Czym jest wiara.
No więc najpierw kilka słów ode mnie. Z krótkiego wyjaśnienia, zwanego genezą, mogę powiedzieć tak - całość zmierzała tylko do jednego, czy tam dwóch zdań, na które natchnęło mnie, gdy nudziłam się w kościele. Sama właściwie nie jestem pewna swoich odczuć związanych z tym tekstem. Jest dosyć specyficzny i waha się między zniechęcająco nudnym, a tajemniczo wciągającym. Możecie sobie pomyśleć, że trochę egoistycznie powiedziałam, ale pisałam to ponad pół roku temu i patrzę jak na obce. W każdym razie moje wrażenie jest takie, że albo czegoś tu brakuje, albo jest za dużo. Proszę więc o jakieś sensowne komentarze, które mogłyby pomóc. Przy tym nie szczędźcie mi krytyki. Z góry dziękuję,
Mara
Arika była nauczycielką, zajmującą się najszlachetniejszym przedmiotem. Uczyła dzieci wiary w Enneuma, Jedynego, Najwyższego Boga. Tak jak i jej przez całe życie wpajane były idee tej religii, tak ona robiła teraz z innymi. Nie było takiej rzeczy, ani słów, które mogłyby przekonać ją do porzucenia czegoś, co z wiekiem stało się całym jej światem. Miała dopiero dwadzieścia parę lat, ale potrafiła odczuwać dumę ze swojego pobożnego życia, postępowania według wszystkich przykazań ustalonych, w wielkiej wierze, przez Czerwony Zakon. Zakon, będący przykładem; czczący całą postawą, a nawet samym swoim istnieniem, Ojca całego stworzenia.
Miasto, w którym mieszała kobieta, swoją budową odzwierciedlało piękno, moc i potęgę Pana. Stanowiło oazę, bezpieczne schronienie dla wszystkich ludzi prawdziwej wiary. Było zamknięte, otoczone ze wszystkich stron złotymi murami, dla ochrony od pogan i ich nędznych, małostkowych religii i fałszywych bóstw. Enneuis było świątynią.
***
Po Nieskalanym Mieście krążyły plotki. Każdy wierny wiedział, że są one czymś złym, niewłaściwym, jednakże słudzy Enneuma byli tylko ludźmi. Dążyli do doskonałości, by poczuć bardziej Jego miłość, ale mieli swoje słabości. Oczywiście udawali przed samymi sobą, a także przed sąsiadami i wszystkimi pozostałymi, że to nieprawda. W końcu, czymże są plotki? Oni nie plotkują, przekazują sobie informacje, dążą do jak największej wiedzy reszty ludzi, d z i e l ą s i ę z nimi.
Czego jednak dotyczyły te wiadomości, często przekazywane szeptem…? Otóż, bo miasta Pana, jego klasztoru, wielbionej świątyni, wdarł się niewierny. Barbarzyńca! Łotr! Dzikus, bez szacunku dla Stworzyciela! Kto go tu wpuścił? Kto dał mu możliwość, a przede wszystkim prawo, plugawić progi nieskalanego grzechem miejsca kultu Najwyższego?
Jeśli któryś z wiernych był inteligentny, od razu przypominał sobie, że do miasta jest tylko jedno wejście, którego strzegą kapłani Czerwonego Zakonu. Jeśli dodatkowo ten ktoś był sprytny, domyślił się, że nieproszony gość, mógł być tak naprawdę wpuszczony do Enneuis z namysłem, lub dostał się tam w nielegalny sposób. Gdyby istniały cuda i ów wyznawca był uważnym obserwatorem, bądź miał dostęp do papierzysk, w których zapisywani są wizytujący miasto ludzie, wiedziałby, że „barbarzyńca” bywał już wcześniej w obrębie świętych murów, nie raz i nie dwa.
***
Arika słyszała co mówili ludzie. Była w końcu jedną z wykształconych i zdawała sobie sprawę, że ważne są każde informacje. Nie zawracała sobie jednak głowy plotkami, bo nie zawsze muszą być prawdziwe. Dopóki nie stanie się nic złego , nie należało się przejmować.
***
Jak każdego ranka wstała o wschodzie słońca. Musiała przygotować się do zajęć z dziećmi. Te niewielkie, ruchliwe istotki wiedziały jeszcze tak mało o ogromie miłości i potęgi Pana. Kobieta była dumna z tego, że może pomóc w kształtowaniu ich postrzegania rzeczywistości. Czuła, niemal fizycznie przymus pomocy tym nieświadomym, małym ludziom. I wiedziała, że to było dobre.
Blade promienie słońca przebijały się przez szyby, jeszcze dosyć nieśmiało, ale już można było odczuć ich ciepło.
Najwyższy Bóg Enneum zsyła nam wielką łaskę! Cieszy się i świat promienieje wraz z nim.
Tak myślała, wychodząc do pracy. Bo czy miała jakiś powód, by tak nie sądzić?
***
W Podstawowej Szkole imienia Eninsa Męczennika pracowała Arika. Tego dnia, gdy weszła do sali, poczuła dziwnie napiętą atmosferę. Naprzeciw niej stały rzędy ławek i stolików. Spojrzała po zgromadzonych dziesięciolatkach, początkowo nie dostrzegając nic, co mogłoby spowodować to uczucie. Chrząknięcie zwróciło jej uwagę na stojących pod ścianą gości. Wcześniej ich nie dostrzegła, stali na prawo od niej, przy biurku. Jednym z nich był Mistrz Czerwonego Zakonu, drugim jakiś nieznajomy, na dodatek ubrany w coś, co przypominało podarty na strzępy, granatowy płaszcz. Jego twarzy nie było widać. Wykonała w ich stronę gest powitania, czując nagle suchość w gardle. Może zrobiłam coś źle? Nie byłam zbyt dobra? Źle nauczałam? Zbyt mało się modliłam?
- Nauczycielko Ariko – odezwał się szorstki, nieprzyjemny głos Mistrza. – To jest nasz gość, będzie przyglądał się pani lekcjom i poznawał Najwyższego, aby móc szerzyć wiarę poza granicami Enneuis.
- To dla mnie zaszczyt – odrzekła Arika i skłoniła z szacunkiem głowę. Wskazała nieznajomemu wolne krzesło z przodu sali – Zapraszam tutaj, panie…?
- Carmelo –przedstawił się. Miał piękny, czysty głos. Imię skojarzyło jej się z karmelem.
Gdy tylko Mistrz wyszedł, nauczycielka rozpoczęła wykład, czując, jak w jej sercu rośnie radość. Była częścią dzieła Stwórcy.
***
Wychodząc z budynku czuła się naprawdę szczęśliwa i spełniona. Gdy była zaledwie kilka kroków od wejścia, dogonił ją Carmelo. Widziała jego twarz i tylko reguły powstrzymywały ją przed omdleniem. Tak przystojnego mężczyzny w życiu nie widziała.
- Czy da się pani namówić na kawę, Ariko?
- Tak, dziękuję. Zapewne chce pan dowiedzieć się więcej o Najwyższym.
Przez większość drogi rozmawiali o jej życiu, on nie chciał zdradzić niczego o sobie. Pytał o codzienne sprawy, zwyczaje, życie, nawet historię miasta i architekturę. Zdziwiła się, że nie wiedział kompletnie nic, jakby przybył z innego świata. Przecież to nie możliwe, aby barbarzyński świat poza murami był aż tak różny od tego, który znała ona. W końcu opowiedział jej o czymś zupełnie absurdalnym. Twierdził, że rośliny, które widywała czasem u bogatszych mieszkańców, rosną sobie swobodnie na ogromnych przestrzeniach. Nie wyobrażała sobie tego, na co dzień pod stopami miała bruk, kamienie i piach. To była pierwsza iskierka ciekawości, odmienności, która rozpaliła się w niej odkąd pamiętała.
***
Siedzieli w kawiarni do późnego wieczora. Im więcej Carmelo mówił o krainach poza Enneuis, tym bardziej wzbudzał jej chęć poznania czegoś innego. Obejrzenia na własne oczy trawy, drzew i zwierząt większych niż pies. Nie myślała już wyłącznie o Stwórcy. Dowiedziała się, że nie jest on całym światem, że poza nim, może kryć się coś więcej. Przerażały ja wnioski, do których dochodziła. Jednakże nadal, pomimo tych cudów, o których słuchała, wciąż wracały słowa, które dotychczas nią rządziły, idea, która była podstawą jej świata.
- W co wierzysz? – zapytał niespodziewanie Carmelo.
- W Enneuma, Najwyższego, Jedynego Stwórcę – odpowiedziała machinalnie. Tak ją nauczono. Tak należało odpowiadać .
- W co wierzysz? – powtórzył pytanie mężczyzna.
-Już mówiłam, w …
- Nie – przerwał jej – Nie pytam, czego Cię nauczono. Pytam, w co wierzysz.
To było tak, jakby ktoś zburzył w jednej chwili jej świat. Bez zastanowienia, jednym słowem. Pękła jakaś niewidoczna tama w jej głowie, uwalniając umysł, pozwalając swobodnie myśleć. Wiedziała, o czym mówił Carmelo. Czuła to zawsze gdzieś w głębi siebie. Jakiś element, który czasami, gdy nocą patrzyła w gwiazdy, nie pozwalał jej bezgranicznie wierzyć. Bunt. Zniszczył jej dotychczasowe życie, które było więzieniem. Granica między tym, co była w stanie przyjąć jako prawdę, a tym, co mogło być wyłącznie wymysłem ustaliła się na nowo. Odruchowo chciała nadal wierzyć w Enneuma i Czerwony Zakon. Tak było prościej.
- Ja… chyba nie wiem – wyszeptała.
- Ale wiesz, że to, co ci wpajano jest tylko kłamstwem? Intrygą?
- Teraz zdaję sobie z tego sprawę, jednak… w co powinnam wierzyć? Co jest prawdą?
- Nie mam pojęcia –odrzekł poważnie. Miała wrażenie, że nie chce jej niczego narzucać po tym, jak ją uwolnił.
- A czy możesz naprowadzić mnie na jakąś drogę, dzięki której odnajdę odpowiedź?
- Mogę zabrać Cię ze sobą. To jedyne, co jestem w stanie zrobić.
Zawahała się. Ponad dwadzieścia lat życia w tym miejscu. Jedyne co znała. Ale, tak naprawdę… co mnie tu trzyma? Nie znalazła odpowiedzi.
Carmelo wstał i wyciągnął do niej rękę, wciąż patrząc na nią tym poważnym wzrokiem. Jednak czuła, że może zaufać tym pięknym, mądrym oczom. Oczom proroka. Tak, już wiedziała kim był.
- Czy pójdziesz ze mną, Ariko?
Poszła.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.08.2011 18:17 przez Maradine.)
|