Witaj w serwisie literackim Literka.info!

Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, trzymają język za zębami.
~Oscar Wilde


Przed zarejestrowaniem się, koniecznie zajrzyj do REGULAMINU!
Prosimy o uzupełnianie spisu treści!


Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 5 Głosów - 5 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Dieu le veut [skończone]
Autor Wiadomość
Marša Offline
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 378
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #1
Dieu le veut [skończone]
Opowiadanie jest z roku 2007 i nie było zbytnio aktualizowane w międzyczasie. Żywię jednak do niego sentyment. Wstawiam je natomiast dlatego, że zaczęłam się nieco obawiać tego, czego się po mnie „oczekuje” na podstawie moich komentarzy.
Mniejsza, że umiejętność wyłapania błędów to inna bajka, od umiejętności pisania.


Wszystkie postaci i wydarzenia są, rzecz jasna fikcyjne. Zaznaczam, ponieważ posługuje się tu wieloma prawdziwymi nazwami własnymi (parafii, osiedli czy ulic).

———————————————————————————————————

Dieu le veut*

— I jeszcze uderzyłem żonę. Tak nie mocno. Tak trochę, no… Ale…
Skryty za prostą kratką konfesjonału ksiądz z trudem powstrzymał się od głośnego westchnięcia. Jak najciszej przełknął powietrzny bąbel, który stanął mu w gardle, i sięgnął po kolejny arkusz papieru ozdobiony monogramem parafii.
— Nie chciałem się schlać tamtego wieczoru, no, bo wie ksiądz — mężczyzna mamrotał tak, że chwilami jego słowa zlewały się ze sobą w pozbawione sensu ciągi sylab. — Żona to już ze mną trzydzieści lat żyje, no i to rocznica była. Wie ksiądz. Dla bab to takie ważne. No i nie chciałem się spijać, ale Zdzisiek i Janusz przyszli. No i oni mnie tak prosili. Ja nie mogłem odmówić! No a potem ona wcześniej z roboty wróciła i zaczęła się wściekać. I mi nie dawała wyjaśnić. No to ją trzepnąłem. Tak trochę. Lekko niby, no, no żeby mi pozwoliła mówić.
Ksiądz Stasznik mruknął pod nosem na znak, że słucha, a inna rzecz czy rozumie owo postępowanie. Zachęcony mężczyzna kontynuował swoją spowiedź tylko chwilami przerywając słowotok, aby nabrać powietrza. Potok grzechów i grzeszków wlewał się do ciasnego wnętrza konfesjonału, a ksiądz skrupulatnie wpisywał je w rubryce opisanej „obiekt przyznał się do popełnienia grzechów.” W chwili przerwy szybko wpisał jeszcze numer spowiadającego się — trzydziesty trzeci tego przedpołudnia, oraz swoje nazwisko u góry formularza. Złota stalówka bezszelestnie przesuwała się po powierzchni papieru, kreśląc kolejne litery:
…ostatnia spowiedź: nie pamięta, prawdopodobnie przed ślubem.
I tylko roczniki parafialne pamiętają, kiedy to dokładnie było — pomyślał i pokręcił z żalem głową. To nie był pierwszy taki przypadek. Wręcz przeciwnie. I tego, i poprzedniego dnia całe tłumy takich ludzi pojawiały się w parafii. Na początku — w piątek — cieszyło to duchownych, dopiero potem zaczęło dziwić, bo wyglądało tak, jakby nagle cały Gądów zapragnął wyznać swoje grzechy. Ludzie przychodzili o najrozmaitszych porach i nie chcieli odejść, dopóki któryś z księży nie zobowiązał się ich wysłuchać i wyznaczyć im pokuty. Stali na schodach, niekiedy ubrani zupełnie nieadekwatnie do jesiennej pogody i powtarzali owo „nie odejdę w grzechu”, niczym zacięte płyty analogowe. Nie sposób było ich przekonać, aby przyszli normalnie — w czasie mszy. Zresztą, niewiele by to w ogólnym rozrachunku zmieniło, bo i w czasie nabożeństw były ich w kościele całe tłumy. Gdy w sobotę wieczorem ksiądz Stasznik dzwonił do obu kozanowskich parafii z prośbą, aby przyjechali pomóc, najpierw nie chciano mu wierzyć. Był pewien, że słyszał pełen niedowierzania chichot w słuchawce, gdy opisywał tę powódź spowiedzi zalewającą parafię Maksymiliana Kolbego. Ale, gdy w końcu przyjechali, nie było im już tak wesoło. Wyglądało tak, jakby co najmniej czwarta cześć miasta zjechała właśnie tu się wyspowiadać. Dobrze pamiętał pytanie kolegi z Macierzyństwa Najświętszej Maryi Panny, czy ci wszyscy ludzie są na pewno z tego jednego blokowiska? Co mógł mu odpowiedzieć? Dotychczas wyspowiadani sami mówili, że mieszkają właśnie tu.
Teraz — w poniedziałek — byli w parafii księża zarówno z Gądowa, jaki i Kozanowa, Nowego Dworu i Kuźnik. Musiał powstać ścisły grafik dyżurów, inaczej pochłonąłby ich chaos.
— Więcej grzechów nie pamiętam, ale za wszystkie bardzo, bardzo żałuję, a ciebie ojcze duchowny proszę o pokutę i rozgrzeszenie — wymamrotał mężczyzna na jednym oddechu omal, nie dławiąc się ostatnimi słowami.
Utarta formułka zupełnie przywróciła księdza do rzeczywistości. Chrząknął i spojrzał na imponującą listę zapełniająca arkusz. Żeby wszystko zmieścić musiał pisać po marginesach, a i tak ostatnie słowa ledwie dawały się odczytać. Dłuższą chwilę myślał nad odpowiednią pokutą. To musiało być coś adekwatnego, a o to było nagle wyjątkowo trudno. Wszystko wydawało się jakieś niewystarczające. A gdy w końcu wymyślił i wypowiedział kolejne nazwy modlitw, mężczyzna mamrocząc podziękowania niemalże pobiegł do jednej z ław, jakby mu ktoś przyprawił skrzydła. Stasznik widział coś takiego pierwszy raz w życiu. Surrealizm tego wszystkiego raz jeszcze uderzył go otwartą dłonią w twarz. Podpisał się u dołu protokołu i odłożył go na kupkę mu podobnych, nawet nań nie patrząc. One były równie dziwne, jak wszystko w ostatnich kilku dniach. Tak, jakby ich wprowadzenie, nie wiadomo w sumie przez kogo i po co, było preludium do tego, co właśnie się działo.
W niedzielę pojawiły się media. Pierwsi byli dziennikarze gazet bezpłatnych. Oni, jako jedyni, mieli dość odwagi, aby przedrzeć się przez tłum i szeptem zadawać pytania ludziom w środku. PRW ograniczyło się do tych, którzy stali na zewnątrz, a to i tak był tłum. Telewizja jedynie wykonała ujęcie tłumu wewnątrz kościoła, a raczej zrobił to zmuszony przez pozostałych kolegów operator kamery. Gdy ich ksiądz Stasznik widział po raz ostatni, stali razem z radiowcami pod murem domu parafialnego i o czymś dyskutowali. Nie miał czasu z nimi wtedy rozmawiać.
Zapukał w drewno i w oczekiwaniu na kolejną formułkę zaczął wypełniać protokół.
Spowiednik: ks. Andrzej Stasznik
Obiekt nr: trzydzieści cztery
Ostatni raz u spowiedzi...

— Ostatni raz u spowiedzi byłem pewnie nieco ponad dwieście lat temu — rozległ się podszyty rozbawieniem szept. — Pokutę zadaną odprawiłem. Od tego czasu obraziłem Boga pewnikiem tyloma grzechami, że dnia by księdzu nie starczyło na ich wysłuchanie, a mnie tygodnia na odprawienie pokuty.
Stalówka pióra zatrzymała się ledwie dotykając powierzchni papieru, ale to wystarczyło, aby atrament rozpłynął się po niej w artystycznym kleksie.
— To nie miejsce do żartów — powiedział Stasznik przez zaciśnięte zęby.
— Ależ ja nie żartuję, proszę księdza. I ksiądz o tym dobrze wie, prawda?
Przez myśli Stasznika przebił się pomysł, który w pierwszym odruchu odrzucił jak najdalej tylko potrafił. Teraz jednak nie był już pewien, czy słusznie. Znajome swędzenie dłoni, smak powietrza. Niby wciąż trochę za mało, aby być pewnym, ale…
— Takim jak wy nie wolno wchodzić do miejsc świętych.
— Możliwe, ale teraz to szczegół — głos mężczyzny był spokojny, ale dźwięczała w nim nuta zniecierpliwienia. Wibrowała na końcu każdego słowa, jakby miał bardzo niewiele czasu. — Moglibyśmy stąd wyjść i porozmawiać na dworze?
— Odejdź! — warknął ksiądz, jednocześnie mając nadzieję, że nikt poza nim i osobą tuż za kratką konfesjonału tego nie słyszał.
— Nalegam.
— Odejdź! Przepadnij!
Miał wrażenie, że tamten roześmiał się cicho i odchodząc dodał jeszcze coś, co brzmiało jak „żeby potem nie było na mnie”, ale to mogło mu się tylko wydawać. Śmiech mógł być prychnięciem lub szurnięciem czyjegoś buta o kamienną posadzkę, a słowa echem wszystkich szeptanych wokoło modlitw.
— Na pewno mi się wydawało — pomyślał i zmiął zniszczony protokół. — Na pewno — przeżegnał się i zastukał.
Po drugiej stronie młoda kobieta drżącym głosem gubiła się w swoich własnych słowach, a on sam starał się uspokoić. Bardzo powoli i dokładnie wpisał w protokół numer trzydzieści pięć, sam nie do końca rozumiejąc, czemu postanowił trzydziesty czwarty pominąć.
— Ja tego nie ukradłam. Nie chciałam, nie. Ja nie chciałam. Oni powiedzieli, że kradłam, ale nie kradłam, bo ja…
Słyszał, jak połyka łzy i stara się mówić dalej. Z trudem opanowywał chęć wyjścia i dodania jej otuchy. Powiedzenia kilku miłych słów, podania chusteczki. Zrobienia czegokolwiek. Nie mógł jednak przestać wpatrywać się w napisaną przez siebie piątkę. Najpierw cyfra rozlała się w ciemną plamę rodem z testu Rorschacha. W oczach księdza zdawała się być czarnym okiem, łypiącym nań podejrzliwie z białego arkusza papieru. Chwilę tak mierzyli się, a kobieta nadal próbowała wydobyć z siebie kolejne, pełne skruchy zdanie.
— On krzyczał… że się staczam. Ale ja nie…
Nadal jej słuchał, a przynajmniej robiła to jego podświadomość. Taką swego rodzaju podzielność uwagi wyrobił sobie przez lata i już nie raz wywoływała ona u niego wyrzuty sumienia, ale nie w tej chwili. Cała jego świadomość angażowała się w walkę spojrzeń z czarnym okiem. Przez moment miał nawet wrażenie, że ono doń zamrugało, choć racjonalistyczna część osobowości kategorycznie się temu sprzeciwiała. Domagała się mrugania, przecierania oczu i kilku głębokich wdechów. Nie wzgardziłaby również filiżanką kawy. Tego ostatniego jednak dostać nie mogła, a wszystko inne nijak jej nie pomogło. Plama jak była, tak pozostała. Jesteś przemęczony — szeptała rozgorączkowanym głosem logika. — Tu jest niesłychanie duszno. Tylu ludzi, a tu tak niewiele okien do otwarcia. To złudzenie. Powinieneś odpocząć, bo nic dobrego z tego nie wyniknie.
Kobieta z trudem doszła do powiedzenia, co też takiego miała ponoć ukraść, a podświadomość nakazała ciału księdza wydać z siebie zachęcające do dalszych wyznań mruknięcie.
Rorschacharowa plama zamrugała i zaczęła przybierać bardziej określoną formę. Najpierw wyciągnęła się w prostą linię, z której po chwili wyrosła boczna gałąź. Przez chwilę była idealnie prostopadła i nagle zwróciła się o dziewięćdziesiąt stopni, ruszyła o kilkanaście milimetrów w górę i stanęła. Ksiądz patrzył na to niezdolny do jakiejkolwiek reakcji.
Oto miał przed sobą arkusz papieru, a na nim kształtne trzydzieści cztery miast trzydziestu pięciu, które, był tego pewien, tam wpisał. Czwórka była identyczna, z tą, jaką napisałby on sam. I nie pomogło szczypanie ani desperacka próba wyrwania sobie włosa. Na nic zdał się znak krzyża, bo czwórka była tam i tyle. Bezcelowym było tłumaczenie sobie, że mu się przywidziało, że sam tę czwórkę napisał. Każda myśl o tym rozbijała się o gruby mur patrzący nań rorscharowym okiem. Zmiął kartkę i sięgnął po kolejną. Bardzo starannie napisał na niej trzydzieści pięć i przez moment wszystko było jak należy. Kobieta trochę się uspokoiła. Chwilami jeszcze pociągała nosem, ale poza tym mówiła już o wiele wyraźniej. On sam dopisał w formularzu swoje nazwisko, a podświadomość pokierowała jego ręką, gdy doszedł do listy grzechów. Wystarczyło jednak, aby kąciki jego ust uniosły się w lekkim uśmiechu, by piątka znów zlała się w plamę i łypnęła na niego kpiąco. Patrzyła tak zresztą dłuższą chwilę, jakby w ten właśnie sposób postanowiła uświadomić mu, że jej się nie spieszy i mogą się tak bawić długie godziny, a to i tak niczego nie zmieni.
Zamrugał i ona też zdawała się mrugać, a potem rozciągnęła się i ułożyła w dobrze znaną jego oku czwórkę.

Kobieta po drugiej stronie dochodzi w końcu do finału. Głos ma słaby, a oddech nierówny, jakby właśnie przebiegła z Maratonu do Aten. I choć jej spowiedź trwała może nawet nie piętnaście minut, to w jej i księdza odczuciu minęły wieki. Ona prosi o pokutę i rozgrzeszenie, i otrzymuje je praktycznie bez udziału świadomości Stasznika. Działają zakorzenione w podświadomości odruchy, pamięć wielu innych spowiedzi, własne reguły i wyczucie. Ona zresztą nie musi o tym wiedzieć. Odchodzi ku jednej z drewnianych ław jakby lżejsza. Stasznik widzi ją. W błękitnej spódnicy do samej ziemi i białym sweterku. Ze wzrokiem utkwionym w ołtarzu i dłońmi złożonymi na piersi. Truchtem zmierza w stronę ołtarza. Przez myśl przechodzi mu, że tak mogłoby wyglądać anioły, a chwilę później ona znika gdzieś w tłumie.
Czwórka jak była tak jest na formularzu. Bezczelnie wyraźna.
Po piątce ani śladu. Nawet wgłębienia w papierze. Ot, jakby nigdy nie istniała. A była tam przecież! Jest tego bardziej niż pewien. Postawiłby na szali własne nazwisko i reputację, ale wie, że nikt by mu nie uwierzył. Schizofreniczne wrażenie, że czwórka uśmiecha się doń, bardzo z siebie zadowolona, działa jak impuls.
Ksiądz podrywa się z miejsca. Nerwowym ruchem upycha w teczce wszystkie dokumenty i opuszcza konfesjonał. Bezskutecznie próbuje zapanować nad swoim krokiem. To na nic. Jeszcze chwila i zacznie biec. Czuje na sobie zdziwione spojrzenia, gdy stara się dojść do ołtarza. Omal nie trzaska drzwiami i kryje się w zakrystii. Cisza i chłód korytarza tylko na moment koją jego nerwy. Chce wyjść. Wydostać się stąd i odetchnąć. W pędzie wpada na kogoś. Mamrocze jakieś przeprosiny. Coś o tym, że jest zmęczony. Że musi odpocząć, bo inaczej zwariuje.
— Jerzy. Zastąp mnie — prosi, patrząc w podłogę.
— Dobrze — słyszy, ale do ulgi mu jeszcze daleko.
Pełne troski pytania zbywa nerwowymi ruchami głowy.
— Muszę tylko odetchnąć.
— Może odprowadzić cię do twojego pokoju?
— Nie. Nie trzeba. Dziękuję. Dam radę.
— Na pewno?
— Tak. Dziękuję. — Z trudem przychodzi mu zapanowanie nad głosem.
Chwilę później wypada przed kościół. Bez trudu przedziera się przez tłum. Nie zauważa machającego doń radiowca. Nie zatrzymuje się przed jezdnią. Nie rozgląda w około. Rozpędzone audi mija go o centymetry. Przeraźliwy dźwięk klaksonu rozrywa powietrze. On nawet się nie odwraca. Idzie dalej. Szybko. Skręca w stronę Bulwaru Ikara i staje.
Stoi i patrzy gdzieś w przestrzeń, jakby nagle skamieniał.

Gdyby wówczas znalazł się przy gądowskiej parafii ktoś dostatecznie znudzony, aby spróbować podążyć za spojrzeniem duchownego, rychło przekonałby się, że niczego ciekawego tam nie było. Ot, blok, jakich było tu wiele. Pomnik z wielkiej płyty, odmalowany przed kilku laty na jakiś zielono podobny(to jakieś dziwne) kolor. Nie można go było nazwać czymś szczególnym, czy też interesującym. Może gdzie indziej, ale nie na jednej z wrocławskich sypialni, gdzie były ich dziesiątki. Brzydkich i brzydszych. Pudełkowatych i tak krzywych, że chwilami aż dziw brał, iż przeszły odbiór techniczny.
Taki przypadkowy obserwator pewnikiem zwróciłby również uwagę na młodego mężczyznę, powoli zmierzającego w stronę księdza. Różnych przechodniów mógłby uznać za tło dla tych wydarzeń, ale ten jeden, ubrany w wytarte dżinsy, niebieski sweter i bardzo długi żółty szalik, aż nazbyt rzucał się w oczy, aby nie docenić jego znaczenia. Zbyt bolesnym był on kontrastem dla późnej, choć ciepłej, jesieni. Dla odartych z liści, powyginanych gałęzi wysokich krzewów, rosnących po drugiej stronie ulicy.
Sęk w tym, że w całym barwnym tłumie nie znalazła się ani jedna osoba, która akurat spojrzałaby w tamtą stronę.

Ecclésiastique…
Ksiądz podskoczył, wyrwany z dziwnego transu, a trzymana przez niego teczka uderzyła o chodnik. On sam odwrócił się gwałtownie i omal nie poszedł w ślady dokumentów, gdy sutanna okręciła mu się wokół nóg. W myślach już przygotował się na bliskie spotkanie z brukiem, gdy nagle czyjaś dłoń mocno chwyciła go za ramię i pomogła utrzymać równowagę.
— Ty — powiedział cicho, powoli uspokajając oddech.
— Florian Lavoisier — przerwał mu mężczyzna.
Uścisk jego dłoni ani na chwilę nie zelżał i nic nie wskazywało na to, aby miało to szybko nastąpić. Tymczasem, znikąd, w jego drugiej ręce pojawiła się teczka wypchana formularzami. Podał ją Stasznikowi i dodał.
— Pozwoli ksiądz, że się kawałek przejdziemy?
Składnia zdania być może i była pytająca, ale ton jego głosu był dostatecznie stanowczy, aby uznać to za stwierdzenie faktu.

c.d.n. (jest napisany od kilku lat,więc muszę go po prostu sformatować pod forum... tak, jestem leniem)
———————————————————————————————————

Jeśli ktoś przyuważył jakieś błędy, zwłaszcza interpunkcyjne, to proszę mi nie mówić ogólnie, ze były, ale je wskazać. Wówczas je poprawię.




* Dieu le veut — fr. Bóg tak chce
czemu po francusku? bo jakoś pasowało. Włoski byłby lepszy, albo łacina, ale znalazłam to po francusku i tak jakoś zostało. Po latach nadal mi to jakoś pasuje :P


Edycja: poprawiałam przecinki, spacje i takie tam, wskazane przez Marę [poza kilkoma miejscami, gdzie póki co mam zamiar obstawać przy swoim ^^"]

š = sz
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.01.2012 18:17 przez Marša.)
18.11.2011 00:53
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Literkowy Sponsor
Maradine Offline
Senna Mara
*

Liczba postów: 629
Dołączył: 15-02-2011
Reputacja: 4
Pozytywna
Post: #2
RE: Dieu le veut
Łojeżu! Alem się napracowała ^^ Mam nadzieję, że sama nie wrzuciłam Ci tam jakiegoś błędu przy okazji.

Krótka legenda - zielony to za dużo, niebieski powtórzenie, pogrubiony to czego brakuje itp, a podkreślony to chyba "dziwnie brzmiące i literówki". Nie pamiętam już Tongue

To dla Ciebie:
Spoiler(Pokaż)
Cytat:Dieu le veut*

— I jeszcze uderzyłem żonę. Tak nie mocno. Tak trochę, no… Ale…
Skryty za prostą kratką konfesjonału ksiądz z trudem powstrzymał się od głośnego westchnięcia. Jak najciszej przełknął powietrzny bąbel, który stanął mu w gardle, i sięgnął po kolejny arkusz papieru ozdobiony monogramem parafii.
— Nie chciałem się schlać tamtego wieczoru, no, bo wie ksiądz — mamrotał mężczyzna tak(mężczyzna mamrotał tak - kolejność), że chwilami jego słowa zlewały się ze sobą w pozbawione sensu ciągi sylab. — Żona to już ze mną trzydzieści lat żyje, no i to rocznica była. Wie ksiądz. Dla bab to takie ważne. No i nie chciałem się spijać, ale Zdzisiek i Janusz przyszli. No i oni mnie tak prosili. Ja nie mogłem odmówić! No a potem ona wcześniej z roboty wróciła i zaczęła się wściekać. I mi nie dawała wyjaśnić. No to ją trzepnąłem. Tak trochę. Lekko niby, no, no żeby mi pozwoliła mówić.
Ksiądz Stasznik mruknął pod nosem na znak, że słucha, a inna rzecz czy rozumie owo postępowanie. Zachęcony mężczyzna kontynuował swoją spowiedź(tu bym dała przecinek) tylko chwilami przerywając słowotok, aby nabrać powietrza. Potok grzechów i grzeszków wlewał się do ciasnego wnętrza konfesjonału, a ksiądz skrupulatnie wpisywał je w rubryce opisanej „obiekt przyznał się do popełnienia grzechów.” W chwili przerwy szybko wpisał jeszcze numer spowiadającego się — trzydziesty trzeci tego przedpołudnia, oraz swoje nazwisko u góry formularza. Złota stalówka bezszelestnie przesuwała się po powierzchni papieru(przecinek) kreśląc kolejne litery:
…ostatnia spowiedź: nie pamięta, prawdopodobnie przed ślubem.
I tylko roczniki parafialne pamiętają, kiedy to dokładnie było — pomyślał i pokręcił z żalem głową. To nie był pierwszy taki przypadek. Wręcz przeciwnie. I tego(przecinek) i poprzedniego dnia całe tłumy takich ludzi pojawiały się w parafii. Na początku — w piątek — cieszyło to duchownych, dopiero potem zaczęło dziwić, bo wyglądało to(może wyrzucić?) tak, jakby nagle cały Gądów zapragnął wyznać swoje grzechy. Ludzie przychodzili o najrozmaitszych porach i nie chcieli odejść, dopóki któryś z księży nie zobowiązał się ich wysłuchać i wyznaczyć im pokuty. Stali na schodach, niekiedy ubrani zupełnie nieadekwatnie do jesiennej pogody i powtarzali owo „nie odejdę w grzechu”(przecinek) niczym zacięte płyty analogowe. Nie sposób było ich przekonać, aby przyszli normalnie — w czasie mszy. Zresztą(przecinek) to niewiele by(tu bym dała to "to") w ogólnym rozrachunku zmieniło, bo i w czasie nabożeństw były ich w kościele całe tłumy. Gdy w sobotę wieczorem ksiądz Stasznik dzwonił do obu kozanowskich parafii z prośbą, aby przyjechali pomóc, najpierw nie chciano mu wierzyć. Był pewien, że słyszał pełen niedowierzania chichot w słuchawce, gdy opisywał tę powódź spowiedzi zalewającą parafię Maksymiliana Kolbego. Ale, gdy w końcu przyjechali (przecinek?) nie było im już tak wesoło. Wyglądało tak (zamieniłabym na "to" Tongue), jakby co najmniej czwarta cześć miasta zjechała właśnie tu się wyspowiadać. Dobrze pamiętał pytanie kolegi z Macierzyństwa Najświętszej Maryi Panny, czy ci wszyscy ludzie są na pewno z tego jednego blokowiska? Co mógł mu odpowiedzieć? Dotychczas wyspowiadani sami mówili, że mieszkają właśnie tu.
Teraz — w poniedziałek — byli w parafii księża zarówno z Gądowa, jaki i Kozanowa, Nowego Dworu i Kuźnik. Musiał powstać ścisły grafik dyżurów(przecinek) inaczej pochłonąłby ich chaos.
— Więcej grzechów nie pamiętam, ale za wszystkie bardzo, bardzo żałuję, a ciebie ojcze duchowny proszę o pokutę i rozgrzeszenie — wymamrotał mężczyzna na jednym oddechu(przecinek) omal nie dławiąc się ostatnimi słowami.
Utarta formułka zupełnie przywróciła księdza do rzeczywistości. Chrząknął i spojrzał na imponującą listę zapełniająca arkusz. Żeby wszystko zmieścić musiał pisać po marginesach, a i tak ostatnie słowa ledwie dawały się odczytać. Dłuższą chwilę myślał nad odpowiednią pokutą. To musiało być coś adekwatnego, a o to było nagle wyjątkowo trudno. Wszystko wydawało się jakieś niewystarczające. A gdy w końcu wymyślił i wypowiedział kolejne nazwy modlitw(przecinek) mężczyzna mamrocząc podziękowania niemalże pobiegł do jednej z ław, jakby mu ktoś przyprawił skrzydła. Stasznik widział coś takiego pierwszy raz w życiu. Surrealizm tego wszystkiego raz jeszcze uderzył go otwartą dłonią w twarz. Podpisał się u dołu protokołu i odłożył go na kupkę mu podobnych, nawet nań nie patrząc. One były równie dziwne, jak wszystko w ostatnich kilku dniach. Tak, jakby ich wprowadzenie, nie wiadomo w sumie przez kogo i po co, było preludium do tego, co właśnie się działo.
W niedzielę pojawiły się media. Pierwsi byli dziennikarze gazet bezpłatnych. Oni, jako jedyni, mieli dość odwagi, aby przedrzeć się przez tłum i szeptem zadawać pytania ludziom w środku. PRW ograniczyło się do tych, którzy stali na zewnątrz, a to i tak był tłum. Telewizja jedynie wykonała ujęcie tłumu wewnątrz kościoła, a raczej zrobił to zmuszony przez pozostałych kolegów operator kamery. Gdy ich ksiądz Stasznik widział po raz ostatni, stali razem z radiowcami pod murem domu parafialnego i o czymś dyskutowali. Nie miał czasu z nimi wtedy rozmawiać.
Zapukał w drewno i w oczekiwaniu na kolejną formułkę zaczął wypełniać protokół.
Spowiednik: ks. Andrzej Stasznik
Obiekt nr: trzydzieści cztery
Ostatni raz u spowiedzi...

— Ostatni raz u spowiedzi byłem pewnie nieco ponad dwieście lat temu — rozległ się podszyty rozbawieniem szept. — Pokutę zadaną odprawiłem. Od tego czasu obraziłem Boga pewnikiem tyloma grzechami, że dnia by księdzu nie starczyło na ich wysłuchanie, a mnie tygodnia na odprawienie pokuty.
Stalówka pióra zatrzymała się ledwie dotykając powierzchni papieru, ale to wystarczyło, aby atrament rozpłynął się po niej w artystycznym kleksie.
— To nie miejsce do żartów — powiedział Stasznik przez zaciśnięte zęby.
— Ależ ja nie żartuję, proszę księdza. I ksiądz o tym dobrze wie, prawda?
Przez myśli Stasznika przebił się pomysł, który w pierwszym odruchu odrzucił jak najdalej tylko potrafił. Teraz jednak nie był już pewien, czy słusznie. Znajome swędzenie dłoni, smak powietrza. Niby wciąż trochę za mało, aby być pewnym, ale…
— Takim jak wy nie wolno wchodzić do miejsc świętych.
— Możliwe, ale teraz to szczegół — głos mężczyzny był spokojny, ale dźwięczała w nim nuta zniecierpliwienia. Wibrowała na końcu każdego słowa, jakby miał bardzo niewiele czasu. — Moglibyśmy stąd wyjść i porozmawiać na dworze?
— Odejdź! — warknął ksiądz(przecinek) jednocześnie mając nadzieję, że nikt poza nim i osobą tuż za kratką konfesjonału tego nie słyszał.
— Nalegam.
— Odejdź! Przepadnij! (to było dobre ^^)
Miał wrażenie, że tamten roześmiał się cicho i odchodząc dodał jeszcze coś, co brzmiało jak „żeby potem nie było na mnie”, ale to mogło mu się tylko wydawać. Śmiech mógł być prychnięciem lub szurnięciem czyjegoś buta o kamienną posadzkę, a słowa echem wszystkich szeptanych wokoło modlitw.
— Na pewno mi się wydawało — pomyślał i zmiął zniszczony protokół. — Na pewno — przeżegnał się i zastukał.
Po drugiej stronie młoda kobieta drżącym głosem gubiła się w swoich własnych słowach, a on sam starał się uspokoić. Bardzo powoli i dokładnie wpisał w protokół numer trzydzieści pięć(przecinek) sam nie do końca rozumiejąc, czemu postanowił trzydziesty czwarty pominąć.
— Ja tego nie ukradłam. Nie chciałam, nie. Ja nie chciałam. Oni powiedzieli, że kradłam, ale nie kradłam, bo ja…
Słyszał(przecinek) jak połyka łzy i stara się mówić dalej. Z trudem opanowywał chęć wyjścia i dodania jej otuchy. Powiedzenia kilku miłych słów, podania chusteczki. Zrobienia czegokolwiek. Nie mógł jednak przestać wpatrywać się w napisaną przez siebie piątkę. Najpierw cyfra rozlała się w ciemną plamę rodem z testu Rorschacha. W oczach księdza zdawała się być czarnym okiem(przecinek) łypiącym nań podejrzliwie z białego arkusza papieru. Chwilę tak mierzyli się, a kobieta nadal próbowała wydobyć z siebie kolejne, pełne skruchy zdanie.
— On krzyczał… że się staczam. Ale ja nie…
Nadal jej słuchał, a przynajmniej robiła to jego podświadomość. Taką swego rodzaju podzielność uwagi wyrobił sobie przez lata i już nie raz wywoływała ona u niego wyrzuty sumienia, ale nie w tej chwili. Cała jego świadomość angażowała się w walkę spojrzeń z czarnym okiem. Przez moment miał nawet wrażenie, że ono doń zamrugało, choć racjonalistyczna część osobowości kategorycznie się temu sprzeciwiała. Domagała się mrugania, przecierania oczu i kilku głębokich wdechów. Nie wzgardziłaby również filiżanką kawy. Tego ostatniego jednak dostać nie mogła, a wszystko inne nijak jej nie pomogło. Plama jak była(przecinek) tak pozostała. Jesteś przemęczony — szeptała rozgorączkowanym głosem logika. — Tu jest niesłychanie duszno. Tyle(tylu?) ludzi, a tu tak niewiele okien do otwarcia. To złudzenie. Powinieneś odpocząć, bo nic dobrego z tego nie wyniknie.
Kobieta z trudem doszła do powiedzenia, co też takiego miała ponoć ukraść, a podświadomość nakazała ciału księdza wydać z siebie zachęcające do dalszych wyznań mruknięcie.
Rorschacharowa plama zamrugała i zaczęła przybierać bardziej określoną formę. Najpierw wyciągnęła się w prostą linię, z której po chwili wyrosła boczna gałąź. Przez chwilę była idealnie prostopadła i nagle zwróciła się o dziewięćdziesiąt stopni, ruszyła o kilkanaście milimetrów w górę i stanęła. Ksiądz patrzył na to niezdolny do jakiejkolwiek reakcji.
Oto miał przed sobą arkusz papieru, a na nim kształtne trzydzieści cztery miast trzydziestu pięciu, które, był tego pewien, tam wpisał. Czwórka była identyczna, z tą, jaką napisałby on sam. I nie pomogło szczypanie(przecinek) ani desperacka próba wyrwania sobie włosa. Na nic zdał się znak krzyża, bo czwórka była tam i tyle. Bezcelowym było tłumaczenie sobie, że mu się przywidziało, że sam tę czwórkę napisał. Każda myśl o tym rozbijała się o gruby mur patrzący nań rorscharowym okiem. Zmiął kartkę i sięgnął po kolejną. Bardzo starannie napisał na niej trzydzieści pięć i przez moment wszystko było jak należy. Kobieta jakby się trochę uspokoiła. Chwilami jeszcze pociągała nosem, ale poza tym mówiła już o wiele wyraźniej. On sam dopisał w formularzu swoje nazwisko, a podświadomość pokierowała jego ręką, gdy doszedł do listy grzechów. Wystarczyło jednak, aby kąciki jego ust uniosły się w lekkim uśmiechu, by piątka znów zlała się w plamę i łypnęła na niego kpiąco. Patrzyła tak zresztą dłuższą chwilę, jakby w ten właśnie sposób postanowiła uświadomić mu, że jej się nie spieszy i mogą się tak bawić długie godziny, a to i tak niczego nie zmieni.
Zamrugał i ona też zdawała się mrugać, a potem rozciągnęła się i ułożyła w dobrze znaną jego oku czwórkę.

Kobieta po drugiej stronie dochodzi w końcu do finału. Głos ma słaby, a oddech nierówny(przecinek) jakby właśnie przebiegła z Maratonu do Aten. I choć jej spowiedź trwała może nawet nie piętnaście minut, to w jej i księdza odczuciu minęły wieki. Ona prosi o pokutę i rozgrzeszenie, i otrzymuje je praktycznie bez udziału świadomości Stasznika. Działają zakorzenione w podświadomości odruchy, pamięć wielu innych spowiedzi, własne reguły i wyczucie. Ona zresztą nie musi o tym wiedzieć. Odchodzi ku jednej z drewnianych ław jakby lżejsza. Stasznik widzi ją. W błękitnej spódnicy do samej ziemi i białym sweterku. Ze wzrokiem utkwionym w ołtarzu i dłońmi złożonymi na piersi. Truchtem zmierza w stronę ołtarza. Przez myśl przechodzi mu, że tak mogłoby wyglądać anioły, a chwilę później ona znika gdzieś w tłumie.
Czwórka jak była tak jest na formularzu. Bezczelnie wyraźna.
Po piątce ani śladu. Nawet wgłębienia w papierze. Ot(przecinek) jakby nigdy nie istniała. A była tam przecież! Jest tego bardziej niż pewien. Postawiłby na szali własne nazwisko i reputację, ale wie, że nikt by mu nie uwierzył. Schizofreniczne wrażenie, że czwórka uśmiecha się doń(przecinek) bardzo z siebie zadowolona(przecinek) działa jak impuls.
Ksiądz podrywa się z miejsca. Nerwowym ruchem upycha w teczce wszystkie dokumenty i opuszcza konfesjonał. Bezskutecznie próbuje zapanować nad swoim krokiem. To na nic. Jeszcze chwila i zacznie biec. Czuje na sobie zdziwione spojrzenia, gdy stara się dojść do ołtarza. Omal nie trzaska drzwiami i kryje się w zakrystii. Cisza i chłód korytarza tylko na moment koją jego nerwy. Chce wyjść. Wydostać się stąd i odetchnąć. W pędzie wpada na kogoś. Mamrocze jakieś przeprosiny. Coś o tym, że jest zmęczony. Że musi odpocząć, bo inaczej zwariuje.
— Jerzy. Zastąp mnie — prosi patrząc w podłogę.
— Dobrze — słyszy, ale do ulgi mu jeszcze daleko.
Pełne troski pytania zbywa nerwowymi ruchami głowy.
— Muszę tylko odetchnąć.
— Może odprowadzić cię do twojego pokoju?
— Nie. Nie trzeba. Dziękuję. Dam radę.
— Na pewno?
— Tak. Dziękuję. — Z trudem przychodzi mu zapanowanie nad głosem.
Chwilę później wypada przed kościół. Bez trudu przedziera się przez tłum. Nie zauważa machającego doń radiowca. Nie zatrzymuje się przed jezdnią. Nie rozgląda w około. Rozpędzone audi mija go o centymetry. Przeraźliwy dźwięk klaksonu rozrywa powietrze. On nawet się nie odwraca. Idzie dalej. Szybko. Skręca w stronę Bulwaru Ikara i staje.
Stoi i patrzy gdzieś w przestrzeń, jakby nagle skamieniał.

Gdyby wówczas znalazł się przy gądowskiej parafii ktoś dostatecznie znudzony, aby spróbować podążyć za spojrzeniem duchownego(przecinek) rychło przekonałby się, że niczego ciekawego tam nie było. Ot(przecinek) blok, jakich było tu wiele. Pomnik z wielkiej płyty(przecinek) odmalowany przed kilku laty na jakiś zielono podobny(to jakieś dziwne) kolor. Nie można go było nazwać czymś szczególnym(przecinek) czy też interesującym. Może gdzie indziej, ale nie na jednej z wrocławskich sypialni, gdzie były ich dziesiątki. Brzydkich i brzydszych. Pudełkowatych i tak krzywych, że chwilami aż dziw brał, iż przeszyły odbiór techniczny.
Taki przypadkowy obserwator pewnikiem zwróciłby również uwagę na młodego mężczyznę(przecinek) powoli zmierzającego w stronę księdza. Różnych przechodniów mógłby uznać za tło dla tych wydarzeń, ale ten jeden(przecinek) ubrany w wytarte dżinsy, niebieski sweter i bardzo długi żółty szalik(przecinek) aż nazbyt rzucał się w oczy, aby nie docenić jego znaczenia. Zbyt bolesnym był on kontrastem dla późnej, choć ciepłej, jesieni. Dla odartych z liści, powyginanych gałęzi wysokich krzewów(przecinek) rosnących po drugiej stronie ulicy.
Sęk w tym, że w całym barwnym tłumie nie znalazła się ani jedna osoba, która akurat spojrzałaby w tamtą stronę.

Ecclésiastique…
Ksiądz podskoczył(przecinek) wyrwany z dziwnego transu, a trzymana przez niego teczka uderzyła o chodnik. On sam odwrócił się gwałtownie i omal nie poszedł w ślady dokumentów, gdy sutanna okręciła mu się wokół nóg. W myślach już przygotował się na bliskie spotkanie z brukiem, gdy nagle czyjaś dłoń mocno chwyciła go za ramię i pomogła utrzymać równowagę.
— Ty — powiedział cicho(przecinek) powoli uspokajając oddech.
— Florian Lavoisier — przerwał mu mężczyzna.
Uścisk jego dłoni ani na chwilę nie zelżał i nic nie wskazywało na to, aby miało to szybko nastąpić. Tymczasem(przecinek) znikąd(przecinek) w jego drugiej ręce pojawiła się teczka wypchana formularzami. Podał ją Stasznikowi i dodał.
— Pozwoli ksiądz, że się kawałek przejdziemy?
Składnia zdania być może i była pytająca, ale ton jego głosu był dostatecznie stanowczy, aby uznać to(spacja)za stwierdzenie faktu.

Co do fabuły... na razie nie mam nastroju na merytoryczną część. Czasu też nie... więc innym razem. Ale podobało się, tak ogólnie... i czekam na c.d ^^

+ A! jedna taka sprawa. Zabawny zabieg z tą zmianą czasu narracji Blink

[Obrazek: scaled.php?server=41&filename=wo...es=landing]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.11.2011 15:24 przez Maradine.)
20.11.2011 15:22
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Marša Offline
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 378
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #3
RE: Dieu le veut
Tak, jak w peesie pisałam, porawiłam w poprzednim fragmencie wiekszość wskazanych rzeczy, poza tymi, przy których zamierzam się upierać (ale tych tylko kilka było xD).
A tymczasem małe c.d., które pozwala dojść do jednej trzeciej całej historyjki.

— — — — — — — — — — — — — —

Szli wysypaną drobnym żwirem ścieżką mijani przez wielobarwne korowody babć i matek pchających przed sobą wózki ze śpiącymi pociechami. Kobiety zbyt były zajęte rozmowami ze sobą, aby zwrócić uwagę na mijających je mężczyzn. Zresztą nie było w ich widoku niczego aż tak zaskakującego. Może jedynie grupka młodych chłopaków okupująca kilka sąsiednich ławek patrzyła na nich niczym na zjawisko, ale to naprawdę nie było nic takiego.
A jednak ksiądz Stasznik czuł się niepewnie. Tak jakby zaraz zza któregoś drzewa mógł ktoś wyskoczyć i wygarnąć mu, z kim niby się zadaje. Bo ksiądz doskonale zdawał sobie sprawę, że jakkolwiek sympatycznie by jego rozmówca nie wyglądał, to jest sługą diabła przez niego samego pewnie wysłanym.
Zadrżał i zacisnął pięści na samą myśl o tym.
— Co ja tutaj robię? — pomyślał.
Lavoisier zerknął na niego kątem oka, jakby usłyszał tę myśl. Był tylko nieznacznie niższy, co jedynie dodatkowo wytrącało księdza z równowagi. Przyzwyczajony był do górowania nad wszystkimi. To dodawało mu pewności siebie w trudnych sytuacjach. Teraz jego metr dziewięćdziesiąt z okładem nie miało żadnego znaczenia.
— W zasadzie powinienem chyba księdzu podziękować, że jednak zechciał się ze mną spotkać — diabeł mówił po polsku swobodnie, ale wyraźnie czuło się w jego słowach naleciałości francuskie. — To oszczędziło mi pewnych kłopotów. Degeneracja wiary degeneracją, ale miał ksiądz rację, wchodzenie do domów Bożych to nie lada kłopot dla takich jak ja.
Stasznik spojrzał nań z mieszaniną oburzenia i zaskoczenia w oczach.
Kto by po takiej szopce nie wyszedł? — pomyślał i znów miał wrażenie, że diabeł wszystko to usłyszał.
Oddalili się od małpiego gaju, zostawiając za sobą większość spacerowiczów, rozwrzeszczane dzieci i narzekające staruszki. Ksiądz doskonale wiedział, ku czemu zmierzają. Pomiędzy drzewami widział już odległy mur z szarych betonowych płyt zwieńczony drutem kolczastym, okalający stary żydowski cmentarz. Kiedyś cały park był cmentarzem i nadal było w nim widać ślady tego okresu. Zagubione płyty, zarośnięte trawą rzędy kamiennych postumentów, na których niegdyś musiały wspierać się krzyże i nagrobki. Niby wszystko to przeniesiono w inne – lepsze – miejsce, ale kto tak naprawdę wiedział ile trumien pozostało jeszcze pod trawnikami? Stasznik próbował o tym nie myśleć. Spuścił wzrok i szedł zapatrzony we własne buty. Miał wrażenie, że zrobiło się nienormalnie cicho, jakby ktoś zamknął usta wszystkim ludziom, uciszył wiatr i zabrał samochody pędzące Lotniczą i Pilczycką.
— Nie wiem, o jaką szopkę chodzi — Lavoisier odezwał się jako pierwszy.
Ksiądz nie miał ochoty w to wierzyć, a diabeł mówił dalej.
— Więc cokolwiek się stało — Przerwał w pół zdania i przez chwilę szedł patrząc gdzieś w bok od twarzy księdza. Kilka razy przytaknął cicho, a potem roześmiał się. Nie przestając chichotać, przeczesał dłonią kasztanowe włosy i zerknął na księdza, jakby szukał u niego potwierdzenia… Duchowny nie miał pojęcia czego.
— To nie byłem ja — powiedział stanowczo Lavoisier, a jednak nadal sprawiał wrażenie rozbawionego. — Nie wolno nam robić takich rzeczy w miejscach świętych. — Przez chwilę ponownie patrzył gdzieś w bok, a jego uśmiech stawał się coraz bardziej widoczny. — Wejść to jedno, a odwoływać się do mocy, to już zupełnie inna sprawa. Powinien o tym wiedzieć. Ponoć zajmował się egzorcyzmami.
Znów sprawiał wrażenie, że patrzy na kogoś, kogo Stasznik dostrzec nie mógł.
— Wiem, ale potrafić a robić, to jednak znaczna różnica — zauważył uśmiechając się chytrze. — Zresztą za dużo byłoby po takim wybryku papierkowej roboty, a ja jestem raczej leniwy — westchnął. — Niech mi ksiądz uwierzy, że ta szopka, jak ją ksiądz nazwał, to z pewnością nie była moja zasługa, a raczej kogoś od was — ostatnie zdanie było pierwszym od kilkunastu minut, które zdawało się być skierowane właśnie do Stasznika, a nie do kogoś innego. — Wiem, że teraz nic ksiądz nie rozumie, ale zarazem nie wiem, czy mam dość czasu, aby to w tej chwili tłumaczyć. Już chyba mówiłem, że mi się spieszy. Gdyby, więc ksiądz zechciał mi pożyczyć tę teczkę na kilka godzin, byłbym wdzięczny.
— To są dokumenty parafii! Nie wolno mi —
Zamilkł nagle przestraszony śmiałością swojego głosu.
— Proszę — powtórzył diabeł z naciskiem i wyciągnął ku niemu otwartą dłoń.
Pierwszy raz od początku tego dziwnego spotkania ksiądz poczuł prawdziwy strach. Niby wciąż miał przed sobą tę samą osobę, ale teraz poczuł się zupełnie bezbronny. W głowie miał próżnię, a jedyne słowa, jakie pojawiały się na jego ustach były fragmentami modlitw.
— Teczka.
Spojrzał na otwartą dłoń i na czarną teczkę trzymaną przez siebie. To były dokumenty parafii. Jedna z najściślejszych tajemnic!
— A nie mówiłem, że taka gra na nic się nie zda? — westchnął diabeł. — Będzie na ciebie — rzucił patrząc ponad ramieniem duchownego, a potem było już tylko oślepiające światło, zimna, bezduszna cisza i echo powtarzające trzy słowa — Bóg tak chciał.

Przebudzenie się nie należało do najprzyjemniejszych w życiu księdza. Najpierw jego świadomość zarejestrowała ostry zapach medykamentów i jeszcze kilku innych rzeczy nieodmiennie kojarzących mu się ze szpitalami. Po kolejnej długiej chwili dotarły do niego przytłumione szepty tak, jakby ktoś rozmawiał za ścianą. Dopiero po kilku, a może kilkunastu minutach udało mu się pochwycić wśród nich swoje imię i jeszcze parę słów, ale nie był w stanie złożyć ich w jakąkolwiek sensowną całość. Każda kolejna próba jedynie pogłębiała ogarniające go uczucie zagubienia.
W końcu przestał próbować.
Myśl o otworzeniu oczu pojawiła się jako ostatnia i długo wahał się, czy wprowadzić ją w życie. Dopóki miał je zamknięte mógł to wszystko uważać za zwykły sen. Spowiedzi, Lavoisier, park i teczka mogły być jedynie wytworem jego wyobraźni. Ta myśl była przez moment światełkiem w tunelu. Sen! Głupi sen! Może coś więcej, ale nie rzeczywistość. Może spadł ze schodów i stracił przytomność? To przecież mogło się zdarzyć, a wówczas wszystkie niedawne wydarzenia byłyby zwykłym wybrykiem jego wyobraźni!
Uradowany tą hipotezą gwałtownie otworzył oczy i równie szybko je zamknął. Białe światło momentalnie zalało jego umysł. Wwierciło się przez oczodoły w tkankę mózgu i sprawiło, że nie marzył już o niczym innym, poza ponownym pogrążeniem się w ciemnym odrętwieniu. Jego świadomość uciekła. Gnała na złamanie karku nie zwracając na nic uwagi.
Kobieta podeszła do łóżka. Obcasy jej butów uderzały o linoleum, budząc śpiące w kątach sali echo. Sięgnęła po leżący na stoliku plik kartek i bez entuzjazmu przyjrzała się wynikom wszystkich już przeprowadzonych badań. Nic z nich oczywiście nie wynikało, ale chciała zrobić przyjemność stojącemu na korytarzu księdzu, który przejmował się ponad miarę stanem kolegi. Doktor Danecka mogła mu od razu powiedzieć, że to wszystko z przemęczenia, ale dość już w życiu spotkała tego typu ludzi, aby wiedzieć, że go to nie zadowoli. Będzie się dopytywał i zatruwał jej każdą chwilę, aż nie wyprowadzą go siłą. Inaczej stanie się, jeśli powie to samo, ale wcześniej uda wielce zainteresowaną kartą pacjenta. Wówczas wszystko będzie w porządku i ukontentowany petent jeszcze jej ślicznie podziękuje, a ona wróci do swojej pracy. Kilka minut szopki dla kilku godzin spokoju. To po prostu się opłacało.
Spojrzała ponad kartą na leżącego w szpitalnym łóżku mężczyznę. Miał już za sobą przeszło czterdzieści wiosen i z pewnością było to po nim widać. Do tego miał tendencję do łysienia, co sprawiało, że jego czoło wydawało się być przesadnie rozciągnięte. Tak, jakby ktoś z trudem naciągnął je na czaszkę. A mimo tego sprawiał miłe wrażenie. Trochę przypominał jej katechetę, z którym miała zajęcia w podstawówce. Uśmiechnęła się do przykurzonych wspomnień i na chwilę pozwoliła sobie w nich zatonąć. Potem szybko odłożyła kartę i wyszła na korytarz. Nie widziała jak przez twarz nieprzytomnego przebiega skurcz bólu.
— To najprawdopodobniej przemęczenie, nie ma się póki co czym przejmować — zapewniła młodego księdza. — Jeśli ksiądz chce, może ksiądz poczekać w środku. Powinien się niedługo obudzić.
Z tymi słowami odeszła w swoją stronę. Słyszała jeszcze, jak duchowny dziękuje jej i przyrzeka się za nią pomodlić. Nie potrafiła powstrzymać pobłażliwego uśmiechu. Pozwoliła mu rozciągnąć jej usta i zmrużyć oczy.
To na pewno nie zaszkodzi — pomyślała w akompaniamencie gasnącego echa.
Nigdy się nie modliła.

Świadomość pojawiała się powoli.
Wszystkie członki miał jakby wykute z lodu. Ciężkie, zimne i sztywne. W ustach z kolei czuł ogień, który wypalał gardło i gorącym podmuchem wdzierał się do mózgu. A jednak, pomimo bólu, nie był w stanie krzyczeć. Zyskał jedynie świadomość swego istnienia i nic ponadto. Spróbował się poruszyć i nagle zrozumiał, że nie ma czego poruszać. Że nie istnieją jego ręce i nogi, które mogłyby czuć, że nie istnieje głowa i oczy zdolne patrzyć. Nie istnieją uszy, które by słyszały, a jednak wrażenie rozbrzmiewającej wokół muzyki było tak realne, jakby chór stał tuż obok niego. Ale był tylko On, a zarazem jakby i jego nie było. Zimno i ból nie pochodziły z zewnątrz, lecz były Jego i tylko Jego wytworem tak, jak uczucie cielesności. Jak ciało, do którego tak przywykł, że bez niego nie był w stanie nawet niczego zobaczyć. Postrzeganie zredukowane do pięciu zmysłów. Gdzieś na dnie jego Ja niespokojnie kołatała myśl, że to nie tak powinno być. Że coś się zepsuło. Nim jednak w ogóle ją zauważył, już tworzył ręce i pobrużdżoną zmarszczkami twarz. Już rodziły się zmęczone oczy, by dawać świadectwo istnienia tego świata. A wszystko po to, aby sam sobie udowodnił, że jest prawdziwy.
Całe eony później nowe – stare oczy w końcu się otworzyły. Zamrugał kilkakrotnie nim obraz spękanej ziemi w końcu nabrał wyraźnych konturów. Leżał na niej. Czuł ją. Była sucha i zmęczona oczekiwaniem na deszcz. Deszcz, który miał nigdy nie nadejść i on o tym wiedział. Choć niebo spowite było ciężkimi chmurami, a w oddali słychać było grzmoty, dolina ta na zawsze miała pozostać wysuszona jak twarz starca.
Z niemałym trudem zmusił stawy, aby pierwszy raz w swoim istnieniu zgięły się i pomogły mu dźwignąć ciężar własnego ciała. Świat zawirował wokół jego głowy, szybko sprowadzając go do pozycji siedzącej. Niebo, spękana ziemia, góry – gdzieś tam – daleko, ciemna smuga rozciągnięta na horyzoncie i las kolczastych krzewów oddzielający go od niej. Wszystko tańczyło przyozdobione czarnymi kwiatami powidoków, a on miał wrażenie, że już kiedyś miał takie oczy i widział takie kwiaty.
Gałęzie krzewów odarte były z liści. Jedynie kolce wyrastały z ich gładkich powierzchni. Wyglądały jakby wszystkie, co do jednego, odlano z błyszczącej stali. Odległe błyskawice tańczyły na ich krawędziach przyciągając wzrok. Wydawały się być takie delikatne. Żyłki srebra uwięzione w stali.
Jego umysł chciał ich sięgnąć, przyjrzeć się im z bliska, lecz już nie umiał zrobić tego sam. To nie on na nie patrzył tylko oczy, to nie on próbował je poczuć tylko dłoń prześlizgująca się po zimnych gałązkach, dotykająca lodowatych kolców. To ona poczuła ból. To oczy zalało światło. To wszystko było nie jego.
Wyzwolony i na powrót zamknięty w klatce pięciu zmysłów.
Chciał krzyczeć, ale nie było jeszcze strun głosowych, a już zaniemówił umysł. Strach kiełkował. Już uczył się przejmować nad nim kontrolę, choć jeszcze przed chwilą w ogóle nie istniał. Paraliżował, rozkazywał, wyszydzał…
Światło.
Niebo rozcięła błyskawica i snopem iskier spadła na krzewy. Srebrzysty ogień wzbił się w powietrze, a wszystko to w absolutnej ciszy. Oczy patrzyły niezdolne skryć się pod powiekami. Łowiły poszczególne płomienie, śledziły ich misterną plątaninę. To one zobaczyły ciemniejszy punkt. Sylwetkę. Istotę. I to one nie uwierzyły samym sobie jako pierwsze. To przez nie on zanegował jej istnienie. Ogień. Srebrny ogień i nic więcej. Białe języki próbowały sięgnąć nieba. Wyżej i wyżej! Wspinały się po sobie nawzajem. Pożerały się i rosły. Wyżej! Jeszcze wyżej!
Wrośnięty w ziemię, zamknięty w ciele mógł tylko patrzeć i czuć.
Wyżej!
Sięgały chmur. Sięgały jego.
Wyżej!
Płonął nieboskłon.
Jeszcze wyżej!
On płonął.
Ciało drgnęło konwulsyjnie. Płuca paliły żądając powietrza. Świat zachodził mgłą. Nowonarodzone dłonie zaciskały się w pięści, jakby to mogło pomóc. Umysł krzyczał. Wołał o pomoc, ale już nie umiał swym głosem nikogo dosięgnąć, a ciało milczało. Nieme usta rozwarte w bezgłośnym wrzasku.
Kolejny spazm bólu i wiotczejące mięśnie. Niemal niewyczuwalny przez otępiałe synapsy dotyk chłodnej dłoni zaciskającej się powoli na jego ramieniu. Ostatni obraz z umierających oczu. Sylwetka. Istota utkana ze światła. Jej istnieniu już nie zdążyły zaprzeczyć.
Świat eksplodujący w fontannie światła. Ciało jego rozrywane przez ciemność. I chór wyśpiewujący swą pieśń niewzruszenie.

Obudził się, gwałtownie próbując złapać powietrze. Dłonie miał lepkie od potu, a w głowie szalał mu młot pneumatyczny. Ktoś go podtrzymał, ale nie mógł zobaczyć kto. Oczy przesłaniała mu mgła. Cienie przedmiotów zlewały się ze sobą w szare smugi, jasne światło próbowało rozsadzić mu czaszkę. Instynkt zamknął mu powieki nim w jego głowie zdążyła narodzić się jakakolwiek myśl.
— Spok...nie, Andrzej. J.. wz...am pi...gni...kę!
Zdania rozbite na sylaby zupełnie odarte z sensu. Szarpnął się, ale czyjeś ręce mocniej przycisnęły go do łóżka. Kolejne cienie i głosy. Coś do niego mówili. Czegoś od niego chcieli, ale on ich nie rozumiał. To był bełkot i chaos, a on pragnął spokoju. Znów osunąć się w ciemność. Nie myśleć, nie wiedzieć i nie czuć.
Nie istnieć.


c.d.n.

š = sz
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.12.2011 08:34 przez Marša.)
22.11.2011 11:23
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Cosinus Offline
Zigermar
Użytkownik

Liczba postów: 496
Dołączył: 26-09-2010
Reputacja: 1
Pozytywna
Post: #4
RE: Dieu le veut
W końcu udało mi się znaleźć chwilę i przeczytałem Twój tekst. Najpierw miałem tylko pierwszą częścią się poczęstować, ale tak mi się spodobało, że od razu obydwiema się zająłem.
Bardzo interesujący pomysł, cały tekst utrzymany w aurze tajemnicy, nie mam pojęcia co się może dalej wydarzyć. Pierwsza część moim zdaniem była trochę lepsza od drugiej, w której czegoś mi brakowało, choć nie umiem powiedzieć czego. Ogólnie duży plus. Na pewno przeczytam kolejne części.

Tak się zastanawiam, czy ten tekst nie podchodzi trochę pod fantastykę Tongue (diabły, złe siły itp.), ale ja się nie znam.

Na co człowiekowi świstek z napisem, że studiował, lizał dupy profesorom i opierd*** się przez 4, 6 czy 8 lat? [...] Jakie to wszystko głupie. Przecież jak coś umiesz, to umiesz - nie umiesz, to nie umiesz. Co ma do tego szkoła i papierki?
— William Wharton

Dla ciebie jestem ateistą, dla Boga - konstruktywną opozycją.
— Woody Allen

Im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta.
— George Bernard Shaw
22.11.2011 18:42
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Marša Offline
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 378
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #5
RE: Dieu le veut
Ciesze się, że tekst wciągnął i dziękuję za komentarz. Że podchodzi pod fantasy, to też tak myślałam i nie wiedziałam, do którego to działu bardziej pasuje. Ale koniec końców uznałam, że tu w sporej mierze chodzi jednak o pewne relacje miedzy postaciami, a w dodatku dzieje się to w istniejących miejscach (mogę wskazać na mapie Wrocławia gdzie się która scena działa :) ) i obyczajowe/psychologiczne będzie adekwatne. Jak któryś z moderatorów uzna inaczej, to mi przeniesie temat.

š = sz
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.11.2011 19:00 przez Marša.)
22.11.2011 19:00
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Maradine Offline
Senna Mara
*

Liczba postów: 629
Dołączył: 15-02-2011
Reputacja: 4
Pozytywna
Post: #6
RE: Dieu le veut
Spoiler(Pokaż)
Szli wysypaną drobnym żwirem ścieżką[przecinek] mijani przez wielobarwne korowody babć i matek pchających przed sobą wózki ze śpiącymi pociechami. Kobiety zbyt były zajęte rozmowami ze sobą, aby zwrócić uwagę na mijających je mężczyzn. Zresztą nie było w ich widoku niczego aż tak zaskakującego. Może jedynie grupka młodych chłopaków okupująca kilka sąsiednich ławek patrzyła na nich niczym na zjawisko[jakie?], ale to naprawdę nie było nic takiego.
A jednak ksiądz Stasznik czuł się niepewnie. Tak[przecinek] jakby zaraz zza któregoś drzewa mógł ktoś wyskoczyć i wygarnąć mu, z kim niby się zadaje. Bo ksiądz doskonale zdawał sobie sprawę, że jakkolwiek sympatycznie by jego rozmówca nie wyglądał, to jest sługą diabła[przecinek] przez niego samego pewnie wysłanym.
Zadrżał i zacisnął pięści na samą myśl o tym.
— Co ja tutaj robię? — pomyślał.
Lavoisier zerknął na niego kątem oka, jakby usłyszał tę myśl. Był tylko nieznacznie niższy, co jedynie[albo jedynie, albo dodatkowo Blink] dodatkowo wytrącało księdza z równowagi. Przyzwyczajony był do górowania nad wszystkimi. To dodawało mu pewności siebie w trudnych sytuacjach. Teraz jego metr dziewięćdziesiąt z okładem nie miało żadnego znaczenia.
— W zasadzie powinienem chyba księdzu podziękować, że jednak zechciał się ze mną spotkać — diabeł mówił po polsku swobodnie, ale wyraźnie czuło się w jego słowach naleciałości francuskie. — To oszczędziło mi pewnych kłopotów. Degeneracja wiary degeneracją, ale miał ksiądz rację, wchodzenie do domów B[b, bo to przymiotnik]ożych to nie lada kłopot dla takich jak ja.
Stasznik spojrzał nań z mieszaniną oburzenia i zaskoczenia w oczach.
Kto by po takiej szopce nie wyszedł? — pomyślał i znów miał wrażenie, że diabeł wszystko to usłyszał.
Oddalili się od małpiego gaju, zostawiając za sobą większość spacerowiczów, rozwrzeszczane dzieci i narzekające staruszki. Ksiądz doskonale wiedział, ku czemu zmierzają. Pomiędzy drzewami widział już odległy mur z szarych betonowych płyt[przecinek] zwieńczony drutem kolczastym, okalający stary żydowski cmentarz. Kiedyś cały park był cmentarzem i nadal było w nim widać ślady tego okresu. Zagubione płyty, zarośnięte trawą rzędy kamiennych postumentów, na których niegdyś musiały wspierać się krzyże i nagrobki. Niby wszystko to przeniesiono w inne – lepsze – miejsce, ale kto tak naprawdę wiedział ile trumien pozostało jeszcze pod trawnikami? Stasznik próbował o tym nie myśleć. Spuścił wzrok i szedł zapatrzony we własne buty. Miał wrażenie, że zrobiło się nienormalnie[nienaturalnie?] cicho, jakby ktoś zamknął usta wszystkim ludziom, uciszył wiatr i zabrał samochody pędzące Lotniczą i Pilczycką.
— Nie wiem, o jaką szopkę chodzi — Lavoisier odezwał się jako pierwszy.
Ksiądz nie miał ochoty w to wierzyć, a diabeł mówił dalej.
— Więc cokolwiek się stało — Przerwał w pół zdania i przez chwilę szedł[przecinek] patrząc gdzieś w bok od twarzy księdza. Kilka razy przytaknął cicho, a potem roześmiał się. Nie przestając chichotać, przeczesał dłonią kasztanowe włosy i zerknął na księdza, jakby szukał u niego potwierdzenia… Duchowny nie miał pojęcia czego.
— To nie byłem ja — powiedział stanowczo Lavoisier, a jednak nadal sprawiał wrażenie rozbawionego. — Nie wolno nam robić takich rzeczy w miejscach świętych. — Przez chwilę ponownie patrzył gdzieś w bok, a jego uśmiech stawał się coraz bardziej widoczny. — Wejść to jedno, a odwoływać się do mocy, to już zupełnie inna sprawa. Powinien o tym wiedzieć. Ponoć zajmował się egzorcyzmami.
Znów sprawiał wrażenie, że patrzy na kogoś, kogo Stasznik dostrzec nie mógł.
— Wiem, ale potrafić a robić, to jednak znaczna różnica — zauważył[przecinek] uśmiechając się chytrze. — Zresztą za dużo byłoby po takim wybryku papierkowej roboty, a ja jestem raczej leniwy — westchnął. — Niech mi ksiądz uwierzy, że ta szopka, jak ją ksiądz nazwał, to z pewnością nie była moja zasługa, a raczej kogoś od was — ostatnie zdanie było pierwszym od kilkunastu minut, które zdawało się być skierowane właśnie do Stasznika, a nie do kogoś innego. — Wiem, że teraz nic ksiądz nie rozumie, ale zarazem nie wiem, czy mam dość czasu, aby to w tej chwili tłumaczyć. Już chyba mówiłem, że mi się spieszy. Gdyby,[bez przecinka] więc ksiądz zechciał mi pożyczyć tę teczkę na kilka godzin, byłbym wdzięczny.
— To są dokumenty parafii! Nie wolno mi —
[bez przerwy^^]Zamilkł nagle[przecinek] przestraszony śmiałością swojego głosu.
— Proszę — powtórzył diabeł z naciskiem i wyciągnął ku niemu otwartą dłoń.
Pierwszy raz od początku tego dziwnego spotkania ksiądz poczuł prawdziwy strach. Niby wciąż miał przed sobą tę samą osobę, ale teraz poczuł się zupełnie bezbronny. W głowie miał próżnię, a jedyne słowa, jakie pojawiały się na jego ustach[przecinek] były fragmentami modlitw.
— Teczka.
Spojrzał na otwartą dłoń i na czarną teczkę trzymaną przez siebie. To były dokumenty parafii. Jedna z najściślejszych tajemnic!
— A nie mówiłem, że taka gra na nic się nie zda? — westchnął diabeł. — Będzie na ciebie — rzucił[przecinek] patrząc ponad ramieniem duchownego, a potem było już tylko oślepiające światło, zimna, bezduszna cisza i echo powtarzające trzy słowa — Bóg tak chciał.

Przebudzenie się nie należało do najprzyjemniejszych w życiu księdza. Najpierw jego świadomość zarejestrowała ostry zapach medykamentów i jeszcze kilku innych rzeczy[przecinek] nieodmiennie kojarzących mu się ze szpitalami. Po kolejnej długiej chwili dotarły do niego przytłumione szepty[przecinek] tak, jakby ktoś rozmawiał za ścianą. Dopiero po kilku, a może kilkunastu[przecinek] minutach udało mu się pochwycić wśród nich swoje imię i jeszcze parę słów, ale nie był w stanie złożyć ich w jakąkolwiek sensowną całość. Każda kolejna próba jedynie pogłębiała ogarniające go uczucie zagubienia.
W końcu przestał próbować.
Myśl o otworzeniu oczu pojawiła się jako ostatnia i długo wahał się, czy wprowadzić ją w życie. Dopóki miał je zamknięte[przecinek] mógł to wszystko uważać za zwykły sen. Spowiedzi, Lavoisier, park i teczka mogły być jedynie wytworem jego wyobraźni. Ta myśl była przez moment światełkiem w tunelu. Sen! Głupi sen! Może coś więcej, ale nie rzeczywistość. Może spadł ze schodów i stracił przytomność? To przecież mogło się zdarzyć, a wówczas wszystkie niedawne wydarzenia byłyby zwykłym wybrykiem jego wyobraźni!
Uradowany tą hipotezą gwałtownie otworzył oczy i równie szybko je zamknął. Białe światło momentalnie zalało jego umysł. Wwierciło się przez oczodoły w tkankę mózgu i sprawiło, że nie marzył już o niczym innym, poza ponownym pogrążeniem się w ciemnym odrętwieniu. Jego świadomość uciekła. Gnała na złamanie karku nie zwracając na nic uwagi.
Kobieta podeszła do łóżka. Obcasy jej butów uderzały o linoleum, budząc śpiące w kątach sali echo. Sięgnęła po leżący na stoliku plik kartek i bez entuzjazmu przyjrzała się wynikom wszystkich już przeprowadzonych badań. Nic z nich oczywiście nie wynikało, ale chciała zrobić przyjemność stojącemu na korytarzu księdzu, który przejmował się ponad miarę stanem kolegi. Doktor Danecka mogła mu od razu powiedzieć, że to wszystko z przemęczenia, ale dość już w życiu spotkała tego typu ludzi, aby wiedzieć, że go to nie zadowoli. Będzie się dopytywał i zatruwał jej każdą chwilę, aż nie wyprowadzą go siłą. Inaczej stanie się, jeśli powie to samo, ale wcześniej uda wielce zainteresowaną kartą pacjenta. Wówczas wszystko będzie w porządku i ukontentowany petent jeszcze jej ślicznie podziękuje, a ona wróci do swojej pracy. Kilka minut szopki dla kilku godzin spokoju. To po prostu się opłacało.
Spojrzała ponad kartą na leżącego w szpitalnym łóżku mężczyznę. Miał już za sobą przeszło czterdzieści wiosen i z pewnością było to po nim widać. Do tego miał tendencję do łysienia, co sprawiało, że jego czoło wydawało się być przesadnie rozciągnięte. Tak, jakby ktoś z trudem naciągnął je na czaszkę. A mimo tego sprawiał miłe wrażenie. Trochę przypominał jej katechetę, z którym miała zajęcia w podstawówce. Uśmiechnęła się do przykurzonych wspomnień i na chwilę pozwoliła sobie w nich zatonąć. Potem szybko odłożyła kartę i wyszła na korytarz. Nie widziała jak przez twarz nieprzytomnego przebiega skurcz bólu.
— To najprawdopodobniej przemęczenie, nie ma się póki co czym przejmować — zapewniła młodego księdza. — Jeśli ksiądz chce, może ksiądz poczekać w środku. Powinien się niedługo obudzić.
Z tymi słowami odeszła w swoją stronę. Słyszała jeszcze, jak duchowny dziękuje jej i przyrzeka się za nią pomodlić. Nie potrafiła powstrzymać pobłażliwego uśmiechu. Pozwoliła mu rozciągnąć jej usta i zmrużyć oczy.
To na pewno nie zaszkodzi — pomyślała w akompaniamencie gasnącego echa.
Nigdy się nie modliła.

Świadomość pojawiała się powoli.
Wszystkie członki miał jakby wykute z lodu. Ciężkie, zimne i sztywne. W ustach z kolei czuł ogień, który wypalał gardło i gorącym podmuchem wdzierał się do mózgu. A jednak, pomimo bólu, nie był w stanie krzyczeć. Zyskał jedynie świadomość swego istnienia i nic ponadto. Spróbował się poruszyć i nagle zrozumiał, że nie ma czego poruszać. Że nie istnieją jego ręce i nogi, które mogłyby czuć, że nie istnieje głowa i oczy zdolne patrzy[e!!]ć. Nie istnieją uszy, które by słyszały, a jednak wrażenie rozbrzmiewającej wokół muzyki było tak realne, jakby chór stał tuż obok niego. Ale był tylko On, a zarazem jakby i j[J]ego nie było. Zimno i ból nie pochodziły z zewnątrz, lecz były Jego i tylko Jego wytworem[przecinek] tak, jak uczucie cielesności. Jak ciało, do którego tak przywykł, że bez niego nie był w stanie nawet niczego zobaczyć. Postrzeganie zredukowane do pięciu zmysłów. Gdzieś na dnie jego Ja niespokojnie kołatała się myśl, że to nie tak powinno być. Że coś się zepsuło. Nim jednak w ogóle ją zauważył, już tworzył ręce i pobrużdżoną zmarszczkami twarz. Już rodziły się zmęczone oczy, by dawać świadectwo istnienia tego świata. A wszystko po to, aby sam sobie udowodnił, że jest prawdziwy.
Całe eony później nowe – stare oczy w końcu się otworzyły. Zamrugał kilkakrotnie[przecinek] nim obraz spękanej ziemi w końcu nabrał wyraźnych konturów. Leżał na niej. Czuł ją. Była sucha i zmęczona oczekiwaniem na deszcz. Deszcz, który miał nigdy nie nadejść i on o tym wiedział. Choć niebo spowite było ciężkimi chmurami, a w oddali słychać było grzmoty, dolina ta na zawsze miała pozostać wysuszona jak twarz starca.
Z niemałym trudem zmusił stawy, aby pierwszy raz w swoim istnieniu zgięły się i pomogły mu dźwignąć ciężar własnego ciała. Świat zawirował wokół jego głowy, szybko sprowadzając go do pozycji siedzącej. Niebo, spękana ziemia, góry – gdzieś tam – daleko, ciemna smuga rozciągnięta na horyzoncie i las kolczastych krzewów[przecinek] oddzielający go od niej. Wszystko tańczyło[przecinek] przyozdobione czarnymi kwiatami powidoków, a on miał wrażenie, że już kiedyś miał takie oczy i widział takie kwiaty.
Gałęzie krzewów odarte były z liści. Jedynie kolce wyrastały z ich gładkich powierzchni. Wyglądały[przecinek] jakby wszystkie, co do jednego, odlano z błyszczącej stali. Odległe błyskawice tańczyły na ich krawędziach[przecinek] przyciągając wzrok. Wydawały się być takie delikatne. Żyłki srebra uwięzione w stali.
Jego umysł chciał ich sięgnąć, przyjrzeć się im z bliska, lecz już nie umiał zrobić tego sam. To nie on na nie patrzył[przecinek] tylko oczy, to nie on próbował je poczuć[przecinek] tylko dłoń prześlizgująca się po zimnych gałązkach, dotykająca lodowatych kolców. To ona poczuła ból. To oczy zalało światło. To wszystko było nie jego.
Wyzwolony i na powrót zamknięty w klatce pięciu zmysłów.
Chciał krzyczeć, ale nie było jeszcze strun głosowych, a już zaniemówił umysł. Strach kiełkował. Już uczył się przejmować nad nim kontrolę, choć jeszcze przed chwilą w ogóle nie istniał. Paraliżował, rozkazywał, wyszydzał…
Światło.
Niebo rozcięła błyskawica i snopem iskier spadła na krzewy. Srebrzysty ogień wzbił się w powietrze, a wszystko to w absolutnej ciszy. Oczy patrzyły[przecinek] niezdolne skryć się pod powiekami. Łowiły poszczególne płomienie, śledziły ich misterną plątaninę. To one zobaczyły ciemniejszy punkt. Sylwetkę. Istotę. I to one nie uwierzyły samym sobie jako pierwsze. To przez nie on zanegował jej istnienie. Ogień. Srebrny ogień i nic więcej. Białe języki próbowały sięgnąć nieba. Wyżej i wyżej! Wspinały się po sobie nawzajem. Pożerały się i rosły. Wyżej! Jeszcze wyżej!
Wrośnięty w ziemię, zamknięty w ciele[przecinek] mógł tylko patrzeć i czuć.
Wyżej!
Sięgały chmur. Sięgały jego.
Wyżej!
Płonął nieboskłon.
Jeszcze wyżej!
On płonął.
Ciało drgnęło konwulsyjnie. Płuca paliły żądając powietrza. Świat zachodził mgłą. Nowo[spacja]narodzone dłonie zaciskały się w pięści, jakby to mogło pomóc. Umysł krzyczał. Wołał o pomoc, ale już nie umiał swym głosem nikogo dosięgnąć, a ciało milczało. Nieme usta[przecinek] rozwarte w bezgłośnym wrzasku.
Kolejny spazm bólu i wiotczejące mięśnie. Niemal niewyczuwalny przez otępiałe synapsy dotyk chłodnej dłoni[przecinek] zaciskającej się powoli na jego ramieniu. Ostatni obraz z umierających oczu. Sylwetka. Istota utkana ze światła. Jej istnieniu już nie zdążyły zaprzeczyć.
Świat eksplodujący w fontannie światła. Ciało jego rozrywane przez ciemność. I chór wyśpiewujący swą pieśń niewzruszenie.

Obudził się, gwałtownie próbując złapać powietrze. Dłonie miał lepkie od potu, a w głowie szalał mu młot pneumatyczny. Ktoś go podtrzymał, ale nie mógł zobaczyć kto. Oczy przesłaniała mu mgła. Cienie przedmiotów zlewały się ze sobą w szare smugi, jasne światło próbowało rozsadzić mu czaszkę. Instynkt zamknął mu powieki[przecinek] nim w jego głowie zdążyła narodzić się jakakolwiek myśl.
— Spok...nie, Andrzej. J.. wz...am pi...gni...kę!
Zdania[przecinek] rozbite na sylaby[przecinek] zupełnie odarte z sensu. Szarpnął się, ale czyjeś ręce mocniej przycisnęły go do łóżka. Kolejne cienie i głosy. Coś do niego mówili. Czegoś od niego chcieli, ale on ich nie rozumiał. To był bełkot i chaos, a on pragnął spokoju. Znów osunąć się w ciemność. Nie myśleć, nie wiedzieć i nie czuć.
Nie istnieć.

[Obrazek: scaled.php?server=41&filename=wo...es=landing]
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.12.2011 21:49 przez Maradine.)
26.11.2011 23:18
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Marša Offline
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 378
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #7
RE: Dieu le veut - fragment trzeci
— Kiedy ja muszę teraz! Przepuśćcie mnie!
Młody mężczyzna o twarzy poznaczonej bliznami próbował się przecisnąć przez tłumek, niczym korek, blokujący wejście do kościoła. Skutecznie rozpychał się łokciami, nie patrząc nawet na to, komu właśnie niemal łamie żebro. W jego oczach wszyscy ci ludzie byli jedynie bezładną masą stojącą mu na drodze. Nie mogli go zrozumieć! On musiał się wyspowiadać teraz, bo później mogło już być za późno. Tak mało czasu. Malutko — kołatało mu pod czaszką.
— Przepuśćcie mnie! — krzyczał. — Przep —
Jego głos załamał się, gdy czyjaś pięść wbiła się w jego brzuch. Padł na kolana krztusząc się.
— Kolejka jest! - Warknął stojący tuż przed nim mężczyzna o posturze byka. Małymi, głęboko osadzonymi oczkami patrzył na powalonego.
— Jak się nie podoba, to won mi stąd — dodał i splunął.
— Kiedy ja muszę teraz! — zawył tamten próbując podnieść się z chodnika.
— Wszyscy muszą — parsknął kolega byczka i poprawił jego robotę kopniakiem. — My też, a grzecznie czekamy, więc leż psie i się nie rzucaj, bo ci kurwa tak przypierdolę, że przed Sądem Ostatecznym się nie zeskrobiesz!
Powalony coś jeszcze próbował powiedzieć, ale jego słowa zlewały się ze sobą w niezrozumiały bełkot. Ktoś pomógł mu odsunąć się na bok, aby nie blokował wejścia. Na chwilę zapanował spokój.
Z wysokości dachu domu parafialnego dwie pary oczu przyglądały się temu z różnym zainteresowaniem. To nie była pierwsza taka cisza tego wieczoru. Były jak fale. Przychodziły i odchodziły wraz z kolejnymi mężczyznami i kobietami, którzy za wszelką cenę chcieli się wedrzeć do kościoła. Nawet Lavoisier był już tym znudzony. Za pierwszym razem widział w tym coś ciekawego. Absurd zwykł go pociągać, a to było nim przesycone. Wszystko ma jednak swoje granice. To, co jest ciekawe teraz z czasem się przejada. Blednie i staje się nijakie. Taką właśnie była ta bójka w oczach diabła.
— Powariowali. Niedługo będą sobie z nożami do gardeł skakać. Kto by pomyślał, że zryw wiary może mieć tak destrukcyjne skutki? A mówili, że wiara niesie pokój. Il est drôle.
— Tragiczne, a nie zabawne.
Florian spojrzał na anioła siedzącego nieco powyżej. Przez chwilę studiował jego strapioną twarz, zastanawiając się, czy odezwać się już teraz, czy poczekać i posłuchać, co jeszcze ma do powiedzenia. Bowiem zbyt długo go już znał, aby umieć rozpoznać, kiedy kończy myśl, a kiedy jedynie robi dłuższą, niczym nieuzasadnioną, pauzę.
— Poza tym, to nie jest prawdziwa wiara — dokończył anioł wciąż spoglądając na tłum. Ani na chwilę nie zwrócił swojego spojrzenia w stronę diabła. Nie musiał.
— A. A. A! Tego jeszcze nie wiemy, Saisajelu. — odpowiedział, a w jego głosie słychać było nutkę rozbawienia. Sam nie wiedział, czemu pozwolił się jej tam wślizgnąć.
— Nie uwierzę, że to szaleństwo może pochodzić od Najwyższego. Tak szczerze, podejrzewasz nas o aż taką przewrotność? Czy dlatego sam zdecydowałeś się nam pomóc?
Diabeł milczał. Pierwszy raz tego wieczoru patrzyli na siebie. Było w tym ciążące oczekiwanie, nagromadzone przez lata wyrzuty, myśli niewypowiedziane. Uraza i wiele więcej. Ani anioł, ani diabeł — żaden nie zamierzał, jako pierwszy, przerwać milczenia, choć motywy mieli różne. Anioł nie umiał odczuwać tak głębokiego rozgoryczenia i urazy jak diabeł. Jemu z kolei obce było tak wielkie współczucie i tak szczery żal.
Saisajel mógł tak trwać wieki, ale cierpliwość Lavoisiera miała swoje wyraźnie zaznaczone granice.
— Może i tak, ale jest to wasze proverbe… powiedzenie. Jak zwał tak zwał. Niezbadane są wyroki Pana. N'est—ce pas!?
Anioł spuścił głowę i westchnął ciężko. Na chwilę narodził się w nim gniew, jakiego nie czuł od wieków. Sam ten pomysł oburzył go w najwyższym stopniu, a wypowiedziany właśnie przez tego, a nie innego diabła bolał tym bardziej. Przez jedną, krótką chwilę miał ochotę wybić mu zęby wzorem tych osiłków „pilnujących” wejścia do kościoła. To była sekunda, ale wystarczyła, aby sam się siebie przeraził. Zacisnął pięści w bezsilnej złości i tylko patrzył. Z żalem i smutkiem w niebieskich oczach przyglądał się stojącemu na krawędzi dachu diabłu. Trochę to wszystko było podobne do wydarzeń sprzed lat, tylko wtedy w dole nie było tłumu ludzi, a dach był znacznie wyżej. No i kraj był inny, ale to wszystko wydawało się mało ważne. Liczyło się to, że już kiedyś tak stali na wprost siebie. Wtedy nie udało mu się Lavoisiera przekonać. Starał się, ale nie zawsze wszystko wychodzi tak, jakby się tego oczekiwało. To nie tylko ludzka przypadłość.
N'est—ce pas?
Uśmiechnął się nieznacznie słysząc drżenie w głosie diabła. Zwątpienie.
— Sam w to nie wierzysz — odparł, szukając w sobie utraconego spokoju. — Prawda?
— A jeśli wierzę!?
Uśmiechnął się szerzej i zaprzeczył ruchem głowy.
— Nie wierzysz — rzekł powoli. Cały czas patrzył mu prosto w oczy. — Jeśli ty nie jesteś pewien, to ja będę pewnym za ciebie — pomyślał.
W dole znów ktoś się bił. Niezrozumiałe krzyki niosły się w noc. Jakaś kobieta próbowała coś zrobić, ale i ją uciszono.
— Nie powinieneś być teraz przy tym twoim księdzu? — Lavoisier zapytał patrząc w dół, na tłum. — Jesteś jego stróżem.
— Jestem tu, gdzie być powinienem — odrzekł. Nie uważał żeby szersze wyjaśnienie było potrzebne.
— A jeśli coś mu się teraz stanie?
Nie był pewien, czy to, co usłyszał w głosie diabła był jedynie przekorą, czy już groźbą.
— Riehol jest teraz z nim. A ty zmieniasz temat. Nie wierzysz, prawda?
Diabeł jedynie skinął głową zły na siebie i na powrót usiadł na krawędzi dachu. Dochodziła już północ, ale tym w dole nie czyniło to żadnej różnicy. Może było ich mniej, ale byli równie głośni jak wielki tłum, który stał tam rano. Tak samo uparci.
Nawet nie pytają samych siebie, dlaczego i po co się tu znaleźli — myślał. — Gdyby to zrobili, na pewno zobaczyliby, jakie to wszystko jest chore. Wynaturzone. Ale wy tego nie widzicie. Nie chcecie widzieć. Głupcy. Ślepcy. Tym właśnie są ludzie, prawda?
Zwalczył chęć powtórzenia tego pytania z wzrokiem utkwionym w niebie. Jaki byłby tego sens? Co najwyżej anioł zaprzeczyłby. Oni zawsze zaprzeczali, ale tak naprawdę nie mieli o niczym pojęcia. Wyidealizowani, za dobrzy – tacy nie mogli zrozumieć ludzkiej natury. Takie przynajmniej było zdanie Lavoisiera i prawdopodobnie był on jedyną istotą, którą ono w jakikolwiek sposób obchodziło.
— Nie masz czegoś do roboty? — mruknął, mając dość czujnego spojrzenia stróża skupionego na swoich plecach.
— Właśnie pracuję — padła zabarwiona wesołością odpowiedź.
Lavoisier nie wytrzymał. Poderwał się na równe nogi i odwrócił. Każdy człowiek z pewnością spadłby po czymś takim z dachu, ale on nadal stał na jego krawędzi.
— Daj sobie z tym spokój! W ogóle, dlaczego ty!? Nikt inny nie mógł!? Mam ciebie dosyć! Mam was wszystkich dosyć!
I zniknął.
Saisajel uśmiechnął się do siebie zadowolony.
— Dlaczego zawsze go tak wkurzasz?
Stróż odwrócił się i spojrzał na kolegę po fachu.
— Taka moja praca — odparł bezradnie wzruszając ramionami.
Riehol westchnął ciężko.
— Nawet nie będę próbował cię zrozumieć. I proszę, nie próbuj mi nic tłumaczyć!
— Zgoda. Jakieś wieści z wielkiego świata?
Drugi stróż zamyślił się niepewny, od czego zacząć. Dzień, bowiem był wyjątkowo ciekawy.
— Twój ksiądz się obudził. Miał chyba nie najprzyjemniejsze sny. Poza tym ponoć są już pierwsze efekty ze studiowania zawartości tamtej teczki. Nie ma co, wybitnie nam wprowadzenie tej dokumentacji na rękę. Inna rzecz, że sam ten fakt jest podejrzany, ale to ponoć sprawa drugorzędna, więc —
— Ja tylko nie rozumiem, czemu w ogóle musieliśmy je zdobywać — przerwał mu Saisajel. — Nie wydaje ci się, że to wprowadziło tylko jeszcze większe zamieszanie?
— Je? Dokumenty — upewnił się Riehol. — A ja wiem? Tak chyba było szybciej. Wszyscy archaniołowie są ostatnio dziwnie zalatani, dosłownie. Te dokumenty to chyba dobra próbka do wyciągania wniosków. Może być takie wyjaśnienie?
Saisajel przytaknął. Idea miała sens, a to był wystarczający powód, aby uznać ją za prawdziwą.
— To teraz czekamy — stwierdził i położył się na chłodnych dachówkach.
Niebo nieco się przejaśniło i było widać niektóre gwiazdy. Gdyby jeszcze tłum w dole nie był tak głośny.

Z okna swojego pokoju Stasznik mógł obserwować tłum przed kościołem. Mógł, ale tego nie robił. Podobnie jak nie schodził do zakrystii i starał się unikać rozmów na temat całego zamieszania. Tak, jakby to wszystko nie istniało.
I nikt nie miał do niego o to pretensji.
To piątkowe popołudnie niczym się dla niego nie różniło od poprzedniego. Może było trochę zimniej, może przybyło trochę ludzi. W jego pokoju nie miało to żadnego znaczenia. Siedział w głębokim, zmęczonym życiem fotelu i w ciszy czytał książkę. Na niej skupiał całą swoją uwagę. W myślach obracał każde słowo i zdanie, wyciągając zawarty w nich sens. W ten sposób bronił się przed wspomnieniami, a im więcej czasu mijało, tym łatwiej przychodziło mu zrzucić je wszystkie na kark zwykłego przemęczenia.
I tak było dobrze.
Nie zauważył, gdy w pokoju pojawił się ktoś jeszcze.
Saisajel nie zamierzał się narzucać. Najpierw na spokojnie przyjrzał się biblioteczce, później omiótł wzrokiem cały pokój, jakby mogło się w nim cokolwiek zmienić od jego ostatniej wizyty. Skrzywił się na widok misternej pieczęci wyrysowanej kredą na powierzchni drzwi. To tłumaczyło, dlaczego Lavoisier był co najmniej zdenerwowany, gdy dawał mu teczkę. Spotkanie z pieczęcią z pewnością nie należało do przyjemnych i gdyby anioł o niej wiedział od początku sam podjąłby się zwrócenia Stasznikowi dokumentów. Zwłaszcza, gdy w końcu udało mu się uporać z formalnościami i poszerzyły mu się kompetencje. Tylko dzięki temu mógł tu stać zupełnie dla wszystkich widoczny i, na pierwszy rzut oka, zupełnie normalny. To mu naprawdę wiele rzeczy ułatwiało. Gdyby nie przepisy, już wcześniej tak właśnie by tu przyszedł i cała sprawa mogłaby się obyć bez niepotrzebnych sensacji. A tak? Westchnął i przeniósł wzrok na oprawiony w prostą drewnianą ramę obraz Jezusa Chrystusa. To była całkiem niezła kopia Kazimirowskiego, choć anioł szczerze wątpił, aby jej autor w życiu widział oryginał. Kopie kopii, niezliczone, ale nie było powodów do zdziwienia. Przypuszczał, że nie ma w tym kraju człowieka, który by chociaż raz w życiu nie widział reprodukcji „Jezu ufam tobie”. Ilu z nich miało takie wciśnięte w ramy luster, książki bądź dokumenty?
— Dokumenty — powiedział sam do siebie.
Stasznik nawet nie drgnął, jakby w ogóle go nie usłyszał. Saisajel mógł tak czekać cierpliwie przez długie godziny, dni, miesiące. Dla niego nie stanowiło to większej różnicy. Choćby do wieczności, tylko wątpił, aby Stasznik miał tyle czasu. Chrząknął tak, jak to widział w filmach. Finalnie musiał chrząknąć cztery razy nim świadomość księdza uznała, iż nie jest to omam słuchowy ani hałas z zewnątrz. Anioł bacznie przyglądał się jego twarzy, gdy ta najpierw zbladła i poszarzała niemal wtapiając się w kolorystykę ścian pokoju, a po chwili zaczęła nabierać intensywnie czerwonej barwy. W zasadzie nie zastanawiał się jak to spotkanie przebiegnie i dlatego nie był zaskoczony, gdy cokolwiek niezręczną ciszę przerwało gniewne „kim pan jest i co pan tu robi?”
— Od którego pytania mam zacząć? — zapytał niewzruszony.
Nieczęsto zdarzało mu się rozmawiać z chronionymi przez niego ludźmi w tak bezpośredni sposób, ale trochę praktyki już miał. Wystarczyło jej, aby wiedzieć, że potrafią oni dość ekspresywnie reagować na to, co mówi i dlatego warto ostrożnie dozować informacje. Podobnie, jak wyskakiwanie w białym prześcieradle i ze skrzydłami oraz aureolą nie zawsze przynosi oczekiwane rezultaty i potem ktoś musi przepraszać lekarzy za zamieszanie i niepotrzebną interwencję.
— Kim pan jest? — powtórzył stanowczo Stasznik zaciskając dłonie na zamkniętej książce.
— W najprostszym ujęciu sprawy twoim aniołem stróżem. To chyba też nieco rozwiązuje problem drugiego pytania, prawda?
Ksiądz nie odpowiedział. Usta miał zaciśnięte, a oczy aż za szeroko otwarte. Knykcie bielały mu coraz bardziej gdy wbijał palce w Bogu ducha winną okładkę.
— Pomyśl logicznie, Andrzeju. Drzwi są zamknięte na klucz, okno też, zresztą znajduje się dość wysoko, więc nim bym się tu nie dostał. Motyw z kominkiem możemy odłożyć na bok, bo go tu nie ma. A demonem lub diabłem być nie mogę, prawda? — Na chwilę jego spojrzenie powędrowało w stronę pieczęci. Prześlizgnęło się po kredowych łukach i wróciło do księdza. Ten patrzył na niego, a może raczej przez niego na powieszony na ścianie różaniec. Saisajel czekał. Sekundy, minuty… Ciszę można było kroić niczym tort urodzinowy.
— Ale…
Saisajel drgnął, ale na próżno. Ksiądz nie rozwinął myśli. Trwali w stop – klatce filmu powszechnie nazywanego życiem. Cała scena ograniczała się do tego jednego pokoju i, w zasadzie, świat na zewnątrz mógłby równie dobrze nie istnieć. Za oknem ściemniło się już dostatecznie, aby uznać, że niczego tam nie ma. I tylko teczka stojąca koło anioła zadawała temu kłam.Tam był cały chory świat, który Saisajel i inni mieli uleczyć nim stanie się coś nieodwracalnego. Co takiego? Sami nie wiedzieli. Pan ich wiedział.
Chyba.
— Dlaczego…
— Dlaczego, co? — podjął zupełnie obojętnie.
— Teraz. Dlaczego teraz mi się ukazujesz?
Anioł zdusił w sobie westchnięcie. Nie chciał tego wyjaśniać. W ogóle wolał nie mówić za wiele. Ta odrobina niewiedzy jeszcze żadnemu człowiekowi na złe nie wyszła, za to ci, co bardziej doinformowani kończyli różnie. Saisajel wolał nie widzieć księdza Stasznika na stosie bądź czymś mu podobnym.
— Bo wcześniej nie było ku temu powodu — odparł z nadzieją, że taka wersja „bo tak” księdza zadowoli.
— A teraz jest. Ten diabeł —
— Florian – przerwał mu.
— Ty…
— Teraz jestem tu po to, aby oddać tę teczkę.
— To był sen. Przywidzenie!
— Niestety, ale raczej nie. Ale jeśli tak jest ci łatwiej, to możesz w to wierzyć. Tak będzie nawet lepiej. Niech ja i Florian będziemy wytworami twojej wyobraźni. Dobrze?
Ksiądz patrzył na niego. Anioł słyszał jego chaotyczne myśli. Jedne przekrzykiwały drugie. A że to miraż, złudzenie! Że Saisajel nie istnieje! I były jeszcze te spokojniejsze, należące do duchownego, który już w wiele w życiu widział, a jego wiara była głęboka. Te nie protestowały przeciw istnieniu anioła. Wręcz przeciwnie. Były pewne, iż jest on jak najbardziej prawdziwy. Co z tego, że wyglądający tak zwyczajnie w białych spodniach z kantem, luźnej koszuli i z blond włosami spiętymi na karku.
— Naprawdę jesteś moim aniołem stróżem?
Saisajel przytaknął.
— Zawsze miałem wrażenie, że jesteś gdzieś przy mnie — Stasznik roześmiał się niepewnie. — Chociaż ostatnio —
— Byłem tu niemal cały czas, ale nie mogłeś mnie zobaczyć. Nigdy nie powinniśmy byli się spotkać tak, jak teraz, ale mamy sytuację wyjątkową.
— Ten diabeł. On coś zrobił, prawda? Był w kościele…
— Nie. On nie jest niczemu winien. Gdyby był, to wszystko byłoby o wiele prostsze.
— W takim razie, co się dzieje?
— Nie powinienem o tym rozmawiać. Przykro mi. Przepraszam za to całe zamieszanie, bo to po trosze moja wina, że akurat ty zostałeś w to wplątany, ale jakkolwiek wydać się to może dziwne, potrzebowaliśmy tych dokumentów.
Rozhisteryzowane myśli cichły. Ksiądz powoli odłożył książkę na stolik i wstał. Ani na chwilę nie spuszczał wzroku z anioła. Oto nadarzyła się okazja, aby zadać te wszystkie dręczące go pytania i jak na złość odczuwał kompletną pustkę w głowie.
— Ci ludzie, którzy tak bardzo chcą się wyspowiadać — zaczął niepewnie, ale w sumie to była jedyna rzecz, jak przyszła mu na myśl. — To nie jest normalne, prawda?
— Tak. Nie jest. Tylko jeszcze nie wiemy, co to wywołało, ale pracujemy nad tym — odparł spokojnie Saisajel.
— Dlatego potrzebowaliście tych dokumentów?
— Tak. Dzięki nim możemy dotrzeć od razu do ich stróżów. Tak jest szybciej, niż gdyby każdy stróż miał zdać raport przełożonym, ci swoim przełożonym i tak dalej. Wszyscy są bardzo zapracowani, nie potrzeba nam dodatkowej roboty.
— Ten diabeł też chciał je zdobyć.
— Tak. Dla nas. Zdobył je.
Ksiądz patrzył na niego wyczekująco. Oto pierwszy raz od wielu lat nadarzyła się Saisajelowi okazja, aby móc opowiedzieć o tym, co wydarzyło się przeszło dwieście lat temu i choć nadal uważał, że im mniej ksiądz wie tym lepiej, to pokusa była ogromna. A przecież nie była to historia w żaden sposób zakazana.
— Biurokracja nie jest ludzkim wynalazkiem. My też mamy pewną jej odmianę. Hierarchizacja, prawa, obowiązki. Nawet archaniołowie nie mogą objawiać się kiedy i komu chcą, a co dopiero taki stróż jak ja.
— Ale teraz —
— Teraz dostałem pozwolenie. Ale wtedy istotną rolę odgrywał czas, więc zamiast czekać „poprosiłem” Floriana. Nikt się temu nie sprzeciwił.
— Ale on jest diabłem! — Ksiądz sprawiał wrażenie co najmniej zbulwersowanego. Jego dłonie znów zacisnęły się w pięści, a twarz poczerwieniała. Saisajel wcale się temu nie dziwił. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i zupełnie zniszczy światopogląd tego człowieka, i będzie mógł mieć o to pretensje tylko do siebie.
— To trochę bardziej skomplikowana sprawa — westchnął. — Florian nie zawsze był tym, kim jest teraz. A nazywanie go diabłem, to pewna przesada. Człowiek nie może zostać aniołem, ani zwykłym, ani upadłym. A to, kim jest teraz Florian, to po części moja wina i nie wypieram się tego. Nie umiałem go powstrzymać, mimo że dane było mi z nim rozmawiać w cztery oczy. Byłem jego stróżem i zawiodłem. Co ja mówię, nadal jestem jego stróżem, choć nikt o tym nie pamięta — roześmiał się. Mówił już bardziej do siebie niż do księdza, głosem niewiele głośniejszym od szeptu, przepełnionym żalem i zrezygnowaniem. — Biurokracja. Przepisy. Mamy taki przepis, prawo albo zwyczaj, nazywaj to jak chcesz. Stróż jest związany z człowiekiem aż do śmierci tego drugiego. Potem to już sentyment, dobre wspomnienia, wszystko, ale nie obowiązek. Tylko, że Florian nie umarł — parsknął. — Zawisł gdzieś pomiędzy i jak sam widziałeś ma się nawet nieźle. Tylko nikt poza mną o tym nie pamięta. Może nawet nie chcą pamiętać. To nie moja sprawa. Twoja też nie. Będzie lepiej, jeśli o tym zapomnisz — westchnął i oparł się o ścianę. — Weź teczkę i bądź, kim byłeś. Taka stróża rada, bo jesteś dobrym człowiekiem. Dobranoc.
I zniknął. Tak po prostu. Stasznik został w pokoju sam z dokumentami i niedoczytaną książką. Z pytaniami, które nagle zaczęły wyłaniać się z nieuporządkowanych myśli.

Cmentarz żydowski oddzielający Gądów od Kozanowa z dwóch stron ograniczony był ruchliwymi drogami, a z kolejnych dwóch sąsiadowały z nim park i działki, a mimo tego był cichy i spokojny. Ruina starej kaplicy — gołe ściany z wykuszami zwieńczonych łagodnym łukiem okien — zapraszała do siebie. A przynajmniej takie wrażenie miał Florian, gdy przyszedł tu i jak gdyby nigdy nic położył się na pokrytym papą dachu. Było ciepło i sennie. W takich chwilach wspomnienia stawały się najbardziej wyraźne. Kolory, dźwięki a nawet zapachy, wszystkie tak wyraźne, jakby od tamtych dni upłynęła zaledwie chwila, a nie dwa długie wieki.

c.d.n.

š = sz
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.12.2011 08:35 przez Marša.)
26.11.2011 23:24
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Voronwë Offline
Pachoł
Użytkownik

Liczba postów: 384
Dołączył: 01-08-2010
Reputacja: 0
Neutralna
Post: #8
RE: Dieu le veut
Pozwolę sobie na komentarz po dwóch częściach, bo trzeciej jeszcze nie przeczytałem.

Cytat:— Więc cokolwiek się stało —
Przerwał w pół zdania i przez chwilę szedł patrząc gdzieś w bok od twarzy księdza.

Cytat:— To są dokumenty parafii! Nie wolno mi —
Zamilkł nagle przestraszony śmiałością swojego głosu.

Tych enterów nie rozumiem, a powracając jeszcze na chwile tutaj:

Cytat:— Więc cokolwiek się stało —
Przerwał w pół zdania i przez chwilę szedł patrząc gdzieś w bok od twarzy księdza.
Ja użyłbym tutaj wielokropka, bo wtedy wszystko wyglądałoby ładniej i czytałoby mi się to lepiej.

Niewiele więcej wyłapałem, a komentuję z dość dużym poślizgiem, więc w kwestii błędów nie pomogę.

Tekst zainteresował mnie w zasadzie od pierwszej linijki. Bardzo ciekawy pomysł, i tajemniczość, sprawia, że człowiek chce więcej, żeby się coś już wyjaśniło. Zdecydowanie wciąga.
Zgadzam się z tym, że pierwsza część jest lepsza od drugiej. Odniosłem wrażenie, że to dlatego, iż wchodzimy w ten inny świat, a tam opisy są takie (brakuje mi odpowiedniego słowa) poetyckie. Inne, a to trochę kontrastuje z pozostałą częścią tekstu.

Jedyne do czego mogę się przyczepić to do protokoły. Cóż wprowadzenie ich jest dal mnie sprawą ciekawą, a zostało brutalnie pominięte i wciśnięte, według mnie, trochę na siłę. Wprowadzenie czegoś takiego musiało mieć jakiś konkretny powód, bo przecież to nie widzimisię proboszcza. Samo napomknienie, że nie wiadomo po co, mnie zupełnie nie satysfakcjonuje.

Mam nadzieje, ze uda mi się znaleźć czas na następne części Smile

Kłapouchy.

Sztylety kryją się w ludzkich uśmiechach.

28.11.2011 22:03
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Marša Offline
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 378
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #9
RE: Dieu le veut
Co do tych dziwnych enterów to już tłumaczę. Ot taka moja maniera, a w sumie podłapana w książkach jednego autora, zapisywania dialogów gdy ktoś nie tyle co sam zawiesił głos (i to byłby wielokropek), ale gdy mu przerwano w pół zdania/słowa :) Ot sygnalizuje tak pewną różnicę w przyczynie urwania zdania :)


Dziękuję za komentarz :)

š = sz
28.11.2011 22:09
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Voronwë Offline
Pachoł
Użytkownik

Liczba postów: 384
Dołączył: 01-08-2010
Reputacja: 0
Neutralna
Post: #10
RE: Dieu le veut
No i teraz wszystko stało się jasne. Nigdy się jeszcze z czymś takim nie spotkałem, dlatego nie zrozumiałem zabiegu. Chociaż ja pozostanę jednak przy wielokropkach Blink

Sztylety kryją się w ludzkich uśmiechach.

28.11.2011 22:20
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Odpowiedz 


Skocz do: