Antykwariat
Antykwariat „Oddech Przeszłości” w środku wyglądał właściwie tak, jak na zewnątrz, tyle, że był nieco czystszy. Znajdował się w wąskiej uliczce odchodzącej od głównej drogi. Wąskie uliczki za-zwyczaj przywodzą na myśl strach i ciemność, więc mało kto tamtędy przechodził.
Ściana budynku, wbudowanego w szereg innych, nie wyróżniała się niczym szczególnym. Była tak samo ciemna, tak samo porośnięta bluszczem wzdłuż rynny, i tak samo odpadały z niej kawałki brudnego tynku. Na oknach nie było pajęczyn, jednak dosyć trudno było dostrzec cokolwiek przez pociemniałe od upływu czasu szkło. Drzwi kiedyś były w odcieniu radosnej zieleni. Teraz od biedy można ją było nazwać oliwkową, choć właściwie powoli przestawała takową przypominać. Klamka była złocona, ciężka, w kształcie zwiniętego liścia winorośli. Gdy wchodziło się do środka, zawiasy skrzypiały i jęczały, a zaraz potem dzwonił niewielki, trochę zaśniedziały dzwoneczek, zawieszony nad wejściem.
Wewnątrz praktycznie nigdy nie było słychać kroków. Wszelkie odgłosy tłumiły dywany, ułożone kilkoma warstwami na podłodze. Żaden nie był dziurawy. Trzymały się bardzo dobrze mimo, Stwórca wie jak długiego, upływu czasu. Wiele z nich nadal prezentowało dawne sceny i wzory, w niemalże niezmienionych kolorach. Ale to nie dywany były pierwszym, co zauważał wchodzący. Pomieszczenie było kwadratowe i kiedyś zapewne całkiem przestronne. Teraz zawalone zostało przeróżnymi starociami– skrzyniami, szafeczkami, krzesłami i lampami. Zarówno na nich, jak i na podłodze piętrzyły się, poustawiane w chwiejne stosy, przeróżne drobiazgi, od wachlarzy i drewnianych fajek, po figurki dziwnych stworzeń i postaci.
Wzdłuż przeciwległej do wejścia ściany, całą przestrzeń od podłogi do sufitu zajmowały stare regały zawalone książkami i księgami. Nigdy nie można było przygotować się na to, co się wśród nich znajdzie. Niektóre traktowały o geografii, inne o zielarstwie, a jeszcze kolejne o dawnych religiach. Co starsze miały nawet skórzane oprawy. W rogu stało staromodne biurko, pełniące funkcję recepcji.
Tam, gdzie kończyły się półki, zaczynał się niewielki korytarzyk, prowadzący na zaplecze. Antykwariat bardzo lubił owo małe pomieszczenie. Stał w nim stary, kraciasty fotel i niska szafeczka, będąca królestwem nowoczesności. W środku można było znaleźć kawę i herbatę, a na jej blacie czajnik elektryczny z podrdzewiałą grzałką. Z zaplecza zawsze pachniało kawą i Panem.
Pan był wysoki i chudy, miał siwe włosy, okulary w drucianej oprawce i kieszonkowy zegarek, którego nigdy nie trzeba było nastawiać, gdyż chodził wyśmienicie. „Oddech Przeszłości” bardzo lubił tego mężczyznę. Człowiek poruszał się powoli i ostrożnie, zawsze trzymał się schematu i porządku dnia, często zerkając przy tym na swój piękny zegarek. Był miły dla wszystkich starych przedmiotów, często je odkurzał i polerował te, które tego wymagały. Staruszek stanowił część budynku, jego stały element. Jedyną rzeczą, która kiedyś wydawała się niepokojąca, było to, że przychodził tu przez pięć słońc, a następnie znikał na dwa. Antykwariat był wtedy bardzo smutny, ponieważ niezmiernie cenił sobie jego towarzystwo. Pamiętał, jak kiedyś Pan nie przyszedł trzeciego słońca. Z niepokoju pokrył się kurzem i pajęczynami, które później musiały zostać sprzątnięte. Gdy mężczyzna wrócił czwartego słońca, „Oddech Przeszłości” zamknął drzwi, by dać mu nauczkę, a później jeszcze schował fajkę. Ten jednak zupełnie się nie przejął. Uśmiechnął się, zaparzył herbatę i usiadł w kraciastym fotelu, natychmiast znajdując swoją dymiącą zgubę.
Antykwariat i Pan żyli tak dzień po dniu, we wzajemnej zgodzie i zrozumieniu, przez bardzo długi czas. Niewiele osób ich odwiedzało, ponieważ wszyscy bali się wąskich uliczek. Jakby każda wąska uliczka musiała być ciemna i niebezpieczna!
Pewnego dnia, staruszek jak zwykle otworzył skrzypiące drzwi dzwoniąc dzwonkiem. Pod-szedł do biurka i położył na nim pęk kluczy. „Oddech Przeszłości” pomyślał, że to zły znak. Pan nigdy nie zostawiał pęku kluczy na blacie, chował je w szufladzie. Spróbował zrobić to za niego, jednak tamten delikatnie położył na nich dłoń, jakby protestował. Zaraz sięgnął do kieszeni i otworzył swój piękny kieszonkowy zegarek. Potem wydarzyła się kolejna niepokojąca rzecz. Mężczyzna zostawił otwarty zegarek obok pęku kluczy, a następnie dołożył do tego zestawu swoją drewnianą fajkę. Antykwariat bardzo się zaniepokoił. Staruszek poszedł na zaplecze i zrobił herbatę. Zaraz wrócił do głównego pomieszczenia i usiadł na jednym z wielu foteli stojących na dywanach. Pan nigdy nie siadał na innym fotelu, niż ten kraciasty, więc dlaczego teraz zrobił coś takiego?
Staruszek wypił napój i odstawił pusty kubek obok kieszonkowego zegarka. Zegarek nadal był piękny i nadal działał doskonale, po tak wielu latach użytkowania. Pan miał bardzo smutną minę, patrząc na te kilka rzeczy leżących na biurku. W końcu przestał na nie spoglądać. Po policzku popłynęła mu jedna łza, a on oparł się wygodniej na krześle i zamknął oczy.
Antykwariat poczuł jakąś dziwną pustkę. Taką smutną i rozdzierającą od środka. Gdyby mógł, to chybaby zapłakał. Spojrzał na otwarty kieszonkowy zegarek, a później na mężczyznę. Nagle odniósł wrażenie, że coś jest nie tak. Znów skierował wzrok na zegarek. Nie działał.
Od Mary:
Witam w deszczowy, październikowy wieczór. Dosłownie przed pięcioma minutami powstała wyżej przedstawiona miniaturka. Mam jedną małą prośbę - nie czepiajcie się powtórzeń dotyczących... cóż, właściwie nazw, jak na przykład "kieszonkowy zegarek", czy "pęk kluczy". Są tam potrzebne i zupełnie świadomie wrzucone, gdyż Antykwariat nie jest zbyt światowy i nie zna wielu określeń. Nie będę odpowiadać na pytanie "Czy ten Pan umarł?", ponieważ myślę, że każdy powinien sam się z tym problemem zmierzyć. Jednakże i tak jestem bardzo ciekawa i proszę, abyście w komentarzach napisali, jak to odczuliście.
Dziękuję.
(edit: kilka błędów, zauważonych przez rodziców moich poprawiłam

)