Paweł spojrzał na brata.<br />
 – A czemu niby Iwona się gniewa? Co jej do mojego bierzmowania? Trzeba było wrzeszczeć trzy lata temu, a nie…<br />
 – Bo chciała, żebyś był chrzestnym, idioto! Czemu, jeszcze się głupio pyta… – Marcin obrócił się i zaczął z pasją bazgrolić coś na kartce. Paweł stwierdził, że jak tak dalej pójdzie, to na pewno rozwali swój ukochany ołówek. Już miał mu to powiedzieć, ale nagle coś wpadło mu do oka.<br />
 – Cholera, rysik połamałem… <br />
<br />
<br />
Czarna siedziała i starała się przypomnieć sobie jakieś banalne wzory. Nic z tego. Ech, gdyby Paweł studiował z nią, pewnie wszystkie by pamiętała. Nauka zawsze była świetnym pretekstem do spotkań z nim. Paweł to miał mózg, na wszystkich konkursach był w czołówce, ona gdzieś za nim. W ogóle, inteligencja Pawła była ogromna, co dziwnie kłóciło się z jego skłonnością do lenistwa i rozmyślań o niczym. Czarna zawsze wyobrażała sobie Pawła, odbierającego jakiś dyplom czy wyróżnienie. Albo jako magistra. Wtedy jego ojciec mógłby mu naskoczyć, a nie wyzywać od bab i kujonów. A Marcin może wreszcie wziąłby się za siebie, bo od pewnego czasu wyglądał jak sto nieszczęść. Ostatnio miał na dodatek podbite oko. Czarna chciała z nim porozmawiać, ale stwierdziła, że lepiej będzie odprowadzić go do domu i kazać mu położyć się spać. Gdyby tylko zaczął dbać o siebie i uczyć się… Nauka jest ważniejsza od sportu, a jeszcze ważniejsze jest spełnianie swoich marzeń. Ach… Paweł i jego filozoficzne wywody o życiu. Stare, dobre czasy… <br />
 – Żyjesz? – spytał ktoś.<br />
 – Ano, chyba żyję. Myślałam.<br />
 – O kim? – spytał ktoś, tonem sugerującym głód nowych plotek.<br />
 – O starym znajomym – odparła ostrożnie. Wplotła palce w swoje czarne włosy.<br />
 – Studiuje na politechnice? Ktoś z naszego roku? Ładny jakiś?<br />
 – Nie, nie studiuje tutaj… – Czarna spojrzała na swoje buty. – Ale zawsze mówił, że będzie inżynierem. A potem zabrali go na jakiś cholerny mecz.<br />
 – Nie ogarniam – zaśmiała się poszukiwaczka ciekawych ploteczek.<br />
 – Jego ojciec był sportowcem, pewnie chce go w to wciągnąć… Wiesz, jak to jest, rodzicom nie wychodzi, więc przekładają marzenia na dzieci… <br />
 – Aha. Przykro mi – stwierdziła ta idiotka. Czarna zapragnęła nagle wyrwać jej wszystkie włosy z głowy. Jasne, że jej przykro. Durna pinda. Gówno ją obchodził Paweł i jego zmarnowane szanse na wyższe wykształcenie…<br />
<br />
<br />
 – Paweł! Stój! – Czarna dobiegła do niego, z niedowierzaniem patrząc mu w oczy.<br />
 – Monika, tak? – spytał spokojnie.<br />
 – Tak! Oczywiście, że ja! Boże… Tak się cieszę, że cię widzę! Powiedz, co u ciebie? Ale urosłeś…<br />
 – Zawsze byłem wysoki – zaśmiał się. Ruszyli dalej. – Cholera, ile lat minęło… Niewiele pamiętam, wszystko tak szybko się dzieje. Budzę się w poniedziałek, kładę spać w niedzielę… Wiesz, jestem zmęczony…<br />
Czarna słuchała, rozkoszując się każdym słowem. Liczyła na gorętsze powitanie, może nawet uścisk czy całus w policzek, ale starała się o tym nie myśleć. Ważne, że Paweł ma się dobrze.<br />
 – A co robisz, gdzie studiujesz? Co u Marcina? Masz jakieś plany, pracę? Może spotkamy się na kolację, porozmawiamy o wszystkim… – zaproponowała radośnie, z trudem nadążając za rozmówcą. Miał bardzo długie nogi.<br />
 – Nie wiem, chyba nie zdołam znaleźć wolnego wieczoru, mam bardzo dużo treningów. Wiesz, nie studiuję chwilowo, bo…<br />
 – CO?! – Czarna złapała go za łokieć; wyżej nie sięgnęła. <br />
 – Nie mogę studiować i grać w klubie jednocześnie… – mruknął.<br />
 – W klubie? Ale mówiłeś, że idziesz na uniwersytet!<br />
 – No, mówiłem. – Paweł patrzył na nią spokojnie swoimi stalowymi oczami. Magda zebrała się na odwagę i nabrała powietrza.<br />
 - Paweł, ja… Ja chciałam ci powiedzieć, że...<br />
 - Wybacz Moniko, spieszę się. Zaraz gramy mecz, już dawno powinienem być na sali.<br />
 – Mecz, tak? – spytała cicho. Z oczu Pawła nic nie dało się odczytać. Zapadła głucha cisza.<br />
 – Mecz – potwierdził ze stoickim spokojem. Wysunął łokieć z jej uścisku i ruszył dalej. Czarna gapiła się na jego plecy, jednocześnie wściekła i zrozpaczona. Paweł nienawidził ojca, tyle razy skarżył się, że nigdy nie ma go w domu. Wyjazdy, zawody… A teraz sam odłożył studia, żeby odbijać cholerną piłkę. Z kumplami z klubu. Wspaniale. Czarna przechyliła głowę. Bardzo chciała za nim pobiec. Nagle zatrzymał się i odwrócił, a jego twarz rozświetlił dawny, szeroki uśmiech.<br />
 – Mogłabyś przyjść i pokibicować! – zawołał.<br />
<br />
c.d.n.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Za pięć trzynasta]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Za-pi%C4%99%C4%87-trzynasta</link>
			<pubDate>Fri, 03 Feb 2012 12:53:03 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Za-pi%C4%99%C4%87-trzynasta</guid>
			<description><![CDATA[Coś co piszę dla koleżanki. Zażyczyła sobie opowiadania dając odgórne wytyczne, które zupełnie nie są w klimacie tego, co piszę zazwyczaj. Żadnych smaczków fantasy, alchemii, science-fiction... Nowe ziemie dla mnie, ale może uda się napisać takie proste, niewymagające za wiele od czytelnika czytadło do zabijania czasu <img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/smile.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" />   <br />
Nie gwarantuję regularnych aktualizacji, bo jestem daleko od skończenia tego ^^""" Wszelkie sugestie, pomysły z cyklu "fajnie by było zobaczyć jak ten czy ten zrobiłby..." mile widziane xD <br />
No to w drogę. <br />
<br />
<br />
<div style="text-align: center;"><span style="font-weight: bold;">Za pięć trzynasta</span></div>
<br />
<br />
<br />
<br />
<div style="text-align: justify;">Ręką marnego fotografa historia spisana, a oparta o doświadczenia własne i relacje osób, które w niej czynny udział wzięły i na ekran komputera spozierały krytycznym okiem uczestników wydarzeń gdym to wystukiwał w noce letnie. </div>
<br />
<div style="text-align: right;">Michal Bernolák  </div>
<br />
<br />
<br />
<br />
	<div style="text-align: right;"><span style="font-weight: bold;">Slajd 1</span><br />
			<span style="font-style: italic;">Gdzie Oldrich się męczy, Marketa jest aniołem, a Michalowi jest wesoło.</span></div>
<br />
<br />
	<br />
<div style="text-align: justify;"><span style="margin-left:20px"></span>— Bogowie! — Marketa jęknęła i oparła się o sklepowy regał. — Oldrich, jesteś gorszy niż jakakolwiek znana mi kobieta! Zaręczam ci, że już nigdy, ale to absolutnie nigdy, nie pójdę już z tobą na zakupy! Zwłaszcza takie pod znakiem „bo ja muszę prezent kupić”! — Ostatnie dwa zdania wyrzuciła z siebie na jednym wdechu. <br />
	<span style="margin-left:20px"></span>Oldrich skulił się w sobie, a przynajmniej zrobił ze sobą coś, co skuleniem miało zaowocować, ale w wykonaniu mężczyzny o wzroście niemal dwóch metrów wyglądało zabawnie. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No i nie patrz na mnie wzrokiem skatowanego królićka, bo to mnie nie rusza. — Wzruszyła ramionami. — Bolą mnie nogi, bolą mnie plecy, boli mnie głowa i potrzeba mi na to remedium zwanego kawą z syropem brzoskwiniowym, bitą śmietaną i kawałkami czekolady na wierzchu. Kawą, która ty mi teraz postawisz, zrozumiano? <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Głos Markety dawał do zrozumienia, że jakiekolwiek sprzeciwy dostaną natychmiastowy <span style="font-style: italic;">one–way ticket</span> do piekła. Oldrich znał ją jeszcze z lat studenckich i był to czas aż nadto długi, aby zdążył się nauczyć, kiedy należy trzymać język za zębami i grzecznie robić co każą. Sam zresztą zaczynał być już tym wszystkim zmęczony. Kupowanie prezentów było ostatnią pozycją na liście rzeczy, jakie chętnie robiłby we wtorkowe popołudnie. A lista ta była długa, bo Oldrich jest, był i pewnikiem na wieki już pozostanie wariatem z milionem pomysłów na sekundę. Problemem w jego przypadku, jest niemal całkowity brak jednostki decyzyjnej w jego głowie. Znaczy się, pewnikiem coś tam jest, ale rzadko działa tak, jak powinno.<br />
— Gdzie chciałabyś tę kawę? — zapytał cicho świadomy albo półświadomy, że zamiast pytać powinien ją po prostu gdzieś zaprowadzić.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Gdziekolwiek — rzuciła.  — Chodź — dodała i pociągnęła go za rękaw kurtki. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Rzecz jasna Oldrich nie zaprotestował. Niczym potulna psina poszedł, gdzie mu kazali. Ludzka rzeka płynąca alejkami centrum handlowego rozstępowała się przed nimi niczym morze Czerwone i tylko trudno było postronnemu obserwatorowi zadecydować, czy to zasługa postury Oldricha, czy zdeterminowania Markety. <br />
<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Oldrich, wytłumacz ty mi, czemu ci się nie podoba pomysł kupienia twojej mamie tego pudełka? Sam powiedziałeś, że biżuterię trzyma w szufladzie w plastikowym koszyczku ze sklepu z AGD. Czerwonym, brzydkim…<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No, ale.... Je nie wiem — mruknął w kubek latte. — Ma je od lat, więc gdyby chciała mieć takie pudełko, to by je już sobie kupiła. Może jej tak wygodnie? <br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Ma je przez zasiedzenie raczej — westchnęła nieco do siebie kobieta. — W garbate aniołki nie uwierzę, że ona je po prostu tak lubi!<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No ale, ja chciałem coś takiego, no... Ten...<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Jęknęła.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Zaufasz ty mi? — zapytała, patrząc na niego uważnie ponad krawędzią kubka.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Noooo... — Wahanie w jego głosie usłyszałoby na Marsie, gdyby był tam ktokolwiek zainteresowany rozterkami Oldricha Jasenskýego. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>— To kup to cholerne pudełko, które widzieliśmy dobre pięć godzin temu — powiedziała ze spokojem bomby przed wybuchem. — Potem pójdź do usługówki na wprost i niech ci to ładnie zapakują. Bonusowo kup jeszcze butelkę wina i wsio.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Oldrich zmarszczył brwi. W jego oczach widać było jak sześcian decyzyjny w jego głowie bardzo usilnie stara się dokonać obrotu, ale ma z tym problemy. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No... no —<br />
<span style="margin-left:20px"></span>W słowo wpadła mu Vondráčková wraz z piosenką, która Markecie służyła za dzwonek telefonu. Cokolwiek chciał Oldrich powiedzieć na zawsze już miało pozostać milczeniem. Kobieta zaś przez chwilę ilustrowała klasyczny przypadek „kryzysu damskiej torebki”. Nim odnalazła komórkę zdążyła wyciągnąć na stół kalendarz, kilka kosmetyków, kluczyki do auta, nawigację GPS i kilka innych drobiazgów, których przeznaczenia Oldrich wolał nie dociekać. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Marketa Nestrilová... Co? Ana, ale ja za bardzo nie mogę... No rozumiem, rozumiem, ale... Kiedykolwiek? Dobrze. Na osiemnastą, tak? Wiem, wiem. Jestem aniołem nie musisz mi tego mówić, bo z wrażenia rozłożę skrzydełka i jeszcze postrącam nimi kubki z sąsiednich stolików. W kawiarni.  No. Dobrze. Pa. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Rozłączyła się i westchnęła ciężko.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Lipa. Koleżanka właśnie wybłagała, abym ją zastąpiła dziś na dyżurze. Muszę, więc zmykać.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Oj.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No właśnie oj. Chodź. Podrzucę cię po to pudełko. I tak mam po drodze do szpitala. <br />
<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No i tak to było — zakończył swoją opowieść Oldrich.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Pociągnął łyk piwa z butelki i zamknął oczy pozwalając ciszy trwać. A autor, drogi czytelniku, nie byłby sobą, jakby mu w tej kontemplacji niczego nie przeszkodził. Zamyślony Oldrich jest wielce niepokojącym widokiem.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Sam żeś jest sobie winien — odezwałem się. — Trzeba było tak kombinować, jak koń pod górkę?<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No...<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Zaraz cię walnę! Jeszcze jedno „no”, a odwiedzisz Marketę na tym dyżurze w roli pacjenta! Jak ja cię potem cytować będę, to mi się czytelnik doczepi do powtórzeń! — zaprotestowałem nie wiedząc jeszcze, że faktycznie spróbuję naszą przygodę opisać. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Oldrich chciał coś powiedzieć, ale ugryzł się w język i zrobił jedynie karpika, co pozwala mi sądzić, iż było to jedynie kolejne „no”. To taki <span style="font-style: italic;">no–Man</span>. Chwilami nie wiem, jak mu się udało studia skończyć. Nasz magister inżynier Oldrich Jasenský chyba zaliczał głównie pisemnie. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Ale prezent już masz, to się ciesz. Pozostało ci jedynie odbębnić <span style="font-style: italic;">family meeting.</span><br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Ty też jesteś zaproszony — przypomniał mi, szuja jedna.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Na szczęście mnie tam nie znają od lat dziecięcych, toteż nie będę musiał za siebie oczami świecić.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Jaka szkoda, takie historie nie zostaną opowiedziane. Niepowetowana strata — odgryzł się.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Tak. Nie utwierdzą się twoje ciotki i wujkowie w przekonaniu, że ani chybi cię w szpitalu podmienili — sparowałem i nim wbił się we mnie sztylet oldrichowej riposty oddaliłem się do kuchni po piwo dla siebie.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Butelki chłodziły się na zaokiennym parapecie ku ogólnemu wzburzeniu naszych sąsiadek w wieku poprodukcyjnym i naszej wielkiej radości. W przelocie porwałem jeszcze z lodówki kilka plasterków sera i parówki — trzeba było je w końcu zjeść, bo lada dzień zaczęłyby zakładać związek zawodowy zapomnianego jedzenia.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Urodziny mamy Oldricha były imprezą rodzinną w pełnym tego zwrotu znaczeniu. Gargantuiczny spęd co najmniej jednej trzeciej części ich żyjącego drzewa genologicznego. Z racji tego, że poza tą okazją poszczególne elementy stosunków często ze sobą nie utrzymywały, to przy stole poza polityką, chorobami i pogodą pojawiał się temat wspominek i jakoś tym najmłodszym obrywało się najbardziej. Marketa, jako najbardziej medycznie oświecona część naszego trio, próbowała nam kiedyś wyjaśnić, jak to się dzieje, że starsi ludzie lepiej pamiętają co robili trzydzieści lat temu niż co mieli wczoraj na śniadanie, ale okazaliśmy nad podziw oporni na wiedzę. Faktem pozostawało, że Oldrich pomimo swoich niemal trzydziestu lat wciąż się w rozmowach o najmłodszych pojawiał. Zawsze był kreatywny, więc nic dziwnego, że się rodzinie w pamięci wyrył na długie lata. Zaś wasz uniżony sługa – autor – był w tym wszystkim swoistym bonusem. Po prostu mama Oldricha bardzo mnie lubiła.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No na pewno mnie podmienili! — żachnął się, gdy wróciłem do salonu. — Bo ja się tam do niektórych z nich nawet przyznawać nie chcę!<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Roześmiałem się i po raz enty od początku mojej znajomości z Oldrichem ucieszyłem się w duchu, że znaczna część mojej rodziny mieszka daleko od Pragi w pięknych słowackich górach i, w dodatku, nie praktykuje takich wielkich spędów chyba że na większe święta. No i jakoś mniej się rozmnażaliśmy niż Jasenscy i spółka.  Poza tym moja rodzina jest dziwna. Czasami mam wrażenie, że Oldrich pasowałby do niej lepiej niż ja. Może faktycznie nas podmienili? Kto wie, co ci Czesi robili za Czechosłowacji? <br />
</div>
 <br />
<br />
<br />
cdn.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Coś co piszę dla koleżanki. Zażyczyła sobie opowiadania dając odgórne wytyczne, które zupełnie nie są w klimacie tego, co piszę zazwyczaj. Żadnych smaczków fantasy, alchemii, science-fiction... Nowe ziemie dla mnie, ale może uda się napisać takie proste, niewymagające za wiele od czytelnika czytadło do zabijania czasu <img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/smile.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" />   <br />
Nie gwarantuję regularnych aktualizacji, bo jestem daleko od skończenia tego ^^""" Wszelkie sugestie, pomysły z cyklu "fajnie by było zobaczyć jak ten czy ten zrobiłby..." mile widziane xD <br />
No to w drogę. <br />
<br />
<br />
<div style="text-align: center;"><span style="font-weight: bold;">Za pięć trzynasta</span></div>
<br />
<br />
<br />
<br />
<div style="text-align: justify;">Ręką marnego fotografa historia spisana, a oparta o doświadczenia własne i relacje osób, które w niej czynny udział wzięły i na ekran komputera spozierały krytycznym okiem uczestników wydarzeń gdym to wystukiwał w noce letnie. </div>
<br />
<div style="text-align: right;">Michal Bernolák  </div>
<br />
<br />
<br />
<br />
	<div style="text-align: right;"><span style="font-weight: bold;">Slajd 1</span><br />
			<span style="font-style: italic;">Gdzie Oldrich się męczy, Marketa jest aniołem, a Michalowi jest wesoło.</span></div>
<br />
<br />
	<br />
<div style="text-align: justify;"><span style="margin-left:20px"></span>— Bogowie! — Marketa jęknęła i oparła się o sklepowy regał. — Oldrich, jesteś gorszy niż jakakolwiek znana mi kobieta! Zaręczam ci, że już nigdy, ale to absolutnie nigdy, nie pójdę już z tobą na zakupy! Zwłaszcza takie pod znakiem „bo ja muszę prezent kupić”! — Ostatnie dwa zdania wyrzuciła z siebie na jednym wdechu. <br />
	<span style="margin-left:20px"></span>Oldrich skulił się w sobie, a przynajmniej zrobił ze sobą coś, co skuleniem miało zaowocować, ale w wykonaniu mężczyzny o wzroście niemal dwóch metrów wyglądało zabawnie. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No i nie patrz na mnie wzrokiem skatowanego królićka, bo to mnie nie rusza. — Wzruszyła ramionami. — Bolą mnie nogi, bolą mnie plecy, boli mnie głowa i potrzeba mi na to remedium zwanego kawą z syropem brzoskwiniowym, bitą śmietaną i kawałkami czekolady na wierzchu. Kawą, która ty mi teraz postawisz, zrozumiano? <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Głos Markety dawał do zrozumienia, że jakiekolwiek sprzeciwy dostaną natychmiastowy <span style="font-style: italic;">one–way ticket</span> do piekła. Oldrich znał ją jeszcze z lat studenckich i był to czas aż nadto długi, aby zdążył się nauczyć, kiedy należy trzymać język za zębami i grzecznie robić co każą. Sam zresztą zaczynał być już tym wszystkim zmęczony. Kupowanie prezentów było ostatnią pozycją na liście rzeczy, jakie chętnie robiłby we wtorkowe popołudnie. A lista ta była długa, bo Oldrich jest, był i pewnikiem na wieki już pozostanie wariatem z milionem pomysłów na sekundę. Problemem w jego przypadku, jest niemal całkowity brak jednostki decyzyjnej w jego głowie. Znaczy się, pewnikiem coś tam jest, ale rzadko działa tak, jak powinno.<br />
— Gdzie chciałabyś tę kawę? — zapytał cicho świadomy albo półświadomy, że zamiast pytać powinien ją po prostu gdzieś zaprowadzić.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Gdziekolwiek — rzuciła.  — Chodź — dodała i pociągnęła go za rękaw kurtki. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Rzecz jasna Oldrich nie zaprotestował. Niczym potulna psina poszedł, gdzie mu kazali. Ludzka rzeka płynąca alejkami centrum handlowego rozstępowała się przed nimi niczym morze Czerwone i tylko trudno było postronnemu obserwatorowi zadecydować, czy to zasługa postury Oldricha, czy zdeterminowania Markety. <br />
<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Oldrich, wytłumacz ty mi, czemu ci się nie podoba pomysł kupienia twojej mamie tego pudełka? Sam powiedziałeś, że biżuterię trzyma w szufladzie w plastikowym koszyczku ze sklepu z AGD. Czerwonym, brzydkim…<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No, ale.... Je nie wiem — mruknął w kubek latte. — Ma je od lat, więc gdyby chciała mieć takie pudełko, to by je już sobie kupiła. Może jej tak wygodnie? <br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Ma je przez zasiedzenie raczej — westchnęła nieco do siebie kobieta. — W garbate aniołki nie uwierzę, że ona je po prostu tak lubi!<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No ale, ja chciałem coś takiego, no... Ten...<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Jęknęła.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Zaufasz ty mi? — zapytała, patrząc na niego uważnie ponad krawędzią kubka.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Noooo... — Wahanie w jego głosie usłyszałoby na Marsie, gdyby był tam ktokolwiek zainteresowany rozterkami Oldricha Jasenskýego. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>— To kup to cholerne pudełko, które widzieliśmy dobre pięć godzin temu — powiedziała ze spokojem bomby przed wybuchem. — Potem pójdź do usługówki na wprost i niech ci to ładnie zapakują. Bonusowo kup jeszcze butelkę wina i wsio.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Oldrich zmarszczył brwi. W jego oczach widać było jak sześcian decyzyjny w jego głowie bardzo usilnie stara się dokonać obrotu, ale ma z tym problemy. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No... no —<br />
<span style="margin-left:20px"></span>W słowo wpadła mu Vondráčková wraz z piosenką, która Markecie służyła za dzwonek telefonu. Cokolwiek chciał Oldrich powiedzieć na zawsze już miało pozostać milczeniem. Kobieta zaś przez chwilę ilustrowała klasyczny przypadek „kryzysu damskiej torebki”. Nim odnalazła komórkę zdążyła wyciągnąć na stół kalendarz, kilka kosmetyków, kluczyki do auta, nawigację GPS i kilka innych drobiazgów, których przeznaczenia Oldrich wolał nie dociekać. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Marketa Nestrilová... Co? Ana, ale ja za bardzo nie mogę... No rozumiem, rozumiem, ale... Kiedykolwiek? Dobrze. Na osiemnastą, tak? Wiem, wiem. Jestem aniołem nie musisz mi tego mówić, bo z wrażenia rozłożę skrzydełka i jeszcze postrącam nimi kubki z sąsiednich stolików. W kawiarni.  No. Dobrze. Pa. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Rozłączyła się i westchnęła ciężko.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Lipa. Koleżanka właśnie wybłagała, abym ją zastąpiła dziś na dyżurze. Muszę, więc zmykać.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Oj.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No właśnie oj. Chodź. Podrzucę cię po to pudełko. I tak mam po drodze do szpitala. <br />
<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No i tak to było — zakończył swoją opowieść Oldrich.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Pociągnął łyk piwa z butelki i zamknął oczy pozwalając ciszy trwać. A autor, drogi czytelniku, nie byłby sobą, jakby mu w tej kontemplacji niczego nie przeszkodził. Zamyślony Oldrich jest wielce niepokojącym widokiem.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Sam żeś jest sobie winien — odezwałem się. — Trzeba było tak kombinować, jak koń pod górkę?<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No...<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Zaraz cię walnę! Jeszcze jedno „no”, a odwiedzisz Marketę na tym dyżurze w roli pacjenta! Jak ja cię potem cytować będę, to mi się czytelnik doczepi do powtórzeń! — zaprotestowałem nie wiedząc jeszcze, że faktycznie spróbuję naszą przygodę opisać. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Oldrich chciał coś powiedzieć, ale ugryzł się w język i zrobił jedynie karpika, co pozwala mi sądzić, iż było to jedynie kolejne „no”. To taki <span style="font-style: italic;">no–Man</span>. Chwilami nie wiem, jak mu się udało studia skończyć. Nasz magister inżynier Oldrich Jasenský chyba zaliczał głównie pisemnie. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Ale prezent już masz, to się ciesz. Pozostało ci jedynie odbębnić <span style="font-style: italic;">family meeting.</span><br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Ty też jesteś zaproszony — przypomniał mi, szuja jedna.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Na szczęście mnie tam nie znają od lat dziecięcych, toteż nie będę musiał za siebie oczami świecić.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Jaka szkoda, takie historie nie zostaną opowiedziane. Niepowetowana strata — odgryzł się.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— Tak. Nie utwierdzą się twoje ciotki i wujkowie w przekonaniu, że ani chybi cię w szpitalu podmienili — sparowałem i nim wbił się we mnie sztylet oldrichowej riposty oddaliłem się do kuchni po piwo dla siebie.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Butelki chłodziły się na zaokiennym parapecie ku ogólnemu wzburzeniu naszych sąsiadek w wieku poprodukcyjnym i naszej wielkiej radości. W przelocie porwałem jeszcze z lodówki kilka plasterków sera i parówki — trzeba było je w końcu zjeść, bo lada dzień zaczęłyby zakładać związek zawodowy zapomnianego jedzenia.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Urodziny mamy Oldricha były imprezą rodzinną w pełnym tego zwrotu znaczeniu. Gargantuiczny spęd co najmniej jednej trzeciej części ich żyjącego drzewa genologicznego. Z racji tego, że poza tą okazją poszczególne elementy stosunków często ze sobą nie utrzymywały, to przy stole poza polityką, chorobami i pogodą pojawiał się temat wspominek i jakoś tym najmłodszym obrywało się najbardziej. Marketa, jako najbardziej medycznie oświecona część naszego trio, próbowała nam kiedyś wyjaśnić, jak to się dzieje, że starsi ludzie lepiej pamiętają co robili trzydzieści lat temu niż co mieli wczoraj na śniadanie, ale okazaliśmy nad podziw oporni na wiedzę. Faktem pozostawało, że Oldrich pomimo swoich niemal trzydziestu lat wciąż się w rozmowach o najmłodszych pojawiał. Zawsze był kreatywny, więc nic dziwnego, że się rodzinie w pamięci wyrył na długie lata. Zaś wasz uniżony sługa – autor – był w tym wszystkim swoistym bonusem. Po prostu mama Oldricha bardzo mnie lubiła.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>— No na pewno mnie podmienili! — żachnął się, gdy wróciłem do salonu. — Bo ja się tam do niektórych z nich nawet przyznawać nie chcę!<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Roześmiałem się i po raz enty od początku mojej znajomości z Oldrichem ucieszyłem się w duchu, że znaczna część mojej rodziny mieszka daleko od Pragi w pięknych słowackich górach i, w dodatku, nie praktykuje takich wielkich spędów chyba że na większe święta. No i jakoś mniej się rozmnażaliśmy niż Jasenscy i spółka.  Poza tym moja rodzina jest dziwna. Czasami mam wrażenie, że Oldrich pasowałby do niej lepiej niż ja. Może faktycznie nas podmienili? Kto wie, co ci Czesi robili za Czechosłowacji? <br />
</div>
 <br />
<br />
<br />
cdn.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Cześć.]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Cze%C5%9B%C4%87--2208</link>
			<pubDate>Thu, 02 Feb 2012 20:25:59 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Cze%C5%9B%C4%87--2208</guid>
			<description><![CDATA[Witam wszystkich <img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/blink.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Blink" title="Blink" /> <br />
<br />
Zarejestrowałam się na forum aby podzielić się z Wami moimi wypocinami i poznać ciekawych ludzi. Zwykle piszę aby poradzić sobie ze swoimi emocjami i nie są to dopracowane dzieła, ale tylko surowe szkice więc proszę o wyrozumiałość. Nie mam aspiracji aby być w przyszłości jakimś wielkim pisarzem, po prostu lubię czasem coś nabazgrać.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Witam wszystkich <img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/blink.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Blink" title="Blink" /> <br />
<br />
Zarejestrowałam się na forum aby podzielić się z Wami moimi wypocinami i poznać ciekawych ludzi. Zwykle piszę aby poradzić sobie ze swoimi emocjami i nie są to dopracowane dzieła, ale tylko surowe szkice więc proszę o wyrozumiałość. Nie mam aspiracji aby być w przyszłości jakimś wielkim pisarzem, po prostu lubię czasem coś nabazgrać.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[W kierunku morza.]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-W-kierunku-morza</link>
			<pubDate>Thu, 02 Feb 2012 20:08:12 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-W-kierunku-morza</guid>
			<description><![CDATA[żyjemy myślą o chwili, która nigdy nie nadejdzie<br />
mamy dość już tych wszystkich iluzji<br />
tego, że nie potrafimy dostrzec tak oczywistego<br />
<br />
i wszystko zamienia się w proch<br />
<br />
bo za późno rozpoznaliśmy znaczenie chwili<br />
wartość tych intymnych momentów<br />
subtelnych spojrzeń<br />
<br />
pozbawiona tego wszystkiego ludzkość<br />
idzie naga ku morzu<br />
w kierunku zagłady<br />
nie dostrzegają swojej nagości<br />
czy więc te wszystkie zamrnowane chwile <br />
zostanę im policzone ?<br />
czy to grzech ?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[żyjemy myślą o chwili, która nigdy nie nadejdzie<br />
mamy dość już tych wszystkich iluzji<br />
tego, że nie potrafimy dostrzec tak oczywistego<br />
<br />
i wszystko zamienia się w proch<br />
<br />
bo za późno rozpoznaliśmy znaczenie chwili<br />
wartość tych intymnych momentów<br />
subtelnych spojrzeń<br />
<br />
pozbawiona tego wszystkiego ludzkość<br />
idzie naga ku morzu<br />
w kierunku zagłady<br />
nie dostrzegają swojej nagości<br />
czy więc te wszystkie zamrnowane chwile <br />
zostanę im policzone ?<br />
czy to grzech ?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Jak stworzyć przekonującą postać]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Jak-stworzy%C4%87-przekonuj%C4%85c%C4%85-posta%C4%87</link>
			<pubDate>Wed, 01 Feb 2012 09:31:47 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Jak-stworzy%C4%87-przekonuj%C4%85c%C4%85-posta%C4%87</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-weight: bold;">UWAGA. Wszystkie tu zamieszczone przykłady to tylko i wyłącznie przykłady lub stereotypy. Jeżeli potrafisz pisać, poradnik możesz sobie darować. Zastosowane uproszczenia służą ułatwieniu życia początkującemu pisarzowi.</span><br />
<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Literatura współczesna bez bohaterów byłaby niczym. Tworzą fabułę, uczestniczą we wszystkich wydarzeniach, nierzadko też książki skupiają się na ich problemach. Jeżeli bohater nie jest przekonujący, albo wydaje się mało realny, to znacząco wpływa to na negatywne postrzeganie całokształtu. Jak stworzyć bohatera, który poruszy masy?<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">1. Informacje ogólne.</span><br />
<span style="margin-left:20px"></span>Niezwykle ważne jest bycie konsekwentnym. Każdy bohater musi być postrzegany jako spójność, nie zaś jako kilka różnych osobowości splecionych w jedno. Można wybrać spośród kilku schematów: bohater jest niezmienny // jego osobowość dopiero się kształtuje // jego osobowość zmienia się pod wpływem jakichś wydarzeń // bohater dorasta. Trzeba pamiętać, że nikt nie jest doskonały. Zabawianie się w tworzenie doskonałych postaci jest trudną rzeczą: doskonały może przewidzieć wszystko i zawsze ma rację. Z góry powiem, że Ty, jako pisarz/pisarka, z pewnością nie jesteś doskonały/a. Jeżeli więc popełnisz błąd w zachowaniu postaci doskonałej, zostanie to przez uważnych czytelników zauważone i skomentowane. Dużo prościej stworzyć kogoś, kto ma prawo do błędu. Jeżeli jednak jesteś tak ambitny/a, to życzę powodzenia!<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">2. Słownictwo.</span><br />
<span style="margin-left:20px"></span>Słownictwo bohatera jest kolejną ważną rzeczą. Wszystko zależy od czasów, w których osadzona jest akcja. Jeżeli wprowadzamy "nowoczesne" słownictwo, to musimy przeanalizować, skąd pochodzi i w jakich czasach przeniknęło do języka polskiego. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Język polski nie jest całkowicie czysty - pełno w nim germanizmów, czechizmów i wyrazów łacińskiego pochodzenia. Należy być bardzo ostrożnym - na przykład nie zalecam używania słowa "interweniować" w fantastyce. Inna rzecz - decorum (przystawalność słownictwa do nastroju). Zmienię tą zasadę z zachowaniem jej sensu - przystawalność czasu akcji i tematu do słownictwa. Wystarczy przeanalizować, to jest przeczytać, chociażby "Władcę Pierścieni" albo "Kroniki Czarnej Kompanii" i przeanalizować sposób wyrażania się postaci. W "Władcy Pierścieni" mieszkańcy Śródziemia mówią raczej takim podniosłym językiem, a w "Kronikach" używa się nieco nowszego słownictwa - choć nadal jest to fantastyka, ponadto osadzona w podobnym okresie, to żołnierze, notabene wokół których rzecz się dzieje, posługują się językiem bardziej nam współczesnym. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Kolejna rzecz - postaci nie powinny posługiwać się takim językiem, jakim mówi ich stwórca, czyli pisarz. Na przykład dzieci - ich zasób słownictwa jest ograniczony, w stosunku do dorosłych, nawet jeżeli są dość oczytane. Żul, jak się wyraża, każdy wie, a więc przejdę do żebraka-bezdomnego. Takowy wiele już razy zapewne został skopany, dlatego pewnie powitałby mnie słowami <span style="font-style: italic;">"Witaj, szefuniu. Mogę coś dla ciebie zrobić? Wybacz, że o tym mówię, ale może znalazł by się dla mnie jakiś mały pieniądz?"</span>. Raczej nie będzie miał czasu na filozofowanie, bo skupia się na chwili doczesnej, na przetrwaniu. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Streszczając powyższy akapit - przed stworzeniem pierwszego dialogu, w którym bierze udział dana postać, należy dokładnie zastanowić się, w jaki sposób będzie się wyrażać i trzymać się tego. Niekonsekwencja boli czytelników.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">3. Emocje.</span><br />
<span style="margin-left:20px"></span>Rzecz niezwykle ważna w tym poradniku już chyba enta - bo emocje są czynnikiem postaciotwórczym (no bo gdyby nie emocje, nasza postać nie urodziłaby się <img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/grin.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Grin" title="Grin" /> ) i czynnikiem, który na postać ma znaczący wpływ. Nie można ich sprowadzić do małej łyżeczki cukru, niezależnie od postaci. Każdy je ma, tylko może w różnym stopniu ich nie okazywać. Jedynymi wyjątkami są golemy i roboty, jeżeli tylko nie zostały obdarzone "życiem" jako takim (dusza + wolna wola + rozum). Demony z kolei również emocje posiadają, ale zapewne ograniczają się one do silnej nienawiści i chciwości / próżności itd. Bóg / wyrocznia - emocje też ma, ale nie może ich ujawnić, bo od jego / jej decyzji zależy bardzo dużo - ergo, nie może poddawać się emocjom i chwilowym poruszeniom - może je tylko okazać gdzieś na boku.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Balans i równowaga. Szczególnie ważne przy postaci kobiecej - mała dziewczynka będzie słodka i przekorna, nastolatka będzie miała ciągłą huśtawkę nastrojów i będzie darła koty o byle głupotę, kobieta zaś sporo już w życiu widziała, dlatego będzie ostrożna i rozważna. Równowaga emocjonalna nie obowiązuje wyłącznie w przypadku zakochania tudzież posiadania papierów na bycie wariatką. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Postać męska. Od małego uczony kierować się rozumem, nie emocjami. Jego decyzje muszą być rozważne, a on sam musi być honorowy. Pod żadnym pozorem nie wolno mu okazać publicznie słabości. Nie może też być niezdecydowany, bo tawerniani koleżkowie ochrzcili by go babą. A i owszem, może być wrażliwy, jeżeli tylko jest gryzipiórkiem, artystą albo gejem. Od innych facetów oczekuje się twardości.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Streszczając - żeby pisać, trzeba dokładnie obserwować ludzi i ich zachowania, najlepiej wzorować postaci na osobach, które znamy, bo wtedy będą najbardziej przekonujące. <br />
<br />
Na chwilę obecną nie wiem, czy można coś jeszcze dodać. Mogę Wam jedynie życzyć owocnego tworzenia bohaterów i bohaterek!<br />
No i prosić o sugestie, co jeszcze mógłbym tu zawrzeć.<br />
<span style="font-style: italic;">[będzie mu chyba lepiej w kreatorium, czyż nie?&#93;</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-weight: bold;">UWAGA. Wszystkie tu zamieszczone przykłady to tylko i wyłącznie przykłady lub stereotypy. Jeżeli potrafisz pisać, poradnik możesz sobie darować. Zastosowane uproszczenia służą ułatwieniu życia początkującemu pisarzowi.</span><br />
<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Literatura współczesna bez bohaterów byłaby niczym. Tworzą fabułę, uczestniczą we wszystkich wydarzeniach, nierzadko też książki skupiają się na ich problemach. Jeżeli bohater nie jest przekonujący, albo wydaje się mało realny, to znacząco wpływa to na negatywne postrzeganie całokształtu. Jak stworzyć bohatera, który poruszy masy?<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">1. Informacje ogólne.</span><br />
<span style="margin-left:20px"></span>Niezwykle ważne jest bycie konsekwentnym. Każdy bohater musi być postrzegany jako spójność, nie zaś jako kilka różnych osobowości splecionych w jedno. Można wybrać spośród kilku schematów: bohater jest niezmienny // jego osobowość dopiero się kształtuje // jego osobowość zmienia się pod wpływem jakichś wydarzeń // bohater dorasta. Trzeba pamiętać, że nikt nie jest doskonały. Zabawianie się w tworzenie doskonałych postaci jest trudną rzeczą: doskonały może przewidzieć wszystko i zawsze ma rację. Z góry powiem, że Ty, jako pisarz/pisarka, z pewnością nie jesteś doskonały/a. Jeżeli więc popełnisz błąd w zachowaniu postaci doskonałej, zostanie to przez uważnych czytelników zauważone i skomentowane. Dużo prościej stworzyć kogoś, kto ma prawo do błędu. Jeżeli jednak jesteś tak ambitny/a, to życzę powodzenia!<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">2. Słownictwo.</span><br />
<span style="margin-left:20px"></span>Słownictwo bohatera jest kolejną ważną rzeczą. Wszystko zależy od czasów, w których osadzona jest akcja. Jeżeli wprowadzamy "nowoczesne" słownictwo, to musimy przeanalizować, skąd pochodzi i w jakich czasach przeniknęło do języka polskiego. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Język polski nie jest całkowicie czysty - pełno w nim germanizmów, czechizmów i wyrazów łacińskiego pochodzenia. Należy być bardzo ostrożnym - na przykład nie zalecam używania słowa "interweniować" w fantastyce. Inna rzecz - decorum (przystawalność słownictwa do nastroju). Zmienię tą zasadę z zachowaniem jej sensu - przystawalność czasu akcji i tematu do słownictwa. Wystarczy przeanalizować, to jest przeczytać, chociażby "Władcę Pierścieni" albo "Kroniki Czarnej Kompanii" i przeanalizować sposób wyrażania się postaci. W "Władcy Pierścieni" mieszkańcy Śródziemia mówią raczej takim podniosłym językiem, a w "Kronikach" używa się nieco nowszego słownictwa - choć nadal jest to fantastyka, ponadto osadzona w podobnym okresie, to żołnierze, notabene wokół których rzecz się dzieje, posługują się językiem bardziej nam współczesnym. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Kolejna rzecz - postaci nie powinny posługiwać się takim językiem, jakim mówi ich stwórca, czyli pisarz. Na przykład dzieci - ich zasób słownictwa jest ograniczony, w stosunku do dorosłych, nawet jeżeli są dość oczytane. Żul, jak się wyraża, każdy wie, a więc przejdę do żebraka-bezdomnego. Takowy wiele już razy zapewne został skopany, dlatego pewnie powitałby mnie słowami <span style="font-style: italic;">"Witaj, szefuniu. Mogę coś dla ciebie zrobić? Wybacz, że o tym mówię, ale może znalazł by się dla mnie jakiś mały pieniądz?"</span>. Raczej nie będzie miał czasu na filozofowanie, bo skupia się na chwili doczesnej, na przetrwaniu. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Streszczając powyższy akapit - przed stworzeniem pierwszego dialogu, w którym bierze udział dana postać, należy dokładnie zastanowić się, w jaki sposób będzie się wyrażać i trzymać się tego. Niekonsekwencja boli czytelników.<br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">3. Emocje.</span><br />
<span style="margin-left:20px"></span>Rzecz niezwykle ważna w tym poradniku już chyba enta - bo emocje są czynnikiem postaciotwórczym (no bo gdyby nie emocje, nasza postać nie urodziłaby się <img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/grin.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Grin" title="Grin" /> ) i czynnikiem, który na postać ma znaczący wpływ. Nie można ich sprowadzić do małej łyżeczki cukru, niezależnie od postaci. Każdy je ma, tylko może w różnym stopniu ich nie okazywać. Jedynymi wyjątkami są golemy i roboty, jeżeli tylko nie zostały obdarzone "życiem" jako takim (dusza + wolna wola + rozum). Demony z kolei również emocje posiadają, ale zapewne ograniczają się one do silnej nienawiści i chciwości / próżności itd. Bóg / wyrocznia - emocje też ma, ale nie może ich ujawnić, bo od jego / jej decyzji zależy bardzo dużo - ergo, nie może poddawać się emocjom i chwilowym poruszeniom - może je tylko okazać gdzieś na boku.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Balans i równowaga. Szczególnie ważne przy postaci kobiecej - mała dziewczynka będzie słodka i przekorna, nastolatka będzie miała ciągłą huśtawkę nastrojów i będzie darła koty o byle głupotę, kobieta zaś sporo już w życiu widziała, dlatego będzie ostrożna i rozważna. Równowaga emocjonalna nie obowiązuje wyłącznie w przypadku zakochania tudzież posiadania papierów na bycie wariatką. <br />
<span style="margin-left:20px"></span>Postać męska. Od małego uczony kierować się rozumem, nie emocjami. Jego decyzje muszą być rozważne, a on sam musi być honorowy. Pod żadnym pozorem nie wolno mu okazać publicznie słabości. Nie może też być niezdecydowany, bo tawerniani koleżkowie ochrzcili by go babą. A i owszem, może być wrażliwy, jeżeli tylko jest gryzipiórkiem, artystą albo gejem. Od innych facetów oczekuje się twardości.<br />
<span style="margin-left:20px"></span>Streszczając - żeby pisać, trzeba dokładnie obserwować ludzi i ich zachowania, najlepiej wzorować postaci na osobach, które znamy, bo wtedy będą najbardziej przekonujące. <br />
<br />
Na chwilę obecną nie wiem, czy można coś jeszcze dodać. Mogę Wam jedynie życzyć owocnego tworzenia bohaterów i bohaterek!<br />
No i prosić o sugestie, co jeszcze mógłbym tu zawrzeć.<br />
<span style="font-style: italic;">[będzie mu chyba lepiej w kreatorium, czyż nie?]</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Antoś Matuszyński prosi o pomoc w walce z mukowiscydozą]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Anto%C5%9B-Matuszy%C5%84ski-prosi-o-pomoc-w-walce-z-mukowiscydoz%C4%85</link>
			<pubDate>Tue, 31 Jan 2012 20:36:11 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Anto%C5%9B-Matuszy%C5%84ski-prosi-o-pomoc-w-walce-z-mukowiscydoz%C4%85</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-weight: bold;"> Antoś Matuszyński prosi o pomoc w walce z mukowiscydozą  </span> <br />
<br />
Dla każdego rodzica dziecko jest szczęściem, skarbem i dumą. Dla nas, młodych rodziców, nasz synek również. Antoś ma 12 miesięcy i jest chory na genetyczną i nieuleczalną chorobę - mukowiscydozę.<br />
<br />
   Po urodzeniu syna dowiedzieliśmy się, że jesteśmy nosicielami genu, który powoduje mukowiscydozę. Nosiciele nie mają żadnych objawów choroby i nie są chorzy.  Syn odziedziczył od nas obojga te geny, które są odpowiedzialne za Jego chorobę.<br />
<br />
   Często słyszymy: "ale On nie wygląda na chorego. Czy na pewno, może to pomyłka?"  Ale wyniki mówią same za siebie. Diagnoza: mukowiscydoza i nie chce być inaczej. U większości dzieci "na pierwszy rzut oka" nie widać, że są chore. Mukowiscydoza "atakuje" od środka i u każdego chorego w różnym stopniu nasilenia.<br />
<br />
   Bardzo ciężko jest pogodzić się z chorobą swojego dziecka, ale staramy się myśleć pozytywnie - dla Niego ( chociaż czasami bywa ciężko ). Pomimo, że walka jest nierówna, bo nie ma leku na chorobę Antosia, będziemy stawiać codziennie jej czoła i nie zamierzamy się poddać. Będziemy walczyć o każdy dzień, miesiąc, rok szczęśliwego dzieciństwa dla naszego dziecka.<br />
<br />
   Jak wspomnieliśmy nie ma leku na mukowiscydozę, możemy jedynie spowolnić i złagodzić jej proces. Choroba ta jednak będzie ciągle postępować i niszczyć organizm syna.<br />
<br />
   Codzienne inhalacje, drenaże klatki piersiowej i mnóstwo leków to już chleb powszedni dla nas i naszego małego szkraba. Częste wizyty u lekarzy różnych specjalizacji również. Co jakiś czas jeździmy na specjalne szkolenia, warsztaty i uczymy się jak możemy najlepiej pomóc synkowi. Co jest zagrożeniem dla Jego zdrowia , co Mu wolno, a czego nie. Po takiej dawce informacji, gdy przychodzi czas refleksji zastanawiamy się, jak poprawić jakość życia Antkowi, aby jak najmniej odczuł, że jest chory. Wiemy, że będzie różnie, raz lepiej,  raz gorzej ale damy radę<img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/interjection.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Interjection" title="Interjection" /><br />
źródło: <a href="http://antos.muko.med.pl" target="_blank">http://antos.muko.med.pl</a><br />
<br />
<span style="font-weight: bold;"> Możesz pomóc ofiarując na przykład 1 procent podatku. </span><br />
<br />
<a href="http://antos.muko.med.pl" target="_blank"><img src="http://img11.imageshack.us/img11/3387/antomatuszyski.jpg" border="0" alt="[Obrazek: antomatuszyski.jpg&#93;" /></a><br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">Można pomóc również bezpośrednio. Więcej informacji na stronie Antoś Matuszyńskiego - <a href="http://antos.muko.med.pl" target="_blank">http://antos.muko.med.pl</a></span><br />
<br />
Można tam znaleźć informacje:<br />
<br />
- O chorobie<br />
<br />
- Jak możesz pomóc<br />
<br />
- 1% podatku <br />
<br />
- Podziękowania<br />
<br />
- Dokumenty<br />
<br />
- Galeria<br />
<br />
- Kontakt<br />
<br />
- Nowinki<br />
<br />
Zapraszam do odwiedzenia strony i udzielenia jakiejkolwiek formy pomocy. Jak można pomóc jest pięknie opisane na stronie - <span style="font-weight: bold;"> <a href="http://antos.muko.med.pl" target="_blank">http://antos.muko.med.pl</a> </span><hr />
<span style="font-weight: bold;">Prośba do Administracji </span>- Jestem w pełni świadomy że ten apel o pomoc może naruszać przyjęte tu normy, jednak proszę o wyrozumiałość i nie usuwanie go.<br />
<br />
pozdrawiam<img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/smile.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" />]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-weight: bold;"> Antoś Matuszyński prosi o pomoc w walce z mukowiscydozą  </span> <br />
<br />
Dla każdego rodzica dziecko jest szczęściem, skarbem i dumą. Dla nas, młodych rodziców, nasz synek również. Antoś ma 12 miesięcy i jest chory na genetyczną i nieuleczalną chorobę - mukowiscydozę.<br />
<br />
   Po urodzeniu syna dowiedzieliśmy się, że jesteśmy nosicielami genu, który powoduje mukowiscydozę. Nosiciele nie mają żadnych objawów choroby i nie są chorzy.  Syn odziedziczył od nas obojga te geny, które są odpowiedzialne za Jego chorobę.<br />
<br />
   Często słyszymy: "ale On nie wygląda na chorego. Czy na pewno, może to pomyłka?"  Ale wyniki mówią same za siebie. Diagnoza: mukowiscydoza i nie chce być inaczej. U większości dzieci "na pierwszy rzut oka" nie widać, że są chore. Mukowiscydoza "atakuje" od środka i u każdego chorego w różnym stopniu nasilenia.<br />
<br />
   Bardzo ciężko jest pogodzić się z chorobą swojego dziecka, ale staramy się myśleć pozytywnie - dla Niego ( chociaż czasami bywa ciężko ). Pomimo, że walka jest nierówna, bo nie ma leku na chorobę Antosia, będziemy stawiać codziennie jej czoła i nie zamierzamy się poddać. Będziemy walczyć o każdy dzień, miesiąc, rok szczęśliwego dzieciństwa dla naszego dziecka.<br />
<br />
   Jak wspomnieliśmy nie ma leku na mukowiscydozę, możemy jedynie spowolnić i złagodzić jej proces. Choroba ta jednak będzie ciągle postępować i niszczyć organizm syna.<br />
<br />
   Codzienne inhalacje, drenaże klatki piersiowej i mnóstwo leków to już chleb powszedni dla nas i naszego małego szkraba. Częste wizyty u lekarzy różnych specjalizacji również. Co jakiś czas jeździmy na specjalne szkolenia, warsztaty i uczymy się jak możemy najlepiej pomóc synkowi. Co jest zagrożeniem dla Jego zdrowia , co Mu wolno, a czego nie. Po takiej dawce informacji, gdy przychodzi czas refleksji zastanawiamy się, jak poprawić jakość życia Antkowi, aby jak najmniej odczuł, że jest chory. Wiemy, że będzie różnie, raz lepiej,  raz gorzej ale damy radę<img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/interjection.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Interjection" title="Interjection" /><br />
źródło: <a href="http://antos.muko.med.pl" target="_blank">http://antos.muko.med.pl</a><br />
<br />
<span style="font-weight: bold;"> Możesz pomóc ofiarując na przykład 1 procent podatku. </span><br />
<br />
<a href="http://antos.muko.med.pl" target="_blank"><img src="http://img11.imageshack.us/img11/3387/antomatuszyski.jpg" border="0" alt="[Obrazek: antomatuszyski.jpg]" /></a><br />
<br />
<span style="font-weight: bold;">Można pomóc również bezpośrednio. Więcej informacji na stronie Antoś Matuszyńskiego - <a href="http://antos.muko.med.pl" target="_blank">http://antos.muko.med.pl</a></span><br />
<br />
Można tam znaleźć informacje:<br />
<br />
- O chorobie<br />
<br />
- Jak możesz pomóc<br />
<br />
- 1% podatku <br />
<br />
- Podziękowania<br />
<br />
- Dokumenty<br />
<br />
- Galeria<br />
<br />
- Kontakt<br />
<br />
- Nowinki<br />
<br />
Zapraszam do odwiedzenia strony i udzielenia jakiejkolwiek formy pomocy. Jak można pomóc jest pięknie opisane na stronie - <span style="font-weight: bold;"> <a href="http://antos.muko.med.pl" target="_blank">http://antos.muko.med.pl</a> </span><hr />
<span style="font-weight: bold;">Prośba do Administracji </span>- Jestem w pełni świadomy że ten apel o pomoc może naruszać przyjęte tu normy, jednak proszę o wyrozumiałość i nie usuwanie go.<br />
<br />
pozdrawiam<img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/smile.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" />]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Mój Anioł]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-M%C3%B3j-Anio%C5%82</link>
			<pubDate>Tue, 31 Jan 2012 20:33:55 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-M%C3%B3j-Anio%C5%82</guid>
			<description><![CDATA[Z 2008 roku. Prosty.<br />
<br />
<br />
Mój Anioł<br />
<br />
Mój Anioł Stróż zawsze mnie strzeże,<br />
Cokolwiek powie to mu uwierzę,<br />
Stoi zawsze obok mnie,<br />
Czy czynię dobrze, czy czynię źle.<br />
On jak przyjaciel mnie kocha,<br />
Przytula kiedy szlocham,<br />
Jemu mogę zaufać, wyjawić tajemnice,<br />
Na niego zawsze w potrzebie liczę.<br />
<br />
Mój Anioł Stróż jest uroczy,<br />
Ma piękne niebieskie oczy,<br />
Jasne, złociste włosy,<br />
Twarz lekko piegami przyprószoną<br />
I poczciwym uśmiechem upiększoną,<br />
Ma jakiś metr osiemdziesiąt wzrostu<br />
Jest ode mnie wyższy po prostu,<br />
Ma taki głos ładny,<br />
Inny niż każdy.<br />
<br />
A kiedy mi rzeczywistość zbrzydnie,<br />
Pogładzę go po białym skrzydle,<br />
Usiądę Mu na kolanach<br />
I będę z nim rozmawiać do rana,<br />
Otrze mi łzy rąbkiem swej szaty białej,<br />
Weźmie w swoje dłonie moje małe.<br />
<br />
Już do końca życia i dalej<br />
Chcę iść z moim Aniołem Stróżem przez życie całe!]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Z 2008 roku. Prosty.<br />
<br />
<br />
Mój Anioł<br />
<br />
Mój Anioł Stróż zawsze mnie strzeże,<br />
Cokolwiek powie to mu uwierzę,<br />
Stoi zawsze obok mnie,<br />
Czy czynię dobrze, czy czynię źle.<br />
On jak przyjaciel mnie kocha,<br />
Przytula kiedy szlocham,<br />
Jemu mogę zaufać, wyjawić tajemnice,<br />
Na niego zawsze w potrzebie liczę.<br />
<br />
Mój Anioł Stróż jest uroczy,<br />
Ma piękne niebieskie oczy,<br />
Jasne, złociste włosy,<br />
Twarz lekko piegami przyprószoną<br />
I poczciwym uśmiechem upiększoną,<br />
Ma jakiś metr osiemdziesiąt wzrostu<br />
Jest ode mnie wyższy po prostu,<br />
Ma taki głos ładny,<br />
Inny niż każdy.<br />
<br />
A kiedy mi rzeczywistość zbrzydnie,<br />
Pogładzę go po białym skrzydle,<br />
Usiądę Mu na kolanach<br />
I będę z nim rozmawiać do rana,<br />
Otrze mi łzy rąbkiem swej szaty białej,<br />
Weźmie w swoje dłonie moje małe.<br />
<br />
Już do końca życia i dalej<br />
Chcę iść z moim Aniołem Stróżem przez życie całe!]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Sen cię ukoi]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Sen-ci%C4%99-ukoi</link>
			<pubDate>Mon, 30 Jan 2012 13:35:44 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Sen-ci%C4%99-ukoi</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;">Bardzo proszę o konstruktywne uwagi, głównie co do poprawności i sprawności językowej oraz timingu. Zastanawiałem się, czy wprowadzenie nie powinno być dłuższe. Często mam wrażenie, że za ostro prę do przodu <img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/smile.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /> </span><br />
<br />
------------------------------------------------<br />
    Ostatnie spotkanie z Jane było dla niego cudowną niezapomnianą przygodą. Żył wspomnieniami tych chwil, które spędzili razem, tuląc się do siebie na bezludnej plaży przy akompaniamencie cicho szumiącego morza.<br />
    Gdy pluskali się w ciepłej wodzie, rzucając się ze śmiechem na zmierzwione fale, czuł że jest w stanie dla niej zrobić wszystko. Gdyby tylko mógł być z nią bez przerwy, porzuciłby bez wahania całe swoje nudne życie. Świadomość tego, że jednak nie ma na to żadnego wpływu, była dręcząca i przyprawiała o ból głowy.<br />
    Miał wrażenie, że znali się od zawsze. Wieczorami, popijając drinki śmiali się do łez opowiadając historie ze swojego życia. Potem tańczyli przy dźwiękach Sinatry, aż chłód nocy wyganiał ich do sypialni, gdzie ogrzewali się ciepłem swoich ciał. Szeptali do siebie długo czułe słówka, póki ciemności nie wyganiały pierwsze promienie poranka.<br />
    Jane spełniała jego najskrytsze marzenia, zawsze wiedząc wcześniej, o czym myśli. Jakby mieszkała w jego głowie. Wszystkie pragnienia prócz jednego największego, o którym fantazjuje większość normalnych facetów.<br />
    Nigdy nie była do końca jego.<br />
    Ale dziś wieczorem miało się to wypełnić. Wyszeptała mu to wtedy nieśmiało do ucha. Czekał na to od tak wielu spotkań. Ufała mu i czuł, że on sam też powie jej o wszystkim. Zasługiwała na to, żeby zdradzić jej mocno skrywaną tajemnicę. Za każdym razem pytała, dlaczego zawsze zostawia ją, gdy zasypiają. Zapewniał o swoim uczuciu, ale nie potrafił jej wyjaśnić. Wiedział, że wtedy czuje się skrzywdzona i opuszczona. Wył później w samotności w poduszkę, czując dokładnie, co dzieje się w jej sercu. Ale nie mógł jej powiedzieć czegoś, czego sam nie pojmował.<br />
    Wracał do swojego świata.<br />
    Teraz szykował się na ponowną wędrówkę do niej. Lub powrót. Sam już nie wiedział, od którego świata się to zaczęło i który był realny. Jej czy jego. Na początku myślał, że to tylko urojenia. Gdy pojawiła się po raz pierwszy, oczarowany jej osobą, zakochał się od pierwszego wejrzenia. Wpadł w błogi stan, którego za nic nie chciał opuszczać. Nie bardzo wiedział, jak się tam z nią znalazł, ale to nie miało najmniejszego znaczenia.<br />
    Po prostu tam była. Z nim.<br />
    Ale za kolejnym razem ugryzła go zalotnie w szyję. Nie zwrócił uwagi, że pozostał drobny ślad po jej małych ząbkach. Gdy wrócił do siebie, zatopił się jak zwykle w obojętnym smutku. Dopiero usłyszany w pracy sprośny żart na temat malinki wprawił go w osłupienie.<br />
    Jane nie była snem.<br />
    Musiał znaleźć się z nią sam na sam jak najszybciej. Chciał wyjawić jej wszystko. Wiedział, że zrozumie i może podsunie jakąś myśl, jakiś pomysł. Wierzył, że razem znajdą rozwiązanie.<br />
    Teraz musiał tylko jak najszybciej zapaść w sen i znaleźć się obok niej. Golił ostatni skrawek twarzy. Jeszcze tylko krem na twarz, dwa pryśnięcia wodą kolońską i do łóżka. Potem tylko gorące mleko, kilka tabletek nasennych i podróż się rozpocznie. Obudzi się już przytulony do jej ciała. Może Jane nawet nie zauważy, że go nie było. Czasem tak się działo.<br />
    Ustawił odpowiednią temperaturę klimatyzatora, ułożył się wygodnie w łóżku, przykrył lekka kołdrą i zamknął oczy w oczekiwaniu na sen. Myśli kłębiły się, przywołując rozmaite obrazy i sceny z bieżącego dnia. Z nudnej monotonnej pracy, w której wykonywał codziennie te same czynności. Z powrotu podmiejską kolejką do domu, w której oglądał każdego dnia te same szare twarze zagonionych ludzi. Z popołudnia przed telewizorem, w którym przewijały się jak co dzień identyczne obrazy z sensacyjnych wydarzeń na świecie lub wyświechtane kawałki głoszone przez niewiarygodnych polityków.<br />
    Ale sen nie nadchodził.<br />
    Zaczął wiercić się pod pościelą. W lewej stopie poczuł skurcz, jednocześnie drapiąc prawy pośladek, który nieznośnie zaswędział już kolejny raz. Gdy już wszystko się uspokoiło, odniósł wrażenie, że ktoś chodzi po pokoju. Otworzył oczy, ale poza tykającym zegarem nie zauważył źródła niepokoju. Postanowił liczyć barany. Przy dwusetnym pomyślał, że to zajęcie jest niesamowicie nudne, a już na pewno nie zbliża go do spotkania z Jane. Zastanawiał się nad tym, dlaczego tak jest, że gdy człowiek usilnie próbuje zasnąć, to nigdy mu to nie wychodzi. Poprawił gumkę od majtek wpijającą się w bok i spróbował uspokoić oddech.<br />
    Przypomniał sobie niewiarygodnie starą kobietę, którą mijał w drodze ze stacji metra. Staruszka siedziała przygarbiona na murku, wpatrując się w odległy punkt na horyzoncie. Uderzył go wyraz jej przygnębionych oczu spoglądających z pomarszczonej twarzy wspartej na drżących rękach. Co ta kobiecina robiła samotnie w takim miejscu?<br />
    Zapadł w sen.<br />
    Ocknął się w ciemnym pokoju, leżąc w satynowej pościeli, pod jaką zwykle spali razem z Jane. Usłyszał spokojny regularny oddech osoby śpiącej obok. Uśmiechnął się. Nareszcie znów są razem. Ostrożnie uniósł kołderkę i powędrował ręką ku śpiącemu ciału. Chciał jej delikatnie dotknąć, póki śpi, tak żeby jej nie obudzić. Pogładził plecy.<br />
    Pod ręką poczuł starczą pergaminową skórę i żebra.<br />
    Zaskoczony błyskawicznie cofnął rękę i turlając się spadł z łóżka. Śpiąca kobieta zdołała się już przebudzić i odwróciła głowę. Jak na swój wiek zerwała się nadzwyczaj energicznie i oparła na dłoniach. W przekrwionych oczach błysnęła złość i starucha wyszczerzyła kły, wydając niski pomruk przechodzący w głośny histeryczny śmiech. Spomiędzy obnażonych zębów kapała gęsta ślina, wypalając w pościeli syczące dziury. Wiedźma szykowała się do ataku, przeobrażając się jednocześnie w potężnego umięśnionego potwora.<br />
    Przerażony wpatrywał się jak zahipnotyzowany w rozeźloną demonicę, gdy ta rzuciła się próbując chwycić go za gardło. Osłonił się, ręką odbijając straszliwy cios. Z rozoranego przedramienia pociekła krew, wypełniając pomieszczenie żelazistą wonią. Rzucił się do drzwi i wypadł na schody, pokonując po kilka stopni na raz.<br />
    Stwór był tuż za nim.<br />
    Czuł jego zgniły oddech przypominający woń przepoconych skarpet i starczego niemytego ciała. Do tego przyprawiony cebulą.<br />
    Drzwi zewnętrzne były blisko. Nie wiedział, co za nimi znajdzie, ale czuł że to jedyna droga. Już miał chwycić za klamkę, gdy potężny ryk wstrząsnął całym jego ciałem. Ostry pazur wbił mu się w plecy. Stracił równowagę i poślizgnął się, uderzając z impetem głową w podstawę schodów.<br />
    Nadszedł mrok.<br />
    Obudził się we własnym łóżku zlany potem. Przerażenie powoli ustępowało, a za nim puszczał stres. Rana na plecach już nie krwawiła, ale niesamowicie piekła. Spróbował dotknąć jej ręką. Nie było najgorzej, ale mocno opuchnięta głowa nadawała się do wymiany.<br />
    Oparł się na łokciach i szybko rozejrzał po pokoju. Świtało i wszystko wyglądało najzupełniej zwyczajnie, lecz wspomnienie staruchy przywołało kolejną falę strachu. Powoli uspokoił się, wstał i skierował do łazienki przemyć twarz. Zimna woda przyniosła ukojenie i pozwoliła zebrać myśli.<br />
    W trakcie ucieczki nie miał czasu myśleć, co tak naprawdę nie zagrało. Dlaczego sen, który zwykle przynosił ukojenie w postaci jego boskiej Jane, tym razem rzucił go prosto w paszczę jakiegoś diabelskiego pomiotu? Kto za tym stoi, bawiąc się jego życiem na jawie i we śnie? Do tej pory był pewien każdej wycieczki w objęcia Morfeusza. Bezgranicznie mu ufał.<br />
    Do dziś.<br />
    Spojrzał w lustro. Zobaczył pokryte świeżą siwizną oblicze zmęczonego życiem człowieka i zrozumiał. To była twarz, na której swoje piętno zostawił pierwotny strach. Strach, który już nigdy go nie opuści.<br />
    I nie pozwoli zasnąć.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;">Bardzo proszę o konstruktywne uwagi, głównie co do poprawności i sprawności językowej oraz timingu. Zastanawiałem się, czy wprowadzenie nie powinno być dłuższe. Często mam wrażenie, że za ostro prę do przodu <img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/smile.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /> </span><br />
<br />
------------------------------------------------<br />
    Ostatnie spotkanie z Jane było dla niego cudowną niezapomnianą przygodą. Żył wspomnieniami tych chwil, które spędzili razem, tuląc się do siebie na bezludnej plaży przy akompaniamencie cicho szumiącego morza.<br />
    Gdy pluskali się w ciepłej wodzie, rzucając się ze śmiechem na zmierzwione fale, czuł że jest w stanie dla niej zrobić wszystko. Gdyby tylko mógł być z nią bez przerwy, porzuciłby bez wahania całe swoje nudne życie. Świadomość tego, że jednak nie ma na to żadnego wpływu, była dręcząca i przyprawiała o ból głowy.<br />
    Miał wrażenie, że znali się od zawsze. Wieczorami, popijając drinki śmiali się do łez opowiadając historie ze swojego życia. Potem tańczyli przy dźwiękach Sinatry, aż chłód nocy wyganiał ich do sypialni, gdzie ogrzewali się ciepłem swoich ciał. Szeptali do siebie długo czułe słówka, póki ciemności nie wyganiały pierwsze promienie poranka.<br />
    Jane spełniała jego najskrytsze marzenia, zawsze wiedząc wcześniej, o czym myśli. Jakby mieszkała w jego głowie. Wszystkie pragnienia prócz jednego największego, o którym fantazjuje większość normalnych facetów.<br />
    Nigdy nie była do końca jego.<br />
    Ale dziś wieczorem miało się to wypełnić. Wyszeptała mu to wtedy nieśmiało do ucha. Czekał na to od tak wielu spotkań. Ufała mu i czuł, że on sam też powie jej o wszystkim. Zasługiwała na to, żeby zdradzić jej mocno skrywaną tajemnicę. Za każdym razem pytała, dlaczego zawsze zostawia ją, gdy zasypiają. Zapewniał o swoim uczuciu, ale nie potrafił jej wyjaśnić. Wiedział, że wtedy czuje się skrzywdzona i opuszczona. Wył później w samotności w poduszkę, czując dokładnie, co dzieje się w jej sercu. Ale nie mógł jej powiedzieć czegoś, czego sam nie pojmował.<br />
    Wracał do swojego świata.<br />
    Teraz szykował się na ponowną wędrówkę do niej. Lub powrót. Sam już nie wiedział, od którego świata się to zaczęło i który był realny. Jej czy jego. Na początku myślał, że to tylko urojenia. Gdy pojawiła się po raz pierwszy, oczarowany jej osobą, zakochał się od pierwszego wejrzenia. Wpadł w błogi stan, którego za nic nie chciał opuszczać. Nie bardzo wiedział, jak się tam z nią znalazł, ale to nie miało najmniejszego znaczenia.<br />
    Po prostu tam była. Z nim.<br />
    Ale za kolejnym razem ugryzła go zalotnie w szyję. Nie zwrócił uwagi, że pozostał drobny ślad po jej małych ząbkach. Gdy wrócił do siebie, zatopił się jak zwykle w obojętnym smutku. Dopiero usłyszany w pracy sprośny żart na temat malinki wprawił go w osłupienie.<br />
    Jane nie była snem.<br />
    Musiał znaleźć się z nią sam na sam jak najszybciej. Chciał wyjawić jej wszystko. Wiedział, że zrozumie i może podsunie jakąś myśl, jakiś pomysł. Wierzył, że razem znajdą rozwiązanie.<br />
    Teraz musiał tylko jak najszybciej zapaść w sen i znaleźć się obok niej. Golił ostatni skrawek twarzy. Jeszcze tylko krem na twarz, dwa pryśnięcia wodą kolońską i do łóżka. Potem tylko gorące mleko, kilka tabletek nasennych i podróż się rozpocznie. Obudzi się już przytulony do jej ciała. Może Jane nawet nie zauważy, że go nie było. Czasem tak się działo.<br />
    Ustawił odpowiednią temperaturę klimatyzatora, ułożył się wygodnie w łóżku, przykrył lekka kołdrą i zamknął oczy w oczekiwaniu na sen. Myśli kłębiły się, przywołując rozmaite obrazy i sceny z bieżącego dnia. Z nudnej monotonnej pracy, w której wykonywał codziennie te same czynności. Z powrotu podmiejską kolejką do domu, w której oglądał każdego dnia te same szare twarze zagonionych ludzi. Z popołudnia przed telewizorem, w którym przewijały się jak co dzień identyczne obrazy z sensacyjnych wydarzeń na świecie lub wyświechtane kawałki głoszone przez niewiarygodnych polityków.<br />
    Ale sen nie nadchodził.<br />
    Zaczął wiercić się pod pościelą. W lewej stopie poczuł skurcz, jednocześnie drapiąc prawy pośladek, który nieznośnie zaswędział już kolejny raz. Gdy już wszystko się uspokoiło, odniósł wrażenie, że ktoś chodzi po pokoju. Otworzył oczy, ale poza tykającym zegarem nie zauważył źródła niepokoju. Postanowił liczyć barany. Przy dwusetnym pomyślał, że to zajęcie jest niesamowicie nudne, a już na pewno nie zbliża go do spotkania z Jane. Zastanawiał się nad tym, dlaczego tak jest, że gdy człowiek usilnie próbuje zasnąć, to nigdy mu to nie wychodzi. Poprawił gumkę od majtek wpijającą się w bok i spróbował uspokoić oddech.<br />
    Przypomniał sobie niewiarygodnie starą kobietę, którą mijał w drodze ze stacji metra. Staruszka siedziała przygarbiona na murku, wpatrując się w odległy punkt na horyzoncie. Uderzył go wyraz jej przygnębionych oczu spoglądających z pomarszczonej twarzy wspartej na drżących rękach. Co ta kobiecina robiła samotnie w takim miejscu?<br />
    Zapadł w sen.<br />
    Ocknął się w ciemnym pokoju, leżąc w satynowej pościeli, pod jaką zwykle spali razem z Jane. Usłyszał spokojny regularny oddech osoby śpiącej obok. Uśmiechnął się. Nareszcie znów są razem. Ostrożnie uniósł kołderkę i powędrował ręką ku śpiącemu ciału. Chciał jej delikatnie dotknąć, póki śpi, tak żeby jej nie obudzić. Pogładził plecy.<br />
    Pod ręką poczuł starczą pergaminową skórę i żebra.<br />
    Zaskoczony błyskawicznie cofnął rękę i turlając się spadł z łóżka. Śpiąca kobieta zdołała się już przebudzić i odwróciła głowę. Jak na swój wiek zerwała się nadzwyczaj energicznie i oparła na dłoniach. W przekrwionych oczach błysnęła złość i starucha wyszczerzyła kły, wydając niski pomruk przechodzący w głośny histeryczny śmiech. Spomiędzy obnażonych zębów kapała gęsta ślina, wypalając w pościeli syczące dziury. Wiedźma szykowała się do ataku, przeobrażając się jednocześnie w potężnego umięśnionego potwora.<br />
    Przerażony wpatrywał się jak zahipnotyzowany w rozeźloną demonicę, gdy ta rzuciła się próbując chwycić go za gardło. Osłonił się, ręką odbijając straszliwy cios. Z rozoranego przedramienia pociekła krew, wypełniając pomieszczenie żelazistą wonią. Rzucił się do drzwi i wypadł na schody, pokonując po kilka stopni na raz.<br />
    Stwór był tuż za nim.<br />
    Czuł jego zgniły oddech przypominający woń przepoconych skarpet i starczego niemytego ciała. Do tego przyprawiony cebulą.<br />
    Drzwi zewnętrzne były blisko. Nie wiedział, co za nimi znajdzie, ale czuł że to jedyna droga. Już miał chwycić za klamkę, gdy potężny ryk wstrząsnął całym jego ciałem. Ostry pazur wbił mu się w plecy. Stracił równowagę i poślizgnął się, uderzając z impetem głową w podstawę schodów.<br />
    Nadszedł mrok.<br />
    Obudził się we własnym łóżku zlany potem. Przerażenie powoli ustępowało, a za nim puszczał stres. Rana na plecach już nie krwawiła, ale niesamowicie piekła. Spróbował dotknąć jej ręką. Nie było najgorzej, ale mocno opuchnięta głowa nadawała się do wymiany.<br />
    Oparł się na łokciach i szybko rozejrzał po pokoju. Świtało i wszystko wyglądało najzupełniej zwyczajnie, lecz wspomnienie staruchy przywołało kolejną falę strachu. Powoli uspokoił się, wstał i skierował do łazienki przemyć twarz. Zimna woda przyniosła ukojenie i pozwoliła zebrać myśli.<br />
    W trakcie ucieczki nie miał czasu myśleć, co tak naprawdę nie zagrało. Dlaczego sen, który zwykle przynosił ukojenie w postaci jego boskiej Jane, tym razem rzucił go prosto w paszczę jakiegoś diabelskiego pomiotu? Kto za tym stoi, bawiąc się jego życiem na jawie i we śnie? Do tej pory był pewien każdej wycieczki w objęcia Morfeusza. Bezgranicznie mu ufał.<br />
    Do dziś.<br />
    Spojrzał w lustro. Zobaczył pokryte świeżą siwizną oblicze zmęczonego życiem człowieka i zrozumiał. To była twarz, na której swoje piętno zostawił pierwotny strach. Strach, który już nigdy go nie opuści.<br />
    I nie pozwoli zasnąć.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Powitanko]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Powitanko</link>
			<pubDate>Mon, 30 Jan 2012 13:33:07 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Powitanko</guid>
			<description><![CDATA[Cześć,<br />
tu Marek z Wro.<br />
Na razie więcej o sobie nie zdradzę, ale jak już zostanę wielkim pisarzem, będę pamiętał od jakiego forum zaczynałem <img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/smile.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
Pozdrowienia!]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Cześć,<br />
tu Marek z Wro.<br />
Na razie więcej o sobie nie zdradzę, ale jak już zostanę wielkim pisarzem, będę pamiętał od jakiego forum zaczynałem <img src="http://literka.info//images/smilies/AQQ/smile.png" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
Pozdrowienia!]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Postrzeganie rzeczywistości, myślenie...]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-Postrzeganie-rzeczywisto%C5%9Bci-my%C5%9Blenie</link>
			<pubDate>Sat, 28 Jan 2012 12:51:25 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-Postrzeganie-rzeczywisto%C5%9Bci-my%C5%9Blenie</guid>
			<description><![CDATA[Powiedzcie mi, w jaki sposób odbieracie rzeczywistość? <br />
<br />
Bo ja mam wypaczony styl książkowy, tak przynajmniej to nazywam. Widzę to, co się wokół dzieje i automatycznie pojawia się w mojej głowie opis. Na przykład, kiedy ktoś coś powie, od razu w głowie pojawia mi się takie "powiedział/a Ktośtam", albo "zaćwierkała papuga". To bardzo interesujące, szczególnie, kiedy nagle łapię się na tym i zastanawiam, co ja właściwie robię o__O. Do tego, zawsze kiedy widzę jakichś obcych ludzi, opisuję sobie ich wygląd i zastanawiam nad charakterem, wymyślam historię życia i myślę, w jaki sposób mogliby zaraz zginąć (nie patrzcie dziwnie xD).<br />
A myślenie? Słowa i obrazy. Dialog między moyą, a mną, czasem nawet gadanie do siebie na głos, żeby sprawdzić wydźwięk jakichś słów wypowiedzianych różnymi tonami. Czasem myślę też po angielsku, rzadziej francusku.<br />
<br />
To straszne ^______^]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Powiedzcie mi, w jaki sposób odbieracie rzeczywistość? <br />
<br />
Bo ja mam wypaczony styl książkowy, tak przynajmniej to nazywam. Widzę to, co się wokół dzieje i automatycznie pojawia się w mojej głowie opis. Na przykład, kiedy ktoś coś powie, od razu w głowie pojawia mi się takie "powiedział/a Ktośtam", albo "zaćwierkała papuga". To bardzo interesujące, szczególnie, kiedy nagle łapię się na tym i zastanawiam, co ja właściwie robię o__O. Do tego, zawsze kiedy widzę jakichś obcych ludzi, opisuję sobie ich wygląd i zastanawiam nad charakterem, wymyślam historię życia i myślę, w jaki sposób mogliby zaraz zginąć (nie patrzcie dziwnie xD).<br />
A myślenie? Słowa i obrazy. Dialog między moyą, a mną, czasem nawet gadanie do siebie na głos, żeby sprawdzić wydźwięk jakichś słów wypowiedzianych różnymi tonami. Czasem myślę też po angielsku, rzadziej francusku.<br />
<br />
To straszne ^______^]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[coś się dziać musi]]></title>
			<link>http://literka.info/watek-co%C5%9B-si%C4%99-dzia%C4%87-musi</link>
			<pubDate>Sat, 28 Jan 2012 10:45:50 +0100</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://literka.info/watek-co%C5%9B-si%C4%99-dzia%C4%87-musi</guid>
			<description><![CDATA[Nie powiem, że nie chciałbym inaczej<br />
nie powiem, że żyję głupio raczej<br />
i czekam na coś co się nie wydarzy,<br />
coś, co mi się w głowie od urodzenia marzy<br />
i straszne w mózgu rodzą się myśli,<br />
że to nie sen, że to mi się nie przyśni<br />
<br />
Podobno marzenia wielką siłę mają,<br />
szczęście do siebie przyciągają,<br />
lecz ten co ciągle marzy<br />
spełnić tych marzeń się nie odważy<br />
i wciąż będzie czekał aż samo się spełni<br />
ach, to nie jest bajka, tu nie pomoże księżyc w pełni<br />
<br />
Nie! nasz mózg nie jest głupi,<br />
coś się dziać musi,<br />
więc jedno nasuwa się pytanie,<br />
czy jeżeli już coś się stanie<br />
to na jakie się nasze życie zmieni,<br />
cóż, może znowu trzeba zacząć srać wśród zieleni]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nie powiem, że nie chciałbym inaczej<br />
nie powiem, że żyję głupio raczej<br />
i czekam na coś co się nie wydarzy,<br />
coś, co mi się w głowie od urodzenia marzy<br />
i straszne w mózgu rodzą się myśli,<br />
że to nie sen, że to mi się nie przyśni<br />
<br />
Podobno marzenia wielką siłę mają,<br />
szczęście do siebie przyciągają,<br />
lecz ten co ciągle marzy<br />
spełnić tych marzeń się nie odważy<br />
i wciąż będzie czekał aż samo się spełni<br />
ach, to nie jest bajka, tu nie pomoże księżyc w pełni<br />
<br />
Nie! nasz mózg nie jest głupi,<br />
coś się dziać musi,<br />
więc jedno nasuwa się pytanie,<br />
czy jeżeli już coś się stanie<br />
to na jakie się nasze życie zmieni,<br />
cóż, może znowu trzeba zacząć srać wśród zieleni]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>
