RE: Czas Atrydów
Cóż, nie ma pomysłu, jak ten wyraz zastąpić xD Na razie więc go zostawię, ale jestem otwarta na sugestie!
I dalej...
***
Ikava zamknął dłonie w pięści. Należałoby coś zrobić, tyle, że nie miał pojęcia, co. Szef milczał, gapiąc się na mężczyznę w drzwiach.
- A co ty tu robisz? – nieznajomy zwrócił się bezpośrednio do Ikavy, co totalnie zbiło go z tropu.
- My się znamy? To jest, czy ja pana znam? – spytał szybko, broniąc się przed odpowiedzią.
- Nie żartuj sobie stary, jestem na twoim roku!
Ikava wytrzeszczył oczy. Jak to, ten gość jest w tym samym wieku? Wydawał się starszy, ale może zmyliła go ta sytuacja i cień, w którym stał.
- Nie kojarzę… - zaczął ostrożnie, nadal nieufny.
- Nie dość, że codziennie mijamy się na korytarzu, to ostatnio oddelegowali nas razem do Mistrza Heet’a – odpowiedział tamten, trochę speszony.
- Ach tak, teraz pamiętam… Ty jesteś Nokra? - Chłopak skinął głową z ogromną ulgą, jakby się bał, że ktoś zaraz się na niego rzuci. Nagle przestał się Ikavie wydawać niebezpieczny. Był zwykłym, młodym uczniem, który po prostu w dość nietypowy sposób otworzył drzwi. I rzeczywiście kiedyś już go widział.
- Napędziłeś nam stracha, mi i Szefowi! – Ikava wyszczerzył się w niekoniecznie szczerym uśmiechu - Prawda, Szefie?
- Ano – Starszy mężczyzna nie do końca otrząsnął się jeszcze z szoku. – Ikava, nie widziałeś nikogo poza… Eghem, Norką, tak?
- Nokrą – poprawił szybko chłopak. Przestąpił z nogi na nogę i obejrzał za siebie. Ikava z ciekawością wyjrzał na korytarz, ale niczego nie zobaczył.
- Nie… Nie widziałem – oznajmił Ikava po krótkim namyśle. Miał już dość tego napięcia, postanowił wrócić do Adrienn najszybciej, jak to tylko możliwe.
- Szefie.
- Tak, tak, idź sobie. Nic tu nie zaszło – Szef wydawał się trochę otępiały, jakby ktoś właśnie rozbił mu na głowie wazon. Właściwie Ikava nie dziwił się. Nie dość, że pomylił go z kimś, to jeszcze przestraszył się Nokry. No i te drzwi bez klamki… Odchrząknął i ruszył w stronę korytarza. Chciał minąć Nokrę, ale tamten zastąpił mu drogę. Dyskretnie, tak, żeby Szef niczego nie zauważył. Ikava zdziwił się i spróbował minąć go raz jeszcze. Nokra przesunął się, blokując przejście, po czym spojrzał mu prosto w oczy. Rozszerzył je lekko, jakby chciał dać mu jakiś znak. Ale jaki? Ikava uniósł brwi i lekko, niezauważalnie prawie pokręcił głową. Nie miał pojęcia, o co Nokrze chodzi.
- Ach, Ikava! – Szef zawołał tak głośno, jakby adept już wyszedł. Obydwaj uczniowie spojrzeli na niego. Zdziwił się, kiedy zobaczył ich w drzwiach.
- Taak – wyjąkał – Ja… Chciałem ci powiedzieć, żebyś nie brał do siebie… A zresztą, nie ważne – dodał ciszej i usiadł za biurkiem. Kot miauknął i wskoczył mu na kolana. Ikava nie wiedzieć czemu poczuł się urażony. Cała ta sytuacja kosztowała go wiele nerwów, a teraz Szef tak ją bagatelizuje? Ogarnęło go rozdrażnienie, jak co wieczór. Obrócił się gwałtownie, a blokujący wyjście Nokra wydał mu się jedynie przeszkodą, którą trzeba ominąć albo zlikwidować. Spiorunował go wzrokiem. Nie chwaląc się, Ikava miał opanowane do perfekcji swoje "mordercze spojrzenie". Z resztą, całą masę innych także. W tym czuł się naprawdę mocny. Umiał być charyzmatyczny, umiał uciszyć innych, właśnie dzięki temu wzrokowi. Do takich celów najlepiej nadają się jasne oczy, co zresztą było udowodnione. Niestety, miały też swoje wady, bo z różnych źródeł wynikało, że ludziom o nienaturalnie jasnych oczach nikt nie ufa. Nokra spuścił wzrok i przepuścił go w drzwiach. Ikava zahaczył o niego barkiem, sam nie wiedział, czy specjalnie. Wychodząc obrócił się i nagle dostrzegł coś, co go zaniepokoiło. W tej sekundzie, w której Nokra łapał równowagę, jego lewa dłoń wysunęła się z kieszeni. Była mokra od… właśnie, od czego? Krwi? Było zbyt ciemno, żeby stwierdzić. Ikava zdążył tylko uchwycić ją spojrzeniem, zanim ruszył dalej. Był zaniepokojony. Wracać tam? Jeśli się obróci, to da Nokrze do zrozumienia, że się go boi. A co, jeśli to Nokra był tym Kimś, kogo Szef tak się obawiał? Nie… To nie mógł być on… Szukał przecież Mistrza Heet’a, a gdyby miał złe zamiary, to nie powiedziałby o tym Ikavie i Szefowi. Zresztą, gdyby coś komuś zrobił, to już dawno by uciekał, a nie przepraszał Szefa za jakieś durne drzwi. Och, no tak, przecież wybił tą ręką dziurę w litym drewnie, nic więc dziwnego, że krwawiła. Ach! Drzazgi! Przeszły go ciarki. Ikava westchnął i wyszedł na ulicę. Nawet nie zauważył, kiedy zrobiło się ciemno. Ile był u Szefa, dziesięć, dwadzieścia minut? A może godzinę? Nie umiał powiedzieć. Ruszył przed siebie, rozmyślając o całej tej sytuacji.
Do akademii Adrienn było w linii prostej jakieś pięć kilometrów. Pomiędzy nią a budynkiem szefostwa nie było praktycznie nic, oprócz malutkiej osady i brzozowego lasku, przeciętego w kilku miejscach bystrymi, górskimi potokami. Ikava zagapił się na znikające w mroku wierzchołki gór. Były tak piękne, a on nigdy nie poświęcił im należytej uwagi... Złość minęła mu momentalnie, choć wiedział, że w Adrienn powróci ze zdwojoną siłą. Zaciągnął się powietrzem. Och, jak wspaniale pachniało! To była jego ulubiona pora roku, jesień. Tak właśnie pachniała – deszczem, mokrą trawą, żółkniejącymi liśćmi… Nie wiedział, czym jeszcze. Mógł stać, i wdychać ten zapach godzinami. Minął po drodze piękne miejsce, w którym zwykł przesiadywać w czasie wolnym. To było rozwidlenie rzeki, tworzące niewielką wysepkę, porośniętą kilkoma brzozami i przepięknymi, niskimi roślinami, przypominającymi wrzosy. Biała kora młodych drzew i fioletowe kuleczki, zlewające się i tworzące barwny dywan tak niesamowicie ze sobą współgrały… Ikava uśmiechnął się i przyspieszył, wkraczając na teren osady. O tej porze nie powinien był nikogo spotkać, taką przynajmniej miał nadzieję. Adrienn było tajną organizacją, która (cudem jakimś, według Ikavy) wciąż taką pozostawała. Nie rozumiał, jak można było przez tyle lat ukrywać istnienie miejsca, w którym mieszka pięciuset mężczyzn takiego wzrostu. W Adrienn, człowiek z metrem dziewięćdziesiąt uważany był za zjawiskowo niskiego. Nagle Ikava poczuł, że kręci mu się w głowie. Przystanął w miejscu i złapał się za skronie. Co jest, do cholery? Przykładając dłonie do twarzy zauważył, że są nienaturalnie chłodne, ale to go nie zaniepokoiło. Bardziej martwił się zawrotami głowy i zaburzeniami wzroku. Może to efekt uboczny Cech? Dziś używał ich dopiero po raz trzeci, ale nigdy nie słyszał, żeby tak się działo. Świat przechylił się o kilkanaście stopni w prawo, a potem w lewo. Ikava osunął się na kolana, bo czuł, że zaraz upadnie, i czekał tak, aż mu przejdzie. Zamknął oczy ściskając czaszkę i czując, jak drżą mu całe ramiona. Nie usłyszał nawet, że ktoś do niego podszedł.
- Patrzcie!
- Co za ścierwo o tej porze, znowu mistrzunio w płaszczu?
- Nie, ten jest za wysoki, głąbie, to jeden z tych leśnych szaleńców. Pieprzeni popaprańcy.
- I co on by tu niby robił? Im nie wolno wychodzić, kretynie…
- Widać, że od nich, cały w skórze skurwiel.
Ikava jęknął z bólu. Tamci ludzie nic go nie obchodzili. Miał ich gdzieś, nie znaczyli nic w jego systemie wartości. Żałośni i głupi, równie dobrze mogli być robactwem, które pełzało w leśnym podszyciu. Teraz istniał tylko narastający, pulsujący ból głowy. Czuł, jakby dłonie mu zamarzały, zimno rozchodziło się żyłami od czubków palców, przez nadgarstki…
- My nie możemy wchodzić na ich teren, a oni paradują po całym rejonie…
- Właśnie!
- Don, co o tym myślisz?
- Zajmiemy się nim, mam dość tych czubków. Myślą, że są od nas lepsi – człowiek zwany Don’em miał niski, chrapliwy głos, i wyglądało na to, że jest szefem bandy. Ikava starał się myśleć trzeźwo, ale ból mu na to nie pozwalał. Spróbował wstać, ale zachwiał się i chwilę potem klęczał, opierając się dłońmi o ziemię. Nagle poczuł tępy ból w kręgosłupie, ale nie umiał powiedzieć, czy ktoś go uderzył. Potem nastąpił cios, mocny, w sam środek pleców, i teraz Ikava był pewien, że został on zadany czyimś obcasem. Poczuł falę gniewu, zmieszaną z cierpieniem. Zasrane wieśniaki! Co oni sobie myślą, jak mogli się ośmielić?! Że też pozwolili sobie w ogóle go tknąć... Miał ochotę wstać i skopać im tyłki, wrzucić w błoto i przydepnąć... Zapragnął z całego serca pobić ich tak brutalnie... Ale nie umiał się podnieść.
- A mówią, że są niebezpieczni – zarechotał ktoś, chyba jakiś młody chłopak, sądząc po barwie głosu. Ikava nic nie widział, czuł tylko, że tamci kopią go w brzuch, w uda… Zakrył twarz, tylko tyle mógł zrobić. Czuł niemożliwie wiele rzeczy naraz: ból, wściekłość, upokorzenie, a co najgorsze – bezsilność. A potem przyszły jego fobie. Ktoś kopnął go w twarz, rozległo się chrupnięcie. Ikava przeraził się, że to nos, ale nic nie ciekło mu po twarzy… Pomyślał, że to musiały być kości w palcach, przeraźliwie zimnych i pozbawionych teraz czucia. Od razu zrobiło mu się niedobrze. Wyobraził sobie, jak wyglądają jego zmasakrowane dłonie, i zawył, nie tyle z bólu, co z obrzydzenia. Chciał je zobaczyć, a kiedy tylko oderwał je od twarzy, coś trafiło go między oczy. Obrócił się do ziemi. Nagle pomyślał, że ktoś uderzy go w głowę i doszczętnie rozwali mu nos o to paskudne błoto, brud… Widział już zakażenie, ślimaczące się, ropiejące rany… Brud za paznokciami, we włosach, krew na ziemi, wszystko to, na co nie mógł patrzeć. Ale żaden cios już nie nastąpił. Dlaczego? Ikava nie miał siły podnieść głowy. Czyżby tamci uciekli? Zostawili go na środku drogi? Zabrał się w sobie, i podniósł na rękach, by potem z trudem przejść do pozycji siedzącej. Zimno w dłoniach ustąpiło. Wszystko ustało, nawet ból głowy i zaburzenia równowagi. Pozostały tylko pulsujące dziwnie miejsca na całym ciele, sine lub krwawe od uderzeń butów i pięści. Siedział tak, czując pustkę w umyśle, nie mogąc ruszyć żadnym mięśniem. Otaczała go szara ciemność, więc noc jeszcze nie zapadła. Resztkami sił uniósł dłoń i przysunął sobie pod oczy. Wyglądała strasznie, nienaturalnie, z wybitymi palcami i połamanymi kośćmi… Ale jego fobie minęły, więc nie to przykuło jego uwagę. Gapił się na wierzch dłoni z taką intensywnością, że z oczu pociekły mu łzy. Ktoś na niego napluł. Miał ślinę na dłoni. Ślinę! Poczuł tak ogromną wściekłość, że niemoc od razu jej ustąpiła. Złość rozlała się w jego wnętrzu jak lawa, ten akt zniewagi był kroplą, która przelała czarę. Te pieprzone, nic nie znaczące ochłapy mięsa jeszcze mu za to zapłacą. Wstał i nie myśląc już absolutnie o niczym, ruszył w stronę Adrienn. Był spóźniony. A to oznaczało kłopoty.
![[Obrazek: 4444.gif]](http://www20.speedy.sh/xB4BF/download/4444.gif)
"No oczywiście, że wolałbym biznes klasę. Ale mi to w sumie obojętne, to nie ja będę musiał kłaść się na podłodze, to nie po mnie będą deptać..."
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.12.2011 16:49 przez Kanterial.)
|