A co mi tam
Napisałam kiedyś opowiadanie. W sumie fan-fik i chciałabym się nim z wami podzielić. Pragnę jedynie zaznaczyć, że były to moje początki, ale udostępniam, żeby w "szufladzie" nie leżało.
Nie jest ono może cud, miód i orzeszki, ale daje inne spojrzenie na książkę, którą...
Zresztą zobaczycie sami
Jest to dopiero pierwszy rozdział z dziewięciu, ale nie będę was zanudzała od razu całością.
To były piękne chwile…
Nigdy nie czułam się tak dobrze w objęciach mężczyzny którego darzyłam tak wielkim uczuciem. Patrzył na mnie tymi swoimi wielkimi czarnymi oczyma a ja jak zahipnotyzowana, gotowa uczynic dla niego wszystko odwzajemniłam delikatny pocałunek.
- O nie!- krzyknęłam - Musze jechać do szkoły, Charlie mnie zabije jak dowie się ze nie było mnie na lekcjach.
-Przepraszam Cię kochanie, ale wiesz ze dzisiaj nie mogę Cię odprowadzić.
-Tak wiem – odparłam odwracając się od okna. - Głupie słońce, mam nadzieje, że kiedyś zajdzie na wieki.
-Ale wtedy nie mógłbym podziwiać twojego piękna przy jego blasku - odpowiedział Edward, całując mnie czule w czoło.
-A ja Twojego - uśmiechnęłam się i wtuliłam w jego ramiona.
Droga do szkoły w Forks niemiłosiernie się dłużyła. Myślami byłam daleko za miastem, na tyle daleko by nie usłyszeć trąbiącego za mną samochodu. Spojrzałam w górę.
„Zielone” - pomyślałam i dodałam gazu. Moja czerwona furgonetka już od dawna „narzekała” na to, że jest stara i, że naszedł jej czas.
Dzień był dzisiaj naprawdę piękny, słońce świeciło nisko nad horyzontem, oplatając promieniami gałęzie drzew. To był chyba jeden z najcieplejszych dni w Forks, jednak ja się nie cieszyłam. Wolałam, gdy Edward był przy mnie, ale niestety nie mógł sobie na to pozwolić. Gdy tylko delikatne promienie słońca muskały jego zimna skóre zaczynał błyszczeć tysiącami diamentów. Ach jaki piękny to widok, piękniejszy niż wszystkie rubiny i szmaragdy tego świata. Świata do którego ja miałam niedługo należeć, świata nocy i braku złudzeń. Niestety mój ukochany był innego zdania. Od samego początku Edward Cullen był przeciwny mojej przemianie, lecz ja nie ustępowałam.
- Czy ty w ogóle wiesz na co się piszesz? Nie chcę żeby Twoja dusza była potępiona! – mówił próbując przekonać mnie do zmiany decyzji.
- A czy ty nie rozumiesz jak bardzo cię kocham? Chce być Twoja już na wieki! Nie zamierzam patrzeć jak się starzeję a Ty jesteś ciągle tak piękny i młody.
Nasze dyskusje nie miały końca. Ja chciałam stać się częścią jego rodziny, a on pragnął, abym pozostała śmiertelniczką. Nie miało to najmniejszego sensu, przecież ja w końcu kiedyś umrę, a on dalej będzie błąkał się od miasta do miasta.
Moje rozmyślania zostały przerwane, gdy dotarłam do szkoły. Miałam dzisiaj egzamin z hiszpańskiego, na który nie byłam dobrze przygotowana i miałam nadzieje, że Edward mi pomoże. Ciekawa byłam co teraz robi. Zastanawianie się nad takimi rzeczami sprawiało mi przyjemność, gdyż zawsze pozostawała między nami nutka tajemnicy. On nie mógł czytać w moich myślach, a ja nie wiedziałam co się z nim dzieje kiedy się nie widujemy. Zawsze w kieszeni istniała pewna alternatywa, mogłam opuścić parę lekcji i spędzić czas z ukochanym, lecz tym razem nie było to wykonalne. Zbliżał się koniec roku szkolnego i miałam masę egzaminów do zaliczenia. Jedynie myślami mogłam być razem z nim, mogłam wtedy tańczyć przy świetle świec słuchając jak spod jego zgrabnych palcy płyną kojące dźwięki muzyki, tak miłej mym uszom. Na wspomnienie granej przez Edwarda na fortepianie kołysanki aż przeszły mnie ciarki.
-Izabella Swan - z melancholii wyrwał mnie dźwięk mojego nazwiska.
-Obecna - odpowiedziałam nauczycielce hiszpańskiego. Kobieta nie była stara, lecz jej zmęczona i spracowana twarz na pierwszy rzut oka, taka się właśnie wydawała.
- Na cały test macie dokładnie sześćdziesiąt minut, mam nadzieje, że dobrze się spiszecie. Powodzenia.
- Och nie… - usłyszałam siedzącego za mną w ławce Mika Newtona, niewysokiego blondyna o chabrowych oczach. Pamiętam jak dwa lata temu zalecał się do mnie, jednak kiedy dowiedział się ze resztę życia zamierzam spędzić z Edwardem, obiektem jego westchnień stała się Jessica. – Co za pech. Dostałem trudniejszy zestaw pytań.
- Nie martw się na pewno sobie poradzisz – rzuciłam na odczepnego i zabrałam się za rozwiązywanie swojego testu.
Dalsza część dnia minęła spokojnie. Podczas przerwy obiadowej usiadłam przy stoliku razem z Jessicą i Mikaem. Wszyscy dokoła rozmawiali o wynikach egzaminu, a ja pogrążona w myślach patrzyłam się w okno.
Nagle coś przykuło moją uwagę. W gęstwinie drzew, niczym zorza polarna migotały drobinki światła. Zerwałam się na równe nogi. W lesie przed szkołą stał Edward! Patrzył się na mnie z ukrycia i szelmowsko uśmiechał. Wszyscy w jadalni spoglądali na mnie jak na wariatkę, kiedy poderwałam się nic nie mówiąc od stolika i wybiegłam ze szkoły.
- Ty głuptasie! – Powiedziałam do chłopaka jednocześnie, rzucając mu się na szyje. – Wiesz co by było gdyby Cię ktoś zobaczył?
- Pomyślałby, że ma omamy wzrokowe. – Zaśmiał się Cullen. Jego biały uśmiech doprowadzał mnie do szaleństwa.
- Tak z pewnością, a potem byśmy musieli do końca życia uciekać przed Volturi. Raz już Ci się udało, ale to nie znaczy że i drugi raz nam odpuszczą.
- Mi odpuszczą – poprawił mnie Edward.
- Ach, nie chcę się teraz z Tobą sprzeczać. Czemu przyszedłeś?
- Bo pragnąłem Cię zobaczyć – odpowiedział, a jego skóra wciąż błyszczała. Chwyciłam go za dłoń i odeszliśmy głębiej w las. — Wiesz, że nie mogę bez Ciebie żyć.
- Wiem, ja bez Ciebie też nie mogę, ale idź już bo nie chcę żebyś miał przeze mnie kłopoty.
Ukochany pocałował mnie na pożegnanie i zanim się obejrzałam już go nie było. Wiedziałam, że gdy wrócę do domu on tam będzie na mnie czekał i będziemy mieli cała noc tylko dla siebie. Prawie całą noc, bo musiałam oczywiście spać, a Edward leżał przy mnie i patrzył jak śnię. Czasami śmiał się ze mnie, kiedy udało mi się coś wybełkotać, a zazwyczaj było to jego imię.
Pragnęliśmy siebie nawzajem, to uczucie było tak silne, że ledwo udawało nam się je powstrzymać. Jednak nie mogliśmy dać się ponieść, bo mój ukochany bał się że może zrobić mi krzywdę. Ja ciągle napierałam i wtedy zaczynały się nasze małe kłótnie, które zazwyczaj kończyły się z nastaniem poranka i dawałam za wygraną. Wiedziałam, że kiedyś nastąpi ten dzień i to mnie pocieszało.
- Bella! – usłyszałam czyjś glos za sobą. Odwróciłam się na pięcie, tak szybko, że omal nie straciłam równowagi.
- Jacob? Co Ty tu robisz? – ujrzałam, wysokiego Indianina z czarnymi jak węgiel oczyma.
- Pomyślałem, że zobaczę co porabiasz loca. – uśmiechnął się od ucha do ucha. Doskonale sobie zdawał sprawę jak to na mnie działa.
- Właśnie kończę lekcje – żachnęłam, jednak nie miałam zamiaru zostać na dalszych zajęciach.
- To świetnie! Zabiorę Cię na małą przejażdżkę – powiedział Jacob z entuzjazmem, machając kluczykami od motoru.
- Nie wiem czy to dobry pomysł. – Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu u boku Edwarda, lecz uświadomiłam sobie, że i tak się o tym małym wybryku nie dowie bo przecież nie potrafi czytać mi w myślach, poza tym wrócę do domu na czas. – Okay to gdzie jedziemy?
- Ależ kobiety są zmienne - Roześmiał się Indianin i wręczył mi małą karteczkę.
- Co to jest? – spytałam zdziwiona.
- Mapa skarbów.
- Co takiego? Bawisz się w pirata? A gdzie masz swoją łopatę kapitanie Hook?
- Bardzo śmieszne Bells naprawdę. Jedziemy na plażę w La Push, ale reszty Ci nie powiem.
Od dziecka Jacob mnie zaskakiwał czymś nowym. Był moim najlepszym przyjacielem i zawsze mogłam na nim polegać. Dwa lata temu kiedy Edward wyjechał do Włoch i zostawił mnie samą, to właśnie Jacob był przy mnie i mnie wspierał, ale dopiero wtedy pojawiła się miedzy nami ta wyjątkowa więź. To było coś dziwnego, cos więcej niż przyjaźń. Otaczał mnie promieniem szczęścia i ciepła, a ja jego na swój sposób promieniem miłości. Miłość którą do niego żywiłam nie była oczywiście taka jaką darzyłam Edwarda, była inna, braterska.
Tak naprawdę tylko przy Jacobie mogłam być sobą w końcu znaliśmy się od dzieciństwa, razem lepiliśmy babki z piasku…
Dojechaliśmy srebrnym motorem do granicy Forks i rezerwatu. Plemię Qullietów zamieszkiwało tam od zarania dziejów. Zostawiłam pojazd na poboczu i razem udaliśmy się w głąb lasu.
- Powiesz mi wreszcie dokąd idziemy? – spytałam zmęczona chodzeniem.
-Nie, jeszcze nie. Zresztą spójrz na mapę która Ci dałem. Co widzisz?
Rozłożyłam zmięty kawałek pożółkłego papieru, wyglądał na dość stary.
- Widzę tylko jakieś skały, drzewa i zaznaczony krzyżyk.
- Ach, te baby nie znają się nic a nic na topografii – zaśmiał się przyjaciel. – Trzymasz mapę do góry nogami.
Zawstydziłam się i szybko obróciłam kartkę o sto-osiemdziesiąt stopni.
- Zobacz – wskazał palcem – tutaj masz mój dom, a tutaj klif. Musimy minąć obydwa te miejsca a dojdziemy do celu.
Byłam ciekawa gdzie Jacob mnie prowadzi. Szliśmy i szliśmy bez końca. Przedzieraliśmy się przez krzaki, niższe i wyższe drzewa. Po chwili dotarliśmy do plaży.
- Zaraz będziemy na miejscu Bells - powiedział Jake, rozglądając się dokoła.
- Mam nadzieje. Jestem tak zmęczona, że nogi odmawiają mi już posłuszeństwa.
W okamgnieniu Indianin przemienił się w wielkiego wilka o rudej sierści. Spojrzał na mnie wymownie i wskazał łbem na swój grzbiet. Skołowana złapałam się jego szyi na karku i usiadłam na olbrzymiej bestii jak na koniu wierzchowym.
Wilk ruszył pędem przez plażę. Jego potężne łapy odbijały się z gracją od brzegu . Trzymałam się kurczowo rękami i nogami, żeby nie stracić równowagi. Prawdę mówiąc pierwszy raz dosiadałam Jacoba i sprawiło mi to niewymowną przyjemność, w końcu nigdy wcześniej nie jeździłam na wilku. Moje dłonie wtopione były w delikatną i długa sierść przyjaciela. Czułam jak jego delikatny zapach świdruje w moich nozdrzach.
Mineliśmy wielki klif z którego niegdyś skakali bracia ze sfory. Ze szczytu, z którego kiedyś ja skoczyłam prosto w lodowatą taflę oceanu. Gdy się ocknęłam leżałam na piasku w objęciach chłopaka, który uratował mi życie. Tak, to był Jake to on uratował mnie wtedy, kiedy życie przestało mieć dla mnie jakikolwiek sens.
Wilk nagle się zatrzymał i ponownie zmienił się w człowieka.
- Jesteśmy na miejscu – powiedział radośnie ludzkim głosem.
Staliśmy przed wejściem do wielkiej groty, której nigdy przedtem nie widziałam. Kamienny otwór zasłaniały z jednej strony niewielkie krzaki, z którymi Jake poradził sobie bez trudu.
- Zapraszam panią – Wskazał na wejście, niczym kelner prowadzący klientów do stolika.
- Och jak tu pięknie – wyszeptałam z wrażenia.
Przed oczami ukazało mi się wnętrze jaskini. Wspaniałe stalaktyty i sople lodu zwisały ze stropu. Dokoła przez maleńkie otwory w ścianach przebijały się znikome promienie światła. Naprzeciwko nas rozciągało się niewielkie jezioro z taflą tak czystą i tak spokojną, że bez trudu można było dostrzec w niej każdą niedoskonałość twarzy.
- Robi wrażenie prawda? – spytał Jacob, wprowadzając mnie w głąb czeluści.
- Nigdy nie widziałam czegoś równie pięknego – mówiłam rozmarzona, wpatrując się we wnętrze jak z fotografii.
- Już dawno chciałem Cię tu przyprowadzić tylko jakoś nie było okazji.
Doskonale wiedziałam o co chodzi. Całe dnie przebywałam z Edwardem i jego rodziną. W sumie Jacob też nią dla mnie był, ale nas łączyła zupełnie inna więź, tak przynajmniej myślałam.
- Chodź oprowadzę Cię – powiedział chłopak i wziął mnie za rękę.
Biegaliśmy po jaskini śmiejąc się i ciesząc jak dzieci, nic nie było w stanie powstrzymać mojej radości. Jake zawsze miał takie zwariowane pomysły, wiedział czym mnie zaskoczyć i również tym razem strzelił w dziesiątkę.
- Jestem taka szczęśliwa – powiedziałam do młodego Qullieta, patrząc jak szczerzy zęby w uśmiechu.
- A ja jestem szczęśliwy, że sprawiłem Tobie radość – odparł.
W tym momencie poczułam jego dużą dłoń na swoim policzku. Była tak ciepła, że zapominając o bożym świecie zatopiłam się w nią. Chłopak ujął mój podbródek w taki sposób, że nasze spojrzenia skrzyżowały się. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy przez dłuższą chwilę, może zbyt długą, ale za to jak ważną. W tamtej chwili coś zrozumiałam. Jacob mnie kochał! Ale było już za późno, nasze usta lgnęły ku sobie, aż połączyły się w jedną całość. W tym pocałunku były wszystkie skumulowane emocje, namiętność i pasja, pożądanie i miłość. Przez krótki moment zapomnieliśmy kim jesteśmy. Jego męskie dłonie przeczesywały moje mokre włosy, a usta znalazły się na mojej szyi. Uchwyciłam z powrotem jego spojrzenie i nagle się ocknęłam.
- Jake natychmiast przestańmy! – krzyknęłam – My nie, nie, nie możemy – plątałam się w swoich własnych słowach.
- Przecież nie robimy nic złego Bello – mówił delikatnym i pełnym ciepła tonem.
- Jak to nie? Przecież ja jestem z Edwardem, mamy się niedługo pobrać. – Szukałam jakichkolwiek argumentów, by przemówić chłopakowi do rozsądku.
- Posłuchaj mnie – powiedział tym razem głośniej. – Czekałem na tę chwilę tak długo, nawet nie wiesz ile razy ją sobie wyobrażałem.
- Proszę Cię nie mów mi tego, to nie miało prawa się zdarzyć…
- Kocham Cię Bello.
Te trzy słowa. Właśnie one tak bardzo mnie przytłoczyły. Wiedziałam, że prędzej czy później je usłyszę, ale nie myślałam, że nastąpi to tak szybko.
- Kocham Cię i tylko to się dla mnie liczy.
- Jake, my, my nie możemy być razem. Ja Ciebie też kocham, ale jak brata, jak przyjaciela. To nie jest takie uczucie, jakim Ty mnie darzysz.
Indianin posmutniał.
- Myślałem, że coś nas łączy, ale Ty, Ty wolisz tę swoją pijawkę!
- Edward jest dla mnie całym światem, kocham go nad życie i dlatego nie możemy być razem. Proszę Jacob zrozum to.
- Razem z Twoim sercem i dla mnie słońce zgasło.
- Błagam nie mów tak. – Próbowałam załagodzić sytuację – Jesteś dla mnie ważny i chcę abyśmy dalej się przyjaźnili. – W tym momencie byłam już bliska płaczu.
- Nadzieja, niewierna kochanka złożyła na mych ustach swój ostatni pocałunek Bello.
W tym momencie po policzkach pociekły mi łzy, nie mogłam dłużej znieść jego słów i osunęłam się na pobliski kamień.
- Czemu Ty mi to robisz? Czemu mi to wszyscy robicie?! – krzyczałam przez słone krople. – Nie mogę kochać dwóch osób naraz a mimo to kocham! Nie mam już siły!
Jake podszedł powoli do mnie i położył mi rękę na ramieniu.
- Nie płacz Bello skoro tak Ci na tym zależy to usunę się w cień. Będę patrzył z daleka na Twoje szczęście u jego boku.
To powiedziawszy zmienił się w wilka i wybiegł z jaskini, pozostawiając mnie zupełnie samą w ciemnościach, które właśnie zapadły.