Witaj w serwisie literackim Literka.info!

Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, trzymają język za zębami.
~Oscar Wilde


Przed zarejestrowaniem się, koniecznie zajrzyj do REGULAMINU!
Prosimy o uzupełnianie spisu treści!


Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 1 Głosów - 5 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Na dnie [skończone]
Autor Wiadomość
Marša Online
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 378
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #1
Na dnie [skończone]
Takie tam dysku odkurzanie



Na dnie



Miał trzydzieści lat, ale czuł się może na dwadzieścia. Pracował w lokalnej gazecie, choć wcale nie uważał się za dziennikarza. Lubił fotografię, ale nigdy nie kupił sobie porządnego aparatu. Był minimalistą i samotnikiem. To drugie z tchórzostwa jedynie. Miał znajomych, ale nie przyjaciół. Nie miał dziewczyny, choć matka stawała na rzęsach, aby mu jakąś znaleźć. Żył z dnia na dzień, aż "jutro" nie nadeszło. Jak to mówiła młodzież, z którą zderzał się w kolejce po kawę w Starbucksie przy avenue de l’Opera: shit happens.

Był mną, a ja ponoć byłem nim. Pokręcone i już nieważne. On już nie żyje, a ja tak. Mówią, że jestem duchem. Duszą, która TU pozostała, by załatwić jakąś sprawę — jaką, nie mam pojęcia. Nie poczuwam się do rozwikływania problemów Andree Foulona, które on pozostawił po sobie. Mam swoje własne i przekładam problemy Pascala Bertranda nad problemiki Andree Foulona pochodzące z zupełnie innego świata. Nieprzystające do tu i teraz.
Ta historia to jedno wielkie kłamstwo. Nikt w nią przecież nie uwierzy, a skoro nikt nie uwierzy, to nie może być ona prawdą. Proste.



Wrześniowe przedpołudnie wyludniło ulice miasta. Kto mógł, uciekał do lasu, nad rzekę, jezioro. Gdziekolwiek, byle tylko wyrwać się z gorących murów, wąskich uliczek zaczopowanych tłumami turystów i odetchnąć świeżym powietrzem. Foulon nie był żadnym szczególnym przypadkiem. Mknął autostradą z pedałem gazu wciśniętym w podłogę, jakby jechał po Autobhanie, a nie francuskiej autostradzie gdzie fotoradar poganiał fotoradar. Klimatyzacja robiła, co mogła, aby w czarnym sedanie temperatura nie przekroczyła dwudziestu dwóch stopni — zadanie było godne Heraklesa. Na zewnątrz słupek rtęci wyjechał już dawno ponad trzydziestą kreską i nie sprawiał wrażenia, jakby to miał być już koniec. Dochodziła jedenasta. W radiu opowiadano o wyprawie na biegun południowy.
— Sadyści — mruknął Foulon i gwałtownie przyspieszył.
Kolejne samochody zostawały za nim. Niebieskie tablice odliczały czas jego podróży.
Nie miał celu, ale domek ciotki stał nad jeziorem pusty i kusił. Do końca urlopu pozostały mu jeszcze trzy tygodnie. Nie chciał ruszać się z Paryża, ale pogoda skutecznie go z niego wypędziła. Na tylnym siedzeniu leżała torba, a w bagażniku reklamówka z kilkoma butelkami wina i laptop — książki się same nie piszą, a jego tkwiła w miejscu od trzech miesięcy. Potrzebował spokoju i weny. Do niedawna jednego i drugiego miał jak na lekarstwo. Teraz brakowało mu już jedynie tego drugiego.

Powietrze było nieruchome. W gładkiej, jak powierzchnia lustra, tafli jeziora, odbijało się denerwująco bezchmurne niebo, zastygłe w bezruchu drzewa, jakby czekające na coś, co przecież mogło się nigdy nie wydarzyć. No i oczywiście był tam też dom z ciemnego drewna, z pochyłym dachem i nieco zniszczonymi firankami w oknach. W promieniu dziesięciu kilometrów nie było nikogo, poza Andree Foulonem i to go wyjątkowo cieszyło. Siedział na leżaku, w cieniu rozłożystego klonu i delektował się ciszą, przestrzenią i smakiem schłodzonego chardonay. Myśli w jego głowie płynęły powoli, jak szeroko rozlana rzeka. Pozwalał im na to. Miał nadzieję, że tak w końcu znajdzie jakiś punkt wyjścia dla swojej książki. Zaczynała się w takim, jak to, miejscu. Tylko jej bohater był większym niż Foulon pechowcem. W zasadzie najlepiej pasowało do niego określenie "ofiara losu", ale Foulon starał się go nie używać. Lubił swojego bohatera i nie zamierzał go zmieniać. Problem tkwił w tym, że ów bohater nie robił w sumie nic, poza byciem.
— Pomysłu, pomysłu mi trzeba — powiedział Foulon w przestrzeń, naśladując ton Witka Korniejewa z jednej ze swoich ulubionych książek.
Ale pomysłu oczywiście nie było. Zupełnie jakby i on dość miał już tego upalnego lata, i postanowił wyjechać, obrawszy kierunek przeciwny do Foulonowego. Na przykład na północ, nad morze. Jakiś Hawr a może dalej. Nieważne. Nie było go i to trącało strunę zirytowania w świadomości Foulona.

Rozdzwonił się telefon komórkowy. Melodia wgryzła się w ciszę i rozszarpała ją bezceremonialnie. Andree z niechęcią odebrał — sumienie nie pozwoliło mu wysłać własnej matki w objęcia poczty głosowej.
— Halo…
— Andree, gdzie ty jesteś? W domu ciągle odbiera automat.
— W domku ciotki — odparł ziewliwie. — Tym na jeziorem. W mieście nie da się żyć, mamo.
— Nie miałeś już zupełnie gdzie jechać? — zapytała, ale nie dała mu czasu na odpowiedź. — To jednak cię nie odwiedzę — westchnęła kobieta. — Zadzwoń, jak wrócisz do domu.
— Dobrze mamo.
Rozłączył się. Reakcja matki na domek ciotki nie zaskoczyła go. Była w rodzinie pewna historia związana z tym miejscem, mówiąca o upiorach, które nawiedzają dom, jednak Foulon nie dawał jej wiary i od zawsze wkładał między bajki. Prawdą było, że w domu tym zginęło przynajmniej czworo członków jego rodziny, ale to w jego mniemaniu niczego nie oznaczało. Kiedyś to tutaj, a nie w Paryżu mieszkała starszyzna rodu — jak zwykł nazywać wszystkich dziadków, pradziadków i podstarzałe ciotki. Gdzie zatem mieli umierać, jeśli nie tu? Matka nie lubiła, gdy tak chłodno się do tego odnosił i przy każdej okazji powtarzała mu, że on nie widział przerażenia zastygłego na ich twarzach. On wówczas wzruszał jedynie ramionami, dając do zrozumienia, że ona stanowczo przesadza i koloryzuje. Potem rozmowa schodziła na inny temat i nigdy nic konkretnego z tego nie wynikło.
Mąż ciotki też tu zmarł, a Foulon dostał po nim w spadku akt własności. Nikt w rodzinie nie protestował, a niektórzy nawet odetchnęli z ulgą, że to nie im przypadł w udziale tak kłopotliwy „prezent”. Mimo lat, które zdążyły upłynąć, on wciąż nazywał ten dom "domem ciotki", a nie swoim.
— Tajemnicze zgony nad pięknym jeziorem. Ujdzie — powiedział bez zbytniego przekonania. Zerknął na laptopa rezydującego na stole i spoglądającego na świat czarnym okiem wygaszonego ekranu. — Co o tym sądzisz? To by nawet przeszło tylko śmierdziałoby wtórnością. Poza tym Pascal, to raczej idealna ofiara dla maniakalnego mordercy, a nie jego demaskator.
Roześmiał się na myśl o swoim bohaterze, łapiącym szaleńca z piłą łańcuchową w rękach i obłędem w oczach. Miała ona bardzo komediowy wydźwięk i z góry skazana była na odrzucenie.

Kolejne dni upływały wedle odliczanego przez zegar rytmu snu, jedzenia i patrzenia się w przestrzeń. Upał ani myślał zelżeć, a wena twórcza to przychodziła, to odchodziła. Foulon tylko raz opuścił swoją samotnię, by zrobić zakupy w pobliskim miasteczku — proza życia. Poza tym delektował się brakiem ludzkich fizjonomii w zasięgu wzroku.

Pierwsza pojawiła się piątego dnia, gdy słońce znikało już za drzewami. Dziewczyna w czerwonej sukience przeszła nieopodal werandy i skręciła w stronę jeziora. Chwilę przyglądał się jej, ale w końcu znikła mu z oczu.
Drugi raz pojawiła się siódmego dnia, gdy siedząc na werandzie zmagał się z weną, a raczej jej brakiem. Tym razem dziewczyna zatrzymała się i spojrzała na niego. Speszył się, ale wzroku nie odwrócił. Lubił obserwować ludzi, ich reakcje. Lubił ich denerwować swoim spojrzeniem. Wzrok dziewczyny był smutny. Duże oczy były jasne — chyba błękitne. Czerwona sukienka uwydatniała jej talię i sięgała aż do ziemi. Blond włosy opadały na ramiona. Podświadomie w myślach dokładnie ją sobie opisał — narrator własnego życia.
Patrzyli na siebie przez chwilę, a potem ona odwróciła się i odeszła. Ot tak.
Od tej pory miał ochotę z nią porozmawiać. Zwykle stronił od przypadkowych znajomości, ale tym razem było inaczej. Może to przez ten upał, a może przez samotność. Zagłębiając się w motywy działania swoich bohaterów oduczył się zupełnie analizować swoje własne postępowanie. Robił to, co robił i tyle. Całymi dniami przesiadywał na werandzie i wpatrywał się w jezioro. Na ekranie laptopa królował wygaszacz, wena była hen daleko i wszystko wskazywało na to, że nie zmieni się to prędko. Do miasta już nie jeździł. Zrobił tak duże zakupy, że mógłby przez miesiąc nie opuszczać lasu i niczego by mu nie brakowało. Telefon komórkowy wyłączył, miał dość codziennych rozmów z matką i pytań o to, jak długo jeszcze zamierza siedzieć w tym przeklętym domu.

Jedenastego dnia, dziewczyna pojawiła się znowu. Tym razem zawołał ją. Zatrzymała się. Uśmiechnęła smutno. Zapatrzył się na nią i czas jakiś trwali w milczeniu.
— Czy pani mieszka gdzieś w okolicy? — zapytał starając się, by jego głos brzmiał jak najbardziej swobodnie. Od razu sklął się w myślach, bo nic mu z tego nie wyszło. W tak krótkim zdaniu zdążył się dwa razy zaciąć i omal się nie przejęzyczył.
Kobieta przytaknęła.
— Nazywam się Andree Foulon, a pani?
Przekrzywiła głowę i znów się uśmiechnęła, ale nie odpowiedziała. Po chwili zaś odwróciła się i odeszła. Znikła mu między drzewami nim na dobre zdążył podjąć decyzję, aby pójść za nią. Jej powidok jeszcze dłuższą chwilę trwał w tego oczach nim i on rozpłynął się na dobre.
Po obiedzie poszedł na spacer. Spróbował odnaleźć ścieżkę, która odeszła nieznajoma. Nie znalazł nic. Dróżka, która niegdyś pewnikiem okrążała całe jezioro, teraz kończyła się po kilkunastu metrach, zarośnięta przez szuwary.
Wrócił do domu przygnębiony. Usiadł przy stole i położył dłonie na klawiaturze. Spróbował coś napisać. Jego wena się nie sprzeciwiła. Usiadła mu na ramieniu i szeptała do ucha odpowiednie słowa.

Spławik tkwił w miejscu, jakby mu ktoś za to płacił. Pascal ziewał, co kilka minut, przeciągał się i wracał spojrzeniem do kolorowego drewienka. Nienawidził wędkowania. Był zły, że znów dał się ojcu wyciągnąć. Teraz staruszek spał w skąpym cieniu dawanym przez pobliskie drzewo, a Pascal musiał pilnować wędek.
— Za jakie grzechy? — szepnął ze zrezygnowaniem i pociągnął łyk z butelki z wodą mineralną.
Słońce paliło jak głupie, a ptaki ćwierkały, przyprawiając go o ból głowy. Przeciągnął się i rozejrzał po raz milionowy. Wszystko w tym widoku przyprawiało go o mdłości.
— Drzewa, trzciny, woda, pomost, ojciec, stary peugeot — wymieniał. — Jakieś krzaki, woda, dziewczyna idąca po wodzie, trzciny, torba ojca...
Gwałtownie wrócił spojrzeniem do dziewczyny. Była tam. Ubrana w długą czerwoną suknię i bez wątpienia stała na tafli jeziora. Nie pomogło przecieranie oczu, ani wylanie sobie wody na głowę. Ona wciąż tam tkwiła. Nie pomogło mamienie się pomysłem, że może jest tam jakieś spłycenie — łacha piachu ukryta tuż pod lustrem wody. Wiedział, że to nie prawda. Dziewczyna spojrzała na niego i skinęła dłonią. Zamrugał. Dziewczyna zniknęła…


c.d.n.

š = sz
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.01.2012 12:06 przez Marša.)
24.12.2011 18:40
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Literkowy Sponsor
hekate20 Offline
Inny świat
Użytkownik

Liczba postów: 81
Dołączył: 25-07-2011
Reputacja: 2
Pozytywna
Post: #2
RE: Na dnie
Czytało się całkiem przyjemnie. Nie znalazłam żadnych powtórzeń (do interpunkcji się nie tykam, bo uprawnień nie posiadamSmile ) czy dużych byków. Tylko ze dwie literówki.

Jak na razie podoba mi się. Od razu skojarzyło mi się z Sekretnym oknem, w którym występował Johny Deep. Fajne klimaty w filmie, jak i w twoim fragmencie.
Jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy Andree i tajemniczej kobiety. Zalatuje mi tu bardziej czymś w stylu Paranormal Activity, ale to dobrze! Dawno już nie czytałam żadnego horroru.

Czekam na ciąg dalszy, który z przyjemnością przeczytam. Szkoda tylko, że ten fragment był taki krótki.



Kod:
This Contents Of This Code Block Are Hidden For Your Group

Jakoś mi to "to" nie pasuje.

Kod:
This Contents Of This Code Block Are Hidden For Your Group

Literówka. Smile

Kod:
This Contents Of This Code Block Are Hidden For Your Group

I kolejna. Smile

I wanna do bad things with you....
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.12.2011 21:35 przez hekate20.)
24.12.2011 21:34
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Plastikowy Jezus Offline
Zaglądający na forum
Użytkownik

Liczba postów: 24
Dołączył: 23-10-2011
Reputacja: 0
Neutralna
Post: #3
RE: Na dnie
Miło, że w ten nudny, wigilijny wieczór, człowiek może liczyć na jakieś nowe opowiadanko na forum. Co prawda nie ma tego wiele, jednak pojawił się przynajmniej smaczek.

Mnie także tekst przez chwilę skojarzył się z Sekretnym Oknem. (Widać, oglądamy z Hekate podobne filmy). Poza tym, często odnosiłem wrażenie, jakby w opisach była mowa o mnie samym. Poczułem lekką więź z bohaterem, ale nie o tym powinienem tu pisać. Ważne jest, że opowiadanie zapowiada się całkiem ciekawie i niewątpliwie zajrzę tu ponownie, gdy tylko pojawi się ciąg dalszy. Możesz mnie wtedy zaskoczyć czymś naprawdę dobrym, ale możesz też coś spieprzyć. Liczę, że wybierzesz właściwą opcję.

Pozdrowionka, Wesołych Świąt, itd.
25.12.2011 00:18
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Kanterial Offline
Flynn Lives
Użytkownik

Liczba postów: 331
Dołączył: 26-11-2011
Reputacja: 4
Pozytywna
Post: #4
RE: Na dnie
I tak oto Marša postanowiła wprawić czytelnika w kompleksy, dając mu jasno do zrozumienia, że może sobie szukać, ile chce, a i tak nic, czego by się mógł uczepić... nie znajdzie.

Najpierw to, co mnie trochę męczy (bo najlepsze na koniec zostawia się starym zwyczajem). Zaczyna się historia, opisana tak, jak to potrafią profesjonaliści, nie nudzi, nie męczy, nie musi nawet być intrygująca. Gość jedzie sobie autostradą ( we Francji oczywiście, ja czułam, że to znowu będą te klimaty... Ja to wiedziałam po prostu) a czytelnik po prostu czuje zapach nagrzanych słońcem siedzeń, znużenie i lekkie rozdrażnienie kierowców, widzi wręcz rozmyte fale powietrza nad asfaltem. Wspaniale. Powoli toczymy się do przodu, bohater znajduje się w miejscu, z którym łączy się jakaś historia (ach!) i już się zaczynamy wczuwać w klimat, już się zastanawiamy, jak okolica wygląda... A tu nagle jakaś dziewczyna. Tak, za przeproszeniem "z dupy", żeby oddać moje zaskoczenie. I tak krótko o niej? Tak szybko wszystko się dzieje? Aż mnie zabolało, że o niej tylko taki króciutki fragmencik, jeden akapit. No, ale to tylko moje "widzi-mi-się", bo mnie to po prostu z rytmu wybiło. Wszystko tak długo i ładnie opisane, a potem takie multum w pigułce. Rozumiem jednak, że to mogło być zamierzone.

Ten fragment na końcu - Pascal, który także ją widzi. I już mnie skręca, czy on jest rybakiem żyjącym po drugiej stronie, czy bohaterem książki? I paląca potrzeba, żeby wrócić do początku i przeczytać tą krótką wstawkę otwierającą Twój post. Gratulacje. Czekam na ciąg dalszy.

Cytat:Mam swoje własne i przekładam problemy Pascala Bertranda nad problemiki Andree Foulona pochodzące z zupełnie innego świata. Nieprzystające doi tu i teraz.
Takie tam.

Myślę, że zbędnym jest mówienie Ci po raz kolejny, że wspaniale prowadzisz narrację. Podobnie jak wspominanie, że czyta się Ciebie tak przyjemnie, że to aż boli, kiedy człowiek pomyśli, że sam tak pisać nie umie. To jest jednak ten wyższy poziom, na który trzeba trochę popracować, jestem pod wrażeniem. Nawet, jeśli mnie fabuła nie rusza, bo nie mam w zwyczaju takich rzeczy czytać... To oderwać się nie mogę, bo czuję że coś z tego dla siebie wyciągnę.

[Obrazek: 4444.gif]
"No oczywiście, że wolałbym biznes klasę. Ale mi to w sumie obojętne, to nie ja będę musiał kłaść się na podłodze, to nie po mnie będą deptać..."
25.12.2011 13:11
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Maradine Offline
Senna Mara
*

Liczba postów: 629
Dołączył: 15-02-2011
Reputacja: 4
Pozytywna
Post: #5
RE: Na dnie
Cytat:— Nie miałeś już zupełnie, gdzie jechać? — zapytała, ale nie dała mu czasu na odpowiedź. — To jednak cię nie odwiedzę — westchnęła kobieta. — Zadzwoń, jak wrócisz do domu.

W pierwszym bez przecinka + znajdź to zdanie w tekście, jest taka dłuuuga spacja w pewnym momencie.

Cytat:Gdzie, zatem mieli umierać, jeśli nie tu?

Bez pierwszego przecinka.

Cytat:Zagłębiając się w motywy działania sowich bohaterów oduczył się zupełnie analizować swoje własne postępowanie.

sowich ^.^

Cytat:Pascal ziewał, co kilka minut, przeciągał się i wracał spojrzeniem do kolorowego drewienka.

Tu musisz się zdecydować, który przecinek zostawiasz.

Cytat:eraz staruszek spał w skąpym w cieniu dawanym przez pobliskie drzewo

Za dużo tam "w".

Cytat:— Za jakie grzechy? — szepnął ze zrezygnowaniem i pociągnął łyka z butelki z wodą mineralną.

Raczej "łyk". "Łyka", to takie części budujące roślinkę Grin

Podoba mi się motyw tej dziewczyny, od razu ciekawi kim jest. Czy duchem, czy może, skoro to fantastyka, kimś z innego świata?
Rozumiem, że Pascal to bohater książki, a tamten ostatni fragment to część tej powieści? Nie wiem, czy na Twoim miejscu nie zaznaczyłabym tego kursywą, albo po prostu wyraźniej zaznaczyła odstęp - kropką, czy trzema gwiazdkami.
No i co? Czekam na ciąg dalszy ^^ Na razie nic więcej nie mogę powiedzieć Grin

[Obrazek: scaled.php?server=41&filename=wo...es=landing]
27.12.2011 12:51
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Marša Online
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 378
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #6
RE: Na dnie
Dziękuję za wszelkie komentarze *skłon* Byki i byczki poprawiłam.

---------------------

Przerwał pisanie i ziewnął. Dochodziła dziewiętnasta i żołądek mu o tym przypominał dość głośno. Przeciągnął się i spojrzał na tekst.
— To coś dla Pascala — mruknął. — Spotkać ducha. Takie rzeczy zdarzają się właśnie takim dziwakom jak on.
Zamknął system.
W myślach wciąż widział czerwoną sukienkę.

Tego wieczoru dziewczyna pojawiła się ponownie. Czekał na nią na ścieżce. Pierwszy raz widział ją z tak bliska i nie mógł oderwać od wzroku. Jej oczy zdawały mu się być otchłanią, w którą spadał, ilekroć weń spojrzał, jakkolwiek idiotycznie to dla niego brzmiało. Było tak literacko przerysowane, że w odniesieniu do rzeczywistości trąciło kiczem.
— Dlaczego pani nie odpowiada na moje pytania? — zapytał. Nawet dla siebie samego brzmiał jak jakiś desperat. To już nie była ciekawość, a urażona duma i ośli upór, choć do tego nigdy i nikomu by się nie przyznał.
Roześmiała się i wyminęła go. Jej włosy unosiły się nieznacznie przy każdym kroku, a suknia dotykała trawy.
— Dlaczego?! — krzyknął w ślad za nią.
Nie odpowiedziała. Ignorując rechoczący w jego głowie Zdrowy Rozsądek, powtarzający, że zachowuje się jak zakochany podlotek, pobiegł za nią. Wbiegł w szuwary. Po chwili stał już po kolana w wodzie. Dziewczyna szła dalej przed siebie, znikając w toni jeziora. Zwątpił. Wrócił do domu i zmierzył sobie temperaturę. Zdecydowanie za dużo czasu spędzał ostatnio na słońcu.
Tej nocy, po raz pierwszy od dawna, miał sen, który nie czmychnął z jego pomięci zaraz po przebudzeniu. Widział w nim jezioro. Spoglądał w jego toń i dostrzegał prostokątne kształty na dnie. On sam stał na wodzie i próbował rozpoznać te dziwne figury. Przypisać je do konkretnych wzorców wytrawionych w jego pamięci przez czas. I nagle zrozumiał, czym jest ten podwodny Tetris. Tam, w dole, było miasto. Nieduże, o prostych ulicach, obsadzonych domami, z których każdy miał swój ogródek, jak to lubią pokazywać w filmach. I wtedy, w chwili oświecenia, cofnął się o krok. Rozejrzał się w około i zamarł wystraszony. Tuż obok niego stała dziewczyna. Jej suknia była przemoczona, a włosy pozlepiane w brzydkie strąki.
— Pomóż nam. Uwolnij nas stąd — szeptała. — Uwolnij nasze dusze z martwych ciał.
Obudził się zły na siebie i cały świat. Nie wyspał się; wręcz przeciwnie — był bardziej zmęczony niż w chwili, gdy kładł się spać.
— Głupoty! — prychnął. — Czemu moja wyobraźnia nie jest tak kreatywna, kiedy jest mi potrzebna, aby zarobić na chleb? — mruczał, kiedy robił sobie śniadanie.
Ale sen, widać, wyraźnie go sobie upodobał, bo towarzyszył mu przez trzy kolejne noce. Śmiał się z własnej obsesji, ale z nią nie walczył. W przeciwieństwie do książkowych bohaterów raczej skłaniał się ku ucieczce. Przestał wychodzić na werandę. Rozważał powrót do Paryża. Dnie spędzał, siedząc przy oknie i patrząc na jezioro. Codziennie widział dziewczynę, jak przechodziła przed jego domem, ale ani razu do niej nie wyszedł.
Wariujesz — drwił jego Zdrowy Rozsądek. — Robisz się taki Pascalowaty — rechotał.
Prawie nic nie jadł i jedyne, co miało się dobrze, to jego książka. Pascal brnął dalej w swoją historię. Dowiadywał się coraz więcej, a jego życie zaczęło przypominać życie jego stwórcy, choć ten miał na ten temat inne zdanie. Pisał i pisał, z nadzieją, że niebawem postawi ostatnią kropkę, a wówczas będzie mógł z czystym sumieniem o wszystkim zapomnieć. Wyśle całość znajomemu, a ten oceni, czy to funta kłaków warte i taki będzie koniec blondynki w czerwonej sukience. Na razie trzeba było jednak pisać. Domek wypełniał stukot klawiszy…
— Uratuj nas. Dusza nie może tkwić w martwym ciele. Cierpimy — mówiła dziewczyna. Jej głos zdawał się odbijać od niewidzialnych ścian. — Uratuj.

Upił kawy z obitego kubka i wzdrygnął się. Była zimna i metaliczna w smaku. Przetarł oczy i wstał od stołu. Nawet nie zauważył, kiedy zaczęło zmierzchać.
To dobrze wróży twojej powieści — szepnęło mu jego własne ego.
Uśmiechnął się do myśli, która pojawiła się w jego głowie i wyjrzał za okno. Dziewczyna stała na ścieżce, jakby na niego czekała. Zdawało mu się, że słyszy jej głos. Wołała go. Niemal błagała, aby do niej wyszedł.
— Samotne siedzenie służy Pascalowi, a nie mnie — mruknął i potrząsną głową, aby odegnać natrętną myśl. — Jean będzie miał ze mnie dużo śmiechu, jak się dowie, że mnie moja własna książka zaczęła prześladować — mówił do samego siebie i przecierał zmęczone oczy, a ona nadal tam stała. Wciąż zdawała się mówić do niego i wciąż miał wrażenie, że słyszy jej głos. Zmęczony, cichy, pełen smutku…
W końcu się poddał. Wyszedł.
— Kim ty do diabła jesteś!? — wrzasnął.
Nie odpowiedziała. Podeszła bliżej. Pocałowała go.
Pascal — pomyślał. Wszystkie ostatnio wyśnione sny przesunęły mu się przed oczami. Zatopione miasto. Nieznajome twarze. Ludzie snujący się między domami. Woda. Twarz dziewczyny rozmyła się przed nim. Znikła gładkość skóry, magia oczu, zwiewność włosów i oto miał na wpół zgniłe ciało, zlepione przez glony włosy, które chyba tylko cudem jeszcze nie odpadły od czaszki. Tu i ówdzie bielały fragmenty kości. Czerwona sukienka była strzępem materiału pełnym dziur albo nawet czymś mu przeciwnym: dziurą pociętą przez strzępki płótna. Wszystko było dokładnie takie, jak Pascal to widział.
Andree poczuł, że żołądek wywraca mu się do góry nogami, a nogi uginają się w kolanach. Świat wirował jak na karuzeli. Zdrowy Rozsądek wyśmiał go.
— Pomóż nam. Daj nam odejść… — rozbrzmiewał głos dziewczyny, choć jej napuchnięte usta nie poruszyły się choćby o milimetr. — Zrób to, czego nie zdołali twoi poprzednicy.
— Kim ty… Kim wy do diabła jesteście? — zapytał nerwowo. Zdrowy Rozsądek rechotał w jego myślach. Wypominał zapomniane posiłki, artystyczny pracoholizm, wino i kawę.
— Jak niby mam wam pomóc?!
Nie odpowiedziała. Znikła.
Leżał na łóżku. Myślał. Nie wiedział, co jest snem, a co jawą. Kto jest prawdziwszy: Andree Foulon czy Pascal Bertrand? Co wydarzyło się naprawdę, co mu się zwidziało, a co sobie dopowiedział później? Chciał poznać prawdę — zrozumieć. Wmawiał sobie, że to zawodowe zboczenie i nic więcej.
— Za to mi przecież płacą — powtarzał. — Za zdobywanie informacji i puszczanie ich w obieg w kolorowych pisemkach. Za wymyślanie ludziom obsesji!
To go uspokoiło. Poznać historię tego miejsca. Przypomnieć sobie to, czego nasłuchał się jako dziecko i zapomniał jako dorosły mężczyzna, a potem napisać o tym zgrabny artykulik lub ubrać w to historię Pascala. Wrażenie posiadania planu działało kojąco.
Pojedzie rano do biblioteki.
Wypożyczy książki.
Kupi jedzenie.
Wróci do domu.
Przeczyta.
Napisze.
Wszystko było takie klarowne o zachodzie słońca. Ale rano nigdy nie nadeszło. Odcięty od świata, bez radia, telewizji, telefonu... Zamknięty w małym domku z dala od ludzi, nie wiedział, że już nic nie ma sensu.

Amelia miała osiem kilometrów średnicy i jakaś mądra głowa orzekła, że chyba nie pochodziła z Układu Słonecznego. Wpadła do niego i pędziła przezeń z zawrotną prędkością. Pierwszy zauważył ją jakiś astronom amator. Nie znalazł jej w tabelkach, więc napisał na forum. Ktoś inny też ją zobaczył, a kolejny policzył orbitę i już wszystko było jasne. Nie pierwszy raz się zdarzyło, że kawał kosmicznego gruzu umknął uwadze astronomów. Zresztą nawet gdyby zobaczono Amelię dzień, tydzień wcześniej, to co by to zmieniło?
Była piękną asteroidą, a Ziemia stanęła jej na drodze.
Przypadek niosący śmierć obojgu.

Tego poranka, gdy słońce ledwie wyjrzało ponad horyzont, świat skończył się w eksplozji złotego światła.



koniec :)
-----------------

A teraz trzy słowa wyjaśnienia, nim ktoś postanowi posunąć się do linczu na wrednej autorce.
To opowiadanie od początku miało się tak skończyć. Fulon, jezioro i kobieta - wszystko zostało wymyślone po to, aby to się tak skończyło. A zaczęło się od tego, że kiedyś ze znajomymi mieliśmy taki żart, że jak już się zupełnie zatniemy w pisaniu i żadne wybrnięcie z fabularnego zaułka nie będzie przychodziło do głowy, to zawsze można w bohaterów walnąć rakietą V2, asteroidą czy innym takim. Ot nieszczęśliwy zbieg okoliczności... No i kiedyś mnie naszło, e faktycznie to zrobię, uprzednio zadbawszy o to, żeby czytelnik naprawdę miał szansę wciągnąć się w historię, która nigdy nie doczeka się właściwego zakończenia. To chyba było po którymś z kolei doniesieniu o odkryciu asteroidy, która kilka dni wcześniej przeleciała bliżej Ziemi niż znajduje się Księżyc, a zaobserwowano ją po fakcie, policzono jakim torem przebiega jej orbita i było zdziwienie :)


Trochę wredne z mojej strony pisanie czegoś takiego, ale się nie mogłam oprzeć pokusie ^^""

š = sz
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.12.2011 16:45 przez Marša.)
30.12.2011 16:01
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Enell Offline
¿
Użytkownik

Liczba postów: 141
Dołączył: 27-11-2011
Reputacja: 2
Pozytywna
Post: #7
RE: Na dnie
Cytat:dla Pascala, — mruknął.
Przecinek usunąć.
Cytat:Spotkać ducha — Takie rzeczy zdarzają się właśnie takim dziwakom jak on.
Takie małą.
Cytat:oderwać od nie wzroku
Od niej.
Cytat:Czekał na nią na ścieżce. Pierwszy raz widział z tak bliska i nie mógł oderwać od nie wzroku. Jej oczy zdawały mu się być otchłanią
Poza powtórzeniami — literówka.
Cytat:Jej oczy zdawały mu się być otchłanią, w którą spadał ilekroć
Przecinek przed ilekroć.
Cytat:jakkolwiek brzmiało to dla niego idiotycznie.
Zła składnia. Nie może brzmieć dla niego jakkolwiek, jednocześnie idiotycznie — natomiast może być: jakkolwiek idiotycznie to dla niego brzmiało.
Cytat:Tej nocy, po raz pierwszy od dawna miał sen
Jeśli po raz pierwszy od dawna to wtrącenie, brakuje zamykającego je przecinka, jeśli nie, jest o przecinek za dużo.
Cytat:Widział w nim jezioro. Spoglądał w jego toń i widział prostokątne kształty na dnie.
Cytat:Nie wyspał się; wręcz przeciwnie: był bardziej zmęczony niż w chwili, gdy kładł się spać.
Ten dwukropek po średniku nie jest błędem, ale nie wygląda szczególnie dobrze — lepiej prezentowałby się w tym miejscu myślnik.
Cytat:chwili, gdy kładł się spać.
— Głupoty! — prychnął. — Czemu moja wyobraźnia nie jest tak kreatywna, kiedy jest mi potrzebna, aby zarobić na chleb? — mruczał, gdy robił sobie śniadanie.
To nie jest bardzo dotkliwe powtórzenie, ale zmiana jednego gdy na kiedy by nie zaszkodziła.
Cytat:Ale sen widać wyraźnie go sobie upodobał
Należy wydzielić tu widać przecinkami.
Cytat:Dnie spędzał siedząc przy oknie i patrząc na jezioro.
Przecinek przed siedząc.
Cytat:Pascalowaty
Według mnie małą literą.
Cytat:Samotne siedzenie służy Pascalowi a nie mnie
Przecinek przed a.
Cytat:potrząsną głową
-ął.
Cytat:Pascal — pomyślał
Jego myśl w cudzysłów lub kursywą.
Cytat:oto miał na w pół zgniłe ciało
Na wpół.
Cytat:materiału pełnym dziur, albo nawet czymś mu przeciwnym
Bez przecinka.
Cytat:Świat wirował, jak na karuzeli
Tu również.
Cytat:czego nasłuchał się, jako dziecko i zapomniał, jako dorosły mężczyzna
Tu nie inaczej — oba do likwidacji.
Cytat:pędziła przezeń zawrotną prędkością
Z zawrotną.
Cytat:gdy słońce ledwie wyjrzało ponad horyzont świat skończył
Przecinek przed świat.

Ostatnie, co mogłabym w tej chwili napisać, to że tekst mnie znudził. Był świetny, nawet jeśli nie czytałam pierwszej części, co oczywiście — mając chwilę — nadrobię. Opisy akurat, ani dużo, ani mało, wciągały. Błędy obniżają wartość tekstu, ale też nie było ich nie wiadomo ile. Po wprowadzeniu poprawek wyjdzie coś, co mogłabym, zapytana, polecić.
30.12.2011 16:32
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Marša Online
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 378
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #8
RE: Na dnie
Dziękuję za komentarz. Wyszedł na jaw mój podświadomy lęk, że gdzieś zapomnę dać przecinka i finalnie chyba więcej było tych nadwyżkowych niż zapomnianych. Przepraszam. Poprawy nie obiecuję, bo od lat mam na pieńku z przecinkami i, choć lepiej niż kiedyś, chyba ideału nie sięgnę nigdy ^^""

š = sz
30.12.2011 16:46
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Enell Offline
¿
Użytkownik

Liczba postów: 141
Dołączył: 27-11-2011
Reputacja: 2
Pozytywna
Post: #9
RE: Na dnie
Akurat w naszym języku ideału interpunkcyjnego chyba się osiągnąć nie da, jest on tak zmienny i niejednoznaczny.
30.12.2011 16:52
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Kanterial Offline
Flynn Lives
Użytkownik

Liczba postów: 331
Dołączył: 26-11-2011
Reputacja: 4
Pozytywna
Post: #10
RE: Na dnie
Chciałabym, Marso, napisać Ci produktywny komentarz, ale czuję, że będzie ciężko. Pomóc? Chyba niewiele pomogę, bo... Nie mam takich możliwości. Za dobre to jest, żebym mogła okazać się pomocna, bo nadal jestem kilka kroków za Tobą. Nie zaszkodzi jednak wypowiedzieć się, prawda? ^^

Po tej pierwszej części byłam zainteresowana. Zobaczyłam później, że dodałaś post, ale nigdy bym nie pomyślała, że będzie on ostatnim, więc odpuściłam go sobie, bo lepiej czytać więcej. Spodziewałam się kolejnego wątku na miarę "DLV"(o długość chodzi tylko i wyłącznie) No, i jak to zwykle bywa, weszłam, zanim napisałaś kolejny. A tu szok. No nie. Moment, w którym blondyna zaczęła przypominać zombie sprawił, że zaczęłam czytać szybciej. Ok, fajnie, a potem Amelia. "Och, pewnie zaraz się okaże, czyje to imię!" A takiego wała! No kuźwa asteroida. NASA.

Ech... Nie zdarza się to często, bym była czymkolwiek na tym forum zaskoczona. Tobie się udało, oczywiście, że nie spodziewałam się takiego zakończenia. Dobrze, że dodałaś dopisek o znajomych, uspokoił mnie. To tyle... Idę dać 4 gwiazdki. Bardzo, bardzo przyjemnie mi się czytało.

[Obrazek: 4444.gif]
"No oczywiście, że wolałbym biznes klasę. Ale mi to w sumie obojętne, to nie ja będę musiał kłaść się na podłodze, to nie po mnie będą deptać..."
31.12.2011 00:14
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Odpowiedz 


Skocz do: