„ Bo tak miało być…”
Szczera krytyka nie tylko na temat błędów, ale i treści mile widziana.
Biegłam coraz szybciej, usilnie starając się zostawić za sobą całą moją przeszłość. Wszystkie wspomnienia tak ukochane, a jednocześnie znienawidzone, bo tak bolesne. Każdy szczegół, rzecz i dźwięk, który przypomniał mi o stracie najważniejszych dla mnie osób.
Jak przez mgłę pamiętałam rozmowę z policjantami. Później był tylko lament mojej ukochanej babci i ciemność. Zupełnie taka jak teraz, lecz bardziej przerażająca. Krople deszczu mieszały się z moimi łzami, tworząc idealną kompozycję. Przemoczone doszczętnie ubranie przyklejało się do mojego rozgrzanego biegiem ciała. Kiedy wyczerpana upadłam na kolana nie czułam bólu, choć ze świeżych ran spływała już ciepła, gęsta krew. Łapczywie łapałam powietrze, gdyż oddech przez zmęczenie stał się nierówny i płytki. Przymknęłam powieki i zobaczyłam przed oczami ciemne plamy. Ze wszystkich sił starałam się nie zemdleć, byle dotrzeć do celu, który był już zaledwie na wyciągnięcie ręki. W głowie słyszałam słowa, których nie chciałam słyszeć już nigdy więcej. Z trudem podniosłam się z ziemi otwierając oczy. Noc rozświetlały latarnie prowadzące do Wierzy Krzywoustego. Otworzyłam ciężkie drzwi i znalazłam się w środku. Zimno bijące od ścian było wprost nie do zniesienia. Ocierając mokre policzki, stawiałam kolejne kroki po kamiennych schodach. Nie widziałam niczego przed sobą ani za sobą, szłam na oślep, zupełnie pogodzona z przeznaczeniem. Bo w końcu to od niego miało zależeć czy upadnę. I nie ważne czy będę stawiała kroki ostrożnie czy też nie. Więc godzę się z nim tak, jak kazali mi zrobić wszyscy. Godzę się ze śmiercią moich rodziców, bo tak miało być, bo nie mogło być inaczej. Z bijącym co raz szybciej sercem znalazłam się na samej górze. Miliony kolorowych świateł majaczyły w oddali, rozświetlając ciemność. Ten widok zapierał dech w piersiach. Choć widziałam go już tyle razy, to za każdym byłam zauroczona jego innością i niezwykłością. Podeszłam bliżej barierki, wypełniając łapczywie płuca zimnym powietrzem. Świadomie dopuściłam do siebie myśli, uczucia i wspomnienia z mojego dzieciństwa. Jak fala podpływały do mnie, delikatnie muskając mój umysł.
Widziałam siebie szczęśliwą w objęciach rudowłosej kobiety o gęstych puklach,
spływających kaskadami na ramiona. Mojego kochanego tatę z aparatem w ręku, nawołującego do uśmiechu. To była jedna z naszych niedzielnych wycieczek. Ostania, jak się później okazało. Słuchałyśmy z mamą legendy. Opowiadała, jak to właśnie na tym wzgórzu Krzywousty zabił pięknego jelenia, skąd wzięła się nazwa miasta, w którym mieszkamy. Widziałam to wszystko, słyszałam i z całych sił pragnęłam, by tamte chwile wróciły, a rzeczywistość, jaka mnie teraz otacza, okazała się jedynie koszmarem z którego zaraz się zbudzę słysząc ciepły głos mojego ojca, budzący mnie jak każdego tygodnia do szkoły.
Westchnęłam głęboko. To było nasze miejsce i na zawsze tak już pozostanie. Będę tu wracać każdego roku, miesiąca i tygodnia. By pamiętać o nich. By nigdy nie zapomnieć.
-Obiecuję- szepnęłam uśmiechając się smutno, czując jak po policzku spływała jedna samotna łza kończąca swój żywot na chłodnej posadce.
"- Ja czuje się znakomicie.
-Tak, że mógłbyś dotknąć palcem nieba?
-Nie, nie tak.
-Jak to nie tak?
-O wiele wyżej. Co najmniej trzy metry nad niebem. "
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.09.2011 20:49 przez Clare.)
|