RE: "Na zawsze" Trzy muszkieterki!
3. Diametralne działanie.
Obudził mnie wilgotny i wielki język Kaktusa na moim czole. Otworzyłam oczy i poczułam, jak jego wielka łopata przejeżdża po moim policzku i nosie, i oczach i uszach. Zachowałam spokój. Szczeknął mi nad uchem, a ja w odwecie zwaliłam go z łóżka na podłogę, aż poszorował pazurami dębowe klepki. Olałam go centralnie, wtulając policzek w białą pościel pachnąca krochmalem. Okno było otwarte, podmuchy wiatru igrały z kremową zasłonką. Rozpaczliwe skomlenie Kaktusa postawiło mnie na nogi. Odepchnęłam jego pysk od siebie, wypychając go za drzwi. Trzasnęłam drzwiami i już miałam rzucić się w pościel, kiedy do moich uszu dotarło rytmiczne drapanie pazurów o drzwi. Zamknęłam oczy teatralnie i otworzyłam drzwi, a pies wpadł.
- Kasiu!
O losie kochany. Jest ósma rano, wakacje, lipiec. Czy w tym domu nie ma prawa nikt spać?! Babcia, to ja rozumiem, wstaje rano, idzie na ogródek, zajmuje się sobą, robi śniadanie. Dziadek wtedy przekręca się na lewo. Ja na prawo. A pies zazwyczaj bada strukturę dywanu pyskiem, więc na litość Boską, dlaczego dziś wszyscy są przeciwnikami snu?! Stęknęłam, wyjmując z torby sukienkę Agnieszki.
Sukienka Agi? Z jakiej racji w mojej torbie jest sukienka Agniechy? Machnęłam ręką i ubrałam jednolitą, niebieska sukienkę. Włosy postanowiłam obudzić szczotką trochę później. Zbiegłam na bosaka na sam dół, obserwując co się dzieje. Nie dzieje się nic, otóż. Dziadek zalewa herbatę ziołową w kubeczku. Kaktus miauczy pod stołem w jadalni. Babcia krząta się za oknem, między studnią, a szopą. Wewnętrzny i zewnętrzny spokój opanowany. Wszystko jest w normie. Zimna, dębowa podłoga chłodzi przyjemnie moje gołe stópki. Firanki w dużych oknach babci radośnie się unoszą. Dziadek podnosi talerzyk ze szklanki, który przed chwilą pomagał zaparzyć ziółka. Ma dobry humor, śpiewa coś pod nosem. Oparłam się ciekawsko o krzesło z ciemnego drewna, przeciągle ziewając.
- Dzień dobry! – podskoczyłam razem z wejściem babci do domu, pojawiła się tak nagle w drzwiach tarasowych.
- Dzień dobry, babciu. Babciu! – zawołałam. – Babciu! Znasz Zbyszka Chabrowskiego? – zadałam jej pytanie, a ona zmarszczyła brwi. Spojrzała porozumiewawczo na dziadka. Dziadek spuścił wzrok na ziółka pływające w szklance z cienkiego szkła.
- A co, Kasieńko? - postawiła koszyk z praniem na stole, obserwując mnie uważnie. Jej siwawe włosy spięte w koczek były urocze. Tylko szara bluzka wsadzona w spódnicę postarzała ją jeszcze bardziej.
- Miałam dziwny sen z nim, trochę mnie to zaintrygowało, babciu. – odparłam, odsuwając krzesło i siadając na nim.
4. Strach spoziera. Zza krzaka.
Tonęłam w chorych myślach, podświadomie słysząc głos moich przyjaciółek. Siedziałam na torach, nie zwracając na nic i nikogo uwagi. Kasia tłumaczyła coś Agnieszce, niezwykle uparcie i ambitnie, ukazując charyzmę. Agnieszka nic nie pojmowała, choć kiwała głową ze zrozumieniem. Liście zaszumiały, zaatakowane podmuchem ostrego wiatru. Blond włosy Agnieszki rozwiały się na jej ramiona, a ona znów kiwnęła głową w geście pojęcia słów szatynki gestykulującej rękami. Kasia była tak zaoferowana opowiadaniem swojej historii, że nawet nie zwróciła uwagi na rażący fakt, że Agnieszka nie rozumie jej przejęcia. Zamrugałam kilkakrotnie oczyma, pocierając dłońmi o gołe nogi.
- Kasia, słuchasz nas? – Do moich uszu dobiegło pytanie Kasi, machającej łapczywie przed moją twarzą. Ja tego nie rozumiem, że jej się stawy nie zatrą od takiego wiosłowania tymi kończynami… Macha i macha, a ja jestem tak nasycona lenistwem, że nawet nie mam ani siły, ani motywacji odsapnąć jej, że oczywiście słucham. Ale ja oczywiście nie słucham. Przecedzam słowa przez sito uszu, wypuszczając je dołem, nic nie zachowując sobie do pomyślenia. Gdyby spytały mnie o czym konwersowały, a raczej o to, o czym trajkotała Kaśka, zaczęłabym się koszmarnie jąkać i pluć, jak zraszacz do kwiatków.
Uśmiechnęłam się do nich promiennie, strzepując robaka z ramienia. Nagle ogarnęła mnie ciekawość i zrobiłam wywiad.
- O czym mówiłyście?
- Zakochałaś się?
Obejrzałam się dookoła, ale żadnego chłopaka nie zarejestrowałam, tak więc nie zrozumiałam o co pyta Agnieszka, leżąca na kocu pod brzózką, nieopodal torów, na których siedziałam i analizowałam jej słowa. Nie pojęłam.
- Ja? Nie! Po prostu nie słuchałam co mów….
- Czyli się zakochałaś! – ryknęła Kaśka, aż usłyszałyśmy trzepotanie wystrachanych ptaków. Co za durnoty wymyśliły. Ja i zakochanie? Pff. Już sobie nie można siedzieć na torach w zamyśleniu?! Jakbym zaczęła jej przerywać, to psioczyłaby, że jej przerywam i przeszkadzam, że jestem niewychowana, że to i tamto i w ogóle. To się nie odzywałam. To się wyłoniła pretensja, że się zakochałam. No naprawdę, ludzie, ja tej filozofii nie pojmuję, bo ciężka ona jakaś. Zamrugałam jeszcze raz, odganiając natrętnego komara, którego potem zagniotłam na ramieniu, i spojrzałam ciekawsko na Kaśkę.
- Możesz wreszcie powtórzyć mi to, o czym biadoliłaś przez pół godziny, bo mnie zaraz ciekawość połknie w całości! – syknęłam, strzelając z otwartej łapy na łydkę, w komara. Plasnęło, aż krew ciapnęła na kostkę. Krwiopijca skubany.
- Ponieważ nie raczyłaś mnie uważnie słuchać, nic ci nie powiem. – Postawiła się Katarzyna, uparcie siedząc na trawie i skubiąc swoje ramiona od uczulenia. Agnieszka zaprzestała drzeć się na nią, kiedy ta tylko dotykała pazurami swoich krostek. Brak ambicji i charyzmy – nie dziwię się – Kaśka jest wytrwała w swojej przyjaźni z krostkami.
- Miałam chwilkę odlotu! – broniłam się.
- Jakby jechał pociąg miałabyś chwilkę odlotu… - zaatakowała mnie Agnieszka. I ty przeciwko mnie, diable wcielony?!
- Przestańcie już i powiedzcie mi, o co wam chodzi, bo zacznę śpiewać biesiady…
- DOBRA! – zreflektowały się, a ja kolejny raz podziękowałam mojej wiernej broni. Do chwili obecnej pamiętam jak wracałyśmy ze spaceru w lesie, napadła nas potężna głupawa objawiająca się konwulsjami śmiechu, głupich min, normalnie miotał nami szatan. Nieświadomie zaczęłam śpiewać polską, biesiadną pieśń, automatycznie śmiechy ucichły, Kaśka stanęła jak wryta, a Agnieszka z szoku potknęła się o kamień i wylądowała ze swoim wielkim psem w rowie z wodą. Kiedy po pół godzinie wyławiania blondynki z rowu, ryknęła na mnie wściekłym wrzaskiem, zaśpiewałam jej potulne „ Wybacz, wybacz proszę…” oberwałam po twarzy glonem. Wtedy myślałam, że to koniec mojej kariery muzycznej, ale nie wiedziałam jeszcze, że śpiewanie „ Czerwone i bure, i bure…” będzie dla mnie niezawodną bronią, jeśli czegoś chcę, i kiedy tego czegoś ktoś nie chce mi dać. Zadziałało podczas kupna psa i w wielu innych momentach, tragicznych dla moich słuchaczy. Ciekawe czy zadziała na maturze…
- Opowiadałam tobie i Agnieszce o tym jak kosiłam trawnik, ale ty nie raczyłaś mnie słuchać nawet jednym uchem! – warknęła, a ja śmigusiem zrozumiałam, dlaczego Agnieszka tak jak tuman kiwała głową ze zrozumieniem, które nie było zrozumieniem, tylko potwierdzeniem na to, że słucha o koszeniu trawy! Ja nie potwierdzałam. No, i oberwałam!
- I to wszystko? – upewniłam się, asekuracyjnie wychylając szyję w stronę przyjaciółki, memłającej w ustach suchą trawę. Nie mogę uwierzyć, że Kasia z takim przejęciem relacjonowała nam przebieg, jakże interesujący, koszenia jej wielkiego trawnika. Zawsze była szczegółowa, ale do tego stopnia, to się chyba nie porwała. O na litość.
- Jak to, wszystko? Popsułam kosiarkę! Czy ty wiesz, jaka to afera na mój dom?! – wypaplała, przejęta do granic możliwości, prawie krztusząc się badylkiem trzymanym w ustach. Wypluła go z gracją, wycierając usta palcami, po czym kolejny raz spiorunowała mnie swoimi czekoladowymi oczyma. Cała Grażyk!
- Ah, tak… - westchnęłam teatralnie, podczas gdy Agnieszka wysnuła podejrzenia, że chyba coś jest w krzakach. Ja i Kasia zignorowałyśmy jej przypuszczenia, choć śmignęło mi coś w myślach, że przecież Agniecha zawsze ma włączony radar, a jej niezastąpiona kobieca intuicja zawsze potrafi dać znak. Zapomniałyśmy o krzakach i o czymś, co rzekomo w nich przebywa i Kaśka wysapała, że chyba w lesie są jeżyny, jagody, poziomki, a kiedyś, nieopodal torów to i śliwki były! Zerwałam się z drewienka, otrzepałam materiał sukienki, podałam dłoń Adze i dogoniłyśmy Kaśkę sadzącą potwornie wielki kroki przez chaszcze i gąszcze. Grażyk oberwała gałęzią prosto w twarz, Agnieszka potknęła się o wertepy, wyrżnęła się centralnie na mech, a ja nie wiedziałam, czy trafniej byłoby im pomóc, czy poddać się chichotowi. Zachichotałam bezczelnie, podając przyjaciółce rękę. I wtedy Agnieszka zaczęła piszczeć i uciekła, rycząc „ Pająk, pająk.”. Nie zdążyłam pomyśleć, a sama biegłam jak maratończyk, obrywając po policzkach igłami i liśćmi, i rycząc jak syrena „ Ło matko najdroższa, pająk, pająk, zabierz go, zabierz go, mówię przecież, zabierz!” Ostatecznie Agnieszka wpadła na jodłę, ja na sosnę, a Grażyk ryknęła śmiechem. W życiu nie widziałam u Grazyka takich konwulsji śmiechu. Okazało się, że dotarłyśmy do miejsca, gdzie radośnie, czy tez nieradośnie rosły sobie jagody. Zaczęłyśmy je objadać z krzaczków, nie zastanawiając się nawet nad tym, czy mogą być trujące, albo magiczne, albo co innego, równie poronionego. Trujące i magiczne nie były, inne też nie były. Za to smaczne były na stówkę. Grażyk poprowadziła nas do poziomek a potem do jeżyn. Poziomki zjadłyśmy wszystkie, nie zostawiając na krzaczku nawet jednej, maleńkiej. Niedojrzałe też wessałyśmy, bo uznałyśmy, że nie mogą być samotne. To przecież takie straszne dla takiej młodej poziomki. Gorzej było z jeżynami. Byłyśmy tak zdegustowane kolcami, że uznałyśmy „ Jedzenie jeżyn jest nieprzyjazne. Jeżyny są nieprzyjazne.” I z takim nastawieniem opuściłyśmy jeżynowy teren lasu przy torach.
A potem Grażyk stanęła koło wielkiego dębu i stęknęła, że się zgubiła. Agnieszka prawie udławiła się poziomką zachomikowaną w kieszeni, a ja wypuściłam powietrze, ciężko sapiąc. Nawet nie miałam siły zapytać, co teraz, a może nie byłam idiotką, wiedząc, że nikt nie odpowie mi na to wyjątkowo głupie pytanie. Stanęłam dziarsko koło jakiegoś potężnego drzewka, między jarzębiną a Agnieszką gryzącą małe pesteczki poziomki.
- Żartujesz, pewnie, prawda? Przestań sobie robić żarty, bo to marny materiał na takie tego… - fuknęłam na nią, wiedząc, że zaraz się zacznie śmiać. – Bo zacznę wyć na cały las biesiadne pieśni… - zagroziłam, opierając się pewnie o drzewko.
- Ale ja nie żartuję, Kasik! – mruknęła Grażyk do mnie, rozkładając pogryzione przez komary ręce, i dopiero wtedy obleciało mnie potworne zimno.
- No nie gadaj! – włączyła się Aga, wyłupiając oczy, jak orzeszki ziemne. Byłam tak przejęta tym, ze się zgubiłyśmy, że nawet nie wiedziałam, co to znaczy się zgubić.
- I co teraz?! – wysapałam, odrywając gołe plecy od kory drzewa.
- A ja mam wiedzieć?! Jestem z was najmłodsza! – odezwała się Grażyk, machając rękami na wszystkie możliwe strony. Ja wam mówię, ona powinna zostać zatrudniona na egzotycznych wyspach do wachlowania ludzi liśćmi.
- Co z tego, że jesteś najmłodsza?! A mnie boli noga! – zafuczała Agnieszka, broniąc swojego honoru. Nie wiedziałam, czy płakać dlatego, że zgubiłam się z bandą w lesie, czy płakać dlatego, że jestem w tym lesie z tą bandą, a nie inną. I nagle dotarło do mnie, że w razie czego nie zginiemy z głodu, bo jest dostatek jeżyn i innych owoców, które są w gotowości obrony siebie kolcami.
- Zimna krew, zimna krew! – zawołałam przywódczo.
- A ty co? Komar, do jasnej Anielki?! – to ja tu próbuje uspokoić towarzystwo, jakkolwiek zaradzić na apokalipsę w lesie, i bezczelnie mnie wyśmiewa blondyna, która rzekomo moją przyjaciółką jest. Przyjaciółka przyjaciółki podczas zgubienia się w lesie nie wyśmiewa. Kto to słyszał?!
- Słuchajmy pociągu! Wtedy będziemy wiedziały w którą stronę przedzierać się do torów! – zabłysnęła Agnieszka. Chwilę potem zgasiła ją Grażyk, mówiąc, że pociąg może jechać dopiero o drugiej w nocy. Agnieszka postanowiła już nie lśnić i skutecznie zamknęła się w sobie, siadając cichutko pod krzakiem, i znajdując kolejną poziomkę. Grażyk zaczęła udeptywać ściółkę, natarczywie się zastanawiając, chodząc wokół drzewa. A ja? A ja od początku wiedziałam, że się zgubimy, tylko byłam głodna i chciałam zjeść jagódkę!
Siedziałyśmy tak, czekając na zbawienie, albo realny pomysł do zrealizowania, kiedy zza krzaków wyszedł jakiś facet. Agnieszka zerwała się spod drzewka, blednąc jeszcze bardziej. Grażyk pobladła na policzkach, kostniejąc automatycznie, a o sobie nie będę się wypowiadać. Poderwałam się zgrabnie spod krzaków, bacznie obserwując czterdziestoletniego, na oko, faceta, wlepiającego oczy w Grażyka. Broda dawno nie widziała się z jakimkolwiek przyrządem do golenia, nie wspominając o zachowaniu jakiejkolwiek higieny osobistej. Moje przerażenie rosło z każda sekundą, kiedy nagle zauważyłam jego morderczy wzrok.
- Dziewczyneczki się zgubiły? – wychrypiał. Wstrząsnął nami potężny dreszcz. Głos podstarzałego mężczyzny, łupiącego na nas oczyskami był tak przerażający, że Agnieszka nie mogła nic zrobić. Patrzyła to na mnie, to na Grażyka, modląc się pewnie, abyśmy wpadły na cudowny pomysł. Ja pomysłów nie miałam, a Grażyk zaczynała skubać paznokcie ze strachu, tak więc trafiony zatopiony. Miałam jeden plan. Wiać. Puściłam oko do Agniechy, potem do Grażyka. Zacisnęłam pięści, odliczyłam pięć sekund, po czym rzuciłam się do biegu, zaraz po mnie Agniecha i Kasia. Biegłyśmy, nie słysząc nic prócz swoich głośnych oddechów i trzeszczącej ściółki. I wszystko byłoby normalnie, gdyby ten mężczyzna nas nie gonił. Sapał i gonił nas, a my ile sił w mięśniach, próbowałyśmy go jakoś zgubić. Ze strachem w oczach odwracałam się raz po raz, zauważając, że Kasia słabnie. Zwolniła tempo, głośno dysząc. Zatrzymałam się i szarpnęłam Kaśkę za rękę, biegnąc do przodu, Agnieszka złapała ją za drugą dłoń, chcąc dodać siły.
Nie wiem, kim jest mężczyzna, który uskutecznia sobie pościg za trzema młodymi dziewczynami, ale z wielką pewnością doskwiera mu potężna nuda. Albo jest zdesperowany i nikt go nie kocha. Ale na litość Boską, czy to jest wystarczający powód do przyśpieszania akcji serca trzem nastolatkom?! Bałwan z niego, na potęgę. A mnie nie powinno być w głowie rozbawianie czytelnika, tylko przebieranie nogami w sandałkach, które powoli buntowały się przeciwko mnie. Szarpnęłam Grażyka za łapsko, aż syknęła, ale przynajmniej znów uruchomiła mięśnie w nogach i przyśpieszyła nasz maraton. Dławiłam się wielka nadzieją, że może ten napatoczony facet opadnie z sił i odpuści sobie ganianie nas po lesie w kółko. Zrozumiałam, że jeśli czegoś automatycznie nie zrobię, może na wszystko być za późno. Dobiegłyśmy do polany koło lasu i ścieżki. Odetchnęłam z ulgą – pewnie zaraz ktoś wyskoczy zza krzaków i krzyknie dziarsko „ Uratuję was!”. Na dróżce był sypki piasek, nikt nie miał ochoty wyskakiwać zza krzaków niosąc pomoc, a Grażyk się przewróciła. Zawsze, zawsze wszystko przeciwko trzem muszkieterom?! Zaklęłam pod nosem, gwałtownie ciągnąc ja za ramię. Brunetka stęknęła, zerwała się na nogi. Wiedziałam, że zaraz będzie płakać.
- Nie rycz! Walcz! – ryknęłam zduszonym wrzaskiem. Trzymałam jej mała rękę w dłoni, ściskając raz po raz, motywując do szaleńczego biegu przez pustynny piasek. Agnieszka była tak piekielnie przerażona, że nie miała nawet siły płakać, czy tez narzekać, że nie ma siły. Znalazła siłę i goniła tak, że się prawie rozmazywała. Odwróciłam się sprawdzając, czy dziadzisko wciąż nas goni. Długie włosy zasłoniły mi widok. Facet na szczęście chyba odpuścił sobie pościg, nie widziałam go za nami, przed nami. I nagle zobaczyłam go obok siebie. Wrzasnęłam na całe gardło z myślą, że może go ogłuszę i padnie na ziemię jak jakiś gad. Z ulgą zauważyłam, że niedaleko jest jakieś złomowisko. Ruszyłam tam pędem, za Agnieszką. Mężczyzna złapał Kasię w pasie. Zmroziło mnie tak potworne zimno, dziwne, że nie zamieniłam się w kostkę lodu. Mniam. Chwyciłam metalowy pręt i zmrużyłam oczy, zbliżając się do faceta bijącego Kasię szamotającą się i wrzeszczącą jak syrena policyjna. Boże, nie dam rady. Odwróciłam się i zobaczyłam Agnieszkę z większym metalowym prętem, i aż się teraz zastanawiam, jak ona to utrzymała w rękach.
- Puszczaj ją! – ryknęłam do faceta, machając pręciskiem jak bambusowym patyczkiem. Agnieszka wypuściła z dłoni swój kij, jęcząc. A mężczyzna chyba nie miał zamiaru puszczać Kaśki, bo tylko szarpnął nią, powalając na kolana.
I to był koniec mojej łagodności. Bordowiałam na twarzy, coraz bardziej czując jak budzi się we mnie złość. Dosyć tego, prze pana, ja mam prawo walczyć! Obudził się we mnie waleczny, temperamenty zwierzak, zamachałam prętem i cisnęłam w faceta piorunami z oczu.
- Słuchaj pan, puszczaj ją, bo słowo daję, przychrzanię ci tym prętem, to się nie pozbierasz! – warknęłam, stawiając się i pokazując, że naprawdę nie żartuję. Nie żartowałam.
- Puszczaj ją do cholery! – zaskrzeczała Agnieszka, podskakując z kijem w dłoniach, jak mała piłeczka. Zaraz, obudził się we mnie waleczny zwierzak, to czemu nie atakuję? Ja ci dziadu pokażę! Poczekałam aż Grażyk będzie w dużej odległości do napastnika, po czym zamachnęłam się z całych sił, mało nie padając na ziemię, i cisnęłam prętem w brzuch faceta. Zdążył tylko jęknąć i prędko puścił Kasię. Pisnęła płaczem, biegnąc do Agnieszki w ramiona, a ja cofnęłam się od faceta. Spojrzałam na pręt i oniemiałam. Jak ja mogłam podnieść tak ciężki i wielki drut?! Adrenalina zrobiła swoje, dzięki czemu ratowałam przyjaciółkę. Kurczę, przecież to fizycznie niemożliwe – jęknęłam w duchu, patrząc na metalowy drąg. Odrzuciłam ciężki przedmiot na bok, po czym dogoniłam przyjaciółki chowające się za wielkim krzakiem czarnej porzeczki.
_______________________________
Witam serdecznie! Dłuuuugo mnie nie było, wiem....I pewnie dalej bym tak zwlekała z odwiedzinami, gdyby nie Mara - która postawiła mnie do pionu. Przypomniała o Literce i nawróciła... ; ) Dzięki kochana, zapragnęłam ponownie z Wami "żyć". Postaram się nie znikać. Oczywiście w miarę możliwości, bowiem ostatnio mam masę obowiązkow, na ktore tak po prawdzie zaczynam się buntować.
Jeśli chodzi o to coś na górze, co zwie się banalnie moja twórczością - chyba się nie powinnam przyznawać...Tak, jestem koszmarnie krytyczna wobec siebie, ale wolę to, niż zachwalanie samej siebie. Proszę o krytykę - to pomoc, ktorej lekko bym się uczepiła..; ) Pozdrawiam serdecznie, Kasiula.
Kaśki do siebie ciągną - autorytet - Grochola...
|