Wrzucam taki krótki fragment, bo - choć wstyd przyznać - skończyły mi się pomysły na dalszą część tej opowieści. Chciałbym ją dokończyć i zapewne to zrobię, ale na razie muszę czekać na oświecenie.
CZARODZIEJ W ŻÓŁTYCH RĘKAWICACH
1.
Joel usiadł do kolacji, kiedy matka dopiero ją przyrządzała. Obserwował jak kobieta spokojnie kroi warzywa; słyszał stukot noża o deskę, bulgoczącą w garnku wodę i ciche melodie dobiegające z radia. Rodzicielka chłopca stała przy blacie; jej czarny, idealnie dopasowany do sylwetki kombinezon błyszczał w świetle kuchennych lamp.
W jadalni panował półmrok. Jedynie ustawiony po środku pokoju stół, rozjaśniała elegancka lampa wystająca z sufitu na metalowej rurce. Za oknem było już ciemno. Niebawem ulice miał przeszyć głos funkcjonariusza, oznajmującego o nadejściu godziny policyjnej.
Tata pewnie już nie zdąży wrócić, pomyślał wtedy Joel.
Jego ojciec pełnił ważną funkcję w państwie, miał pilne obowiązki, które musiał wypełniać za wszelką cenę. Chłopiec to rozumiał. Zawsze mu powtarzano, że trzeba godziwie wykonywać swoją pracę, by uważali cię za dobrego człowieka.
– Joel, przygotuj talerze. – Wyrwała chłopca z zamyślenia matka. – Zaraz kolacja.
Joel posłusznie powędrował do kuchni, wracając po chwili z naczyniami w rękach. Jak zwykle było ich za dużo – wystarczyłyby w zupełności dwa zestawy, dla niego i mamy, jednak na stole zawsze ustawiali ich więcej, jakby oczekiwali niezapowiedzianych gości. Chłopiec nigdy nie pytał dlaczego to robią. Uznał, że to jedna z tych rzeczy, które rodzice nazywali tradycją.
Kiedy skończył układać talerze, matka podała kolację. Składały się na nią: gotowane ziemniaki, smażone mięso w sosie i sałatka, całkiem atrakcyjnie prezentująca się w dużej, szklanej misce. Rzekłszy do siebie „smacznego”, rodzina zabrała się do kosztowania tychże posiłków. Jedli w ciszy. W pokoju słychać było jedynie pomlaskiwanie i szum powietrza, które chłopiec i kobieta wdychali przez filtry w swoich maskach.
Po kolacji, przyszedł czas na relaks. Joel, za pozwoleniem rodzicielki, powędrował do salonu, gdzie usiadł na podłodze przed telewizorem. Odbiornik stał na małej szafce z brązowego, lakierowanego drewna. Chłopiec pochwycił pilota i nacisnął czerwony guzik, włączający urządzenie. Natrafił na program, w którym jakiś mężczyzna w białym kombinezonie – zapewne europejczyk – opowiadał o polityce swojego państwa. Był wyraźnie zdenerwowany, wytrącony z równowagi przez pytania ze strony prowadzącej audycję kobiety. Ta miała na sobie już normalny, czarny kombinezon. Joel zaczął sądzić, że jej gość nie przyszedł tam z własnej woli. Z opowieści ojca już dawno wywnioskował, że ludzie, których kolory kombinezonów różnią się od siebie, nie bardzo za sobą przepadają. Nie wiedział tylko, dlaczego tak się dzieje.
Nie chciał się teraz nad tym zastanawiać. Bez wahania przełączył na inny kanał, pozbawiony nudnych wystąpień mądrych dorosłych.
2.
W pokoju panował chaos. Był to jednak chaos zupełnie uporządkowany, zdolny – podobnie jak w mitologii – przekształcić się w coś na tyle pięknego, by rozkochać w sobie bogów. Mniej spostrzegawcze oko, nie dostrzegłoby tu mebli, łóżka, a niekiedy nawet podłogi. Wszystko wokół zawalone było stosami obrazów, kartek papieru, palet, płócien, puszek farb i sprejów. Te artystyczne pasma górskie rozciągały się po całym pomieszczeniu; tworzyły niezwykle dziki krajobraz, przez który niewielu zdołałoby się przeprawić.
W zasadzie, potrafił to tylko jeden osobnik. Znał on wszystkie tutejsze szczyty, wiedział, gdzie prowadzą poszczególne szlaki, gdzie szukać najpiękniejszych widoków; wiedział, bo i sam je stworzył.
Za pośrednictwem kolorowych soczewek, rozprzestrzeniał po swojej krainie światła o tysiącu barw, które wędrowały po stokach niczym dziki lud. Drażniący się z koronami drzew wiatr, zastąpił melodią, spokojną i harmonijną, pozwalającą odpłynąć w najdalsze zakamarki wyobraźni i już nie wrócić.
Człowiek ten, otoczony rzędami książek, siedział teraz na krańcu swojego świata, jakby w ruinach starożytnej cywilizacji. Obawiał się. Miał zaraz opuścić swą krainę, pozostawić ją bez opieki i zacząć czynić straszne rzeczy. Nie wiedział czy podoła zadaniu. Wiedział jedynie, że nie może dalej bezczynnie patrzeć, jak ludzkość dąży ku samozniszczeniu. Chciał przywrócić im wzrok, gdyż oślepli, chciał sprowadzić ich na właściwą ścieżkę, gdyż zbłądzili. Taki był właśnie jego obowiązek.
Spojrzał w ustawione przed sobą lustro. Widział w nim odbicie człowieka, zwykłego artysty, potrafiącego jedynie przelewać swe szalone myśli na płótno i papier. W tej postaci niczego by nie dokonał. Ludzkość nie potrzebuje kolejnego buntownika, o wielkich poglądach, ale znikomych możliwościach.
Przyodział więc swe żółte rękawice. Kiedy to uczynił, przesunął rękoma po twarzy, a ta przybrała zupełnie inny, niecodzienny wygląd. Rozjarzyła się tysiącem barw.
– Ludzkość nie potrzebuje buntownika – wyszeptał. – Potrzebuje czarodzieja.