RE: Na dnie
Dziękuję za wszelkie komentarze *skłon* Byki i byczki poprawiłam.
---------------------
Przerwał pisanie i ziewnął. Dochodziła dziewiętnasta i żołądek mu o tym przypominał dość głośno. Przeciągnął się i spojrzał na tekst.
— To coś dla Pascala — mruknął. — Spotkać ducha. Takie rzeczy zdarzają się właśnie takim dziwakom jak on.
Zamknął system.
W myślach wciąż widział czerwoną sukienkę.
Tego wieczoru dziewczyna pojawiła się ponownie. Czekał na nią na ścieżce. Pierwszy raz widział ją z tak bliska i nie mógł oderwać od wzroku. Jej oczy zdawały mu się być otchłanią, w którą spadał, ilekroć weń spojrzał, jakkolwiek idiotycznie to dla niego brzmiało. Było tak literacko przerysowane, że w odniesieniu do rzeczywistości trąciło kiczem.
— Dlaczego pani nie odpowiada na moje pytania? — zapytał. Nawet dla siebie samego brzmiał jak jakiś desperat. To już nie była ciekawość, a urażona duma i ośli upór, choć do tego nigdy i nikomu by się nie przyznał.
Roześmiała się i wyminęła go. Jej włosy unosiły się nieznacznie przy każdym kroku, a suknia dotykała trawy.
— Dlaczego?! — krzyknął w ślad za nią.
Nie odpowiedziała. Ignorując rechoczący w jego głowie Zdrowy Rozsądek, powtarzający, że zachowuje się jak zakochany podlotek, pobiegł za nią. Wbiegł w szuwary. Po chwili stał już po kolana w wodzie. Dziewczyna szła dalej przed siebie, znikając w toni jeziora. Zwątpił. Wrócił do domu i zmierzył sobie temperaturę. Zdecydowanie za dużo czasu spędzał ostatnio na słońcu.
Tej nocy, po raz pierwszy od dawna, miał sen, który nie czmychnął z jego pomięci zaraz po przebudzeniu. Widział w nim jezioro. Spoglądał w jego toń i dostrzegał prostokątne kształty na dnie. On sam stał na wodzie i próbował rozpoznać te dziwne figury. Przypisać je do konkretnych wzorców wytrawionych w jego pamięci przez czas. I nagle zrozumiał, czym jest ten podwodny Tetris. Tam, w dole, było miasto. Nieduże, o prostych ulicach, obsadzonych domami, z których każdy miał swój ogródek, jak to lubią pokazywać w filmach. I wtedy, w chwili oświecenia, cofnął się o krok. Rozejrzał się w około i zamarł wystraszony. Tuż obok niego stała dziewczyna. Jej suknia była przemoczona, a włosy pozlepiane w brzydkie strąki.
— Pomóż nam. Uwolnij nas stąd — szeptała. — Uwolnij nasze dusze z martwych ciał.
Obudził się zły na siebie i cały świat. Nie wyspał się; wręcz przeciwnie — był bardziej zmęczony niż w chwili, gdy kładł się spać.
— Głupoty! — prychnął. — Czemu moja wyobraźnia nie jest tak kreatywna, kiedy jest mi potrzebna, aby zarobić na chleb? — mruczał, kiedy robił sobie śniadanie.
Ale sen, widać, wyraźnie go sobie upodobał, bo towarzyszył mu przez trzy kolejne noce. Śmiał się z własnej obsesji, ale z nią nie walczył. W przeciwieństwie do książkowych bohaterów raczej skłaniał się ku ucieczce. Przestał wychodzić na werandę. Rozważał powrót do Paryża. Dnie spędzał, siedząc przy oknie i patrząc na jezioro. Codziennie widział dziewczynę, jak przechodziła przed jego domem, ale ani razu do niej nie wyszedł.
Wariujesz — drwił jego Zdrowy Rozsądek. — Robisz się taki Pascalowaty — rechotał.
Prawie nic nie jadł i jedyne, co miało się dobrze, to jego książka. Pascal brnął dalej w swoją historię. Dowiadywał się coraz więcej, a jego życie zaczęło przypominać życie jego stwórcy, choć ten miał na ten temat inne zdanie. Pisał i pisał, z nadzieją, że niebawem postawi ostatnią kropkę, a wówczas będzie mógł z czystym sumieniem o wszystkim zapomnieć. Wyśle całość znajomemu, a ten oceni, czy to funta kłaków warte i taki będzie koniec blondynki w czerwonej sukience. Na razie trzeba było jednak pisać. Domek wypełniał stukot klawiszy…
— Uratuj nas. Dusza nie może tkwić w martwym ciele. Cierpimy — mówiła dziewczyna. Jej głos zdawał się odbijać od niewidzialnych ścian. — Uratuj.
Upił kawy z obitego kubka i wzdrygnął się. Była zimna i metaliczna w smaku. Przetarł oczy i wstał od stołu. Nawet nie zauważył, kiedy zaczęło zmierzchać.
To dobrze wróży twojej powieści — szepnęło mu jego własne ego.
Uśmiechnął się do myśli, która pojawiła się w jego głowie i wyjrzał za okno. Dziewczyna stała na ścieżce, jakby na niego czekała. Zdawało mu się, że słyszy jej głos. Wołała go. Niemal błagała, aby do niej wyszedł.
— Samotne siedzenie służy Pascalowi, a nie mnie — mruknął i potrząsną głową, aby odegnać natrętną myśl. — Jean będzie miał ze mnie dużo śmiechu, jak się dowie, że mnie moja własna książka zaczęła prześladować — mówił do samego siebie i przecierał zmęczone oczy, a ona nadal tam stała. Wciąż zdawała się mówić do niego i wciąż miał wrażenie, że słyszy jej głos. Zmęczony, cichy, pełen smutku…
W końcu się poddał. Wyszedł.
— Kim ty do diabła jesteś!? — wrzasnął.
Nie odpowiedziała. Podeszła bliżej. Pocałowała go.
Pascal — pomyślał. Wszystkie ostatnio wyśnione sny przesunęły mu się przed oczami. Zatopione miasto. Nieznajome twarze. Ludzie snujący się między domami. Woda. Twarz dziewczyny rozmyła się przed nim. Znikła gładkość skóry, magia oczu, zwiewność włosów i oto miał na wpół zgniłe ciało, zlepione przez glony włosy, które chyba tylko cudem jeszcze nie odpadły od czaszki. Tu i ówdzie bielały fragmenty kości. Czerwona sukienka była strzępem materiału pełnym dziur albo nawet czymś mu przeciwnym: dziurą pociętą przez strzępki płótna. Wszystko było dokładnie takie, jak Pascal to widział.
Andree poczuł, że żołądek wywraca mu się do góry nogami, a nogi uginają się w kolanach. Świat wirował jak na karuzeli. Zdrowy Rozsądek wyśmiał go.
— Pomóż nam. Daj nam odejść… — rozbrzmiewał głos dziewczyny, choć jej napuchnięte usta nie poruszyły się choćby o milimetr. — Zrób to, czego nie zdołali twoi poprzednicy.
— Kim ty… Kim wy do diabła jesteście? — zapytał nerwowo. Zdrowy Rozsądek rechotał w jego myślach. Wypominał zapomniane posiłki, artystyczny pracoholizm, wino i kawę.
— Jak niby mam wam pomóc?!
Nie odpowiedziała. Znikła.
Leżał na łóżku. Myślał. Nie wiedział, co jest snem, a co jawą. Kto jest prawdziwszy: Andree Foulon czy Pascal Bertrand? Co wydarzyło się naprawdę, co mu się zwidziało, a co sobie dopowiedział później? Chciał poznać prawdę — zrozumieć. Wmawiał sobie, że to zawodowe zboczenie i nic więcej.
— Za to mi przecież płacą — powtarzał. — Za zdobywanie informacji i puszczanie ich w obieg w kolorowych pisemkach. Za wymyślanie ludziom obsesji!
To go uspokoiło. Poznać historię tego miejsca. Przypomnieć sobie to, czego nasłuchał się jako dziecko i zapomniał jako dorosły mężczyzna, a potem napisać o tym zgrabny artykulik lub ubrać w to historię Pascala. Wrażenie posiadania planu działało kojąco.
Pojedzie rano do biblioteki.
Wypożyczy książki.
Kupi jedzenie.
Wróci do domu.
Przeczyta.
Napisze.
Wszystko było takie klarowne o zachodzie słońca. Ale rano nigdy nie nadeszło. Odcięty od świata, bez radia, telewizji, telefonu... Zamknięty w małym domku z dala od ludzi, nie wiedział, że już nic nie ma sensu.
Amelia miała osiem kilometrów średnicy i jakaś mądra głowa orzekła, że chyba nie pochodziła z Układu Słonecznego. Wpadła do niego i pędziła przezeń z zawrotną prędkością. Pierwszy zauważył ją jakiś astronom amator. Nie znalazł jej w tabelkach, więc napisał na forum. Ktoś inny też ją zobaczył, a kolejny policzył orbitę i już wszystko było jasne. Nie pierwszy raz się zdarzyło, że kawał kosmicznego gruzu umknął uwadze astronomów. Zresztą nawet gdyby zobaczono Amelię dzień, tydzień wcześniej, to co by to zmieniło?
Była piękną asteroidą, a Ziemia stanęła jej na drodze.
Przypadek niosący śmierć obojgu.
Tego poranka, gdy słońce ledwie wyjrzało ponad horyzont, świat skończył się w eksplozji złotego światła.
koniec :)
-----------------
A teraz trzy słowa wyjaśnienia, nim ktoś postanowi posunąć się do linczu na wrednej autorce.
To opowiadanie od początku miało się tak skończyć. Fulon, jezioro i kobieta - wszystko zostało wymyślone po to, aby to się tak skończyło. A zaczęło się od tego, że kiedyś ze znajomymi mieliśmy taki żart, że jak już się zupełnie zatniemy w pisaniu i żadne wybrnięcie z fabularnego zaułka nie będzie przychodziło do głowy, to zawsze można w bohaterów walnąć rakietą V2, asteroidą czy innym takim. Ot nieszczęśliwy zbieg okoliczności... No i kiedyś mnie naszło, e faktycznie to zrobię, uprzednio zadbawszy o to, żeby czytelnik naprawdę miał szansę wciągnąć się w historię, która nigdy nie doczeka się właściwego zakończenia. To chyba było po którymś z kolei doniesieniu o odkryciu asteroidy, która kilka dni wcześniej przeleciała bliżej Ziemi niż znajduje się Księżyc, a zaobserwowano ją po fakcie, policzono jakim torem przebiega jej orbita i było zdziwienie :)
Trochę wredne z mojej strony pisanie czegoś takiego, ale się nie mogłam oprzeć pokusie ^^""
š = sz
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.12.2011 16:45 przez Marša.)
|