Witaj w serwisie literackim Literka.info!

Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, trzymają język za zębami.
~Oscar Wilde


Przed zarejestrowaniem się, koniecznie zajrzyj do REGULAMINU!
Prosimy o uzupełnianie spisu treści!


Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 8 Głosów - 3.63 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Czas Atrydów
Autor Wiadomość
Kanterial Offline
Flynn Lives
Użytkownik

Liczba postów: 331
Dołączył: 26-11-2011
Reputacja: 4
Pozytywna
Post: #1
Czas Atrydów
Ikava zacisnął szczęki z siłą imadła, gdy jakiś człowiek otworzył przed nim drzwi. Na szczęście zdążył pozbyć się reszty Cech. Mężczyzna podniósł głowę i zdziwił się tak bardzo na jego widok, że aż zapomniał zamknąć ust po głośnym, nieartykułowanym stęknięciu. Przymknął je jednak, gdy adept utkwił w nim spojrzenie. To był chyba szok, tak przynajmniej stwierdził Ikava, przepychając się w drzwiach koło oniemiałego strażnika. Ruszył szybkim krokiem w stronę drzwi Szefa. Po drodze zauważył jakąś zmianę, nie umiał jednak powiedzieć, jaką. Tysięczny raz szedł tym korytarzem, a nadal nie wiedział, jakiego jest koloru… Skręcając wpadł na kogoś z impetem. Zanim zorientował się, co zaszło, mężczyzna minął go bez słowa. Nie zdążył nawet wykrzyknąć przeprosin. Zaklął pod nosem i ruszył w stronę gabinetu Szefa. Złapał za klamkę i szarpnął nią z całą siłą, zbyt zamyślony, żeby pamiętać o dobrych manierach. Stracił równowagę i poleciał w tył machając rękami, żeby się nie przewrócić. Ach, jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył, że w drzwiach nie ma klamki... A jeszcze większe, gdy okazało się, że trzyma ją w garści! Popatrzył jeszcze raz na wyrwę w drzwiach. I na klamkę. Co za niefortunny zbieg okoliczności… Rozejrzał się szybko, sprawdzając, czy nikt go nie przyłapał. Na szczęście, był całkiem sam. Powoli, ze skupieniem godnym medyka podczas operacji, umieścił klamkę z powrotem w drzwiach. Teraz tylko trzeba puścić i zobaczyć, czy nie wypadnie. Jest! Udało się! Ikava krzyknął triumfalnie i… napotkał wzrok Szefa.
- Echem… Ikava, tak? – Szef wyglądał jak człowiek, któremu jest już wszystko jedno, czy ktoś niszczy jego pokój, kradnie rzeczy, wybija dziury w ścianach, albo, na przykład, wyrywa klamkę z drzwi jego gabinetu.
- Tak jest. Pan… Pan mnie wezwał?
- A dlaczego niby tu jesteś, co? Tu nie można wejść bez wyraźnego powodu lub wezwania – warknął Szef. Chwilę stali tak, w dość niezręcznej ciszy. Ikava rzucił przeciągłe spojrzenie wyrwanej klamce. Może Szef nie wiedział, że jest zepsuta? Może przyszedł akurat wtedy, gdy Ikava ją puścił? I ciekawe, co też sobie pomyślał, widząc adepta wyjącego pod jego drzwiami?
- Co zrobiłeś? – pytanie Szefa było tak nagłe, że Ikava aż podskoczył. Co zrobił?! Czyżby Szef…
- Że co proszę? – wyrwało mu się. Szef popatrzył na niego zmęczonym wzrokiem i sięgnął w stronę klamki. Ikava wstrzymał oddech i utkwił w niej przerażone spojrzenie. Tamten cofnął rękę, widząc jego reakcję.
- Wejdź – powiedział. Nie musiał zmieniać tonu głosu, każde polecenie Szefa było przecież rozkazem, który inni obowiązek mieli wykonać. Ikava zawahał się, po czym z cichym jękiem nacisnął klamkę. O dziwo, drzwi otworzyły się całkiem normalnie. Wytrzeszczając oczy wpuścił Szefa do gabinetu i wszedł tuż za nim. Stojąc tyłem i zamykając drzwi, wyszczerzył się radośnie. Nadal uśmiechnięty ruszył za Szefem w stronę jego biurka. Właśnie wtedy coś łupnęło o ziemię pod drzwiami, a ten głuchy dźwięk był prawdziwą katorgą dla jego wyczulonych zmysłów. Cholerna klamka. Teraz chyba nie będą mogli stąd wyjść... Szef zdawał się jednak niczego nie zauważać. Ikava stanął przed biurkiem i został tak, czekając na komendę „usiądź”. Nie doczekał się. Szefowi widocznie nie przeszkadzała kolosalna różnica wzrostu. Nawet nie podnosił głowy, kiedy zwracał się do niego.
- Wytłumacz mi, a nie poniesiesz konsekwencji – powiedział spokojnie, wpatrując się w jakiś odległy punkt za klatką piersiową Ikavy.
- Nie wiem, o czym pan mówi – Ikava użył najspokojniejszego ze swoich tonów.
- Nie wiesz? A to dopiero – Szef uśmiechnął się lekko, znużony jakby postawą adepta. Sięgnął po coś, i ku zdumieniu Ikavy wyciągnął spod biurka najprawdziwszego kota. Kot miauknął donośnie, a Ikava machinalnie przechylił głowę o siedemdziesiąt stopni w prawo, w bardzo nieludzkim odruchu. Co za upokorzenie. Szef wiedział. Teraz głaskał kota, a Ikava wprost nie mógł spuścić z niego wzroku. Zamrugał i zaczął walkę z samym sobą, żeby nie podwijać górnej wargi. Wbił palce w uda, żeby się opanować.
- Nie lubimy kotów, co? – Szef popatrzył na niego krzywo. Ikava nie wiedział, co odpowiedzieć, więc tylko gapił się na Szefa pewnym siebie wzrokiem. Nic mu nie udowodni. Nie ma szans. Szef jakby w odpowiedzi na jego myśli, złapał za długopis i rzucił nim od niechcenia w ścianę. A Ikava, nie mogąc się powstrzymać, powiódł za nim wzrokiem i patrzył tak długo, aż długopis przestał obracać się na podłodze. Jak mógł na to nie wpaść? Przed Szefem nic nie dało się ukryć. Teraz pewnie czekał go awans na wyższy poziom w Adrienn… ale Ikava postanowił nie okazywać radości. Po prostu poczeka i z godnością właściwą absolwentowi Adrienn dowie się o swoim potencjale i talencie. Okaże uprzejme zdziwienie i radość, po czym Szef karze mu przenieść się do innego ośrodka… Ikava już widział miny swoich kolegów. Żałośni adepci. Wyprostował się, i z wypiętą piersią czekał na pochwałę.
- Siadaj. Nie będziesz patrzył na mnie z góry – powiedział Szef ostro, wyciągając z szuflady kawałek papieru. Ikava wytrzeszczył oczy, ale usiadł posłusznie. Krzesło nie należało do wygodnych. Było najzwyczajniej w świecie za niskie. Szef wstał, i teraz po raz pierwszy patrzył na Ikavę z góry. Chyba zdążył się już przyzwyczaić, że sięga adeptom co najwyżej do brody.
- Spakujesz się. Bez niepotrzebnego rozgłosu. Nie powiesz nic reszcie, bo nie chcemy kłopotów – Szef drapał się po głowie ze znużeniem. – Jeśli nie stawisz się tutaj jutro z samego rana, zadbam, żebyś skończył jeszcze wcześniej.
Ikava przez chwilę zastanawiał się, co też Szef do niego powiedział. Wizja siebie jako najmłodszego Mistrza przyćmiła jego umysł w znacznym stopniu. Zaraz… Jak to "jeszcze wcześniej"?
- Nie do końca rozumiem… Dlaczego właściwie mam się przenieść? – spytał jak najtaktowniej. Z Szefem trzeba było rozmawiać po mału, ostrożnie.
- Adrienn dba o swoją reputację. Nie potrzeba nam żadnych... – Szef urwał, szukając odpowiedniego określenia. – niegodnych zaufania osób. I masz szczęście, że trafiłeś na mnie. Ja nie jestem taki zły, wbrew temu, co mówią. Gdyby Taron dowiedział się, że jeden z jego podopiecznych dopuścił się zdrady, z pewnością nie siedziałbyś tu teraz ze mną.
Równie dobrze Szef mógł oznajmić, że kończy służbę w Adrienn, żeby zająć się hodowlą świnek morskich przez resztę życia. Ikava gapił się na niego zszokowany.
- Ja… zdrady?
- Tak właśnie. Nie udawaj, nie ma na to czasu. Och… No tak, przepraszam. Ty masz nieograniczoną ilość wolnego czasu, prawda? – Szef rozzłościł się nagle. – A ja rozmawiam z tobą, tłumaczę ci… Narażam swoje stanowisko dla ciebie! Dlaczego? Bo po to właśnie pracowałem tu całe życie! Każdy normalny człowiek oddałby cię w ręce Tarona!
- To tylko Cechy! – wybuchnął Ikava. – Ja po prostu nauczyłem się szybciej, niż reszta! Co to za nauczyciele, którzy nie doceniają własnych uczniów? Liczyłem na awans… - wyrzucał z siebie. Teraz i tak było już za późno na obronę, nie miał więc nic do stracenia.
- Cechy? Nie obchodzą mnie wcale! Jak ty w ogóle… Udajesz, czy co? Połowa ludzi nie wierzy nawet, że istniejecie! Nie rozumiesz, jakie to poświęcenie z mojej strony? - Szef zamarł w bezruchu. – Czekaj… Jak to, tylko Cechy?
Ikava wykrzywił się ze złością. – Mistrzowie obiecali nauczyć nas… - zaczął sfrustrowany.
- O cholera… - wyszeptał Szef. – Minąłeś kogoś na korytarzu?
- Eeee… Nie? Chyba nie – Ikava zupełnie już nie wiedział, o co Szefowi chodzi. Nagle przypomniał sobie drogę do gabinetu. – Wpadłem na kogoś! Tak, szedł w przeciwną stronę… A dlaczego? Co to wszystko znaczy? Może mi pan wytłumaczyć, po co w ogóle…
Szef rzucił się do drzwi i szarpnął za klamkę. Wyleciała z nich bez najmniejszego oporu. Szef był tak zszokowany, że aż upuścił ją, jakby parzyła. Spojrzał dziko na drzwi, których nie dało się teraz nijak otworzyć. Kopnął w nie z pasją, po czym łypnął na Ikavę z wyrzutem.
- Ach, właśnie miałem panu powiedzieć – wyjąkał chłopak. Wyglądał bardzo niezdarnie, kiedy się garbił. Dwa metry z hakiem robiło swoje. Szef patrzył na niego z taką litością, że aż zrobiło mu się głupio.
- Głupi jesteś jak… - Szef urwał i jęknął przeciągle.
- To coś ważnego? – Ikava zmierzył spojrzeniem Szefa, a później drzwi pozbawione klamki.
- Tak, do jasnej cholery! Ktoś… Coś tu jest, a ja dałem się nabrać na najbanalniejszy podstęp! Wziąłem Cię za jednego z Nich, wezwałem… A on skorzystał z okazji i wślizgnął się tu! A więc planował to od jakiegoś czasu! Jaki ma cel? Co ja teraz zrobię, wszyscy mogą go spotkać! Co za nieszczęście! – Szef zdawał się nakręcać swój strach. Ikava pomyślał, że gdyby chciał, to tak naprawdę dawno by już wyszedł. To go zniesmaczyło. Może to tylko jego wybujała wyobraźnia i skłonności do koloryzowania... Ale zdawało mu się, że Szef wcale nie chciał niczemu zapobiec, pewnie nawet cieszył się, że są tutaj zamknięci. Nie było sensu pytać, o kim, albo raczej o czym mówił. Chyba się tego bał.
- Proszę się odsunąć – powiedział zdecydowanie.
- Co? – Szef wytrzeszczył oczy.
- Niech się pan odsunie, wyważam drzwi.
- Nie!
- Chciał pan wyjść, tak?
- Ale…
W tym momencie podłoga na korytarzu zaskrzypiała. Szef zamarł, podobnie jak Ikava. Ich spojrzenia spotkały się. Osoba za ścianą nasłuchiwała. Nagle coś uderzyło w drzwi z głośnym łupnięciem. Szef odskoczył przerażony. Uderzenie powtórzyło się. Drzwi zadrgały. Ikava pomyślał, że wypadałoby znaleźć lepsze miejsce do obrony, niż sam środek pokoju, ale nie ruszył się z miejsca. Nagle z otworu, w którym niegdyś tkwiła klamka, posypały się setki drzazg i odłamków drewna. Ikava zobaczył zaciśniętą pięść, która z łatwością zdawałoby się, przebiła dość grubą warstwę materiału. Zamarł. Osoba po drugiej stronie rozprostowała palce w nienaturalny sposób, zgięła je raz jeszcze, po czym cofnęła pięść z jeszcze większą prędkością. Gdyby Ikava się nie bał, to pewnie zasyczałby na sam widok. Tyle drzazg… Ktoś pchnął drzwi lekko, a one uchyliły się bez oporu. Otwierały się chyba przez wieczność. Szef zamknął oczy, Ikava wstrzymał oddech.
- Przepraszam. Myślałem, że tu utknęliście. Niechcący usłyszałem, że wyważacie drzwi. A tak było prościej…
Ikava patrzył nieznajomemu prosto w oczy. Nie miał pewności, czy to był ten sam człowiek, którego minął. Szef zassał powietrze ze świstem. Cisza była nie do zniesienia.
- Chyba przeszkodziłem, wybaczcie. Poniosę koszty. Ale najpierw… - mężczyzna w drzwiach wyprostował się z nieodgadnionym wyrazem twarzy, a robił to tak powoli, że w tym ruchu czaiła się niemożliwa do opisania groźba. – Gdzie znajdę Mistrza Heet’a?

[Obrazek: 4444.gif]
"No oczywiście, że wolałbym biznes klasę. Ale mi to w sumie obojętne, to nie ja będę musiał kłaść się na podłodze, to nie po mnie będą deptać..."
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.02.2012 21:43 przez Kanterial.)
11.12.2011 18:44
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Literkowy Sponsor
Marša Offline
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 378
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #2
RE: Czas Atrydów
Tytułem wstępu: krótkie. A tak fajnie się czytało. Raz mi tylko "zadrganie" drzwi zazgrzytało. Niby poprawne, ale mi się nie podoba i tyle. Degustibus non disputandum est. Ale całość jest przednia. Przyjemna lekka narracja ładnie radząca sobie z mniej przyjemną treścią - no przynajmniej bohaterowi chyba nie było przyjemnie xD Haki na czytelnika umieszczone w środku w nienachalny sposób, ot tu jakieś Cechy [a ja już podłapuję, oho! coś ciekawego], potem ciągle jacyś "oni", ale znowu nie próbuje się mnie nimi zaciekawić na siłę, Ot tylko się o nich mówi a reszta dzieje się sama.
Mniam. :)

I najważniejsze pytanie:
Będzie coś dalej?

š = sz
12.12.2011 15:16
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Kanterial Offline
Flynn Lives
Użytkownik

Liczba postów: 331
Dołączył: 26-11-2011
Reputacja: 4
Pozytywna
Post: #3
RE: Czas Atrydów
BLAH. Ależ oczywiście, ciąg dalszy się pojawi. Ale poczekam z nim, bo widzę, że i sporo mam zaległości, i inni mają wiele do czytania ^^

Bardzo dziękuję za komentarz. A co do tych drzwi... W jakim sensie? Mówisz o niepasującym wyrazie? To jest - czy powinnam zastąpić go innym, mocniejszym? Czy w ogóle całe zdanie jest do wyrzucenia? O..O

[Obrazek: 4444.gif]
"No oczywiście, że wolałbym biznes klasę. Ale mi to w sumie obojętne, to nie ja będę musiał kłaść się na podłodze, to nie po mnie będą deptać..."
12.12.2011 17:28
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Marša Offline
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 378
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #4
RE: Czas Atrydów
Chodzi mi jedynie o to, że słowo zadrżeć jakoś mi tam nie gra, choć ma sens. Zatem możliwe, że jest to tylko kwestią gustu.

š = sz
12.12.2011 17:56
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Kanterial Offline
Flynn Lives
Użytkownik

Liczba postów: 331
Dołączył: 26-11-2011
Reputacja: 4
Pozytywna
Post: #5
RE: Czas Atrydów
Cóż, nie ma pomysłu, jak ten wyraz zastąpić xD Na razie więc go zostawię, ale jestem otwarta na sugestie!

I dalej...

***

Ikava zamknął dłonie w pięści. Należałoby coś zrobić, tyle, że nie miał pojęcia, co. Szef milczał, gapiąc się na mężczyznę w drzwiach.
- A co ty tu robisz? – nieznajomy zwrócił się bezpośrednio do Ikavy, co totalnie zbiło go z tropu.
- My się znamy? To jest, czy ja pana znam? – spytał szybko, broniąc się przed odpowiedzią.
- Nie żartuj sobie stary, jestem na twoim roku!
Ikava wytrzeszczył oczy. Jak to, ten gość jest w tym samym wieku? Wydawał się starszy, ale może zmyliła go ta sytuacja i cień, w którym stał.
- Nie kojarzę… - zaczął ostrożnie, nadal nieufny.
- Nie dość, że codziennie mijamy się na korytarzu, to ostatnio oddelegowali nas razem do Mistrza Heet’a – odpowiedział tamten, trochę speszony.
- Ach tak, teraz pamiętam… Ty jesteś Nokra? - Chłopak skinął głową z ogromną ulgą, jakby się bał, że ktoś zaraz się na niego rzuci. Nagle przestał się Ikavie wydawać niebezpieczny. Był zwykłym, młodym uczniem, który po prostu w dość nietypowy sposób otworzył drzwi. I rzeczywiście kiedyś już go widział.
- Napędziłeś nam stracha, mi i Szefowi! – Ikava wyszczerzył się w niekoniecznie szczerym uśmiechu - Prawda, Szefie?
- Ano – Starszy mężczyzna nie do końca otrząsnął się jeszcze z szoku. – Ikava, nie widziałeś nikogo poza… Eghem, Norką, tak?
- Nokrą – poprawił szybko chłopak. Przestąpił z nogi na nogę i obejrzał za siebie. Ikava z ciekawością wyjrzał na korytarz, ale niczego nie zobaczył.
- Nie… Nie widziałem – oznajmił Ikava po krótkim namyśle. Miał już dość tego napięcia, postanowił wrócić do Adrienn najszybciej, jak to tylko możliwe.
- Szefie.
- Tak, tak, idź sobie. Nic tu nie zaszło – Szef wydawał się trochę otępiały, jakby ktoś właśnie rozbił mu na głowie wazon. Właściwie Ikava nie dziwił się. Nie dość, że pomylił go z kimś, to jeszcze przestraszył się Nokry. No i te drzwi bez klamki… Odchrząknął i ruszył w stronę korytarza. Chciał minąć Nokrę, ale tamten zastąpił mu drogę. Dyskretnie, tak, żeby Szef niczego nie zauważył. Ikava zdziwił się i spróbował minąć go raz jeszcze. Nokra przesunął się, blokując przejście, po czym spojrzał mu prosto w oczy. Rozszerzył je lekko, jakby chciał dać mu jakiś znak. Ale jaki? Ikava uniósł brwi i lekko, niezauważalnie prawie pokręcił głową. Nie miał pojęcia, o co Nokrze chodzi.
- Ach, Ikava! – Szef zawołał tak głośno, jakby adept już wyszedł. Obydwaj uczniowie spojrzeli na niego. Zdziwił się, kiedy zobaczył ich w drzwiach.
- Taak – wyjąkał – Ja… Chciałem ci powiedzieć, żebyś nie brał do siebie… A zresztą, nie ważne – dodał ciszej i usiadł za biurkiem. Kot miauknął i wskoczył mu na kolana. Ikava nie wiedzieć czemu poczuł się urażony. Cała ta sytuacja kosztowała go wiele nerwów, a teraz Szef tak ją bagatelizuje? Ogarnęło go rozdrażnienie, jak co wieczór. Obrócił się gwałtownie, a blokujący wyjście Nokra wydał mu się jedynie przeszkodą, którą trzeba ominąć albo zlikwidować. Spiorunował go wzrokiem. Nie chwaląc się, Ikava miał opanowane do perfekcji swoje "mordercze spojrzenie". Z resztą, całą masę innych także. W tym czuł się naprawdę mocny. Umiał być charyzmatyczny, umiał uciszyć innych, właśnie dzięki temu wzrokowi. Do takich celów najlepiej nadają się jasne oczy, co zresztą było udowodnione. Niestety, miały też swoje wady, bo z różnych źródeł wynikało, że ludziom o nienaturalnie jasnych oczach nikt nie ufa. Nokra spuścił wzrok i przepuścił go w drzwiach. Ikava zahaczył o niego barkiem, sam nie wiedział, czy specjalnie. Wychodząc obrócił się i nagle dostrzegł coś, co go zaniepokoiło. W tej sekundzie, w której Nokra łapał równowagę, jego lewa dłoń wysunęła się z kieszeni. Była mokra od… właśnie, od czego? Krwi? Było zbyt ciemno, żeby stwierdzić. Ikava zdążył tylko uchwycić ją spojrzeniem, zanim ruszył dalej. Był zaniepokojony. Wracać tam? Jeśli się obróci, to da Nokrze do zrozumienia, że się go boi. A co, jeśli to Nokra był tym Kimś, kogo Szef tak się obawiał? Nie… To nie mógł być on… Szukał przecież Mistrza Heet’a, a gdyby miał złe zamiary, to nie powiedziałby o tym Ikavie i Szefowi. Zresztą, gdyby coś komuś zrobił, to już dawno by uciekał, a nie przepraszał Szefa za jakieś durne drzwi. Och, no tak, przecież wybił tą ręką dziurę w litym drewnie, nic więc dziwnego, że krwawiła. Ach! Drzazgi! Przeszły go ciarki. Ikava westchnął i wyszedł na ulicę. Nawet nie zauważył, kiedy zrobiło się ciemno. Ile był u Szefa, dziesięć, dwadzieścia minut? A może godzinę? Nie umiał powiedzieć. Ruszył przed siebie, rozmyślając o całej tej sytuacji.
Do akademii Adrienn było w linii prostej jakieś pięć kilometrów. Pomiędzy nią a budynkiem szefostwa nie było praktycznie nic, oprócz malutkiej osady i brzozowego lasku, przeciętego w kilku miejscach bystrymi, górskimi potokami. Ikava zagapił się na znikające w mroku wierzchołki gór. Były tak piękne, a on nigdy nie poświęcił im należytej uwagi... Złość minęła mu momentalnie, choć wiedział, że w Adrienn powróci ze zdwojoną siłą. Zaciągnął się powietrzem. Och, jak wspaniale pachniało! To była jego ulubiona pora roku, jesień. Tak właśnie pachniała – deszczem, mokrą trawą, żółkniejącymi liśćmi… Nie wiedział, czym jeszcze. Mógł stać, i wdychać ten zapach godzinami. Minął po drodze piękne miejsce, w którym zwykł przesiadywać w czasie wolnym. To było rozwidlenie rzeki, tworzące niewielką wysepkę, porośniętą kilkoma brzozami i przepięknymi, niskimi roślinami, przypominającymi wrzosy. Biała kora młodych drzew i fioletowe kuleczki, zlewające się i tworzące barwny dywan tak niesamowicie ze sobą współgrały… Ikava uśmiechnął się i przyspieszył, wkraczając na teren osady. O tej porze nie powinien był nikogo spotkać, taką przynajmniej miał nadzieję. Adrienn było tajną organizacją, która (cudem jakimś, według Ikavy) wciąż taką pozostawała. Nie rozumiał, jak można było przez tyle lat ukrywać istnienie miejsca, w którym mieszka pięciuset mężczyzn takiego wzrostu. W Adrienn, człowiek z metrem dziewięćdziesiąt uważany był za zjawiskowo niskiego. Nagle Ikava poczuł, że kręci mu się w głowie. Przystanął w miejscu i złapał się za skronie. Co jest, do cholery? Przykładając dłonie do twarzy zauważył, że są nienaturalnie chłodne, ale to go nie zaniepokoiło. Bardziej martwił się zawrotami głowy i zaburzeniami wzroku. Może to efekt uboczny Cech? Dziś używał ich dopiero po raz trzeci, ale nigdy nie słyszał, żeby tak się działo. Świat przechylił się o kilkanaście stopni w prawo, a potem w lewo. Ikava osunął się na kolana, bo czuł, że zaraz upadnie, i czekał tak, aż mu przejdzie. Zamknął oczy ściskając czaszkę i czując, jak drżą mu całe ramiona. Nie usłyszał nawet, że ktoś do niego podszedł.
- Patrzcie!
- Co za ścierwo o tej porze, znowu mistrzunio w płaszczu?
- Nie, ten jest za wysoki, głąbie, to jeden z tych leśnych szaleńców. Pieprzeni popaprańcy.
- I co on by tu niby robił? Im nie wolno wychodzić, kretynie…
- Widać, że od nich, cały w skórze skurwiel.
Ikava jęknął z bólu. Tamci ludzie nic go nie obchodzili. Miał ich gdzieś, nie znaczyli nic w jego systemie wartości. Żałośni i głupi, równie dobrze mogli być robactwem, które pełzało w leśnym podszyciu. Teraz istniał tylko narastający, pulsujący ból głowy. Czuł, jakby dłonie mu zamarzały, zimno rozchodziło się żyłami od czubków palców, przez nadgarstki…
- My nie możemy wchodzić na ich teren, a oni paradują po całym rejonie…
- Właśnie!
- Don, co o tym myślisz?
- Zajmiemy się nim, mam dość tych czubków. Myślą, że są od nas lepsi – człowiek zwany Don’em miał niski, chrapliwy głos, i wyglądało na to, że jest szefem bandy. Ikava starał się myśleć trzeźwo, ale ból mu na to nie pozwalał. Spróbował wstać, ale zachwiał się i chwilę potem klęczał, opierając się dłońmi o ziemię. Nagle poczuł tępy ból w kręgosłupie, ale nie umiał powiedzieć, czy ktoś go uderzył. Potem nastąpił cios, mocny, w sam środek pleców, i teraz Ikava był pewien, że został on zadany czyimś obcasem. Poczuł falę gniewu, zmieszaną z cierpieniem. Zasrane wieśniaki! Co oni sobie myślą, jak mogli się ośmielić?! Że też pozwolili sobie w ogóle go tknąć... Miał ochotę wstać i skopać im tyłki, wrzucić w błoto i przydepnąć... Zapragnął z całego serca pobić ich tak brutalnie... Ale nie umiał się podnieść.
- A mówią, że są niebezpieczni – zarechotał ktoś, chyba jakiś młody chłopak, sądząc po barwie głosu. Ikava nic nie widział, czuł tylko, że tamci kopią go w brzuch, w uda… Zakrył twarz, tylko tyle mógł zrobić. Czuł niemożliwie wiele rzeczy naraz: ból, wściekłość, upokorzenie, a co najgorsze – bezsilność. A potem przyszły jego fobie. Ktoś kopnął go w twarz, rozległo się chrupnięcie. Ikava przeraził się, że to nos, ale nic nie ciekło mu po twarzy… Pomyślał, że to musiały być kości w palcach, przeraźliwie zimnych i pozbawionych teraz czucia. Od razu zrobiło mu się niedobrze. Wyobraził sobie, jak wyglądają jego zmasakrowane dłonie, i zawył, nie tyle z bólu, co z obrzydzenia. Chciał je zobaczyć, a kiedy tylko oderwał je od twarzy, coś trafiło go między oczy. Obrócił się do ziemi. Nagle pomyślał, że ktoś uderzy go w głowę i doszczętnie rozwali mu nos o to paskudne błoto, brud… Widział już zakażenie, ślimaczące się, ropiejące rany… Brud za paznokciami, we włosach, krew na ziemi, wszystko to, na co nie mógł patrzeć. Ale żaden cios już nie nastąpił. Dlaczego? Ikava nie miał siły podnieść głowy. Czyżby tamci uciekli? Zostawili go na środku drogi? Zabrał się w sobie, i podniósł na rękach, by potem z trudem przejść do pozycji siedzącej. Zimno w dłoniach ustąpiło. Wszystko ustało, nawet ból głowy i zaburzenia równowagi. Pozostały tylko pulsujące dziwnie miejsca na całym ciele, sine lub krwawe od uderzeń butów i pięści. Siedział tak, czując pustkę w umyśle, nie mogąc ruszyć żadnym mięśniem. Otaczała go szara ciemność, więc noc jeszcze nie zapadła. Resztkami sił uniósł dłoń i przysunął sobie pod oczy. Wyglądała strasznie, nienaturalnie, z wybitymi palcami i połamanymi kośćmi… Ale jego fobie minęły, więc nie to przykuło jego uwagę. Gapił się na wierzch dłoni z taką intensywnością, że z oczu pociekły mu łzy. Ktoś na niego napluł. Miał ślinę na dłoni. Ślinę! Poczuł tak ogromną wściekłość, że niemoc od razu jej ustąpiła. Złość rozlała się w jego wnętrzu jak lawa, ten akt zniewagi był kroplą, która przelała czarę. Te pieprzone, nic nie znaczące ochłapy mięsa jeszcze mu za to zapłacą. Wstał i nie myśląc już absolutnie o niczym, ruszył w stronę Adrienn. Był spóźniony. A to oznaczało kłopoty.

[Obrazek: 4444.gif]
"No oczywiście, że wolałbym biznes klasę. Ale mi to w sumie obojętne, to nie ja będę musiał kłaść się na podłodze, to nie po mnie będą deptać..."
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.12.2011 16:49 przez Kanterial.)
13.12.2011 17:44
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
hekate20 Offline
Inny świat
Użytkownik

Liczba postów: 81
Dołączył: 25-07-2011
Reputacja: 2
Pozytywna
Post: #6
RE: Czas Atrydów
Oh!

Powiem krótko i zwięźle...

To było genialneInterjection
Jeszcze nigdy, odkąd jestem tu na forum, tak dobrze mi się nie czytało.
Było kilka błędów i brak akapitów, ale to akurat mi nie przeszkodziło. Piszesz świetnie. Opisy, dialogi wszystko pięknie i ze szczegółami, które uwielbiam!

Wrzuć jak najszybciej dalszą część bo się nie mogę doczekać! Smile

I wanna do bad things with you....
14.12.2011 17:21
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Kanterial Offline
Flynn Lives
Użytkownik

Liczba postów: 331
Dołączył: 26-11-2011
Reputacja: 4
Pozytywna
Post: #7
RE: Czas Atrydów
Dziękuję, cholernie mi miło! O^O
Cieszę się, że dobrze się czyta, o to przecież chodzi... Wspaniale. Dziękuję raz jeszcze za komentarz.

I dalej...

***

Zatrzymał się przed bramą. Nie potrafił podnieść głowy, bo coś kazało mu trzymać ją spuszczoną. Nie umiał popatrzeć na strażnika, który na szczęście poznał go bez problemu. No tak, jakże mógłby tego nie zrobić? Ikava miał ponad dwa metry i czarny mundur Adrienn. Co z tego, że podarty? Co to kogo obchodziło, że wygląda jak siedem nieszczęść? Chciał wejść, więc wszedł, bo miał uprawnienia. Nawet nie zadał sobie trudu, by coś powiedzieć. Zabawne, że nadal bolał go fakt tej beznamiętności wszystkich wokoło. Nie zwróciliby na niego uwagi większej niż zwykle nawet wtedy, gdyby przyszedł tu z jedną nogą i w koronie, krzycząc "zwycięstwo!". Z trudem powlókł się po stromych schodach prowadzących do skrzydła północnego. Nagle, gdzieś na powierzchnię jego świadomości wypłynęła leniwie myśl, że musi wyglądać niecodziennie, i kto jak kto, ale jego współlokatorzy na pewno to zauważą. Zatrzymał się, gdy wszedł na piętro. Lustro? Przecież w Adrienn nie było luster. Dlaczego?
- Dlaczego? – zapytał łamiącym się głosem. Pusty, granatowy korytarz zakpił sobie z niego, milcząc. Ikava podszedł do swoich drzwi. I co teraz? Po prostu tam wejdzie? Nie wiedział nawet, jak wygląda. A co, jeśli ma na twarzy pozasychane plamy krwi albo opuchliznę? Nic nie czuł, ale to mogła być tylko myląca reakcja organizmu. Sięgnął w stronę klamki i zawahał się. Niby nic nie myślał, a jednak coś męczyło go. Zamrugał, ale nie pomogło. Klamka nadal była rozmyta. Co za wstyd… Ikava wytarł się o rękaw i postanowił odczekać chwilę. Zupełnie, jak gdyby otworzenie tych drzwi było największym wyzwaniem w jego życiu.
- Zaraz tu będzie, mówię wam – usłyszał nagle stłumiony głos Villemo.
- Ha! Nie wmówisz mi, że da się nabrać…
- Na twoim miejscu, wybrałbym sobie drewno na trumnę. Jak się wkurwi, to cię zabije powoli i boleśnie jakąś leśną gałązką – to musiał być Ru, takie komentarze były w jego typie.
- Nie, nie, nie. Otworzy drzwi i po prostu wejdzie. Ja to wiem. Mieszkam z nim dwa lata, i dwa lata nabieram go na ten sam numer… On go za dobrze zna, żeby wpaść na to, że znowu to zrobiłem – Villemo roześmiał się. Wyglądało na to, że świetnie się bawią, obstawiając, czy wpadnie w tą zasraną pułapkę… Ikava łupnął w klamkę i poczekał, aż drzwi odskoczą. Potem kopnął je z całą siłą, jakby to one były winne jego nagłej złości. Odczekał dwie sekundy, po czym wparował do pokoju i zatrzymał się dokładnie w tym miejscu, w które miał spaść pojemnik z lodem. Nawet na niego nie patrzył, po prostu wyciągnął rękę i złapał go w locie. Z jaką łatwością mu to przyszło! Planował to przez ostatnie dwa lata, ale nigdy się nie udało. Efektownie. To jednak wcale nie poprawiło mu humoru. Nadal patrzył w to samo miejsce, gdy zaczął zaciskać palce na metalowym pojemniku. Materiał ustąpił tak łatwo, że aż zrobiło mu się dziwnie. Rozległa się seria trzasków, a potem zgnieciona puszka wylądowała na ziemi. Ikava obrócił się mechanicznie, zamknął drzwi i bez słowa usiadł na swoim łóżku. Cisza trwała wieki, ale nic go nie obchodziła. Nagle wydało mu się śmieszne, że zwlekał z wejściem tutaj. To, co myśleli tamci nic przecież nie znaczy, prawda? Nie patrzył na nich, tylko na podłogę, oczy miał do połowy przymknięte.
- TO się nazywa mocne wejście! – krzyknął Ru, który zawsze starał się obrócić wszystko w żart. W pomieszczeniu zrobiło się jakby gęsto od napięcia.
- No, stary. A już myślałem, że do końca życia będziesz obrywał tą puszką po głowie – Villemo powiedział to aż za swobodnie. Ikava westchnął, czując na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Zachował się jak kretyn, teraz musiał jakoś to naprawić. Nawet, jeśli miał działać z czystego egoizmu, tylko po to, by ukoić swoje sumienie.
- Och, chłopaki… - zaczął ciężko. Głos łamał mu się jak zawsze.
- Co jest, Kava, co się stało? – Villemo przejął rolę łącznika. Od czego są przyjaciele…
- Pamiętacie, jak gadaliśmy o tych dupkach z wioski? – Ikava powiedział to dziwnie, jakby sam siebie pytał. Głos znowu złamał mu się w pół zdania.
- No.
- Ba, my ciągle o nich gadamy! – Ru uśmiechnął się lekko.
Ikava chciał podnieść głowę i spojrzeć na nich, ale coś mu to uniemożliwiało. Wstyd? Upokorzenie? Łudził się, że jeszcze nie widzieli jego złamanego nosa? Nie wiedzieć czemu, nagle zachciało mu się śmiać.
- Bo wiecie, oni… Tamci goście… - kiedy wypuszczał powietrze, zaczął niekontrolowanie chichotać. Przez nos, jak to miał w zwyczaju. Och, jaki był głupi. Znowu pociekła mu z niego krew. Nagle poczuł, że skapuje mu z górnej wargi na brodę, ale oni jeszcze nic nie widzieli… Przyłożył rękę do twarzy, i nadal śmiejąc się, opadł na poduszki. Teraz już wisiało mu, jak wygląda. Niech sobie myślą, co chcą.
- Sprali mnie, jak wracałem – dokończył, zamykając oczy. Krew ściekała mu teraz obficie nie tylko po brodzie, ale i na boki, po policzkach. A pościel… W dupie miał swoją pościel, wisiało mu, czy będzie poplamiona. Leżał tak sobie, i zastanawiał się, czy ktoś jakoś to skomentuje. Och, jakże się zdziwił, nie słysząc żadnej docinki czy żartu! Nawet Ru siedział cicho. Villemo wstał i usiadł na jego łóżku, tak, że Ikava zapadł się dobre dziesięć centymetrów. Nie potrzebował niczego więcej, wystarczyło, że Villemo siedział tu, koło niego. Ktoś podał mu dwie kostki lodu. Ukrył twarz w dłoniach, westchnął i odchylił się w tył, przyciskając je do nosa. Ru wstał i przeciągnął się. Wychodząc, przesunął ręką gdzieś po łydce Ikavy, tym kontaktem dając mu jakby do zrozumienia, że wie, rozumie… Foran wyszedł tuż a nim, mrucząc coś pod nosem. Brzmiało, jak "zdarza się". Kiedy drzwi trzasnęły za nimi, Villemo wydał z siebie długi, przeciągły odgłos, świadczący, że jest przeraźliwie zmęczony. Wstał i szturchnął Ikavę w ramię.
- Rusz się, stary, nie będą na ciebie czekać. Za godzinę będziesz musiał zmyć te wszystkie dowody zbrodni zimną wodą.




Szef stał w drzwiach gabinetu Mistrza Heet’a. Było mu dziwnie spokojnie, jakby świat stanął w miejscu, celebrując tę chwilę. Czy rzeczywiście było jednak co świętować? Szef zapatrzył się na wybitą szybę i smugi na ścianach. Środek pokoju jakby odpychał jego wzrok, nie mógł tam spojrzeć, nawet, jeśli chciał. Dywan nawet nie wysechł, a już było po wszystkim. Mistrz Heet był najbardziej niezależnym i emanującym pewnością siebie człowiekiem, jakiego Szef kiedykolwiek spotkał. To jest, jednym z dwóch, ale to było bardzo, bardzo dawno temu. Tamtej osoby nikt już nie chciał wspominać. Przestała istnieć wraz z dniem, w którym pozostawiła Mistrza Heet’a samego na dachu Północnej wierzy Adrienn. Co za fatalny zbieg okoliczności, że dziś mijało od tamtego czasu akurat dwadzieścia lat… Szef rozprostował palce i wydał machinalnie kilka poleceń swoim ludziom.
- Tak, znajdziecie go, jeśli nie w Adrienn, to po drodze. Nigdzie indziej nie mógłby teraz pójść, oni to wiedzą. Ludzie by ich gnębili… - Szef westchnął i dodał – I Ikavę też znajdźcie. Muszę mieć pewność, że jest w swoim pokoju, inaczej jego także będę musiał oskarżyć.
- Jeszcze raz, jak się nazywał tamten chłopak?
- Nokra. Nazywał się Nokra – Szef miał już dość. To było istne szaleństwo. Przecież poznał go od razu. Wiedział, czuł to, już kiedy Nokra wybił dziurę w drzwiach. Miał te same oczy, te same usta. Nawet palcami ruszał identycznie. Co on sobie myślał, że nic wtedy nie zrobił? Po prostu puścił go jak do domu, zamiast zażądać natychmiastowego poddania się testowi osobowości. Wystarczyło pobrać Nokrze krew. Choć może dobrze, że nic wtedy nie zrobił? Może Nokra rozniósłby w pył cały budynek i zabił Szefa z łatwością? A Szef nie miał wtedy podstaw, by go podejrzewać, bo ludzie starzeli się, a Nokra był identyczny jak Tamten, który opuścił Heet’a. Zdradził w najtrudniejszym dla niego momencie. I to po raz drugi. Zabawne. Skoro się nie starzał, mógł być tylko jednym. Szef wzdrygnął się, myśląc o jego Cechach. Co za szalony, niesprawiedliwy świat… Zebrał się w sobie i po raz ostatni spojrzał na Mistrza Heet’a – leżącego w kałuży krwi na swoim ulubionym, fioletowym dywanie.

[Obrazek: 4444.gif]
"No oczywiście, że wolałbym biznes klasę. Ale mi to w sumie obojętne, to nie ja będę musiał kłaść się na podłodze, to nie po mnie będą deptać..."
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.12.2011 23:13 przez Kanterial.)
15.12.2011 01:24
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
hekate20 Offline
Inny świat
Użytkownik

Liczba postów: 81
Dołączył: 25-07-2011
Reputacja: 2
Pozytywna
Post: #8
RE: Czas Atrydów
No nie!

Za szybko... Za szybko mi się czytało! That's good! Grin

Tak się wciągnęłam, że nie zauważyłam, a już koniec. Ciągle podtrzymuję poprzedni komentarz. Mistrzostwo.

Szkoda mi Ivka (niestety za pierwszym razem za szybko przeczytała jego imię i tak mi już zostało Smile ), mam nadzieję, że będzie z nim wszystko dobrze.
I co to są te Cechy?

aaaa nie wytrzymam do następnego rozdziału w tej niewiedzy! Smile

I wanna do bad things with you....
15.12.2011 03:14
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Marša Offline
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 378
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #9
RE: Czas Atrydów
No i robi się coraz ciekawiej. Czuję się póki co usatysfakcjonowana lekturą. Styl ciągle łatwo mi się przyswaja, a fabuła wciąga. Nie goni, ale nie można narzekać, że nic się nie dzieje. O co to to nie. Wioska, śmierć mistrza (tej się w sumie spodziewałam i miło było się dowiedzieć, że przypuszczenia okazały się słuszne)... mrau. :) Czekam na ciąg dalszy.


PS
"porośniętą kilkoma dosłownie brzozami i przepięknymi, niskimi" - rozważyłabym jeno użycie tego "dosłownie" w tym a nie innym miejscu zdania, bo ono podkreśla tu fakt, że to były brzozy, a nie wiem czy to właśnie było zamierzone.

š = sz
15.12.2011 08:06
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Kanterial Offline
Flynn Lives
Użytkownik

Liczba postów: 331
Dołączył: 26-11-2011
Reputacja: 4
Pozytywna
Post: #10
RE: Czas Atrydów
Ach, Marso... Masz rację. Chyba w ogóle to wytnę. Dzięki. Naprawdę spodziewałaś się tej śmierci? A to ciekawe... Ja tutaj grubo kminiłam, jak to napisać niejednoznacznie... Ale przecież tam, po drugiej stronie monitora jesteś Ty. O^O

Hekate, pw, te sprawy xD Podnosisz mi samoocenę, kobieto.

Noc przede mną, może coś stworzę Grin

[Obrazek: 4444.gif]
"No oczywiście, że wolałbym biznes klasę. Ale mi to w sumie obojętne, to nie ja będę musiał kłaść się na podłodze, to nie po mnie będą deptać..."
15.12.2011 18:06
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Odpowiedz 


Skocz do: