Charmed - Czarodziejki sezon 9 numer 3
"Tracy"
- Nie mogę uwierzyć w to, co się stało - powiedziała Phoebe, siedząc razem z Leo i Piper w ich salonie, na środku, którego stał drewniany stół oraz wielki stary zegar przy kącie.
- A jak Henry? - zapytała Phoebe.
- Henry jak zwykle, siedzi w szpitalu u Paige - oznajmił Leo.
- Kochanie, dobrze się czujesz? - zapytał mężczyzna swoją żonę, która patrzyła się przed siebie, jak zahipnotyzowana.
- Nie czuję się dobrze. Cholernie nie dobrze - rzekła Piper i wstała, machając rękoma, po czym dodała
- Dlaczego nie można jej uzdrowić?
- Piper, czytałaś w Księdze Cieni. Tam jest napisane, że Athame, którym została ugodzona Paige to "Sztylet dusz", który odbiera całą esencję życiową. Dopiero, kiedy zostanie on zniszczony, to dusza powróci do Paige - wyjaśnił Leo.
- Tak, czytałam te bzdury. Ale na pewno możemy coś zrobić, co kol wiek - mówiła Piper, a z oczu, zaczęły jej spływać łzy.
- Piper uratujemy ją. Wystarczy, że zniszczymy ten sztylet - oświadczyła Phoebe.
- A jeśli tego nie zrobimy. Ten sztylet ma na pewno ta wariatka z super mocą, większą niż nasza - mówiła Piper, dalej wymachując dłońmi.
- Piper, opuść ręce. Kolejnej tragedii, nam nie potrzeba - rzekł Leo do żony.
- Ja coś znajdę, uratuje Paige - powiedziała i wybiegła z salonu.
- Zaczekaj - rzekł Leo, ale Piper już biegła po schodach.
- Poczekaj, ja z nią porozmawiam - oświadczyła Phoebe i pobiegła za siostrą na strych.
- Nic ci nie jest? - zapytała Phoebe, otwierając drzwi małego, brązowego strychu w którym stała wielka skrzynia z magicznymi akcesoriami i obok okna Księga Cieni, którą teraz przeglądała Piper.
- Co szukasz? - zapytała Phoebe, podchodząc do siostry.
- To tutaj było, pamiętam - mówiła Piper, przerzucając kolejne kartki.
- Piper przestań - powiedziała Phoebe, łapiąc siostrę za ręce.
- Piper, ja wiem, co przeżywasz i ja czuję to samo - oświadczyła.
- Używasz na mnie swojej mocy? - zapytała kpiąco Piper.
- Czujesz jednocześnie radość i smutek i boisz się, ze radość jest silniejsza i, że przez to, jesteś złym człowiekiem - mówiła Phoebe, po czym dodała
- Boisz się, że bardziej cieszysz się z powrotu Prue, niż martwisz stratą Paige.
- Masz rację, jestem zła - mówiła Piper i opuściła ręce.
- Nie jesteś zła, po prostu, tak jak ja kochasz Prue, a Paige odzyskamy i pokonamy te chorą wariatkę - oznajmiła Phoebe i uśmiechnęła się.
Phoebe przytuliła Piper i jej oczom ukazały się obrazy. Zobaczyła blond włosą Prue, krzyczącą na widok demona z bliznami, który rzucił w nią ognistą kulą.
- Piper, Prue, musimy do niej szybko jechać - oznajmiła Phoebe.
- Co się dzieje? - zapytała blond włosa kobieta i otworzyła oczy.
Dziewczyna przebywała w małym pomieszczeniu o białych ścianach i leżała na łóżku.
Tracy szybko się podniosła i rozejrzała.
- Skąd, ja się tu wzięłam? - zapytała dziewczyna.
- Jak to boli - powiedziała i złapała się za bolącą głowę.
Nagle przed łóżkiem kobiety pojawił się pomarańczowy płomień, z którego wyłonił się dość wysoki demon w czarnym płaszczu. Miał czerwoną, żylastą twarz.
Potwór uniósł dłoń w której pojawiła się ogromna kula ognia, po czym powiedział groźnym głosem
- Moja pani pragnie twojej śmierci.
Tracy patrzyła na demona wytrzeszczonymi oczyma i nie była pewna tego co widzi. Chciała krzyczeć, ale strach ją sparaliżował. Potwór machnął dłonią, z której wyleciała kula ognia.
Kobieta w tej chwili odzyskała panowanie na sobą i zaczęła krzyczeć wniebogłosy.
- Masz za swoje - krzyknęła Piper, która razem z Phoebe i Leo wpadła do pomieszczenia.
Dziewczyna machnęła dłońmi i po chwili demon z bliznami poleciał prosto w ścianę.
- Prue, chodź tu, szybko - krzyknęła Phoebe.
Tracy zerwała się, nie wiedząc, co ma o tym wszystkim myśleć. Demon po chwili, bez żadnych obrażeń, podniósł się i powiedział groźnym, warczącym głosem
- Wiedźmy.
Po czym zniknął w płomieniach.
- Co tu się dzieje? - zapytała zszokowana Tracy.
- Spokojnie, Prue to tylko ... - mówiła Phoebe, ale Tracy jej przerwała
- Jak mnie nazwałaś?
- No, Prue - rzekła zdziwiona Phoebe i zwężyła oczy.
- Ja, nie jestem żadna Prue. Nazywam się Tracy Rosenberg - oświadczyła kobieta, odgarniając swoje blond włosy.
- Ona nic nie pamięta - powiedział cicho Leo.
- To niemożliwe - rzekła Piper.
- Nie pamiętasz, przecież jesteśmy siostrami - oznajmiła smutna Piper i przybliżyła się do dziewczyny
- Jasne, siostrami, a ten potwór to jakiś was przebrany kolega. Wybaczcie, ale musicie się leczyć - oświadczyła kpiąco Tracy, po czym nałożyła szlafrok i wyszła z sali.
- Prue, to znaczy Tracy, poczekaj - krzyknęła Phoebe do siostry i razem z resztą wybiegła z sali.
- Nie pamiętasz, przecież zostałaś zamordowana i teraz powróciłaś - oświadczyła Phoebe z łzami w oczach.
Piper, Leo, Phoebe i Tracy stali na dużym korytarzu o niebieskich ścianach. Przy ścianach stały łóżka i automat z kawą. Było tam sporo ludzi, ubranych w różnokolorowe szlafroki.
- Phoebe, może nie tak ostro - zaproponował cicho Leo, szturchając dziewczynę.
- Wy jesteście chore - rzekła zszokowana Tracy.
W tej chwili, na korytarz wpadł opalony, elegancki mężczyzna. Ubrany w jasny płaszcz. Miał czarne, krótkie włosy i piwne oczy.
- Kochanie, nic ci nie jest? - zapytał wystraszony na widok Tracy, po czym przytulił ją.
Piper, Leo i Phoebe stali zdziwieni i patrzyli na to.
- To twój chłopak? - zapytała Piper.
- Piper, oni chyba ... - mówiła Phoebe, ale przerwała, bo nie mogło jej to przejść przez gardło.
- No, co? - spytała poirytowana Piper, machając dłońmi, podczas, gdy para dalej się przytulała.
- Zobacz na ich dłonie - oświadczyła, cicho Phoebe.
Piper, spojrzała na ręce dziewczyny. Prue miała na dłoni, pierścionek z diamentem, na który Piper nie mogła sobie pozwolić, z oczywistych względów. Oprócz pierścionka miała też złotą obrączkę. Piper wzdrygnęła się i szybko spojrzała na rękę mężczyzny, na której również widniała złota obrączka.
- Jesteście małżeństwem? - krzyknęła Piper, dość głośno.
- Tak, od dwóch lat - oświadczyła oburzona Tracy, po czym razem z mężem oddaliła się.
- Gdzie idziesz? - zapytała Piper.
Tracy nie odpowiedziała, tylko rzekła, cicho do swojego męża
- Choć stąd, one mają nie równo pod sufitem.
Piper patrzyła na swoją siostrę, oddalającą się od nich i oznajmiła z poirytowaniem w głosie, zwracając się do Phoebe
- Ona chyba uważa nas za wariatki.
- I jak, uratowałyście ją? - zapytał Coop, siedzący na małym krzesełku w kuchni, zwracając się do Phoebe, Leo i Piper, którzy zdenerwowani, weszli do domu.
- Daj spokój - oznajmiła Phoebe i usiadła na krześle.
- Ona uważa nas za wariatów i do tego, wypisała się ze szpitala - powiedziała Piper.
- Wariatów? - zapytał zdziwiony Coop.
- Nawet nie pytaj - rzekł Leo.
- Ktoś przyszedł? - zapytała Piper, widząc powieszoną na wieszaku, czarną, skórzaną kurtkę.
- Ja - oświadczył Henry, wychodząc z salonu.
- Cześć - powiedziała, cicho Pheobe, tak, że Henry mógł jej nie usłyszeć.
W kuchni zapadła głucha cisza. Nikt, nie wiedział, jak ma się zachować.
- Przykro mi Henry - oznajmiła Piper, przerywając ciszę i dotknęła jego ramienia.
- Przykro. Wam jest przykro! - krzyknął Henry, patrząc groźnie na siostry i odsunął się, tak, że Piper puściła jego ramię.
- Henry, uspokój się - rzekła spokojnie Phoebe.
- Nie będę się uspokajał. Przez was, moja Paige nie żyje. To wszystko wasza wina!
- Henry, to nie ich wina. To był przypadek - mówił Leo.
- Przypadek - oznajmił poirytowany Henry.
- Wy to nazywacie przypadkiem. Gdybyście lepiej jej pilnowały, nie doszłoby do tego. To była wasza siostra! - krzyczał Henry, ale po chwili otarł oczy, z których spływały łzy.
- Henry, Paige nie umarła. Możemy jeszcze ją uratować i obiecuję, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy - powiedziała Phoebe z poważną miną, ale i bólem swoim i Henrego, który również odczuwała.
- Kłamiecie, wszystkie kłamiecie. Macie ją gdzieś, najważniejsza dla was jest jakaś Prue - oświadczył groźnie Henry przez łzy.
- Paige i Prue są dla nas, tak samo ważne. Obydwie kochamy tak samo - powiedziała Piper, patrząc w oczy Henremu.
- Nie wierzę wam, po tym wszystkim, już wam nie wierzę - oświadczył Henry i ruszył w stronę drzwi.
- Henry, nie wygłupiaj się. Dobrze wiesz, że siostry starały się uratować twoją żonę i będą próbowały dalej - powiedział Coop, który wstał z krzesła.
- Jasne - rzekł poirytowany, po czym dodał
- I nie zbliżajcie się do Paige, ani do mnie.
Po czym wyszedł z domu.
Phoebe rozpłakała się, bo ból, który odczuwała, był zbyt silny. Dziewczyna po chwili spadła na ziemię nieprzytomna.
- Phoebe - krzyknęła Piper.
- Co się dzieję, kochanie? - zapytał Coop i podbiegł do dziewczyny, po czym ukląkł nad nią.
- Phoebe, to ja Prue - powiedziała dziewczyna, ubrana w łachmany.
Działo się to w strasznym świecie. Wszędzie było pełno ognia i dymu. Słychać było tylko krzyk rozpaczy i bólu.
- Prue, to ty. Gdzie my jesteśmy? - zapytała Phoebe, unosząca się nad ostrymi skałami.
- Nie ma teraz na to czasu - odpowiedziała Prue i dodała
- Chcę cię tylko prosić, o to abyś broniła mojego fragmentu duszy. Nie może mu się nic stać - oświadczyła dziewczyna z powagą.
- Oczywiście, będę jej bronić, razem z Piper.
- Phoebe, jeżeli jej się coś stanie, to świat się zmieni. Zostanie opanowany przez potężną ...
W tej chwili rozległ się upiorny śmiech i ktoś powiedział strasznym głosem
- Brać wiedźmę, upiec ją
- Phoebe, nie mogę dłużej rozmawiać. Tylko pamiętaj chroń mnie, proszę - powiedziała błagalnym głosem Prue.
- Phoebe, obudź się, proszę - mówił Coop, klęczący na kolanach, który głaskał narzeczoną pieszczotliwie w czoło.
Phoebe w tej chwili podniosła się szybko i zaczęła płakać. Coop objął narzeczoną. Phoebe cała się trzęsła i wyglądała na przerażoną.
- Czułam tyle zła, tyle cierpienia, bólu - mówiła Phoebe, po cichu, dalej wtulona w kupidyna.
- Już dobrze, już wszystko dobrze - mówiła Coop, przytulając dziewczynę.
Minęła godzina.
- Czyli, Prue kazała nam bronić Tracy, bo świat zostanie opanowany przez... Kogo? - zapytała Piper, siedząca na beżowej sofie, razem z Phoebe.
- Nie zdążyła powiedzieć, bo jakiś demon ... - mówiła Phoebe, ale przerwała, bo znowu przypomniała sobie te wszystkie negatywne emocje.
- Dobra, to ja zostawię chłopców z Leo, bo on ma dzisiaj wolne, a ty? - zapytała Piper, drżącym głosem.
- Ja, dzwoniłam do Elise, ale nie dała mi wolnego, więc się zwolniłam - mówiła Phoebe, patrząc nieprzytomnie na tulipany, stojące na parapecie okna.
- Zwolniłaś się i co teraz? - spytała.
- Nie ważne, teraz najważniejsza jest Prue - odpowiedziała, dalej przyglądając się roślinie.
W tej chwili do salonu wszedł Leo.
- Dobrze, to my idziemy, a ty zajmij się dziećmi - powiedziała Piper do męża i wstała z sofy.
Phoebe zrobiła to samo, po czym poszły razem do przedpokoju, ubrały się i wyszły z domu.
Wyszły na drogę, a wokół nich rozchodziła się zieleń i różnokolorowe kwiaty na trawniku Piper i Leo. Na drogach, było sporo dzieci, które grały w różne gry. Panowała miła atmosfera. Świeciło Słońce, ale Phoebe dalej pamiętała ten strach i ból, którego doświadczyła w piekle i nic nie było w stanie jej rozweselić.
- To co, jedziemy do Buckland? - zapytała Piper, otwierając drzwi samochodu, stojącego na chodniku.
- Tak, do Buckland - odpowiedziała nieprzytomnie Phoebe i wsiadła do auta.
Po chwili samochód ruszył.
- Kochanie, nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby ze szpitala, jechać od razu do pracy - oznajmił czarnowłosy mężczyzna.
- Daj spokój. Za tydzień jest aukcja. Muszę się nią zająć - powiedziała Tracy, przeglądając dokumenty.
Oboje przebywali w eleganckim biurze. Na środku stało czarne, duże biurko na którym panował porządek, wszystko miało swoje miejsce. Dokumenty były w dokumentach, ołówki w ołówkach. Na biurku leżał również złoty naszyjnik, na którym wyryty był napis - IMMORTAL. Do pokoju wpadały, delikatne promienie słoneczne, które oświetlały ściany, wypełnione licznymi zdjęciami, przedstawiającymi piękne i mądre kobiety.
- Myślę, że mamy teraz ważniejsze sprawy na głowie, niż praca - rzekł mąż do żony.
- To znaczy jakie? - zapytała nieprzytomnie Tracy, bo właśnie szukała czegoś po szafkach.
- Co się stało tamtego dnia? Szukałem cię trzy dni. Bałem się, że już cię nie zobaczę - oświadczył smutno mężczyzna i złapał żonę za rękę.
- Tom, wolałabym, o tym nie mówić - powiedziała Tracy, dalej klęcząc i przeglądając jakieś kartki.
- Czy ktoś cię skrzywdził? - zapytał poważnie.
- Możesz na chwilę zostawić te papiery! - rzekł podniesionym głosem Tom.
Tracy wstała znad kartek i obróciła się do męża.
- Nie pamiętam wiele z tego dnia. To było bardzo podobne do ... - mówiła, ale przerwała, zastanawiając się nad czymś.
- Do czego?
- Tom, nie wiesz o mnie wszystkiego. Pamiętasz, że tego dnia, kiedy zgodziłam się zostać twoją żoną, obiecałeś mi, że nie będziesz mnie pytał o moją przeszłość - oświadczyła poważnie.
- Ale tu dzieje się coś dziwnego. Wiem, że straciłaś pamięć i policja znalazła cię w Kairze - oznajmił mężczyzna.
- Skąd wiesz? Sprawdzałeś mnie - powiedziała gniewnie.
- Sprawdzałem. Chciałem się, czegoś o tobie dowiedzieć.
- Więc to jest to twoje zaufanie i nie przejmowanie się, tym co było - rzekła kpiąco i położyła rękę na biurku.
- Wyjdź stąd - powiedziała Tracy i wskazała na drzwi.
- Wyjdź - krzyknęła, gdy Tom dalej stał w miejscu.
Mężczyzna ruszył do drzwi, ale, gdy złapał za klamkę powiedział
- Porozmawiamy w domu, jak się uspokoisz.
I wyszedł.
Tracy była zdenerwowana. Przypomniała sobie, te chwile, kiedy obudziła się w nocy, stojąc w ciemnej piramidzie. Te straszne przeżycia do niej powróciły. Pamiętała jak szła przez korytarze, która nie miały końca. Jak była pewna, że umrze tutaj i jak dotarła do złotej komnaty. Wtedy też poczuła, jakby ktoś przejmował nad nią kontrolę. Pod wpływem tego dziwnego uczucia, otworzyła sarkofag i jej oczom ukazała się piękna młoda, kobieta o czarnych włosach. Tracy patrzyła na dziewczynę, która po chwili otworzyła oczy i uniosła się w powietrze, po czym powiedziała
- Dziękuje.
Szalona postać spojrzała na ścianę piramidy, która po chwili eksplodowała z głośnym trzaskiem. Kobieta patrzyła chwilę na Tracy, po czym zniknęła w krwistym blasku.
Dziewczyna zobaczyła światło w sarkofagu, od odbijającego się Księżyca. Znajdował się w nim złoty naszyjnik z wyrytym napisem - IMMORTAL
Tracy zaczęła płakać. Te wspomnienia ją przytłaczały. Nagle w obłoku krwistego blasku pojawiła się czarnowłosa kobieta w szkarłatnej szacie.
- To ty - oznajmiła zdziwiona Tracy.
- Znowu się widzimy - rzekła, zadowolona kobieta.
- Czego chcesz? - zapytała.
- Śmierci - oznajmiła groźnie.
Kobieta uniosła dłoń i w tym momencie Tracy wzniosła się w powietrze.
Wisiała trzy metry nad ziemią. Czuła strach i bezsilność. Nie wiedziała,jak to się dzieje? Po chwili poczuła duszność. Nie mogła oddychać. Wpatrywała się w piękną, ale też szaloną twarz kobiety. Nie była w stanie nic zrobić. Łza spłynęła jej po policzku.
- Dlaczego? - zapytała z trudem Tracy.
- Bo tak chcę twoja pani - oznajmiła z szaleńczymi oczyma.
Tracy udusiła się i nieżywa wisiała nad ziemią. Jej twarz zastygła w wyrazie zaskoczenia.
W tej chwili do pokoju wpadły Piper i Phoebe.
- Prue! - krzyknęła Piper i razem z Phoebe podbiegły do lewitującej siostry.
- Dlaczego to zrobiłaś, zabrałaś nam drugą siostrę? - oznajmiła zapłakana Phoebe, przyglądając się martwemu ciału, unoszącemu się nad ziemią.
- To jeszcze nie koniec. Jeszcze wiele śmieci was czeka - rzekła radośnie, po czym zniknęła w krwistym blasku.
W tym momencie ciało Tracy przemieniło się w białe światło, które chwilę, unosiło się nad ziemią i po chwili zniknęło.
Piper i Phoebe patrzyły na to, a ich oczy roniły łzy. Zapłakana Phoebe przytuliła zapłakaną Piper.
KONIEC
Notatka od Sylar, 16.01.2012 18:20:
Proszę
|