"Epopeja"- Moja książka
Witam! tutaj przedstawie wam moją książkę fantasy pt. "epopeja". Może nie jest to najlepsza książka, poniewarz jest to pierwsza napisana przezemnie tego typu książka... i uprzedzam, że jest w niej napewno dużo błędów ortografucznych. Tylko nazwy są jeszcze wzięte z innych książek w większości poniewarz nie miałem pomyslu na własne... wkrótce je zmienie.
EPOPEJA: CZ.1: POCZĄTKI LEGENDY
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Prolog: Upadek Alagaesii
Bardzo wczesny ranek, słońce delikatnie chyliło się zza linii widnokręgu. Mgła przysłoniła widok, ograniczając go jedynie do kilku stóp. obstawiliśmy obronne fortyfikacje osłaniające Palancar - ostatnie ocalałe miasto Alagaesii. Dzierżąc miecze i długie tarcze oczekiwaliśmy na Helgrindczyków. Wrogowie przedzierali się przez bladą mgłę bardzo ostrożnie i niepostrzeżenie. Przez cały czas otaczała nas martwa cisza, sprawiła iż nawet odgłosy tętniącego niegdyś życiem miasta umilkły.
Po czasie oczekiwania, w końcu zza mgły z przeciwka wyłonił się szczyt wieży oblężniczej ukazując drewniany, opuszczany pomost. Szybko wydałem rozkaz:
- Utwórzcie mur z tarcz, gdy opuszczą pomosty zbierzcie się w śród nich i uformujcie falangę!!-
Zmieniliśmy błyszczące, ostre klingi na spiczaste włócznie jednak to nie wystarczyło. Spodziewałem się dosłownie wszystkiego, gdy nagle nagle z mgły wyłonił się olbrzymi oddział kuszników! bełty były już załadowane. Drwiąco naciskając spusty wypuścili dziesiątki tysięcy bełtów! Ludzie nie wytrzymali tego i ciszę przerwał trzask łamanych tarcz i przebijanych pancerzy. Szybko okazało się że nim wieże przybiły do murów zostałem tylko ja. Jestem jednym z najpotężniejszych wojowników, ale to nie jestem w stanie powstrzymać. Nie zostało mi nic innego jak ewakuacja mieszkańców. Niem jednak zdążyłem ich ostrzec pomosty zostały opuszczone, a mury zdominował oddział kuszników. Ciężkie bełty śmigały w tłumie uciekających ludzi raniąc i zabijając nie winnych. Bełty przebijały ludzi na wylot. Nagle ostrzał umilkł. Kusznicy zbiegli na dół bu otworzyć bramę. Z otwartej bramy wybiegli opancerzeni topornicy. W dłoniach zakrytych żelaznymi rękawicami błyszczały dwuręczne topory. Nierówne kolczugi osłaniały ich ciało, a metalowe hełmy z dwoma otworami na oczy, ich głowy. Nie było szans na obronę. Armia wrogów zalała całe Palancar. Szukałem jakiejś drogi ucieczki, bez skutecznie. Wtem w pobliskiej stajni dostrzegłem samotnego konia. Jedynego którego wrogowie nie zdążyli ukraść, ani zabić. Bez wahania popędziłem ku mojej ostatniej desce ratunku. Nie zważając na tnące topory dosiadłem rumaka, chwyciłem włócznie leżącą w stogu siana i popędziłem przed siebie. Rozproszony tłum rozbiegł się i w końcu tylko mnie udało się ujść z życiem. Uciekłem bramą, gdy tylko wrogowie to "udostępnił". Udałem się na północ. Helgrindczycy nie oszczędzili nikogo, nawet kobiety i dzieci, ot tak poprostu zostały zabite na rozkaz Galbatorixa. ten okrutny człowiek, zabił wszystkich. Nie wiem co chciał tym osiągnąć. Jedno jest pewne. Przegrałem. Ja Horst. potężny wojownik Auroru nie wypełniłem zadania. Nie udało mi się uratować Alagaesii. Stchórzyłem. Na zawsze zaprzestane walczyć, ale to jeszcze nie koniec. Wybrani zostaną nowi wojownicy, którzy w końcu pokonają okrutnych prześladowców! Galbatorixie, strzeż się!
***
Dni mijały, a dzielny Horst nie poddawał się, przemierzając zielone wzgórza. Kierował się na olbrzymi góry Estgardu, które, jak powiadają widać z drugiego końca świata. Zmierzał do Verdengardu, potężnego sojusznika Alagaesii. Droga była opustoszała. Olbrzymie doliny nie należały do nikogo. Połacie zeschłych traw zlewały się z horyzontem. Miejscami widać było strażnice i ruiny dawnych obozów wojskowe Alagaesii. Horst myślał już że to koniec. Jedyna woda jaką posiadał w bukłaku była na wykończeniu. Góry Estgardu stawały się coraz większe. Po kolejnej nie przespanej nocy i wędrówce pagórkami wojownik Ilirę,
Olbrzymią stolicę Verdengardu. Znajdowała się w dolinie, przez co była mniej widoczna dla przeciwników za dnia. Gigantyczna metropolia otoczona wielkimi kamiennymi murami, zlewała się na jednym krańcu ze wschodem, a na drugim z zachodem. Brukowane ulice właziły między kanciaste domy, wszystkie ze słomianymi lub drewnianymi drewnianymi dachami. Nad miastem górował osłonięty dodatkowymi murami przysadzisty zamek tworzył jak by "dodatkowe miasto".
- No spisałeś się mój dzielny rumaku! - Odezwał się Horst zmęczonym, ale jednak radosnym głosem.
- Dowiozłeś mnie na czas, spisałeś się. Jestem ci bardzo wdzięczny. Powinienem ci nadać jakieś godne imię, albo przydomek jeśli już je posiadasz. Nazwę cię Algors. W języku Alagaesii: nieustraszony.
Nieoczekiwana wiadomość
Po dziwnym geście wartownika wrota z przeraźliwym hukiem otworzyły się. Do miasta wbiegł piękny rumak, na którym siedział odziany w żelazną zbroje wojownik. Nogi dzierżyły nagolenniki, na posrebrzonym napierśniku widniał wizerunek miedzianego smoka. Hełm z przyłbicą opuszczoną na oczy pozwalał dojrzeć jedynie zakłopotany wzrok. Mieszkańcy byli zdziwieni. Od wojny w Alagaesii wrota nie rozwarły się ani razu od dwudziestu lat. Przecinając zaułki wojownik nie omal podciął drogę kilku przechodniom.
- Kto to?- zapytał jeden z przechodniów przypadkowego kupca z kramu.
- Przybywa z Alagaesii - Powiedział z zastanawiającą goryczą.
- Skąd wiesz- padło kolejne pytanie.
- Po zbroi! Taką noszą tylko najwięksi wojownicy armii. Myślę w takim kładzie, ze to może nawet jest wódz wszystkich walczących!!
Słuchaj młodzieńcze, tacy wojownicy zawsze przewodzą armiami.
- Skoro tak, to gdzie reszta żołnierzy?
-Właśnie! Przecież powinien z nimi wrócić. Mam wrażenie ze powinniśmy się przygotować na złe wieści.
- Więc wiesz co się stało?
- Daj spokój! Mam klientów! Kupujesz coś? Jak nie to nie zawracaj mi głowy, jasne?
Poco robi z tego taką tajemnice? Pomyślał ciekawski chłopak.
Po krótkim postoju ruszył drogą, wychodząc z zaułka spojrzał w uliczkę dopatrują jeszcze wojownika. Może on jest naprawdę dowódcą... hmmm...-pomyślał- Być tak dzielnym, walczyć w obronie słabszych. to musi być naprawdę nie zwykle doznanie.
Kierował się właśnie do kolejnej wąskiej brukowanej ulicy. Cały czas rozmyślając. Ruda czupryna powiewała na mądrej głowie, oczy zdawały się patrzeć na każdego z rozsądkiem. Otóż imię tego młodzieńca to Lukas. Chłopak miał około szesnastu lat. Nie był bogaty. Mieszkał z rodziną w małym domku, w biednej dzielnicy w głębi miasta. Prawdę mówiąc większość ludności Iliry stanowiła biedota. Dostawała ona domy od państwa, ponieważ to oni zajmowali się toczeniem wojen. Królowi zależało aby mieli gdzie mieszkać. Każdy młodzieniec gdy ukończył 10 lat trafiał do koszar i był szkolony na wojownika. Lukas też był obecnie dobry w wojownikiem, choć swoich życiowych planów nie wiązał z wojskiem. Pragnął zostać kowalem, tak jak ojciec. Był jednak dość nie pozorny i szczupły, Ludzie zastanawiali się jak może on zostać kowalem i kuć broń i narzędzia. On jednak nie zważał na to. Taka praca mu odpowiadała. Nie była nie bezpieczna, a wykuta przez niego broń mogła ocalić wiele istnień. Tato na pewno podszkolił by go w tym rzemiośle. Grube skórzane kalosze coraz bardziej obciążały mu stopy. Nie raz potknął się o kamyk w uliczce, nie raz zderzył się z przechodnie, zdarzyło się raz że olbrzymie koło wozu prawie zmiażdżyło mu stopę.
I tu rozdzial nie dokończony, poniewarz zgubiłem gdzieś kartkę na której napisałem dalszy ciąg.
"Te świątynie będą pełne głębokiej wiary w dobro świata, tak by karmiły ludzkosć ambrozją sposobów osiągania nieśmiertelności. A mocą tych wielkich dzieł wspomogę tych wszystkich, którzy opadają z sił w oceanie istnienia."- Jayarvarman VII, król Imperium Khmerów- o Angkor Wat.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.12.2010 15:00 przez Luck315.)
|