Może ktoś jeszcze pamięta Malarza Natchnionego? Można powiedzieć, że to kolejna krótka historyjka o nim. Dłuższa nieco niż poprzednia, ale równie stara. Dopiero co odkopałam!
Koneser od śmietnika
Siedziałem na schodach, wpatrując się tępo w ścianę przed sobą. Miała brzydki, brudnozielony kolor, a ja nie mogłem nic z tym zrobić. Poszedłem kiedyś do właściciela, u którego wynajmowałem mieszkanie i zapytałem, czy mogę przemalować pomieszczenia, ten jednak popatrzył na mnie tak dziwnym wzrokiem, że wyszedłem, nie czekając na odpowiedź.
Siedziałem na schodach, bo szczerze mówiąc, czułem się lekko załamany swoim aktualnym stanem konta. Do końca miesiąca pozostały mi dwa tygodnie i czterysta złotych. Nie zarabiałem mało, ale też niezbyt dużo. Tyle, żeby wystarczyło na utrzymanie i przybory malarskie. Kiedy zaczynało brakować pieniędzy, wyszukiwałem jakiś dobry obraz z tych dawno stworzonych, kurzących się pod ścianą na strychu i sprzedawałem, najczęściej na Allegro, bądź komuś znajomemu. Do tej pory udało mi się tak odprawić kilka dzieł. Zawsze później przez kilka dni nie mogłem otrząsnąć się z szoku, wywołanego radosnym niedowierzaniem, że ktoś chciał patrzeć na szkarady wychodzące spod mojego pędzla.
Malowanie dawało mi spokój, którego nie potrafiłem osiągnąć w żaden inny sposób. Był to mój sposób na ucieczkę od trosk i problemów, a także od rozmyślań o przyszłości. Nakładanie kolejnych warstw farby gwarantowało mi całkowite zapomnienie o otaczającym mnie świecie. Jednak sama radość z tego, co się robi, nie wystarczy. Efekty mojej pracy nie potrafiły zadowolić mnie, a co dopiero kogoś nieznajomego, zapewne obytego we wszelkich teoriach i praktykach artystycznego kunsztu.
Tak więc, najczęściej, obrazy lądowały na śmietniku, skąd znikały niemalże natychmiast. Nie dziwiłem się. Ktoś zapewne używał ich jako opału, lub po prostu wywoził gdzieś, gdzie nie raniłyby wzroku porządnym obywatelom.
Dziś nie miałem ani krztyny natchnienia, które pozwoliłoby mi coś stworzyć, tak więc od rana siedziałem na schodach w przedpokoju i gapiłem się na ścianę, wypatrując na niej napisu „Oto, co musisz teraz zrobić…”.
Po jakimś czasie brudnozielony kolor znudził mi się i przeniosłem wzrok na drzwi. Też były brzydkie, jednak miały ładnie rzeźbioną klamkę, co było jakimś pocieszeniem. Zacząłem więc przyglądać się krzywiznom i zawijasom metalowego uchwytu.
Gdy nagle poczułem, że już zaraz, już za chwilę, znajdę jakąś podpowiedź, wenę, lub muzę, rozległo się pukanie do drzwi. Nie mogłem już usiąść z wrażenia. Pozostało mi tylko zsunąć się jeden schodek niżej.
Odczekałem chwilę, żeby przekonać się, czy aby dźwięk ten nie był złudzeniem. Nikt nigdy mnie nie odwiedzał, a jeśli już, zapowiadał swoje wizyty. Pukanie powtórzyło się, trochę słabiej, jakby gość stracił pewność siebie. Zdecydowałem, że nie mogę dłużej trzymać człowieka za drzwiami, więc wstałem z trudem, czując, jak zesztywniałe mięśnie szykują się do pracy i poszedłem otworzyć.
Na zewnątrz stał mężczyzna. Był… no właśnie. Chińczykiem? Japończykiem? Koreańczykiem? A może pochodził z Wietnamu? Nigdy nie potrafiłem ich odróżnić. W każdym razie, nie było to w tej chwili ważne. Miał na sobie Garnitur. Tak, właśnie Garnitur. Taki, na który nawet za trzydzieści lat życia bez wydatków nie byłoby mnie stać. To on przerwał ciszę, która zapanowała, gdy tylko otworzyłem drzwi. Mówił po naszemu całkiem zrozumiale, ale z akcentem, przypominającym mi „jiiin”. I nie umiałbym inaczej tego wyrazić.
- Dzię dąbry. Czi pana jęst tę ąbraz? – i pokazał mi obraz. Muszę przyznać, że metafora „szczęka opadła do ziemi”, byłaby w tym momencie bardzo trafna. Przybysz trzymał bowiem w ręku dzieło, które namalowałem poprzedniego dnia – kobietę ze słuchawką, którą w bestialski sposób rozmazałem na płótnie.
- Ta-ta-tak – wyjąkałem po chwili. Może facet wyznawał jakąś dziwną religię i uznał moją pracę za świętokradztwo? A potem naśle na mnie ziomków z mafii…
Szeroki uśmiech, który zagościł na jego twarzy, pozwolił mi dojrzeć cały garnitur śnieżnobiałych zębów, poczynając od jedynek, kończąc na ósemkach. Może ta mina miała rozwiać moje obawy, ale nie poradzę nic na to, że spowodowała we mnie przebudzenie się pierwotnego instynktu ucieczki.
- Pańje! Pan jięst doskonałym artistą! – wykrzyknął radośnie. Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że rzuci się mnie uściskać.
Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Przedstawiliśmy się sobie – on powiedział, że jest milionerem, a na dodatek koneserem sztuki. Zapytał, czy mógłby zostać moim mecenasem, menadżerem i od razu najlepszym przyjacielem. Pokazałem mu to, co miałem jeszcze na strychu, on powiadomił mnie, że wszystkie obrazy wyrzucone na śmietnik, zbierał u siebie w rezydencji.
Kiedy wyszedł, zostawiając mi w ręku wizytówkę, usiadłem na schodach i zacząłem się zastanawiać, czy nie powinienem wybrać się do psychiatry. Czy nękają mnie jakieś omamy? Odpowiedzi szukałem na brudnozielonej ścianie przez następne cztery godziny.