2012...
Wtedy nikt o tym nie myślał. Kiedy przychodziła noc, kiedy chmury zasłaniały Księżyc, kiedy gwiazdy nieśmiało mrugały na niebie zasłonięte przez toksyczne wyziewy, nadszedł koniec. Powoli, zdecydowanie, cicho i niespodziewanie... jak asasyn mordujący wyznaczony cel, jak czas kruszący ogromne mury Illionu, jak szuler wygrywający w pokera, a stawką zawsze było życie. Hazardziści, cele, mury... czy coś jeszcze ma prawo istnieć, kiedy skończył się świat?
Zadziwiające. Najpierw pojedyncze zakażenie sprawiło, że ktoś poczuł się naprawdę źle, ale objawy nie były groźne dla życia, potem to przeniosło się na innych. Biło rekordy, zwalało z nóg! Status epidemii osiągnęło w tydzień, pandemią tego już nie nazwano. Czasu nie wystarczyło. I nawet nie nadano temu nazwy...
Poszukiwałem czystości w skażonym świecie; wody w wyschniętym jeziorze; czasu, gdy czas się skończył, ale nie byłem sam. Bo czy człowiek może być sam? A jeśli nawet jakiś człowiek zostanie sam, samiuteńki, to czy nadal może być człowiekiem? Nie można być całkowicie samotnym, jeśli ma się wspomnienia. A one cisną się wtedy do głowy, wypaczając i zmieniając na swoją modłę cały świat. A zatem żyłem w świecie martwym, zniszczonym, złym i pustym, ale pamiętałem, jaki kiedyś był, co tylko potęgowało smutek. Gdy lęk ogarniał cały świat, zapukał i do moich bram i je zniszczył doszczętnie, bo wyciągnięta przyjaźnie dłoń okazała się być taranem i tyranem. Edykt pierwszy nakazał się bać, bać wszystkiego i zawsze. Ale kiedy już zabrakło ludzi wokół mnie, hegemonię przejął smutek.
Świat przepuszczono przez pryzmat skupiający wiązki kolorów w szarość i, choć wiedziałem, że wszystko wygląda inaczej, nic nie mogłem zrobić. Szary był tu, szary był tam, był wszędzie! Monochromatyczny świat jednego człowieka.
Strumieniowałem. Po zimnym, wysuszonym słońcem i brakiem sensu ciele spływały krople wody i rozpuszczone w niej sole. Ciepłe, pomimo temperatury wokół. Gorące, nigdy nie przestrzegały nowych zasad termodynamiki – wszystko musiało zwolnić, chłodnąć, a potem rozpaść się z powodu braku jakiegokolwiek ruchu, ale... Czy wyjątek kolejny raz potwierdza regułę, czy reguła jest zła?
Smutek opierał się, gdy musiał spłynąć wraz z wodą. Tylko tracił siłę. Może ktoś wypiłby wodę, w której pływał i zaraził się nim?! Ale on, głupi przez przyzywczajenia, chciał być tylko mój. Nie możesz. Nie będziesz. Nie chcę cię. Woda spływała coraz szybciej, było jej więcej, znacznie więcej! I opór stał się daremny, panie Smutku.
Żyję. Świat nie jest zniszczony; mechanizm życia nie jest popsuty... po prostu czasem zapominamy, co jest ważne i na tym, niczym na zdjęciach postawionych na kominku, osiada kurz. Wystarczy tylko mieć siłę sięgnąć po to i zdmuchnąć nieczystości, a stanie się takie, jakie było zawsze.
Świat był monochromatyczną pułapką, wypełnioną cichym lamentem istnień, których już nie ma. I stało się, odzyskał barwy, gdy szum wodospadu przypomniał o tym, że wszystko musi iść tak, jak już szło dawniej. Bo prawa się nie zmieniły, tylko Ty się zmieniłeś. Zaadaptuj się do warunków, w jak ich przyszło Ci żyć; zmień to, co nie przetrwało katastrofy. Groteskowo wygięte drzewa i twarze to od teraz jedyne drzewa i twarze, jakie znasz, więc nie są już przerażające. Chmury pyłu osiadające na ramionach stają się codziennością. Uporządkuj świat, posprzątaj, wyrzuć śmieci, zamieć pokój, zbuduj świątynię, uwierz. Zmiana rządzi w przyrodzie. I choć zmieniło się tak wiele, to wszystko pozostaje takie, jak być powinno, chociaż przeraża, bo jest tak okropnie nieznane.
Faktycznie, ostatnio rządzi szarość, ale są też inne kolory. Wystarczy widzieć je tam, gdzie są. I nikt nie jest samotny, bo poza wspomnieniami są też inni ludzie, którzy byli tacy, jak Ty. Widzieli szary świat i Ty też byłeś szary, nie widzieli Cię, bo wtopiłeś się w tło; byłeś tłem. Nabierz powietrza w płuca. Nigdy nie byłeś szary.