Myśl przewodnia:
Albo oni
Albo my
Albo morza
Albo rzeki krwi
Rozdział I
"Sny są rzeczywistością"
Albin szedł przez las, by okrężną drogą dojść do szkoły. Nadkładał aż pięć kilometrów, aby móc podziwiać rośliny, drzewa i powoli topniejący śnieg. Nie zależało mu na dojściu na pierwszą lekcje, ale i tak mu się to uda, ponieważ była piąta rano i miał prawie trzy godziny na przejście zaledwie pięciu kilometrów. Robił to codziennie, toteż nie męczył się idąc przez nierówne, błotniste, leśne drogi. Znał kilka skrótów i wiedział jak wyminąć zbiorowiska śmieci, które wzbudzały w nim chęć zwrócenia śniadania, gdyby je oczywiście zjadł. Las był jego królestwem. Kochał śpiew ptaków i zieleń liści.
Gdy niebo staje się czerwone, ludzkie serca powinny krwawić — pomyślał.
Rzeczywiście, niebo było czerwone niczym krew. Wzbudzało w nim potężny strach. Miał ochotę uciekać jak najdalej, ale przezwyciężył swoje irracjonalne obawy i szedł dalej.
Gdy był już blisko szkoły zaczęło padać. Uśmiechnął się. Po pierwsze to był wiosenny deszcz, a po drugie nie był krwią. Choć niebo miało taki kolor, deszcz był normalny... Naciągnął kaptur i przyspieszył.
* * *
— Aleksander Fredro był... — Albin nie zwracał uwagi na to co mówi pani Lewandowska.
Wpatrywał się w niebo i strugi wody spływające po nierównym chodniku. Inni zdawali się nie zauważać tej anomalii, co bardzo go dziwiło.
— Albinie! ALBINIE!! Odpowiedz na moje pytanie! — wykrzyczała nauczycielka.
— Hmmm...? Jakie pytanie? - odparł zdumiony.
— Czy Papkin śmieszył cię twoim zachowaniem? Na miłość boską! Człowieku, zejdź na ziemię! - spojrzała na jego twarz, która była bledsza niż zwykle, a oczy miał przekrwione - Jesteś bardzo blady. Czy coś się stało?
— Tak... — wzruszył ramionami — Nie... Czy to ważne?
— Idź do higienistki.
* * *
Albin czekał w szatni na swoją mamę i wciąż wpatrywał się w niebo. Strach narastał... Nagle jego uszy przeszył głośny dźwięk, towarzyszący wybuchom. Spojrzał w stronę, z której dochodził hałas, ale niczego nie dojrzał. Miejsce wybuchu musiało być wyżej — na pierwszym piętrze. Chciał sprawdzić co się stało i czy nikt nie jest ranny, ale nie mógł się poruszyć. Próbował ze wszystkich sił, czy może raczej chciał zmniejszyć napięcie mięśni, by móc się ruszyć, ale nie mógł. Jakby jego muskuły działały same tak, jak chcą. Powietrze przeszył kolejny dźwięk — tym razem był to kobiecy — z jakiegoś powodu znajomy Albinowi — krzyk. Odzyskał kontrolę nad swoim ciałem i pobiegł na wyższe piętro.
* * *
Na chwilę ukrył się za ścianą i nasłuchiwał. Intuicja mówiła mu, by nie wychylać się nim nie zdoła rozpoznać zagrożenia. Nagle, wśród przeraźliwej ciszy, rozległ się nienaturalnie głośny tupot stóp, tak jakby człowiek, który szedł w jego stronę, był masywny jak góra. Albin wyjrzał zza ściany, ale niczego nie zobaczył, a stukot ucichł.
— Czy szukasz mnie, młody człowieku? — ktoś niewiele starszy od niego, ale zarazem dużo silniejszy złapał go za ramię.
Nieznajomy był dziwnie ubrany. Kołnierz jego płaszcza wyglądał jak dwa spłaszczone kolce przyczepione do szyi, jednocześnie zakrywające pół twarzy, nienaturalnie unosiły się nad barkami, prezentując swoją pogardę dla grawitacji. Ten osobliwy kołnierz był częścią seledynowego płaszcza sięgającego do kolan. Nosił czarne, bufiaste spodnie i tego samego koloru glany. Spod gęstych, kręconych włosów wystawało tylko jedno oko, które było całkowicie czarne. Albin poczuł jak mięśnie napinają się i nie pozwalają mu się ruszyć.
— Więcej kiedyś, gdy napiszę więcej —