Podejście piąte, z tego co pamiętam. Czy dobre, nie wiem. Ale mi się podoba. Oceńcie i wy.
Ihri Grieza
Pasterze utworzyli ciasny krąg wokół ogniska, aby nie tracić ciepła i słyszeć swoje szepty. Mówili tak cicho, jakby bali się, że obudzą Słońce. Tę noc spędzą razem, potem i oni, i stada rozdzielą się, by miejsca na pastwiskach wystarczyło dla wszystkich. Słowa dziś wypowiedziane będą ostatnimi, jakie usłyszą od innych ludzi w najbliższym czasie. To nie tylko góralski obyczaj, ale i konieczność.
Ofiarowana butelka ponownie okrążyła ognisko wędrując z ust do ust. Płyn w niej miło rozgrzewał i rozluźniał.
Nieznajomego, jak nakazywała tradycja, posadzono obok innych. Pił jak inni i tylko mówił trochę mniej. Był młody, uważnie słuchał opowieści, nic nie dodając. Na początku nie przyjęto go zbyt uprzejmie, ale podzielił się alkoholem, co szybko zmieniło podejście górali. Próbowali go wypytywać, ale odpowiadał zwięźle, lakonicznie, toteż już po chwili przestali na niego zwracać uwagę. Siedział równie spokojnie, co reszta, z butelki łykał mało. Jego czarne włosy przysłaniały niemal całą twarz, tylko usta były widoczne. Uśmiechał się tajemniczo i z pewną wyższością, jakby wiedział więcej od górali. Pewnie tak było, ale swoją wiedzą się nie dzielił.
Lwia część nocy mijała na opowiadaniu historii zasłyszanych gdzieś przez górali. Niektóre miały pouczać, inne bawić czy straszyć, ale żadna nie wpłynęła na zachowanie nieznajomego. Może jego spojrzenie, ukryte pod gęstwiną błyszczących w świetle ogniska włosów, zmieniało się, ale uśmiech pozostawał taki sam. W końcu nadszedł czas ostatniej, jak się zdaje, opowieści. Najstarszy góral patykiem pogrzebał w ognisku, zadbawszy o ciągłość i ciepłotę ognia. Zastanawiał się długo, nim przemówił – wtedy już wszyscy czekali na opowieść.
— Były takie czasy, kiedy ta opowieść przerażała, dzisiaj uznajemy ją za legendę — zaczął powoli, by po chwili przerwać. Chciał może sprawdzić reakcje słuchaczy albo szukał odpowiednich słów. — Minęło trzysta lat, dzisiaj to chyba niewielu nawet do tylu umie liczyć. Ale warto wam przypomnieć o tym, bo takie zło nie może być zapomniane. — Starzec uczynił kolejną przerwę, ponownie rozgrzebując ognisko, a w jego oczach można było ujrzeć dziwny smutek. — Kiedyś „krew” to było tylko słowo, nie wywoływało niczyjego strachu i nie przerażało swoim brzmieniem. Ale tak to już z ludźmi jest, lubią zmieniać. Słowo też zmienili... Mówiono mi – ja nie wiem, nie znam się – że w naylagu to krew „griezą” nazywa się i to właśnie to słowo tak przeraża. Trzysta lat temu istniał plugawy nawet bardziej niż nekromanci zakon magów. Siebie mianem „Bractwa Krwi” określali i to miano świetnie do nich pasuje. Opisuje ich umiejętności... Kontrolowali zarówno swoją, jak i cudzą krew, zadając ból czy przyjemność, rozrywając lub wzmacniając ciała. Byli potężni, niebezpieczni i, o zgrozo, szanowani. Nie widziano w nich wówczas zła, choć ich praktyki były ohydne i okrutne. I to niektórych zgubiło. — W trakcie kolejnej przerwy starzec spojrzał na twarze towarzyszy, widział ich zaciekawienie. I tylko nieznajomy uśmiechał się szeroko, obnażając zęby, ale to uznano za dobry znak. — W każdym zamku, ba! na każdym dworze był taki mag, kontrolujący władców i bogaczy. Wszystko szło tak, jak ci magowie chcieli. — Wyraźnie zaakcentował słowo „magowie”, wyrażając swoje obrzydzenie. — Ale przyszedł dzień, kiedy czasy świetności przeminęły, a ludzie oczy pootwierali. Jednemu z tamtych czarodziei odbiło zwyczajnie. Zabił całą rodzinę królewską, martwe zwłoki zmusił do tańca i sprawiania sobie uciechy, po całym kraju jeździł i zabijał. Tańczące zwłoki były wszędzie...
Już i tak szeroki uśmiech nieznajomego urósł jeszcze, przecinając twarz niemal na pół. Uważny obserwator mógł nawet policzyć wszystkie jego bieluteńkie i ostre zęby. Odgarnął włosy z czoła, zagarniając je za ucho. Odsłonił prawie całą twarz i swoje przedziwne oczy. Miały kolor śniegu oświetlonego górującym Słońcem.
— Bajasz, starcze — powiedział powoli, rozciągając słowa do granic wytrzymałości. — Bardzo bajasz. Mija trzysta lat, a kłamstwo staje się prawdą. To nie tak było. Chcecie, opowiem, jak wam to tą ostatnią noc umili.
— A co ty na ten temat wiesz? — zapytał starzec nieuprzejmie.
— A wiem, wiem... Ja o tym w kronikach czytałem. — Ostatnie słowo wypowiedzi młodzieńca zrobiło na zebranych ogromne wrażenie, ale on nie zważał na to, opowieść ciągnął dalej: — Bo to było inaczej. Trzysta lat temu istniało pewne bractwo magów o specjalnych zdolnościach, które nazywano „Ihri Grieza”. To w naylagu „Droga Krwi”. I faktycznie są... przepraszam, byli potężni i się ich bano, to prawda, że na każdym dworze byli, jak to magowie, i się mieszali. Taka profesja... Ale to nic nowego nie jest, tak i dziś bywa. Twoje bajki, starcze, zaczynają się, gdy o tamtym szaleńcu zaczynasz mówić. — Nieznajomy przerwał opowieść, czekając na reakcję górala, ale on siedział obrażony, ręce grzejąc nad ogniem i nie patrząc na niego. — Faktem też jest, że uległ potędze, ale wy byście też ulegli. To jak chęć napicia się, kiedy suszy — powiedział jowialnie. — I zabił, ale ani gwałcenia, ani tańców umarłych nie było. Ot, zwykły dworski mord, a że zabił króla i jego rodzinę... co z tego? To był zły król, panowie. — Gdzieś niedaleko zawył wilk, silny wiatr szarpał szaty i przyduszał ogień. — Będę kończył, bo mój przyjaciel się niecierpliwi. — I nim ktokolwiek zdążył zapytać o tego tajemniczego przyjaciela, młodzieniec dodał: — To nie był potwór, to był bohater.
Ale nikt go nie słuchał, wszyscy byli martwi. Powykręcane groteskowo twarze i kończyny świadczyły o tym, że przed chwilą przeżywali ogromny ból. Nieznajomy zakrył twarz włosami, rozmyślając nad sensem życia takich ludzi.
Z mroku wyłonił się ogromny, biały wilk. Piana ściekała po jego pysku, ale jego nastawienie nie było wrogie. Nic nie wskazywało na to, że zaraz zaatakuje. Podszedł do jednego z ciał bez żadnych zahamowań i ugryzł je. Po mordzie spłynęły strużki krwi, mieszając się z pianą, wnętrzności wylały się na trawę.
— Twoje maniery przy stole, Unini, wciąż mnie dziwią. I pomyśleć, że kiedyś byłeś człowiekiem.
— Kiedyś — wyszeptał wilk, choć mogło to być tylko warknięcie.
Chmury odsłoniły Księżyc, była pełnia. Unini lubił pełnię.