Następna część. I przepraszam, że tak późno, ale odpoczywałem trochę w ferie i długo nie mogłem się zdecydowac na coś, co być może wyjdzie w następnych częściach... zapraszam do czytania
Thorn dotarł do Lorum wkrótce po zachodzie słońca. Było to miasto graniczne, położone w wąskim przejściu u wylotu wąwozu, tak więc całkowicie zagradzało drogę każdemu potencjalnemu najeźdźcy. Wyjątkowo surowo przestrzegano tu środków bezpieczeństwa, także tego z zamykaniem bram o zmierzchu. Na próżno wykrzykiwał kim jest, odwieczne w wojsku lenistwo nakazywało strażnikom nie odpowiadać na wrzaski każdego, kto spóźnił się z wejściem do miasta, nikt nawet nie wyjrzał na krzyczącego. Pomógł dopiero cienki ryk Scavangera, na murach natychmiast pojawili się ludzie z pochodniami i kuszami gotowymi do strzału. Prędko jednak poznano, kto idzie i żelazna brama otworzyła się ze zgrzytem.
Wezwany pospiesznie kapitan straży, już zarumieniony od wina, zdążył jeszcze zobaczyć jak w blasku światła Lord odsyła Scavangera do jego wymiaru. Przełknął ślinę i stanął na baczność. Nie wyglądał imponująco na tle czterech tęgich strażników, którzy usiłowali schować się za jego plecami, najwyraźniej piastował swój urząd od dość dawna, by wyhodować sobie pokaźny brzuch, który ledwo mieścił się w pancerz.
Thorn podszedł do niego szybkim krokiem, wyczarowana kula światła leciała tuż nad jego głową, oświetlając wszystko. Kapitan niepewnie wystąpił naprzód.
- Witamy w Lorum, Lordzie, pragnę prze…
- Daruj sobie – przerwał mu – i zaprowadź mnie do Lorda Grassaca.
- Tak panie, proszę za mną.
Kapitan rozstawił swoich ludzi po bokach i poprowadził do pałacu. Przez całą drogę Thorn czuł na sobie ciekawskie spojrzenia, ludzie pospiesznie uciekali im z drogi. Idąc, rozmyślał nad celem swego pobytu tutaj. Oficjalnie został zesłany do pomocy w utrzymaniu tych ziem przed rosnącą ofensywą Stonekinów. Ale wiedział, że akurat ta okolica znajduję się we władaniu potężnego Lorda Niebios, albo więc zagrażało mu coś na tyle potężnego, że potrzebna była pomoc drugiego Lorda, albo też miał po prostu przeczekać na uboczu, aż jego przeciwnicy w Kuźni zapomną o jego niedawnych wyczynach. Tak czy siak, Thorn nie miał najmniejszej ochoty na marnowanie czasu w tej dziczy, ale słowo Władcy było dla niego prawem.
Przy bramie pałacowej, Lorda przejął dowódca gwardii, który okazał się krzepkim mężczyzną o aparycji niedźwiedzia, będąc słusznego wzrostu i postury. Z wypolerowanym napierśnikiem przedstawiał się prawdziwie żołniersko, w całkowitym odróżnieniu od kapitana straży, który z wyraźną ulgą wracał właśnie do swych naglących obowiązków. Wielkolud skłonił się z chrzęstem zbroi, natychmiast rozpoznając szaty przybysza, i bez słowa poprowadził go do środka. Zatrzymał się przy któryś z kolei drzwiach na pierwszym poziomie i gestem zaprosił go do środka.
Wnętrze okazało się małym pokojem, obwieszonym obrazami i zasłanym dywanami. Pośrodku, za obszernym biurkiem, na obitym skórą krześle siedział mężczyzna będący odpowiednikiem wszystkich ludowych wierzeń odnośnie czarowników. Lodowy Lord, można to było poznać po niebieskim kolorze jego szaty, był wysoki, ale jednocześnie tak zgarbiony, że nie było tego widać. Niesamowicie chudy, o trupio bladej cerze, z okularami zatkniętymi na długim nosie, przeglądał jakieś papiery, z widocznym wysiłkiem mrużąc krótkowzroczne oczy.
- Oślepniesz od czytania przy takim świetle – rzucił sucho Thorn, wchodząc do środka.
- A niech mnie… to ty? – jeszcze bardziej zmrużył oczy – co ty tu robisz, do licha?
- Przybyłem objąć dowodzenie nad tym miastem. Przedstawię ci zaraz niezbędne dokumenty i muszę dodać, że Władca Kuźni jest bardzo zaniepokojony obecną sytuacją… z którą najwyraźniej sobie nie radzisz…
- Ja sobie nie radzę? A co ty niby o tym wiesz, hm? – Siedzący Lord zaciągnął za uszy swoje białe włosy. – I dlaczego niby przysłali tu takiego nieudacznika, jak ty?
- Zaraz ci pokażę, kto jest nieudacznikiem, ty mała, oślizgła... – Thorn wybuchnął długo wstrzymywanym śmiechem, szybkim krokiem przeszedł przez pokój i uściskał mocno drugiego Lorda. – Cholera, dobrze cię widzieć, Grassac, przytyłeś.
Czarownik za biurkiem również się zaśmiał, spoglądając na dowódcę swojej gwardii, który całe zajście obserwował z coraz większym zdumieniem. – Przytyję, kiedy ty wypiękniejesz, staruszku. – Tym razem to Thorn się roześmiał. Był dokładnie o dwadzieścia dwa lata młodszy od Grassaca, na którym skóra już wisiała jak na kościotrupie.
- Więc, co cię tu do mnie naprawdę sprowadza, przyjacielu?
- A czy ten człowiek – Thorn obrzucił dowódcę gwardii bacznym spojrzeniem – nie ma czasem jakiś nocnych obowiązków?
- No tak, rozumiem. Darvil, powiadom proszę Altrissę, żeby przygotowała pokój dla mojego gościa. – Olbrzym skłonił się znów bez słowa i wyszedł. – Jest strasznie małomówny, ale nadaję się na swoje stanowisko jak nikt inny.
- Taak, miałem już sposobność poznać innych twoich dowódców.
- Sprawiali jakieś kłopoty?
- Nie, ale pewien kapitan, otwierając mi bramę, sprawiał wrażenie, jakby dopiero co wstał od stołu biesiadnego.
- Ach tak..rozumiem. Widzisz – Grassac gestem zaprosił go, by usiadł naprzeciw. – tutaj dzieje się niewiele, ludzie rozluźniają się na swoich stanowiskach. Przydałby się jeden, niegroźny wypad Stonekinów, wszyscy byliby w stanie gotowości przez co najmniej parę miesięcy. A tak... bezczynność. Moim największym wrogiem, od kiedy zajmuje się tym miastem, jest samo miasto. Nie uwierzysz, ile naglących spraw wymaga codziennie twojej uwagi.
- Widzę jednak, że sobie radzisz – Thorn wskazał brodą na papiery leżące na biurku.
- Staram się.
Na chwilę zapadła cisza, obaj Lordowie zdawali się być pogrążeni w swoich myślach. Starszy gładził jedną rękę drugą, młodszy cicho tupał nogą w wolnym rytmie.
- Stary kazał mi zbadać sytuację… będę tu w ogóle do czegoś potrzebny?
- No wiesz, dla kogoś z twoimi talentami… miałbym parę zadań od ręki. – namiestnik wyszczerzył zęby i zaczął wyliczać na palcach. – Po pierwsze, trzeba wyszorować stajnie, konie zaczęły mi składać petycje w tej sprawie od dwóch tygodni. Po drugie…
- A czy ta wątła świeczka nie przepaliła ci czasem mózgu, kiedy tak namiętnie czytałeś te papiery?
- No dobrze już, żartowałem. Ty, ogniku, prędzej byś mi wywołał pożar w mieście, a to jest ostatnia rzecz jakiej bym teraz pragnął. Nie, wiesz co? Dam ci ze dwa bataliony ciężkiej piechoty i wyślę cię do zamku Carharrow. Bo widzisz, gdy tylko ser Lahn, tamtejszy pan, dowiedział się, że obejmuje rządy w Lorum, w dyrdy przysłał mi tu emisariusza. Dogadaliśmy się raz dwa, on mi przysyła wcale małe wsparcie finansowe, a ja zapewniam mu ochronę. Ostatni transport był jakiś miesiąc temu, posłałem tam batalion piechoty, najwyższy czas zluzować chłopaków. Tak, tak zrobimy.
- Mam więc bawić się w przewodnika dla twoich wojaków? Niech będzie. Daleko ten zamek?
- Odległością się nie martw, to dwa dni marszu, a przecież posuwać się będziesz z tempem piechoty. Nie, na twoim miejscu martwiłbym się tym, ze to na ziemiach Stonekinów.
- Domyślałem się. Nikt nie próbował go przekonać, ze to nie najlepsze miejsce na siedzibę rodową?
- Hah, sam próbowałem. Skurczybyk nie chce o tym słyszeć, chociaż chyba zdaje sobie sprawę z zagrożenia, prosił mnie przecież o pomoc. No dobrze, nie kiwaj się już tak sennie, kończę ględzić. Za drzwiami powinna czekać Altrissa, ona się już tobą zajmie.
- Ładna jest?
- Ani mi się waż – starszy Lord pogroził mu palcem – zbałamucisz mi dziewczynę i pójdziesz sobie w świat, dziękuje bardzo. A ona mi jest tu potrzebna ze sprawnym umysłem i sercem w jednym kawałku.
- No dobrze już, dobrze… gdzie mam się jutro zgłosić?
- Przyślę kogoś po ciebie, idź już. – Grassac machnął mu ręką na pożegnanie i znów pogrążył się w papierach.
Na korytarzu Thorn natknął się na opartą o ścianę, na oko dwudziestokilkuletnią dziewczynę. Usłyszawszy otwierane drzwi, otworzyła oczy i uśmiechnęła się nieśmiało.
- Jestem Altrissa, Lordzie – Skłoniła lekko głowę – polecono mi przygotować dla ciebie komnaty. Zechciej pójść za mną. – Zaprowadziła go na wyższe piętro i przystanęła przy któryś z kolei drzwiach. – To tutaj.
- Dziękuję Altrisso... poczekaj chwilę – dodał szybko, gdy już szykowała się, by odejść. - Martwi mnie nasz namiestnik, wydaje się… zmęczony.
- Lord Grassac ma wiele pracy, jego obowiązki wyczerpują go. Przybyłeś go wesprzeć, prawda? – zapytała, odgarniając z oczu kruczoczarne włosy.
- Tak… postaram się. Dziękuje i dobranoc.
Chwilę potem już leżał w miękkim łóżku na plecach, próbując poukładać to wszystko w głowie. Przeciągnął dłonią po delikatniej kołdrze, wiedząc, że podobnych owoców luksusu nie zazna przez co najmniej dwa dni, o ile ten zameczek Carharrow nie okażę się jakąś dziurą. W końcu zasnął.