Szli wysypaną drobnym żwirem ścieżką
[przecinek] mijani przez wielobarwne korowody babć i matek pchających przed sobą wózki ze śpiącymi pociechami. Kobiety zbyt były zajęte rozmowami ze sobą, aby zwrócić uwagę na mijających je mężczyzn. Zresztą nie było w ich widoku niczego aż tak zaskakującego. Może jedynie grupka młodych chłopaków okupująca kilka sąsiednich ławek patrzyła na nich niczym na zjawisko
[jakie?], ale to naprawdę nie było nic takiego.
A jednak ksiądz Stasznik czuł się niepewnie. Tak
[przecinek] jakby zaraz zza któregoś drzewa mógł ktoś wyskoczyć i wygarnąć mu, z kim niby się zadaje. Bo ksiądz doskonale zdawał sobie sprawę, że jakkolwiek sympatycznie by jego rozmówca nie wyglądał, to jest sługą diabła
[przecinek] przez niego samego pewnie wysłanym.
Zadrżał i zacisnął pięści na samą myśl o tym.
— Co ja tutaj robię? — pomyślał.
Lavoisier zerknął na niego kątem oka, jakby usłyszał tę myśl. Był tylko nieznacznie niższy, co jedynie
[albo jedynie, albo dodatkowo
] dodatkowo wytrącało księdza z równowagi. Przyzwyczajony był do górowania nad wszystkimi. To dodawało mu pewności siebie w trudnych sytuacjach. Teraz jego metr dziewięćdziesiąt z okładem nie miało żadnego znaczenia.
— W zasadzie powinienem chyba księdzu podziękować, że jednak zechciał się ze mną spotkać — diabeł mówił po polsku swobodnie, ale wyraźnie czuło się w jego słowach naleciałości francuskie. — To oszczędziło mi pewnych kłopotów. Degeneracja wiary degeneracją, ale miał ksiądz rację, wchodzenie do domów B
[b, bo to przymiotnik]ożych to nie lada kłopot dla takich jak ja.
Stasznik spojrzał nań z mieszaniną oburzenia i zaskoczenia w oczach.
Kto by po takiej szopce nie wyszedł? — pomyślał i znów miał wrażenie, że diabeł wszystko to usłyszał.
Oddalili się od małpiego gaju, zostawiając za sobą większość spacerowiczów, rozwrzeszczane dzieci i narzekające staruszki. Ksiądz doskonale wiedział, ku czemu zmierzają. Pomiędzy drzewami widział już odległy mur z szarych betonowych płyt
[przecinek] zwieńczony drutem kolczastym, okalający stary żydowski cmentarz. Kiedyś cały park był cmentarzem i nadal było w nim widać ślady tego okresu. Zagubione płyty, zarośnięte trawą rzędy kamiennych postumentów, na których niegdyś musiały wspierać się krzyże i nagrobki. Niby wszystko to przeniesiono w inne – lepsze – miejsce, ale kto tak naprawdę wiedział ile trumien pozostało jeszcze pod trawnikami? Stasznik próbował o tym nie myśleć. Spuścił wzrok i szedł zapatrzony we własne buty. Miał wrażenie, że zrobiło się nienormalnie
[nienaturalnie?] cicho, jakby ktoś zamknął usta wszystkim ludziom, uciszył wiatr i zabrał samochody pędzące Lotniczą i Pilczycką.
— Nie wiem, o jaką szopkę chodzi — Lavoisier odezwał się jako pierwszy.
Ksiądz nie miał ochoty w to wierzyć, a diabeł mówił dalej.
— Więc cokolwiek się stało — Przerwał w pół zdania i przez chwilę szedł
[przecinek] patrząc gdzieś w bok od twarzy księdza. Kilka razy przytaknął cicho, a potem roześmiał się. Nie przestając chichotać, przeczesał dłonią kasztanowe włosy i zerknął na księdza, jakby szukał u niego potwierdzenia… Duchowny nie miał pojęcia czego.
— To nie byłem ja — powiedział stanowczo Lavoisier, a jednak nadal sprawiał wrażenie rozbawionego. — Nie wolno nam robić takich rzeczy w miejscach świętych. — Przez chwilę ponownie patrzył gdzieś w bok, a jego uśmiech stawał się coraz bardziej widoczny. — Wejść to jedno, a odwoływać się do mocy, to już zupełnie inna sprawa. Powinien o tym wiedzieć. Ponoć zajmował się egzorcyzmami.
Znów sprawiał wrażenie, że patrzy na kogoś, kogo Stasznik dostrzec nie mógł.
— Wiem, ale potrafić a robić, to jednak znaczna różnica — zauważył
[przecinek] uśmiechając się chytrze. — Zresztą za dużo byłoby po takim wybryku papierkowej roboty, a ja jestem raczej leniwy — westchnął. — Niech mi ksiądz uwierzy, że ta szopka, jak ją ksiądz nazwał, to z pewnością nie była moja zasługa, a raczej kogoś od was — ostatnie zdanie było pierwszym od kilkunastu minut, które zdawało się być skierowane właśnie do Stasznika, a nie do kogoś innego. — Wiem, że teraz nic ksiądz nie rozumie, ale zarazem nie wiem, czy mam dość czasu, aby to w tej chwili tłumaczyć. Już chyba mówiłem, że mi się spieszy. Gdyby,
[bez przecinka] więc ksiądz zechciał mi pożyczyć tę teczkę na kilka godzin, byłbym wdzięczny.
— To są dokumenty parafii! Nie wolno mi —
[bez przerwy^^]Zamilkł nagle
[przecinek] przestraszony śmiałością swojego głosu.
— Proszę — powtórzył diabeł z naciskiem i wyciągnął ku niemu otwartą dłoń.
Pierwszy raz od początku tego dziwnego spotkania ksiądz poczuł prawdziwy strach. Niby wciąż miał przed sobą tę samą osobę, ale teraz poczuł się zupełnie bezbronny. W głowie miał próżnię, a jedyne słowa, jakie pojawiały się na jego ustach
[przecinek] były fragmentami modlitw.
— Teczka.
Spojrzał na otwartą dłoń i na czarną teczkę trzymaną przez siebie. To były dokumenty parafii. Jedna z najściślejszych tajemnic!
— A nie mówiłem, że taka gra na nic się nie zda? — westchnął diabeł. — Będzie na ciebie — rzucił
[przecinek] patrząc ponad ramieniem duchownego, a potem było już tylko oślepiające światło, zimna, bezduszna cisza i echo powtarzające trzy słowa — Bóg tak chciał.
Przebudzenie się nie należało do najprzyjemniejszych w życiu księdza. Najpierw jego świadomość zarejestrowała ostry zapach medykamentów i jeszcze kilku innych rzeczy
[przecinek] nieodmiennie kojarzących mu się ze szpitalami. Po kolejnej długiej chwili dotarły do niego przytłumione szepty
[przecinek] tak, jakby ktoś rozmawiał za ścianą. Dopiero po kilku, a może kilkunastu
[przecinek] minutach udało mu się pochwycić wśród nich swoje imię i jeszcze parę słów, ale nie był w stanie złożyć ich w jakąkolwiek sensowną całość. Każda kolejna próba jedynie pogłębiała ogarniające go uczucie zagubienia.
W końcu przestał próbować.
Myśl o otworzeniu oczu pojawiła się jako ostatnia i długo wahał się, czy wprowadzić ją w życie. Dopóki miał je zamknięte
[przecinek] mógł to wszystko uważać za zwykły sen. Spowiedzi, Lavoisier, park i teczka mogły być jedynie wytworem jego wyobraźni. Ta myśl była przez moment światełkiem w tunelu. Sen! Głupi sen! Może coś więcej, ale nie rzeczywistość. Może spadł ze schodów i stracił przytomność? To przecież mogło się zdarzyć, a wówczas wszystkie niedawne wydarzenia byłyby zwykłym wybrykiem jego wyobraźni!
Uradowany tą hipotezą gwałtownie otworzył oczy i równie szybko je zamknął. Białe światło momentalnie zalało jego umysł. Wwierciło się przez oczodoły w tkankę mózgu i sprawiło, że nie marzył już o niczym innym, poza ponownym pogrążeniem się w ciemnym odrętwieniu. Jego świadomość uciekła. Gnała na złamanie karku nie zwracając na nic uwagi.
Kobieta podeszła do łóżka. Obcasy jej butów uderzały o linoleum, budząc śpiące w kątach sali echo. Sięgnęła po leżący na stoliku plik kartek i bez entuzjazmu przyjrzała się wynikom wszystkich już przeprowadzonych badań. Nic z nich oczywiście nie wynikało, ale chciała zrobić przyjemność stojącemu na korytarzu księdzu, który przejmował się ponad miarę stanem kolegi. Doktor Danecka mogła mu od razu powiedzieć, że to wszystko z przemęczenia, ale dość już w życiu spotkała tego typu ludzi, aby wiedzieć, że go to nie zadowoli. Będzie się dopytywał i zatruwał jej każdą chwilę, aż nie wyprowadzą go siłą. Inaczej stanie się, jeśli powie to samo, ale wcześniej uda wielce zainteresowaną kartą pacjenta. Wówczas wszystko będzie w porządku i ukontentowany petent jeszcze jej ślicznie podziękuje, a ona wróci do swojej pracy. Kilka minut szopki dla kilku godzin spokoju. To po prostu się opłacało.
Spojrzała ponad kartą na leżącego w szpitalnym łóżku mężczyznę. Miał już za sobą przeszło czterdzieści wiosen i z pewnością było to po nim widać. Do tego miał tendencję do łysienia, co sprawiało, że jego czoło wydawało się być przesadnie rozciągnięte. Tak, jakby ktoś z trudem naciągnął je na czaszkę. A mimo tego sprawiał miłe wrażenie. Trochę przypominał jej katechetę, z którym miała zajęcia w podstawówce. Uśmiechnęła się do przykurzonych wspomnień i na chwilę pozwoliła sobie w nich zatonąć. Potem szybko odłożyła kartę i wyszła na korytarz. Nie widziała jak przez twarz nieprzytomnego przebiega skurcz bólu.
— To najprawdopodobniej przemęczenie, nie ma się póki co czym przejmować — zapewniła młodego księdza. — Jeśli ksiądz chce, może ksiądz poczekać w środku. Powinien się niedługo obudzić.
Z tymi słowami odeszła w swoją stronę. Słyszała jeszcze, jak duchowny dziękuje jej i przyrzeka się za nią pomodlić. Nie potrafiła powstrzymać pobłażliwego uśmiechu. Pozwoliła mu rozciągnąć jej usta i zmrużyć oczy.
To na pewno nie zaszkodzi — pomyślała w akompaniamencie gasnącego echa.
Nigdy się nie modliła.
Świadomość pojawiała się powoli.
Wszystkie członki miał jakby wykute z lodu. Ciężkie, zimne i sztywne. W ustach z kolei czuł ogień, który wypalał gardło i gorącym podmuchem wdzierał się do mózgu. A jednak, pomimo bólu, nie był w stanie krzyczeć. Zyskał jedynie świadomość swego istnienia i nic ponadto. Spróbował się poruszyć i nagle zrozumiał, że nie ma czego poruszać. Że nie istnieją jego ręce i nogi, które mogłyby czuć, że nie istnieje głowa i oczy zdolne patrzy
[e!!]ć. Nie istnieją uszy, które by słyszały, a jednak wrażenie rozbrzmiewającej wokół muzyki było tak realne, jakby chór stał tuż obok niego. Ale był tylko On, a zarazem jakby i j
[J]ego nie było. Zimno i ból nie pochodziły z zewnątrz, lecz były Jego i tylko Jego wytworem
[przecinek] tak, jak uczucie cielesności. Jak ciało, do którego tak przywykł, że bez niego nie był w stanie nawet niczego zobaczyć. Postrzeganie zredukowane do pięciu zmysłów. Gdzieś na dnie jego Ja niespokojnie kołatała
się myśl, że to nie tak powinno być. Że coś się zepsuło. Nim jednak w ogóle ją zauważył, już tworzył ręce i pobrużdżoną zmarszczkami twarz. Już rodziły się zmęczone oczy, by dawać świadectwo istnienia tego świata. A wszystko po to, aby sam sobie udowodnił, że jest prawdziwy.
Całe eony później nowe – stare oczy w końcu się otworzyły. Zamrugał kilkakrotnie
[przecinek] nim obraz spękanej ziemi w końcu nabrał wyraźnych konturów. Leżał na niej. Czuł ją. Była sucha i zmęczona oczekiwaniem na deszcz. Deszcz, który miał nigdy nie nadejść i on o tym wiedział. Choć niebo spowite było ciężkimi chmurami, a w oddali słychać było grzmoty, dolina ta na zawsze miała pozostać wysuszona jak twarz starca.
Z niemałym trudem zmusił stawy, aby pierwszy raz w swoim istnieniu zgięły się i pomogły mu dźwignąć ciężar własnego ciała. Świat zawirował wokół jego głowy, szybko sprowadzając go do pozycji siedzącej. Niebo, spękana ziemia, góry – gdzieś tam – daleko, ciemna smuga rozciągnięta na horyzoncie i las kolczastych krzewów
[przecinek] oddzielający go od niej. Wszystko tańczyło
[przecinek] przyozdobione czarnymi kwiatami powidoków, a on miał wrażenie, że już kiedyś miał takie oczy i widział takie kwiaty.
Gałęzie krzewów odarte były z liści. Jedynie kolce wyrastały z ich gładkich powierzchni. Wyglądały
[przecinek] jakby wszystkie, co do jednego, odlano z błyszczącej stali. Odległe błyskawice tańczyły na ich krawędziach
[przecinek] przyciągając wzrok. Wydawały się być takie delikatne. Żyłki srebra uwięzione w stali.
Jego umysł chciał ich sięgnąć, przyjrzeć się im z bliska, lecz już nie umiał zrobić tego sam. To nie on na nie patrzył
[przecinek] tylko oczy, to nie on próbował je poczuć
[przecinek] tylko dłoń prześlizgująca się po zimnych gałązkach, dotykająca lodowatych kolców. To ona poczuła ból. To oczy zalało światło. To wszystko było nie jego.
Wyzwolony i na powrót zamknięty w klatce pięciu zmysłów.
Chciał krzyczeć, ale nie było jeszcze strun głosowych, a już zaniemówił umysł. Strach kiełkował. Już uczył się przejmować nad nim kontrolę, choć jeszcze przed chwilą w ogóle nie istniał. Paraliżował, rozkazywał, wyszydzał…
Światło.
Niebo rozcięła błyskawica i snopem iskier spadła na krzewy. Srebrzysty ogień wzbił się w powietrze, a wszystko to w absolutnej ciszy. Oczy patrzyły
[przecinek] niezdolne skryć się pod powiekami. Łowiły poszczególne płomienie, śledziły ich misterną plątaninę. To one zobaczyły ciemniejszy punkt. Sylwetkę. Istotę. I to one nie uwierzyły samym sobie jako pierwsze. To przez nie on zanegował jej istnienie. Ogień. Srebrny ogień i nic więcej. Białe języki próbowały sięgnąć nieba. Wyżej i wyżej! Wspinały się po sobie nawzajem. Pożerały się i rosły. Wyżej! Jeszcze wyżej!
Wrośnięty w ziemię, zamknięty w ciele
[przecinek] mógł tylko patrzeć i czuć.
Wyżej!
Sięgały chmur. Sięgały jego.
Wyżej!
Płonął nieboskłon.
Jeszcze wyżej!
On płonął.
Ciało drgnęło konwulsyjnie. Płuca paliły żądając powietrza. Świat zachodził mgłą. Nowo
[spacja]narodzone dłonie zaciskały się w pięści, jakby to mogło pomóc. Umysł krzyczał. Wołał o pomoc, ale już nie umiał swym głosem nikogo dosięgnąć, a ciało milczało. Nieme usta
[przecinek] rozwarte w bezgłośnym wrzasku.
Kolejny spazm bólu i wiotczejące mięśnie. Niemal niewyczuwalny przez otępiałe synapsy dotyk chłodnej dłoni
[przecinek] zaciskającej się powoli na jego ramieniu. Ostatni obraz z umierających oczu. Sylwetka. Istota utkana ze światła. Jej istnieniu już nie zdążyły zaprzeczyć.
Świat eksplodujący w fontannie światła. Ciało jego rozrywane przez ciemność. I chór wyśpiewujący swą pieśń niewzruszenie.
Obudził się, gwałtownie próbując złapać powietrze. Dłonie miał lepkie od potu, a w głowie szalał mu młot pneumatyczny. Ktoś go podtrzymał, ale nie mógł zobaczyć kto. Oczy przesłaniała mu mgła. Cienie przedmiotów zlewały się ze sobą w szare smugi, jasne światło próbowało rozsadzić mu czaszkę. Instynkt zamknął mu powieki
[przecinek] nim w jego głowie zdążyła narodzić się jakakolwiek myśl.
— Spok...nie, Andrzej. J.. wz...am pi...gni...kę!
Zdania
[przecinek] rozbite na sylaby
[przecinek] zupełnie odarte z sensu. Szarpnął się, ale czyjeś ręce mocniej przycisnęły go do łóżka. Kolejne cienie i głosy. Coś do niego mówili. Czegoś od niego chcieli, ale on ich nie rozumiał. To był bełkot i chaos, a on pragnął spokoju. Znów osunąć się w ciemność. Nie myśleć, nie wiedzieć i nie czuć.
Nie istnieć.