W 2007 roku popełniłem te "
bazgrołki" i leżą tak sobie w wirtualnej szufladzie.
Aniołów grzechy.
Początki.
Wszyscy słyszeli o elitarnych jednostkach komandosów tworzonych w Polsce w latach siedemdziesiątych i później. W 1974 roku powstały Sekcje Działań Specjalnych Marynarki Wojennej, czyli "FORMOZA", obecnie oficjalna nazwa to Grupy Specjalne Płetwonurków. FORMOZA współpracuje z oddziałem wodnym GROM-u i kompanią płetwonurków 1. Pułku Specjalnego Komandosów. 1. PSK z Lublińca sformowano w 1988 roku na bazie batalionu szturmowego. W 1990 roku stworzono najbardziej znaną w świecie jednostkę GROM, czyli Grupę Reagowania Operacyjno-Manewrowego. Żołnierze tych jednostek wykonywali zadania w Jugosławii, Haiti, Afganistanie i w Iraku. Nieliczni z nich ponieśli śmierć służąc Ojczyźnie. Nabór kandydatów do służby w tych elitarnych jednostkach prowadzi się drogą selekcji żołnierzy zawodowych tylko z jednostek wojskowych. Zadania, jakie wykonują operatorzy, czyli komandosi zespołów uderzeniowych to przeważnie akcje bezpośrednie (
Direct Action). Likwidacja stanowisk dowodzenia, węzłów komunikacyjnych, łączności i energetycznych oraz sabotaż na lotniskach i w portach przeciwnika. GROM wykonuje także szeroko pojęte działania antyterrorystyczne, eliminuje zagrożenie w zarodku, poprzez fizyczne unicestwienie terrorystów.
Wiosną 1983 roku w ówczesnym Sztabie Generalnym, jeszcze LWP, zrodził się pomysł stworzenia, w oparciu o właśnie poznane teorie naukowe z zakresu psychologii i medycyny, super tajnej jednostki nowego typu - do zadań, których brutalność nawet w pomysłodawcach budziła lęk. Tak zrodził się projekt o nazwie Zespół JAWA, w skrócie określany przez wszystkich jako Z-JAWA. Selekcję pod kątem właściwych predyspozycji kandydatów prowadziły Wyższa Szkoła Oficerska Wojsk Pancernych w Poznaniu i Szkoła Chorążych Służby Czołgowo-Samochodowej w Pile. Wybierano mężczyzn w przedziale wiekowym osiemnaście-dwadzieścia lat o odpowiednim genotypie.
Z trzynastu kandydatów ostatecznie pozostało dwunastu, których poddano morderczemu treningowi w tajnym ośrodku szkolenia wywiadu w Bieszczadach. Jako, że dowódcą zespołu został major Gabryjel J., komandos i zarazem oficer kontrwywiadu, to i pewien dowcipniś ze Sztabu Generalnego nazwał ich "
Aniołami", a samego dowódcę grupy od tego czasu nazywano
"Archanioł Gabryjel" i tak już pozostało.
Po dwuletnim szkoleniu do roboty wzięli się chirurdzy i inni spece od medycyny. Cały pomysł polegał na odpowiednim podrasowaniu tzw. grzebienia nerwowego, co w efekcie powodowało zwiększoną produkcję adrenaliny, noradrenaliny i kortyzolu przez organizm.
Adrenalina ten hormon walki odgrywa decydującą rolę w mechanizmie stresu, czyli błyskawicznej reakcji organizmu człowieka na zagrożenie. Powoduje ona wspólnie z noradrenaliną i kortyzolem przyspieszone bicie serca, wzrost ciśnienia krwi, rozszerzenie oskrzeli, napięcie mięśni, zwiększenie stężenia glukozy we krwi. Teraz tylko to wszystko trzeba było odpowiednio wyregulować i spowodować żeby działało wszystko na rozkaz, ale od tego byli psychiatrzy i inni szarlatani zatrudnieni przez armię. W efekcie uzyskuje się coś, co później wymyślili bracia Wachowscy w filmie "
Matrix". Po prostu dla osoby, która otrzyma odpowiedni strzał adrenalinowy, świat spowalnia, a ona sama staje się maszyną do zabijania.
Jesienią 1986 roku program wszedł w trzecią fazę szkolenia, która obejmowała różne techniki zabijania i walki wręcz. Doktor Andrzej Bryl, postać znana w światku komandosów, autor i pomysłodawca nowego bojowego systemu walki BAS, sprawował nadzór nad tym etapem, który miał trwać przez cztery lata. Ćwiczyli wszystko, co się tylko dało: Krav maga, Defendu, Rukopasznyj boj i oczywiście BAS - tajny zakres piąty.
Program Z-JAWA był tak tajny i tyle wydano na niego pieniędzy, że nawet zmiany ustrojowe w Polsce nie spowodowały jego przerwania. Wprost przeciwnie otworzyły się nowe możliwości, gdyż w nowym rządzie znalazł się kolejny zwolennik takich działań.
Czwarta faza, zgrywanie zespołów uderzeniowych, trwał przez następne cztery lata. Stworzono trzy zespoły w skład każdego z nich wchodziło czterech operatorów. Na ziemi, w powietrzu, w wodzie i pod wodą trwały długie i mozolne treningi.
Z nowym rokiem 1995 Z-JAWA osiągnęła pełną gotowość do działania. I niestety pojawił się pierwszy problem. Zespoły operatorów gotowe i pod parą, a zagrożenia brak.
Decydenci wpadają na pomysł, żeby przetestować komando na rodzimym światku przestępczym. Wtedy to w ciągu kilku miesięcy ginie w bardzo tajemniczych okolicznościach kilku bossów mafii z Pruszkowa i Wołomina. Później znów kilka lat treningów i szkolenie w tajemnicy przed światem.
Wreszcie rok 1999 i interwencja NATO w Kosowie. Robi się gorąco w tej części świata, jest, więc możliwość kolejnego sprawdzenia aniołów. Zespół pod dowództwem Enocha wyprowadza generała serbskich czetników ze środka koszar doborowej jednostki zmotoryzowanej. Jak później podał wywiad amerykański zginęło dwudziestu serbskich żołnierzy z elitarnej jednostki specjalnej. Zostali wprost zmasakrowani w niewyjaśnionych okolicznościach. Napastnicy na miejscu nie pozostawili żadnych śladów swojego pobytu. Dokonał tego jeden zespół w skład, którego wchodziło czterech operatorów, a akcja trwała dziesięć minut.
Kolejny sprawdzian dla Z-JAW-y to Irak w 2003 roku. Wieczorem 20 marca brytyjskie 3. Commando Brigade Royal Marines przeprowadziło atak z użyciem amfibii na półwysep Al-Faw, wspierane jest przez okręty Royal Navy, Royal Australian Navy oraz GROM. Zadaniem Brytyjczyków było przejęcie kontroli nad portem Umm Basr i zajęcie tego miasta. Do GROM-u przydzielono zespół Hahanela, który miał opanować najważniejszy obiekt w porcie tzw. "Dok 4" broniony przez dwa plutony gwardzistów Saddama.
Brytyjczycy, gdy wylądowali w porcie przeżyli szok, ponad pięćdziesiąt trupów zabitych w najbardziej makabryczny sposób. Jelita na ścianach, wbite w ludzkie trzewia pręty stalowe i kołki, rozszarpane tchawice. Przez dok przeszło jakieś piekielne tornado śmierci. I najdziwniejsze to, że nie można było odnaleźć nikogo z polskiego zespołu desantowego. Czterej operatorzy po prostu zniknęli, jakby nigdy ich nie było.
Spece z MI 5 zabezpieczyli tylko w jednym miejscu ślady krwi nienależące do nikogo z zabitych. W próbce stwierdzono ponad normalną dawkę adrenaliny i olbrzymią ilość glukozy. Na wszelkie pytania Brytyjczyków dowództwo GROM-u odpowiadało tylko zdziwieniem i zaprzeczało istnieniu zespołu Enocha twierdząc, że podczas szturmu doszło do eksplozji materiałów wybuchowych składowanych przez Irakijczyków i stąd taki makabryczny widok.
Cztery lata później.
Ely
* to małe miasteczko kilkanaście kilometrów od Cambridge. Większość tutejszych mieszkańców to emeryci, drobni sklepikarze i najemni pracownicy okolicznych farm. W centrum miasteczka, jak to w środkowej Anglii, znajduje się rynek i kilka ulic z pasażem handlowym. Na parking przed pasażem w sobotnie południe wjechał właśnie stary poobijany Ford Transit. Kierowca ostrożnie parkuje i po chwili wysypuje się z busa gromadka pracowników z pobliskiej farmy. Wszyscy przyjechali na sobotnie zakupy do miasteczka. W grupie mężczyzn i kobiet wyróżniał się wysoki brunet, ubrany w spodnie koloru khaki i takiego samego koloru koszulkę.
Prawdopodobnie około czterdziestki, a blizny na twarzy i przedramieniu sugerowały, że życie jego było burzliwe i pełne przygód. Ostatni wysiada niski krępy rudzielec, zamykając pojazd i woła do wszystkich.
— Daję wam godzinę i ani minuty dłużej!
— Maciek, no nie bądź świnia, daj dwie godzinki — oponowała wysoka blondynka w czerwonej koszulce.
— Maksymalnie półtorej godziny i żołnierz tylko żebyś znowu gdzieś nie wsiąkł. — Ostatnie słowa były skierowane do wysokiego bruneta.
— Co się go czepiasz? — znowu wtrąciła się blondynka.
— No kurde, bo z nim to zawsze są problemy - odpowiedział rudy. - Jakiś niedorobiony czy co?
Brunet, o którym była mowa, nie zwracając na nikogo uwagi, ruszył spokojnym krokiem w kierunku pasażu. Pozostali pasażerowie busa rozbiegli się do sklepów.
— Cholera nawet nie zwrócił na mnie uwagi? — zaklęła pod nosem odprowadzając go zawiedzionym wzrokiem.
Żołnierz, bo tak też będziemy dalej nazywać wysokiego bruneta, tymczasem zniknął za rogiem sklepu. Właściwie to sam za bardzo nie wiedział co robi w tym miasteczku? Oczywiście miał świadomość miejsca i czasu, ale to wszystko było dla niego całkowicie obojętne. Pamiętał tylko ciężarówkę jadącą z naprzeciwka i ... Ból, pustkę i nic po za tym. Pustka, jedna wielka pustka. Skąd przyszedł? Kim jest? Nic nie pamiętał. Posiadał jakieś dokumenty, z których wynikało, że nazywa się Jacek Keeler, zamieszkały w Warszawie ulica Złota ileś tam. Urodzony w Warszawie tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty któryś rok. Nic to mu jednak nie mówiło. Tylko pustka i tęsknota, pragnienie. Czegoś, za czymś?
Dwa miesiące temu przyplątał się na farmę w okolicy Ely, gdzie pracowali Polacy i tam też pozostał. Zamieszkał w karawanie z innymi i pracował w The Produce Connection czyli jak mówili wszyscy na "PiSi". Przez ten czas zarobił już nawet dwa tysiące funtów, ale nie miało to dla niego większego znaczenia. Raz w tygodniu wsiadał do firmowego busa i tak jak wszyscy jechał na zakupy do miasteczka.
Dzisiejszy dzień był słoneczny, a na ulicach i w sklepach przewijały się tłumy ludzi, jak to zwykle w sobotę. Nasz bohater właśnie wyszedł z bramy koło biblioteki i skierował się na rynek, który w tym dniu wypełniony był straganami i kupującymi. Większość ludzi przychodziła tutaj jednak dla owej sobotniej atmosfery i by napić się kawy w budce u Ralfa albo zjeść gofra u Helen.
Czując zapach świeżo sparzonej kawy mężczyzna ruszył w kierunku przyczepy Ralfa, która w tym dniu pełniła rolę wspaniałej cafeterii. Jednocześnie kątem oka zauważył wolno jadący samochód osobowy z litewskimi tablicami rejestracyjnymi, w którego wnętrzu siedziało czterech ogorzałych młodych mężczyzn. Przez chwilę zastanowiło go, skąd wie, że to są tablice litewskie? Samochód pojechał jednak dalej, a woń parzonej kawy tak podrażniła mu nozdrza, że przestał o tym myśleć. Podszedł do okienka.
— Coffee please.
— One pound please.
— Thanks.
Odebrał kubek z czarną, pachnącą kawą i począł się rozglądać za dobrym miejscem do siedzenia. Obok był kram z artykułami gospodarstwa domowego, za nim z jakimiś starociami, noże i szable leżały rozłożone na dywanie. Pod niskim murkiem na ławeczce, tuż przy przejściu przez ulicę, zwolniło się właśnie miejsce więc poszedł w tym kierunku. Kolejny raz przejechał samochód z młodymi mężczyznami.
— Passat, srebrny pomyślał przez chwilę.
Właśnie, gdy siorbnął pierwszy łyk kawy usłyszał trzask gniecionej karoserii i tłuczonego szkła. To srebrny Passat uderzył w wyjeżdżającego z Fore Hill niebieskiego Peugeota 307.
— Niebieski miał pierwszeństwo rozmyślał dalej, pijąc kolejny łyk kawy.
Jak na zawołanie pojawił się policyjny radiowóz i miejscowy policjant nie spiesząc się ruszył w kierunku miejsca zdarzenia. I wtedy zdarzyło się coś dziwnego, coś czego nikt się nie spodziewał w ten spokojny słoneczny dzień. Zdenerwowany kierowca Passata na widok policjanta wyciągnął pistolet i wystrzelił w jego kierunku. Wystrzał niósł się jak huk armaty, a zdziwiony policjant przystanął w pół kroku, zaś na jego kurtce mundurowej pojawiła się powiększająca się plama krwi. Kolejny wystrzał i pocisk rozerwał czoło policjanta bryzgając wokół krwią i mózgiem.
Pasażerowie srebrnego Passata wyskakują z samochodu, a każdy z nich trzyma w rękach broń. Pada krótka seria z kałasznikowa w kierunku policjantki w radiowozie. Odłamki szkła wbijają się w rozoraną pociskami głowę kobiety.
Trzeci z mężczyzn strzela na oślep z pistoletu do kierowcy Peugeota, który próbuje uciekać między stragany. Jego bieg kończą pociski wystrzelone przez czwartego mężczyznę z M16.
Huk wystrzałów i widok krwi, a może zagrożenie spowodowało, że brunet nagle upuścił kubek z kawą i jakby się zgiął w pół. Poczuł nagle cios w sam splot słoneczny, przynajmniej takie odniósł wrażenie, i olbrzymi przypływ energii. To było coś znajomego, coś za czym od dawna tęsknił, a czego już tak długo nie doświadczył. Świat zwolnił, a może to on się zmienił i jego zmysły uległy wyostrzeniu. Znów był w swoim prywatnym matrixie, znów był aniołem i poczuł tą moc i siłę. Ludzie byli tacy powolni i śmieszni w swojej niezdarności i kruchości. Choćby ten z tyłu samochodu z karabinkiem M16, on nawet nie wie, że w zasadzie jest bezbronny jak dziecko.
— Kij do mopa ze straganu będzie idealny pomyślał, skoczył i jednym płynnym ruchem wyrwał kij ze stojaka, a za chwilę wbił go w gardło napastnika, który zdziwiony umierał powoli dławiąc się własną krwią.
— Dla następnego nóż jeszcze jedna szybka myśl zaświtała w głowie.
Kolejny skok, przewrót i jest przy straganie masarza z Witchford, dwa palce chwytają ostrze długiego rzeźnickiego noża. Czuł się wspaniale i bosko wykonując płynne ruch. Dla świata, który nagle zwolnił, był jak światło, zaś jego smuga była karzącą ręką sprawiedliwości.
Drugi z napastników, ten nerwowy kierowca z pistoletem, nie zdążył nawet pomyśleć, że umiera, bo nóż wbił mu się prosto w lewe oko, a tylko czternaście centymetrów ostrza było potrzeba, żeby zabić.
Bawiąc się nożem nasz bohater dał za dużo czasu napastnikom. Gość od kałasza to był jednak ostry zawodnik i widocznie nie raz brał już udział w takiej walce, bo raptownie podbiegł do bruneta i wbił mu w skroń lufę karabinka. Reakcja była natychmiastowa, całkowicie automatyczna. Ułamek sekundy później napastnik wije się z bólu, przygnieciony butem Żołnierza. Szybki ruch, po którym jest już tylko suchy trzask łamanych kręgów szyjnych i plama moczu na spodniach. To puściły zwieracze. Kolejny płynny i szybki jak światło ruch, karabinek jest już w rękach. Ostry terkot krótkiej serii. Pociski kreślą krwawy wzór na piersi ostatniego z napastników. I pojedynczy strzał między oczy, tak dla pewności.
— Już po wszystkim? pomyślał ze zdziwieniem i pewnym rozczarowaniem.
Szybko, wykorzystując zaskoczenie, wskoczył do samochodu napastników, wrzucił bieg i z piskiem opon odjechał w kierunku Brays Lane. Instynktownie czuł, co trzeba robić i poddawał się temu podświadomie czując, że robi dobrze.
W chwili, gdy samochód zniknął w zaułkach miasteczka, a przerażeni ludzie zaczęli reagować na jatkę jaka rozegrała się na ich oczach, do jednej z budek telefonicznych znajdujących się na rynku, weszła szczupła i niewysoka blondyneczka. Bez wahania wybrała znany sobie od lat numer 004422. Po trzecim sygnale uzyskała połączenie i w słuchawce usłyszała znajomy głos.
— Słucham, Gabryjel.
— Tu Ewa, Enoch - na chwilę zawiesiła głos. — On wszedł do akcji.
— Gdzie jest?
— Nie wiem, straciłam kontakt.
— Ofiary?
— Prawdopodobnie czterech bandytów albo terrorystów.
— Ktoś go namierzył?
— Raczej nie, to był przypadek. - Znowu przerwała. — Instynkt.
— Taaak, instynkt
Dwa dni później w siedzibie Polskiego wywiadu.
Dwaj mężczyźni spotkali się na pilną rozmowę w specjalnym pokoju. Jeden z nich był aktualnym koordynatorem służb specjalnych, a ten drugi,tajemniczy mężczyzna, zapewne był także kimś z tajnych służb.
Zastanawiające jednak było to, że posiadał przepustkę z numerem 05, uprawniającą do dostępu do wszystkich pomieszczeń w tym budynku i natychmiastowy kontakt z koordynatorem. Należy pamiętać, że numery zero jeden i zero dwa, zarezerwowano dla prezydenta i premiera, a numer zero trzy posiadał sam koordynator.
— Witaj Gabryjel.
— Złe wieści panie ministrze.
— Bez tych ceregieli i tytułów, mów, co wiedzą Brytyjczycy?
— Hmm. W zasadzie to nie za, wiele, ale…
— Jakie ale?
— Jakiś spryciarz z MI 6 porównał ślady DNA znalezione na miejscu zdarzenia w Ely z bazą danych i…
— Człowieku, bo mnie wykończysz tymi swoimi niedomówieniami.
— Wiedzą, że to nasz człowiek, ale nic więcej nie mają i nie mogą tego poskładać w całość.
— Dobre i to, a co z NIM?
— Kamień w wodę, straciliśmy kontakt, może teraz być wszędzie.
— K....a jasna! Po tym wypadku trzeba było zamknąć Go w psychiatryku. — Po raz pierwszy minister stracił swą układność i kindersztubę.
— Kto mógł przewidzieć, że odbije mu po śmierci żony i dzieci.
— K...a! Jeden pierdolony TIR rozwala tyle lat pracy!
— Szefie będziemy Go szukać, no i dwa pozostałe zespoły działają bez problemów.
— Właśnie, o mało nie zapomniałem. Pakuj się z nimi i do Afganistanu, jest tam dużo do roboty.
— Jak trzeba to trzeba.
Mężczyźni na pożegnanie uścisnęli sobie dłonie i Gabryel opuścił pokój kierując się do wyjścia z budynku. Budynku, który w swej historii często zmieniał nazwy, ale zawsze był siedzibą tajnych służb.
Miesiąc po wydarzeniach w Ely.
Przy najbardziej oddalonym nabrzeżu portowym w Liverpool stał odrapany frachtowiec o dumnej nazwie Archangielsk wypisanej cyrylicą na jego obu burtach. Czasy świetności tej jednostki pływającej już dawno minęły. Teraz pływał on jak większość tego typu statków pod tanią banderą należącą do Cypru. Załogę stanowiła różnorodna zbieranina z całego świata. Na rufie bosman w mundurze, który podobnie jak wszystko tutaj, pamiętał lepsze czasy, poganiał swych podwładnych wrzeszcząc na nich.
— Nu riebiata swołocz mieżdunarodnaja. — Krzyczał z uśmiechem. — Bystra, bystra.
Podszedł do wysokiego bruneta z bliznami na twarzy i ramieniu, ubranego w spodnie i koszulkę koloru khaki. Popatrzył z wyższością na niego i wyseplenił z krzywym uśmiechem na ustach.
— Sołdat, ty polskij pan, da? Budiesz tańcować kak ja budu igrać, bo nikogda Rijodeżanejro nie uwidisz, poniał?
— Da wierno, towariść bosman.
— No to, dierży linu. — Rechocząc rzucił mu grubą linę od kabestanu.
Koniec
__________________________________________
* Ely - (czyt. Ili) miasto w Wielkiej Brytanii, we wschodniej Anglii, w hrabstwie Cambridgeshire, dystrykcie East Cambridgeshire, położone w krainie historycznej Isle of Ely. Liczba ludności - 15tys.
Notatka od Vipera, 29.12.2011 14:42:
A gdzie 10 postów? Zapraszam do regulaminu.
Zamykam
|