RE: Ekipa C
Och, dziękuję! Na pewno zamieszczę .
Co do dialogów, problemów z nimi raczej nie mam, jeśli już, to z niedbałości i pośpiechu... Zdarza się. Ale poprawię to. O..O
I dalej...
***
Mangoo podpełzło pod krzesło Krokieta tak głośno, jak to było możliwe. Zadowolone z siebie i całkowicie pewne, że Krokiet go nie słyszał. Zaczęło piąć się w górę, robiąc jeszcze więcej hałasu i szarpiąc jego koszulkę. Niezauważone. Nieprzewidywalne. Śmiertelnie niebezpieczne. Krokiet miał w zwyczaju strząsać je z siebie albo udawać zaskoczonego, żeby się cieszyło. Tak bardzo je kochał, że aż przestał patrzeć w monitor i jakieś orki stłukły jego Szamana na miazgę. Kiedy pasek HP się wyczerpał, Krokiet poczuł, że oto nastąpił koniec świata i chyba rzuci się z mostu. Ale do mostu było daleko, a jedyna trasa, którą Krokiet skłonny był wykonać, to długa i pełna niebezpieczeństw droga do kuchni… I z powrotem. Stworzenie wlazło mu na głowę i wychyliło się do przodu. A kiedy mordka Mangoo i twarz Krokieta znalazły się idealnie naprzeciw siebie, nabrało głośno powietrza i zamachnęło się dziko.
– Technika zło! LEPKA ŁAPKA! PAC!
Mała poduszeczka wylądowała z głośnym plaśnięciem gdzieś na czole ofiary. Krokiet pomyślał, że jest głęboko nieszczęśliwy i świat, który go otacza, jest przerażający.
– Och – wykrztusił z zaskoczeniem.
Murtagh udawał, że doskonale wie, o co Geraltowi chodzi. Przybrał na twarz inteligentny wyraz i zmierzwił włosy, niby w zamyśleniu. Wszyscy czekają? Na niego? Ale o co chodzi? Dlaczego Geralt się po niego pofatygował? Dlaczego Achaja wygląda na rozbawioną? Dlaczego Rusty jeszcze nie odkleił się od ściany? I dlaczego, do jasnej cholery, tosty zawsze spadają masłem w dół?! Po tym ostatnim pytaniu zdał sobie sprawę, że ma niesamowicie dużo rzeczy do przemyślenia. Zagapił się w ścianę.
– Ehem, Rust? Nic ci nie jest? Wyglądasz jak… – wiedźmin zachichotał i usiadł na kanapie z takim impetem, że Achaję wypchnęło do przodu i przestała się zapadać.
– Blah…
– Uznam to za tak! Ktoś chce pić? Bo czekamy jeszcze na kilka osób, zanim pójdziemy do centrum…
Rusty podniósł się z podłogi i otrzepał futerko. Był małym, grubym nietoperzem–wampirem, który żywił się ciastkami bo uznał, że picie krwi jest poniżej jego poziomu. Dwa kły wystawały mu lekko. Czasami zahaczał nimi o poduszkę podczas snu, ale jego problemy skończyły się wraz z dniem, w którym przestał sypiać. Zupełnie jak Murtgh, ciągnął na energolach, kawie i sporej dawce węglowodanów. I fastfoodów.
– Napiję się kawy.
– Ja też… – Murtagh nadal gapił się tępo w gładź na swojej ścianie, jakby gdyby było w niej coś fascynującego.
– No. To idź do kuchni, Achaju, i zagotuj wodę. Jesteś kobietą, nie? Panią domu, jak to się mówi. – Geralt nie zdawał sobie sprawy ze swojego nietaktu. Albo zdawał, ale mu to wisiało.
– Oczywiście. – Głos Achai zabrzmiał tak miło i naturalnie, że Murtagh aż się obudził. Popatrzył na nią zszokowany i z wrażenia usiadł tuż koło Geralta.
– Geeralt… – wyszeptał w idealnej ciszy.
– Taaak? – spytał wiedźmin teatralnie cicho.
– Który dzisiaj jest?
– Dziewiętnasty.
– Ooooch.
Achaja i Rust wymienili szybkie spojrzenia. Murtagh wyglądał, jakby całą swoją życiową energię wkładał w myślenie. Cała trójka niemalże słyszała ciche kliknięcia w jego mózgu. Nagle jego twarz rozjaśniła się.
– Dziś dzień rwania pasztetu!
Achaja otworzyła oczy tak szeroko, że widziała wszystko pod kątem 250 stopni, Geraltowi opadła szczęka a Rust rozważył szybko możliwość popełnienia samobójstwa. Nie wchodziło w grę. Był wampirem. Niech to szlag. Jest ciężko.
– Nie wyłączę! – Krokiet niemalże płakał.
– A właśnie że tak! Jedzenie się skończyło! Jazda do sklepu, bo nie dostaniesz swojej porcji budyniu!
– Jakiego budyniu? – Krokiet spojrzał na Mangoo z niekrytym zdziwieniem.
– Tego, który zrobiłam przed chwilą. Nic nie usłyszałeś. Bo ja jestem zwiadowcą. I jestem niewidoczna i niesłyszalna i przechadzam się po nieprzechadzalnym. – Mangoo miało zeza. Rozbieżnego. To bardzo potęgowało wrażenie, że jest czymś nieogarnialnym. Mangoo nie miało mózgu. Ono miało galaretkę. Truskawkową, gwoli ścisłości. Czasem przepływały przez nią impulsy i tworzyły się spięcia. Wtedy Mangoo mówiło coś, co miało sens. Raz na miesiąc.
– No tak, jesteś zwiadowcą. Wybacz. Zapomniałem. Zaraz polecimy do biedronki i kupię zapasy. To, co najpotrzebniejsze, najzdrowsze i niezbędne do przeżycia każdemu człowiekowi. – Krokiet uśmiechnął się lekko, odsłaniając zęby.
– Co masz na myśli?
– Pizzę mrożoną i białą oranżadę.
– Och. No tak. Racja. Ale musisz wyłączyć to ustrojstwo.
Krokiet spojrzał na komputer jak na kobietę w bikini, która stała pośrodku ogromnej plaży, z drinkiem z palemką, parą kąpielówek w jego rozmiarze, szaszłykiem mięsno–paprykowym i rozszerzeniami do World of Warcraft’a. Jęknął głośno i wcisnął enter. Komputer przeszedł w stan uśpienia.
– Wstrzymał kompa, ruszył ziemię, polskie go wydało plemię – powiedziało Mangoo w głuchej ciszy. Krokiet wstał ze swojego krzesła, obrócił się w stronę drzwi, zrobił krok i… upadł twarzą prosto w siatkę wszystkiego, czym zaśmiecona była jego podłoga. Czasami Krokiet zastanawiał się, czy ma dywan. Upadł, bo noga na której siedział mu zdrętwiała i przestała go słuchać.
– Skarcam cię, nogo – wycedził wstając. Zaczął nadeptywać żywą stopą na tą drugą, martwą, żeby krew zaczęła w niej krążyć. To był sprawdzony sposób Mistrza Krokieta.
– Jesteś sadystą. – Mangoo patrzyło w dwa boki idealnie omijając go wzrokiem.
– Hę?
– Jesteś sadystą. Za pół minuty będziesz masochistą. Zostaw tą nogę, to niehumanitarne. Noga ma swoje uczucia. Spójrz, jak ona pragnie miłości. A ty ją kopiesz…
Krokiet przewrócił oczami i zaczął szukać spodni.
– Masz duże stopy.
– Wiem.
– Jak łoś. Łosie mają duże kopyta. Żeby chodzić po bagnie.
– Ee…. Wiesz, czasami się ciebie boję. – Krokiet znalazł spodnie, ale miały tylko jedną nogawkę. Dziwne. Nie przypominał sobie, żeby miał spodnie z jedną nogawką. Wyglądała na odgryzioną.
– Myślę, że możesz chodzić po bagnie. O cholera. Jesteś bagiennym człowiekiem, człowiekiem–łosiem! Wooohoooooaa! Znasz inne łosie? Krokiet? Masz poroże? Na pewno masz, tylko zrzucasz na zimę!
Krokiet popatrzył na Mangoo. Zamilkło. Krokiet umiał zabijać spojrzeniem, kiedy miał taką ochotę. Był wtedy przerażający. Na szczęście zajął się ubieraniem spodni, więc Mangoo mogło wymknąć się z pokoju i zjeść jego budyń.
![[Obrazek: 4444.gif]](http://www20.speedy.sh/xB4BF/download/4444.gif)
"No oczywiście, że wolałbym biznes klasę. Ale mi to w sumie obojętne, to nie ja będę musiał kłaść się na podłodze, to nie po mnie będą deptać..."
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.02.2012 13:06 przez Kanterial.)
|