Witaj w serwisie literackim Literka.info!

Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, trzymają język za zębami.
~Oscar Wilde


Przed zarejestrowaniem się, koniecznie zajrzyj do REGULAMINU!
Prosimy o uzupełnianie spisu treści!


Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 3 Głosów - 4.67 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
"Na zawsze" Trzy muszkieterki!
Autor Wiadomość
Kasinka Offline
Pisząca opowiadania
Użytkownik

Liczba postów: 12
Dołączył: 26-08-2011
Reputacja: 1
Pozytywna
Post: #1
"Na zawsze" Trzy muszkieterki!
1. Smutek zza płotu.
Obserwowałam pływające po niebie jasne, delikatne obłoki. Przemieszczały się z taką subtelnością i wyrafinowaną dostojnością, aż zapomniałam, że to tylko chmury pchane przez wiatr. Policzki okalał mi ciepły dotyk powietrza, a plecy opierałam o wiklinę fotela tarasowego. Trenowałam opanowywanie idealnie skoordynowanego spokoju. Czułam zapach pelargonii, groszku pachnącego i surfinii – ich silny zapach bardzo mnie uspokajał. Wreszcie czułam tę atmosferę wakacji, której doszukiwałam się we wszystkim, ale nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Komary latające koło mojego ucha nie były w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, którą właśnie opanowałam. Przymknęłam ciężkie i zmęczone, od nocnego czytania książek, powieki i delektowałam się ciszą. Cisza, jak można się domyślać, nie lubi trwać długo. Usłyszałam radosne i głośne chichoty. Czuć było odór palącego się węgla od sąsiadów – oni jednak zachowywali się kulturalnie, prawdę powiedziawszy, nawet słychać ich nie było. Uniosłam się nieznacznie na poduszce, chcąc zlokalizować radosne dźwięki. Brzmiały uderzająco znajomo, a moja ciekawość nigdy nie zna i nie znała granic. Spotykając się wzrokiem z brązowymi tęczówkami chłopaka, pożałowałam swojej ciekawości i zaczęłam przeklinać ją w myślach, soczystymi słowami. Sparaliżowana patrzyłam jak mój szesnastoletni sąsiad w eskorcie znajomych, podąża uliczką osiedlową z…piwem w ręku. Patrzył na mnie spitym, czekoladowym wzrokiem, a ja nie wiedziałam, gdzie podziać swój, rozbiegany, zabłąkany i zszokowany. Prawda prawdą, nie pierwszy raz widzę tego chłopaka w ów stanie, aczkolwiek zawsze reaguję w tenże sposób. To niemiły widok. Mieszkam koło Mateusza od pięciu lat. Rodzice chłopaka są równi, jak to się mówi, sympatyczni ludzie! Jego zdemoralizowane towarzystwo zawsze wywoływało u mnie wstrzymany oddech, natomiast wiem, że on nie byłby w stanie zrobić mi zupełnie nic. Jest bezpieczny i niegroźny. Może dlatego jestem zasmucona, kiedy widzę go z puszką w dłoni? Dziś nie było inaczej. Kiedy nasze spojrzenia spotkały się pomiędzy wiklinowym ogrodzeniem, nie wiedziałam czy w jego pijanych oczach widzę smutek, czy szaleństwo. Ktoś popchnął go w geście żartu, a on niezorientowany i nieskoordynowany ruchowo, zatoczył się niebezpiecznie na krawężniku, a ja spuściłam machinalnie głowę w dół. Ciekawy motyw wykończenia płytek mam na tarasie… Salwa niepohamowanego śmiechu zaniosła się po osiedlu, a moim ciałem wstrząsnął dreszczyk. Sięgnęłam po szarawy sweterek i narzuciłam go na plecy. Paczka przyjaciół zniknęła za zakrętem, a ja opadłam bezwładnie na fotel. Pomyślałam, dlaczego życie jest tak humorzaście smutne i niesprawiedliwe. Zamiast być wściekła na Mateusza za świadome niszczenie sobie życia, było mi go szkoda. Potwornie i karygodnie szkoda.

Postawiłam nieskazitelnie czystą szklankę z wodą mineralną przed moją przyjaciółką. Grażyk zerknęła tępo na szklankę, potem znów na mnie, a potem ponownie na szklankę. Ja i szklanka stałyśmy. Szklanka na stole, na serwetce dzierganej przez moją babcię, a ja na dębowych panelach, w kapciach z krówkami. Szklanka spokojnie, ja niespokojnie. Grażyk mruknęła przeciągle i rzuciła się do tyłu, na oparcie kremowej kanapy. Westchnęłam ciężko, siadając na pufie, nie spuszczając z celownika blondynki. Wydawała się być w swoim humorze „zadziornika”.
- Bardzo chciałaś mi coś opowiedzieć w momencie koszenia trawy, więc zerwałam się i przybiegłam, trawnik nieskoszony do końca, a ty się tak czołgasz z tymi szklankami! – wyrzuciła na wdechu, jak z karabinu, odetchnęła głośno i chlusnęła sobie spory łyk wody do przełyku. Nie zakrztusiła się. Ja już bym się dusiła, kaszląc.
- Kaśka, no, pomogę ci kosić, ale musisz mnie wysłuchać! – wydusiłam, patrząc na nią spod byka. Kręciła szklanką, obmywając wodą ściany naczynka. Zdawało jej się sprawiać to niemałą frajdę, więc dałam jej się spełniać w zabawie i nie przerywałam. – Tylko jest jeden warunek. Musisz mnie słuchać! – rzuciłam ironicznie, unosząc brew.
- Przecież cię słucham! Ta szklanka ma zacieki! – wypaliła, przyglądając się bacznie mojej szklance. Moja szklanka ma zacieki? Moja szklanka? Moja szklanka nigdy nie ma zacieków. Po prostu nie moja zmywarka robi zacieki. Mniejsza o szklanki, zacieki i zmywarki.
- Kasia, nie wygłupiaj się! Chodzi o Mateusza… - pijąca siedemnastolatka otworzyła szeroko oczy, co znaczyć mogło jedno. Zaraz zacznie pluć wodą. Odstawiła naczynko od warg, po czym zaczęła się krztusić i machać rękami. Skąd ja to, kurczę, wiedziałam.
- Mate…u…sza? – wytarła rękawem usta i brodę, odstawiając kubeczek z impetem na ławę. Woda chlusnęła i doleciała aż do mnie. Mrugnęłam powiekami, wycierając się.
- Mówię niewyraźnie?! – syknęłam.
- Mówisz wyraźnie, ale jak ja piję wodę, to mi się tak śmiesznie bębenki zatykają, i zamiast Mateusza usłyszałam „ klausza” i się zastanawiam, co to... – zaczęła gadać bez sensu, a ja złapałam się za głowę.
- Wiesz, znowu widziałam go z tymi ludźmi, szedł upity. Grażyk, szkoda mi go.
- Poczekaj, poczekaj. Ściągasz mnie tu, przerywasz mi koszenie, zmuszasz do przejścia dwóch przecznic, jakbyś sama tyłka ruszyć nie mogła, i tylko, tylko po to, żeby wypalić mi, że ci go SZKODA? – zaakcentowała ostatnie słowo.
- Przecież pomogę ci kosić… - dodałam skruszona. Dwa razy złapała hausty powietrza, po czym udała, że się uspokaja i znów zaatakowała wodę mineralną w mojej zaciekowej szklance.
- Ale Kasik, co ty chcesz zrobić z tym, że ci go szkoda? Samą mentalnością, tym, że ci go szkoda mu raczej, no wiesz, nie chcę się zrażać, ale jakoś mu tym nie pomożesz. – zawsze umiała niszczyć złudzenia. I marzenia. Właściwie, ona potrafiła niszczyć wszystko, począwszy od lalek Barbie, skończywszy na kwiatkach babci na rabacie. Nie pomijając psucia atmosfery podczas zabawy. Mistrzyni w swoim fachu.
- Właśnie ściągnęłam cię tu po to, żebyś mi pomogła! Mateusz niszczy sobie życie na moich oczach, dodatkowo robi to świadomie. Nie chcę nic insynuować, ale ty zawsze żeś dobre pomysły wyrzucała na ławę, to może i teraz byś pomyślała… - łupała na mnie okiem ciekawsko, dolewając sobie mineralnej z plastikowej butelki.
- Ale ja nie mam dziś dobrego dnia na myślenie. Miewam olśnienia tylko w czwartki. Dziś środa. Masz pecha. – bąknęła, siłując się z korkiem od Żywca.
- Grażyyku! Błagam cię. Ten chłopak jest taki… z oczu mu zionie taki inteligentny wyraz…
- Jakby był inteligentny to z buzi nie zionęłoby mu piwskiem! – cmoknęła ustami, kiwając głową.
- Każdy popełnia błędy, dobrze o tym wiesz. Niektórzy umieją poradzić sobie z takimi rozterkami życiowymi, a niektórzy nie mają tyle siły. Takim trzeba pomagać wychodzić z życiowych tarapatów. Sama mówiłaś, że trzeba ludziom pomagać, to wtedy i nam pomoc będzie niesiona. Dobrze wiesz, że musimy coś zrobić! – rzuciłam w nią słowami, swoim motywującym monologiem, z wielką nadzieją, że się zegnie. I tak wiem, że mi pomoże, ale muszę spowodować, żeby sama tego zachciała.
- No, dobrze, ale co zrobisz? No sama mi powiedz, co ty chcesz zrobić! Na to nie mamy wpływu. A po pierwsze, dobra duszyczko, na świecie jest milion takich Mateuszów i wszystkim nie pomożesz. – wyjawiła, patrząc na mnie spokojnie, z głową na oparciu kanapy. Gorąca pora dnia, co ja gadam, wręcz upalna, motywowała nas do siedzenia w chłodnym pomieszczeniu, w eskorcie szklanek z wodą schłodzoną.
Przecież wiem, co Kasia chce mi przekazać. Na świecie jest milion tak młodych chłopaków, którzy popadli w nieprzyjemny nałóg, z byle jakiego powodu. Wiem, że nie za bardzo jest co zrobić w takiej sytuacji, ale przecież nie zagłuszę w sobie tego głośnego głosu, który współpracuje z silnym ruchem, który zaś pcha mnie do czynu pomocy. Mateusz jest wart tej pomocy! Porywam się z motyką na słońce, ale podobno świat jest tak skonstruowany, że my dobrze wiemy, co mamy robić. Nie wiem, czy słowa babci mają jakiś sens, może skrzętnie ukryty, bowiem nie jestem do tego przekonana. Od moich gorączkowych myśli odciągnęła mnie Kasia, energicznie machająca rękami w powietrzu.
- Pomogę ci, ale sama wymyślisz, co zrobimy. Bo dziś jest środa, a ja w… - mruknęła.
- Dzięki! – rzuciłam się na nią z piskiem, jaki prawdopodobnie wysłuchały tylko delfiny, których nawiasem mówiąc, tu nie było. – Jesteś wielka i ogromna! – spiorunowała mnie tragicznie złym wzrokiem, który mówił, że powinnam cofnąć, albo wymazać wcześniej wycedzone słowa. – Sercem, znaczy się! – zreflektowałam się. – Bo wiesz, Grażyk, to jest taka dziwna siła, która mnie pcha, żeby mu pomóc. Dziwne uczucie, ale mam wielką ochotę poddać się temu.
- A ty się czasem dobrowolnie nie poddałaś miłości? – wysnuła podejrzenia i diagnozy swojego pięknego, młodego umysłu, a mną wstrząsnęło. Nie żebym była z powołania przyszłą zakonnicą, tylko tak…
- Kasiu, upał tobą zawładnął, czy źle się czujesz?
- Mam prawo mieć zły humor, wiesz jak lubię kosić trawę! – sapnęła, a ja zachichotałam. Jej dziecinny humor zawsze poprawiał mi humor, a teraz dodał mi otuchy do nadchodzącego „działania” w sprawie zabłąkanego sąsiada – Mateusza. Nalałam blondynce wody, przytuliłam w geście przedwczesnego, ale wymuszonego podziękowania, oparłam się o kanapę i odetchnęłam. Słońce operowało na panele, przez szybę tarasową, grzejąc na grubą sierść wilczura długowłosego – mojego Kaktusa. Swoją drogą, nie rozumiem, dlaczego nie przeniesie się w cień. Ten dzień nabrał nowego koloru. Takiego pozytywnego i naprawdę ciepłego. Wizja przyszłego starania się o dobro w stosunku chłopaka nie była już katorgą. Teraz wydawało mi się to dziecinnie proste. Tylko czy tak będzie?


2. Olomny ploblem.

Zrywałam pojedyncze grona soczyście i krwiście czerwonych porzeczek, kiedy przez babciny ogród rozdarło się wołanie owej babci i szczekanie Kaktusa. Wrzuciłam owoc do wiklinowego kosza na zbiory, po czym odgoniłam komara i spojrzałam na babcię. Biegła, o dziwo, w swojej długiej spódnicy i machała do mnie rękami ubrudzonymi od drelowania wiśni.
- Kaśka! Agnieszka dzwoni, ale coś no mi się zdaje, że dziwnie ona gada. Dawaj no tu! – babciny głos zmusił mnie do puszczenia koszyka na trawę. Zgarnęłam jeszcze porzeczkę z koszyka, która wylądowała potem w moich ustach, i gryząc drobne pestki pognałam do domu.
- Halo?
- Kasia? Słuchaj, mamy olomny ploblem!
- Co mamy?
- Ploblem! – no cóż, gdyby nie jej przejęty ton seplenienia, leżałabym plackiem na podłodze, podziwiając stary sufit domu moich dziadków.
- Poczekaj, poczekaj, bo ja nie rozumiem, Aga. Co się stało, dlaczego mówisz tak, jak mówisz? – zaatakowałam ją gorączkowymi pytaniami, zgrabnie tłumiąc chichot.
- Chodzi o to, że jak zawsze kosiłam tlawnik, no nie?
- Nadążam. – parsknęłam śmiechem.
- No, no i mój blat wybiegł z domu, popchnął mnie na kosialkę i wybił mi jedynkę. Lozumiesz?! Lozumiesz, co mówię? Nie mam zęba! – to co wydało się z jej ust, to nie był krzyk. To był pisk, przypominający odgłosy, które wydają niektóre zwierzątka podczas godów. Postanowiłam opanować swoją chęć wybuchu niepohamowaną salwą śmiechu, ugryzłam się w język i pomyślałam, że przede mną zbieranie porzeczek. Zadziałało. Pragnienie chichotu zostało stłumione. Nie to co płacz mojej przyjaciółki. Agnieszka zaczęła chlipać, jak moja popsuta zmywarka.
- Ale, zupełnie nie masz zęba? – spytałam, oczekując rzetelnej odpowiedzi. Jeśli odpowiedź w sprawie zęba może być rzetelna.
- Pamiętasz, jak miałyśmy siedem lat i lubiłyśmy śpiewać o Leksiu? Mówiłam tak samo, bo mi mleczak wypadł! No to telaz jest tak samo, tylko że to była stała jedynka. Chcesz pośpiewać o Leksiu? – jej ton pełen ironii i sarkazmu był przerażający. Już nie było mi do śmiechu.
Agnieszka nie ma przedniego, stałego zęba. Mówi jak siedmioletnie dziecko, a sama za dwa tygodnie ma siedemnaste urodziny. Płakać czy się śmiać? Dobre pytanie, nie?
- Hej, spokojnie! Musisz iść do dentysty! Wstawi ci implant i wszystko będzie dobrze. – mało mi żyłka pierdząca nie pękła z tego wysiłku, mam na myśli wysiłek przybrania spokojnego tonu.
- Ploblem tkffii w tym, że jedyny dentysta w okolicy miał wczolaj zawał i lezy na kaldiologicznym oddziale w Ladzyniu! – bąknęła. Albo trafniej – warknęła.
- To może poszerz swój radar dentystów na kilka kilometrów, hm? Ile masz zamiar łazić bez zęba?
- Nie wiem, kulczę! Dzięki za wspalcie! – usłyszałam, jak babcia krzyczy, że idzie do sąsiadki.
- A co mam poradzić, jak robisz wszystko, by były problemy? – zapytałam słuchawkę w której machinalnie zapanowała cisza i żadnego seplenienia – Aguśka, jedź do dentysty. Innego wyjścia awaryjnego niestety nie widzę. – wydukałam, obserwując Kaktusa przez okno. Radośnie podskakiwał obok siedmiu krzaków porzeczek, rozkosznie rozszarpując koszyk wiklinowy pełen zerwanych już owoców. Ciśnienie podskoczyło mi momentalnie. – Agniecha, Kaktus atakuje moje porzeczki, musze iść! Zadzwonię wieczorem! – rozłączyłam się równie machinalnie, jak moje skaczące ciśnienie, po czym rzuciłam słuchawką na komodę, pchnęłam ramieniem drzwi i wybiegłam na ogródek, robiąc niemiłosierny harmider. Rzuciłam się aktywnym galopem pośród rabat babci, między sadzonkami jabłoni, po czym wrzasnęłam karcącym krzykiem na wilczura. Stulił płasko uszy, podkulił ogon i ostatni raz tknął nosem wiklinę. Koszyk się zachwiał, potem przewrócił, a wszystkie porzeczki poturlały się w dół ścieżki. Równiutko. W jedne miejsce. Grzeczne porzeczki. Kaktus, ja cię zaraz rozszarpię! Teraz to kaktus galopował między rabatami z różami, piszcząc raz po raz. Szarpnęłam koszykiem i zebrałam porzeczki. Naburmuszona i z krzywą miną zjadłam jedną porzeczkę, która skrzypiała mi w zębach piaskiem. Szarpnęłam za klamkę od drzwi i zrozumiałam, że drzwi są zamknięte na wszystkie możliwe spusty. Oblało mnie zimno. Nie zrozumcie mnie źle. Dziadek z chorobą Elsheimera to nie błaha sprawa. A może mam spaczone czucie? Szarpnęłam jeszcze raz za klamkę, a drzwi tylko jęknęły. Rzuciłam koszyk na ławkę pod oknem i połknęłam dookoła domu, mając ogromnie wielką nadzieję, że balkon jest otwarty. Na całe szczęście balkon stał otworem więc pognałam po schodkach na górę i wparowałam do domu. Na stole stał wielki wazon z groszkiem pachnącym. Kruche ciasteczka na blacie stygły koło okna w kuchni, aczkolwiek dziadka nigdzie mój wzrok nie zarejestrował. W tempie ekspresowym pokonałam kręte, masywne schody i pojawiłam się w pokoju dziadka.
- Kim pani jest? – usłyszałam jego ciepły głos. Siedział na fotelu w rogu pokoju ze starą, postrzępioną książką na kolanach. Jego wzrok usilnie próbował mnie rozpoznać. Nie poznawał mnie, nie wiedział kim jestem. Nie poznał swojej wnuczki. Zachciało mi się płakać i nie zdążyłam zdusić płaczu w zarodku. Moje oczy zaszkliły się i powiększyły od łez. – Dlaczego pani płacze?
Cichutko wydarłam brudnymi od porzeczek palcami, policzki, uśmiechnęłam się do dziadka ciepło i bez słowa opuściłam jego gabinecik. Na schodach złapał mnie za ramię smutek. Szarawa, mała i okrągła łezka spłynęła mi po policzku, aż za ucho.
________________________________________________
Kolejne opowiadanie mojego autortwa - znacznie inne, z pewnością z błędami i mankamentami. Czekam na Państwa zdanie. Smile PS Mam sześć rozdziałów, resztę wkleję, jeśli będziecie mieli na to ochotę.

Kaśki do siebie ciągną - autorytet - Grochola... Smile
26.08.2011 19:46
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Literkowy Sponsor
Dolar Offline
Bloodholic

Liczba postów: 258
Dołączył: 13-08-2011
Post: #2
RE: "Na zawsze" Trzy muszkieterki!
Nie chciało mi się wyłapywać błędów. Opowiadanie ciekawe, trochę poćwiczysz i będziesz lepsza od Musierowicz.

//Jeżeli chcesz zagrać w Minecrafta na dobrym serwerze, zapraszam pod IP 5.238.147.41 do końca tego tygodnia rano w godzinach 10:00 - 13:00 i codziennie wieczorem od 21:30 do 23:30
//Godziny mogą się zmienić, więcej szczegółów na PW
27.08.2011 08:58
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
xomkax Offline
Piszący opowiadania

Liczba postów: 182
Dołączył: 06-05-2011
Reputacja: 0
Neutralna
Post: #3
RE: "Na zawsze" Trzy muszkieterki!
Zgadzam się z Dwoma Dolarami.
Błędów nie chciało mi się szukać, bo strasznie dużo tekstu.
A żeby nie było, że nie oceniam:
Pomysł ciekawy, wydaje mi się, że napisane dobrze. Chyba mi się podobało.

PS. Tytuł skojarzył mi się z Barbie... te trzy muszkieterki... ;D

Cieszę się tym co jest. Przyszłość będę analizować, gdy stanie się teraźniejszością.
27.08.2011 12:08
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Sylar Offline
the truth
*

Liczba postów: 2,618
Dołączył: 31-05-2010
Reputacja: 10
Niebiańska
Post: #4
RE: "Na zawsze" Trzy muszkieterki!
Cytat:Czułam zapach pelargonii, groszku pachnącego (tu za dużo spacji, a jak juz pisze, to napisze, że w wielu miejscach, nie wiadomo z jakiej przyczyny, stawiasz nawet do 4 spacji. W NAPRAWDĘ wielu miejscach.) i surfinii – ich silny zapach bardzo mnie uspokajał. Wreszcie czułam tę atmosferę wakacji, której doszukiwałam się we wszystkim, ale nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Komary latające koło mojego ucha nie były w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, którą właśnie opanowałam. Przymknęłam ciężkie i zmęczone, od nocnego czytania książek, powieki i delektowałam się ciszą. Cisza, jak można się domyślać, nie lubi trwać długo. Usłyszałam radosne i głośne chichoty. Czuć było odór palącego się węgla od sąsiadów węgiel był sąsiadów, czy od nich było czuć? Dziwny szyk, nie lepiej - "od (strony) sąsiadów czuć było odór palonego węgla"? // – oni jednak "jednak" nakazuje czytelnikowi myśleć, że palący się węgiel standardowo łączy się z niekulturalna rozróbą, co jest co najmniej zabawnym stwierdzeniem. // zachowywali się kulturalnie, prawdę powiedziawszy, nawet słychać ich nie było. Uniosłam się nieznacznie na poduszce, chcąc zlokalizować radosne dźwięki przecież zdanie wcześniej zostało napisane, że nie było ich nawet słychać, więc skąd te dźwięki się nagle znalazły? //.

Cytat:z…piwem w ręku.
spacja po wielokropku.

Cytat: Rodzice chłopaka są równi, jak to się mówi, sympatyczni ludzie!
Nie rozumie, po co wykrzyknik, a "rodzice chłopaka są sympatyczni ludzie, nie brzmi nijak. Miast "są" zdałoby się "to" wstawić.

Cytat:wywoływało u mnie wstrzymany oddech
Y... Nieskładnie, oj nie... Wywoływać wstrzymany oddech?

Cytat:Jest bezpieczny i niegroźny.
Masło maślane.

Cytat:a on niezorientowany i nieskoordynowany ruchowo,
zdezorientowany chyba bardziej by pasowała, a nieskoordynowane to mógł mieć ruchy, a nie być nieskoordynowany ruchowo. W każdym razie te dwa określenia śmiesznie brzmią.

Cytat:karygodnie szkoda.
Hę?

Cytat:Postawiłam nieskazitelnie czystą szklankę z wodą mineralną przed moją przyjaciółką. Grażyk zerknęła tępo na szklankę, potem znów na mnie, a potem ponownie na szklankę. Ja i szklanka stałyśmy. Szklanka na stole, na serwetce dzierganej przez moją babcię, a ja na dębowych panelach, w kapciach z krówkami. Szklanka spokojnie, ja niespokojnie.
Bezsprzecznie najlepszy fragment tekstu.

Cytat:nie spuszczając z celownika blondynki
Szyk - nie spuszczając blondynki z celownika.

Cytat:Po prostu nie moja zmywarka robi zacieki.
Hę? Chyba o "nie" za dużo.

Cytat:bębenki zatykają, i zamiast Mateusza usłyszałam
Bez przecinka.

Cytat:i tylko, tylko po to, żeby wypalić mi, że ci go SZKODA? – zaakcentowała ostatnie słowo.
Widać, że zaakcentowała. Lepiej by wyglądało zapisać owe słowo normalnie, a dodać komentarz sam.

Cytat:- Grażyyku! Błagam cię. Ten chłopak jest taki… z oczu mu zionie taki inteligentny wyraz…
Wielka litera po wielokropku.

Cytat:- Pomogę ci, ale sama wymyślisz, co zrobimy. Bo dziś jest środa, a ja w… - mruknęła.
w... czym? jeśli miało to być urwanie, bo kolejna "rzuciła się na nią z piskiem", to komentarz "mruknęła" jest zbędny.

Cytat:- Mam prawo mieć zły humor, wiesz jak lubię kosić trawę! – sapnęła, a ja zachichotałam. Jej dziecinny humor zawsze poprawiał mi humor, a teraz dodał mi otuchy do nadchodzącego „działania” w sprawie zabłąkanego sąsiada – Mateusza.
W dialogach myślników używamy do odgrodzenia słów wypowiedzianych przez bohaterów od komentarza narratora, zatem przed "Mateusza" raczej winien stać dwukropek, jeśli już, albo wywalić "sąsiada".
Cytat:- Ploblem tkffii w tym, że jedyny dentysta w okolicy miał wczolaj zawał i lezy na kaldiologicznym oddziale w Ladzyniu! – bąknęła. Albo trafniej – warknęła.
jw.

Cytat:Swoją drogą, nie rozumiem, dlaczego nie przeniesie się w cień. Ten dzień nabrał nowego koloru.
Zdecydowanie nowy akapit.

Cytat:Takiego pozytywnego i naprawdę ciepłego. Wizja przyszłego starania się o dobro w stosunku chłopaka nie była już katorgą.
Dlaczego "przyszłego"? Przecież ona już się stara.

Cytat:2. Olomny ploblem.
Hom?

Cytat:Na całe szczęście balkon stał otworem więc pognałam po schodkach na górę i wparowałam do domu.
przecinek przed "więc".

Cytat:Cichutko wydarłam brudnymi od porzeczek palcami, policzki
bez przecinka!

Zły zapis dialogów:
Cytat:- Kasia, nie wygłupiaj się! Chodzi o Mateusza… - pijąca siedemnastolatka otworzyła szeroko oczy, co znaczyć mogło jedno.

- Mate…u…sza? – wytarła rękawem usta i brodę, odstawiając kubeczek z impetem na ławę.

- Ale Kasik, co ty chcesz zrobić z tym, że ci go szkoda? Samą mentalnością, tym, że ci go szkoda mu raczej, no wiesz, nie chcę się zrażać, ale jakoś mu tym nie pomożesz. – zawsze umiała niszczyć złudzenia.

Nie chcę nic insynuować, ale ty zawsze żeś dobre pomysły wyrzucała na ławę, to może i teraz byś pomyślała… - łupała na mnie okiem ciekawsko, dolewając sobie mineralnej z plastikowej butelki.

- Ale ja nie mam dziś dobrego dnia na myślenie. Miewam olśnienia tylko w czwartki. Dziś środa. Masz pecha. – bąknęła, siłując się z korkiem od Żywca.

- Jakby był inteligentny to z buzi nie zionęłoby mu piwskiem! – cmoknęła ustami, kiwając głową.

A po pierwsze, dobra duszyczko, na świecie jest milion takich Mateuszów i wszystkim nie pomożesz. – wyjawiła, patrząc na mnie spokojnie, z głową na oparciu kanapy.

- Dzięki! – rzuciłam się na nią z piskiem, jaki prawdopodobnie wysłuchały tylko delfiny, których nawiasem mówiąc, tu nie było. – Jesteś wielka i ogromna! – spiorunowała mnie tragicznie złym wzrokiem, który mówił, że powinnam cofnąć, albo wymazać wcześniej wycedzone słowa. – Sercem, znaczy się! – zreflektowałam się.

- A ty się czasem dobrowolnie nie poddałaś miłości? – wysnuła podejrzenia i diagnozy swojego pięknego, młodego umysłu, a mną wstrząsnęło.

- Kaśka! Agnieszka dzwoni, ale coś no mi się zdaje, że dziwnie ona gada. Dawaj no tu! – babciny głos zmusił mnie do puszczenia koszyka na trawę.

- Ploblem! – no cóż, gdyby nie jej przejęty ton seplenienia, leżałabym plackiem na podłodze, podziwiając stary sufit domu moich dziadków.
- Poczekaj, poczekaj, bo ja nie rozumiem, Aga. Co się stało, dlaczego mówisz tak, jak mówisz? – zaatakowałam ją gorączkowymi pytaniami, zgrabnie tłumiąc chichot.

- Nadążam. – parsknęłam śmiechem.

- No, no i mój blat wybiegł z domu, popchnął mnie na kosialkę i wybił mi jedynkę. Lozumiesz?! Lozumiesz, co mówię? Nie mam zęba! – to co wydało się z jej ust, to nie był krzyk.

Chcesz pośpiewać o Leksiu? – jej ton pełen ironii i sarkazmu był przerażający. Już nie było mi do śmiechu.

- Hej, spokojnie! Musisz iść do dentysty! Wstawi ci implant i wszystko będzie dobrze. – mało mi żyłka pierdząca nie pękła z tego wysiłku, mam na myśli wysiłek przybrania spokojnego tonu.

zapytałam słuchawkę w której machinalnie zapanowała cisza i żadnego seplenienia – Aguśka, jedź do dentysty. Innego wyjścia awaryjnego niestety nie widzę. – wydukałam, obserwując Kaktusa przez okno.

Zadzwonię wieczorem! – rozłączyłam się równie machinalnie, jak moje skaczące ciśnienie, po czym rzuciłam słuchawką na komodę, pchnęłam ramieniem drzwi i wybiegłam na ogródek, robiąc niemiłosierny harmider.

Wiele wszystkiego wszędzie, czyli:
1. Bogowie, wiesz, kiedy tworzy się nowe akapity? No, może i wiesz, czego jednak nie widać po samym wstępie, który na 3 można by spokojnie robić, a nawet by trzeba.
2. Masa zaimków, cała wielka masa, często zbędnych, zwłaszcza "moim/mnie/(ja)", ale nie chciało się Nam wszystkich kolorować.
3. Powtórzenia, ich też masa.
4. Jeśli mowa o masie, to spacje i tabulatory, ale to już pisała wyżej.
5. Dziwnie konstruujesz czasem zdania.
6. W wielu miejscach wykrzykniki, które nijak się mają do sytuacji wypowiedzi.
7. Dialogi do poprawy (zapis techniczny, dział "Jak pisać" tudzież inne poradniki), a jeśli jeszcze o dialogi chodzi, to miała wrażenie, że są jakby na siłę przeciągane głupią gadaniną.

Podobały się za to opisy. W sensie, jako całość, widać, że masz pojęcie. Jako całość tekst oceniamy na przeciętne względem techniki, gdyż takie Nasze zboczenie, jeśli zaś o treść chodzi, to typowy obyczaj, za którym niezbyt ostatnimi czasy przepadamy, jak na razie nudnawy, ale kto wie, co będzie dalej.

Miagarvina
109 641
<klik>
27.08.2011 13:36
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Kasinka Offline
Pisząca opowiadania
Użytkownik

Liczba postów: 12
Dołączył: 26-08-2011
Reputacja: 1
Pozytywna
Post: #5
RE: "Na zawsze" Trzy muszkieterki!
Dwadolary - błagam, nie przesadzaj z Musierowicz! ( Nic do Niej nie mam!) Wystarczyło powiedzieć, że jest OK. Smile
God - dziękuję za krytykę. Wytykanie błędów dla wielu ludzi to czepilastwo, natomiast dla mnie to wielka pomoc.
Pozdrówka Smile

Kaśki do siebie ciągną - autorytet - Grochola... Smile
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.08.2011 09:08 przez Kasinka.)
28.08.2011 09:08
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Sylar Offline
the truth
*

Liczba postów: 2,618
Dołączył: 31-05-2010
Reputacja: 10
Niebiańska
Post: #6
RE: "Na zawsze" Trzy muszkieterki!
Cieszyć się.

Miagarvina
109 641
<klik>
28.08.2011 09:27
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Kasinka Offline
Pisząca opowiadania
Użytkownik

Liczba postów: 12
Dołączył: 26-08-2011
Reputacja: 1
Pozytywna
Post: #7
RE: "Na zawsze" Trzy muszkieterki!
3. Diametralne działanie.

Obudził mnie wilgotny i wielki język Kaktusa na moim czole. Otworzyłam oczy i poczułam, jak jego wielka łopata przejeżdża po moim policzku i nosie, i oczach i uszach. Zachowałam spokój. Szczeknął mi nad uchem, a ja w odwecie zwaliłam go z łóżka na podłogę, aż poszorował pazurami dębowe klepki. Olałam go centralnie, wtulając policzek w białą pościel pachnąca krochmalem. Okno było otwarte, podmuchy wiatru igrały z kremową zasłonką. Rozpaczliwe skomlenie Kaktusa postawiło mnie na nogi. Odepchnęłam jego pysk od siebie, wypychając go za drzwi. Trzasnęłam drzwiami i już miałam rzucić się w pościel, kiedy do moich uszu dotarło rytmiczne drapanie pazurów o drzwi. Zamknęłam oczy teatralnie i otworzyłam drzwi, a pies wpadł.
- Kasiu!
O losie kochany. Jest ósma rano, wakacje, lipiec. Czy w tym domu nie ma prawa nikt spać?! Babcia, to ja rozumiem, wstaje rano, idzie na ogródek, zajmuje się sobą, robi śniadanie. Dziadek wtedy przekręca się na lewo. Ja na prawo. A pies zazwyczaj bada strukturę dywanu pyskiem, więc na litość Boską, dlaczego dziś wszyscy są przeciwnikami snu?! Stęknęłam, wyjmując z torby sukienkę Agnieszki.
Sukienka Agi? Z jakiej racji w mojej torbie jest sukienka Agniechy? Machnęłam ręką i ubrałam jednolitą, niebieska sukienkę. Włosy postanowiłam obudzić szczotką trochę później. Zbiegłam na bosaka na sam dół, obserwując co się dzieje. Nie dzieje się nic, otóż. Dziadek zalewa herbatę ziołową w kubeczku. Kaktus miauczy pod stołem w jadalni. Babcia krząta się za oknem, między studnią, a szopą. Wewnętrzny i zewnętrzny spokój opanowany. Wszystko jest w normie. Zimna, dębowa podłoga chłodzi przyjemnie moje gołe stópki. Firanki w dużych oknach babci radośnie się unoszą. Dziadek podnosi talerzyk ze szklanki, który przed chwilą pomagał zaparzyć ziółka. Ma dobry humor, śpiewa coś pod nosem. Oparłam się ciekawsko o krzesło z ciemnego drewna, przeciągle ziewając.
- Dzień dobry! – podskoczyłam razem z wejściem babci do domu, pojawiła się tak nagle w drzwiach tarasowych.
- Dzień dobry, babciu. Babciu! – zawołałam. – Babciu! Znasz Zbyszka Chabrowskiego? – zadałam jej pytanie, a ona zmarszczyła brwi. Spojrzała porozumiewawczo na dziadka. Dziadek spuścił wzrok na ziółka pływające w szklance z cienkiego szkła.
- A co, Kasieńko? - postawiła koszyk z praniem na stole, obserwując mnie uważnie. Jej siwawe włosy spięte w koczek były urocze. Tylko szara bluzka wsadzona w spódnicę postarzała ją jeszcze bardziej.
- Miałam dziwny sen z nim, trochę mnie to zaintrygowało, babciu. – odparłam, odsuwając krzesło i siadając na nim.


4. Strach spoziera. Zza krzaka.

Tonęłam w chorych myślach, podświadomie słysząc głos moich przyjaciółek. Siedziałam na torach, nie zwracając na nic i nikogo uwagi. Kasia tłumaczyła coś Agnieszce, niezwykle uparcie i ambitnie, ukazując charyzmę. Agnieszka nic nie pojmowała, choć kiwała głową ze zrozumieniem. Liście zaszumiały, zaatakowane podmuchem ostrego wiatru. Blond włosy Agnieszki rozwiały się na jej ramiona, a ona znów kiwnęła głową w geście pojęcia słów szatynki gestykulującej rękami. Kasia była tak zaoferowana opowiadaniem swojej historii, że nawet nie zwróciła uwagi na rażący fakt, że Agnieszka nie rozumie jej przejęcia. Zamrugałam kilkakrotnie oczyma, pocierając dłońmi o gołe nogi.
- Kasia, słuchasz nas? – Do moich uszu dobiegło pytanie Kasi, machającej łapczywie przed moją twarzą. Ja tego nie rozumiem, że jej się stawy nie zatrą od takiego wiosłowania tymi kończynami… Macha i macha, a ja jestem tak nasycona lenistwem, że nawet nie mam ani siły, ani motywacji odsapnąć jej, że oczywiście słucham. Ale ja oczywiście nie słucham. Przecedzam słowa przez sito uszu, wypuszczając je dołem, nic nie zachowując sobie do pomyślenia. Gdyby spytały mnie o czym konwersowały, a raczej o to, o czym trajkotała Kaśka, zaczęłabym się koszmarnie jąkać i pluć, jak zraszacz do kwiatków.
Uśmiechnęłam się do nich promiennie, strzepując robaka z ramienia. Nagle ogarnęła mnie ciekawość i zrobiłam wywiad.
- O czym mówiłyście?
- Zakochałaś się?
Obejrzałam się dookoła, ale żadnego chłopaka nie zarejestrowałam, tak więc nie zrozumiałam o co pyta Agnieszka, leżąca na kocu pod brzózką, nieopodal torów, na których siedziałam i analizowałam jej słowa. Nie pojęłam.
- Ja? Nie! Po prostu nie słuchałam co mów….
- Czyli się zakochałaś! – ryknęła Kaśka, aż usłyszałyśmy trzepotanie wystrachanych ptaków. Co za durnoty wymyśliły. Ja i zakochanie? Pff. Już sobie nie można siedzieć na torach w zamyśleniu?! Jakbym zaczęła jej przerywać, to psioczyłaby, że jej przerywam i przeszkadzam, że jestem niewychowana, że to i tamto i w ogóle. To się nie odzywałam. To się wyłoniła pretensja, że się zakochałam. No naprawdę, ludzie, ja tej filozofii nie pojmuję, bo ciężka ona jakaś. Zamrugałam jeszcze raz, odganiając natrętnego komara, którego potem zagniotłam na ramieniu, i spojrzałam ciekawsko na Kaśkę.
- Możesz wreszcie powtórzyć mi to, o czym biadoliłaś przez pół godziny, bo mnie zaraz ciekawość połknie w całości! – syknęłam, strzelając z otwartej łapy na łydkę, w komara. Plasnęło, aż krew ciapnęła na kostkę. Krwiopijca skubany.
- Ponieważ nie raczyłaś mnie uważnie słuchać, nic ci nie powiem. – Postawiła się Katarzyna, uparcie siedząc na trawie i skubiąc swoje ramiona od uczulenia. Agnieszka zaprzestała drzeć się na nią, kiedy ta tylko dotykała pazurami swoich krostek. Brak ambicji i charyzmy – nie dziwię się – Kaśka jest wytrwała w swojej przyjaźni z krostkami.
- Miałam chwilkę odlotu! – broniłam się.
- Jakby jechał pociąg miałabyś chwilkę odlotu… - zaatakowała mnie Agnieszka. I ty przeciwko mnie, diable wcielony?!
- Przestańcie już i powiedzcie mi, o co wam chodzi, bo zacznę śpiewać biesiady…
- DOBRA! – zreflektowały się, a ja kolejny raz podziękowałam mojej wiernej broni. Do chwili obecnej pamiętam jak wracałyśmy ze spaceru w lesie, napadła nas potężna głupawa objawiająca się konwulsjami śmiechu, głupich min, normalnie miotał nami szatan. Nieświadomie zaczęłam śpiewać polską, biesiadną pieśń, automatycznie śmiechy ucichły, Kaśka stanęła jak wryta, a Agnieszka z szoku potknęła się o kamień i wylądowała ze swoim wielkim psem w rowie z wodą. Kiedy po pół godzinie wyławiania blondynki z rowu, ryknęła na mnie wściekłym wrzaskiem, zaśpiewałam jej potulne „ Wybacz, wybacz proszę…” oberwałam po twarzy glonem. Wtedy myślałam, że to koniec mojej kariery muzycznej, ale nie wiedziałam jeszcze, że śpiewanie „ Czerwone i bure, i bure…” będzie dla mnie niezawodną bronią, jeśli czegoś chcę, i kiedy tego czegoś ktoś nie chce mi dać. Zadziałało podczas kupna psa i w wielu innych momentach, tragicznych dla moich słuchaczy. Ciekawe czy zadziała na maturze…
- Opowiadałam tobie i Agnieszce o tym jak kosiłam trawnik, ale ty nie raczyłaś mnie słuchać nawet jednym uchem! – warknęła, a ja śmigusiem zrozumiałam, dlaczego Agnieszka tak jak tuman kiwała głową ze zrozumieniem, które nie było zrozumieniem, tylko potwierdzeniem na to, że słucha o koszeniu trawy! Ja nie potwierdzałam. No, i oberwałam!
- I to wszystko? – upewniłam się, asekuracyjnie wychylając szyję w stronę przyjaciółki, memłającej w ustach suchą trawę. Nie mogę uwierzyć, że Kasia z takim przejęciem relacjonowała nam przebieg, jakże interesujący, koszenia jej wielkiego trawnika. Zawsze była szczegółowa, ale do tego stopnia, to się chyba nie porwała. O na litość.
- Jak to, wszystko? Popsułam kosiarkę! Czy ty wiesz, jaka to afera na mój dom?! – wypaplała, przejęta do granic możliwości, prawie krztusząc się badylkiem trzymanym w ustach. Wypluła go z gracją, wycierając usta palcami, po czym kolejny raz spiorunowała mnie swoimi czekoladowymi oczyma. Cała Grażyk!
- Ah, tak… - westchnęłam teatralnie, podczas gdy Agnieszka wysnuła podejrzenia, że chyba coś jest w krzakach. Ja i Kasia zignorowałyśmy jej przypuszczenia, choć śmignęło mi coś w myślach, że przecież Agniecha zawsze ma włączony radar, a jej niezastąpiona kobieca intuicja zawsze potrafi dać znak. Zapomniałyśmy o krzakach i o czymś, co rzekomo w nich przebywa i Kaśka wysapała, że chyba w lesie są jeżyny, jagody, poziomki, a kiedyś, nieopodal torów to i śliwki były! Zerwałam się z drewienka, otrzepałam materiał sukienki, podałam dłoń Adze i dogoniłyśmy Kaśkę sadzącą potwornie wielki kroki przez chaszcze i gąszcze. Grażyk oberwała gałęzią prosto w twarz, Agnieszka potknęła się o wertepy, wyrżnęła się centralnie na mech, a ja nie wiedziałam, czy trafniej byłoby im pomóc, czy poddać się chichotowi. Zachichotałam bezczelnie, podając przyjaciółce rękę. I wtedy Agnieszka zaczęła piszczeć i uciekła, rycząc „ Pająk, pająk.”. Nie zdążyłam pomyśleć, a sama biegłam jak maratończyk, obrywając po policzkach igłami i liśćmi, i rycząc jak syrena „ Ło matko najdroższa, pająk, pająk, zabierz go, zabierz go, mówię przecież, zabierz!” Ostatecznie Agnieszka wpadła na jodłę, ja na sosnę, a Grażyk ryknęła śmiechem. W życiu nie widziałam u Grazyka takich konwulsji śmiechu. Okazało się, że dotarłyśmy do miejsca, gdzie radośnie, czy tez nieradośnie rosły sobie jagody. Zaczęłyśmy je objadać z krzaczków, nie zastanawiając się nawet nad tym, czy mogą być trujące, albo magiczne, albo co innego, równie poronionego. Trujące i magiczne nie były, inne też nie były. Za to smaczne były na stówkę. Grażyk poprowadziła nas do poziomek a potem do jeżyn. Poziomki zjadłyśmy wszystkie, nie zostawiając na krzaczku nawet jednej, maleńkiej. Niedojrzałe też wessałyśmy, bo uznałyśmy, że nie mogą być samotne. To przecież takie straszne dla takiej młodej poziomki. Gorzej było z jeżynami. Byłyśmy tak zdegustowane kolcami, że uznałyśmy „ Jedzenie jeżyn jest nieprzyjazne. Jeżyny są nieprzyjazne.” I z takim nastawieniem opuściłyśmy jeżynowy teren lasu przy torach.
A potem Grażyk stanęła koło wielkiego dębu i stęknęła, że się zgubiła. Agnieszka prawie udławiła się poziomką zachomikowaną w kieszeni, a ja wypuściłam powietrze, ciężko sapiąc. Nawet nie miałam siły zapytać, co teraz, a może nie byłam idiotką, wiedząc, że nikt nie odpowie mi na to wyjątkowo głupie pytanie. Stanęłam dziarsko koło jakiegoś potężnego drzewka, między jarzębiną a Agnieszką gryzącą małe pesteczki poziomki.
- Żartujesz, pewnie, prawda? Przestań sobie robić żarty, bo to marny materiał na takie tego… - fuknęłam na nią, wiedząc, że zaraz się zacznie śmiać. – Bo zacznę wyć na cały las biesiadne pieśni… - zagroziłam, opierając się pewnie o drzewko.
- Ale ja nie żartuję, Kasik! – mruknęła Grażyk do mnie, rozkładając pogryzione przez komary ręce, i dopiero wtedy obleciało mnie potworne zimno.
- No nie gadaj! – włączyła się Aga, wyłupiając oczy, jak orzeszki ziemne. Byłam tak przejęta tym, ze się zgubiłyśmy, że nawet nie wiedziałam, co to znaczy się zgubić.
- I co teraz?! – wysapałam, odrywając gołe plecy od kory drzewa.
- A ja mam wiedzieć?! Jestem z was najmłodsza! – odezwała się Grażyk, machając rękami na wszystkie możliwe strony. Ja wam mówię, ona powinna zostać zatrudniona na egzotycznych wyspach do wachlowania ludzi liśćmi.
- Co z tego, że jesteś najmłodsza?! A mnie boli noga! – zafuczała Agnieszka, broniąc swojego honoru. Nie wiedziałam, czy płakać dlatego, że zgubiłam się z bandą w lesie, czy płakać dlatego, że jestem w tym lesie z tą bandą, a nie inną. I nagle dotarło do mnie, że w razie czego nie zginiemy z głodu, bo jest dostatek jeżyn i innych owoców, które są w gotowości obrony siebie kolcami.
- Zimna krew, zimna krew! – zawołałam przywódczo.
- A ty co? Komar, do jasnej Anielki?! – to ja tu próbuje uspokoić towarzystwo, jakkolwiek zaradzić na apokalipsę w lesie, i bezczelnie mnie wyśmiewa blondyna, która rzekomo moją przyjaciółką jest. Przyjaciółka przyjaciółki podczas zgubienia się w lesie nie wyśmiewa. Kto to słyszał?!
- Słuchajmy pociągu! Wtedy będziemy wiedziały w którą stronę przedzierać się do torów! – zabłysnęła Agnieszka. Chwilę potem zgasiła ją Grażyk, mówiąc, że pociąg może jechać dopiero o drugiej w nocy. Agnieszka postanowiła już nie lśnić i skutecznie zamknęła się w sobie, siadając cichutko pod krzakiem, i znajdując kolejną poziomkę. Grażyk zaczęła udeptywać ściółkę, natarczywie się zastanawiając, chodząc wokół drzewa. A ja? A ja od początku wiedziałam, że się zgubimy, tylko byłam głodna i chciałam zjeść jagódkę!
Siedziałyśmy tak, czekając na zbawienie, albo realny pomysł do zrealizowania, kiedy zza krzaków wyszedł jakiś facet. Agnieszka zerwała się spod drzewka, blednąc jeszcze bardziej. Grażyk pobladła na policzkach, kostniejąc automatycznie, a o sobie nie będę się wypowiadać. Poderwałam się zgrabnie spod krzaków, bacznie obserwując czterdziestoletniego, na oko, faceta, wlepiającego oczy w Grażyka. Broda dawno nie widziała się z jakimkolwiek przyrządem do golenia, nie wspominając o zachowaniu jakiejkolwiek higieny osobistej. Moje przerażenie rosło z każda sekundą, kiedy nagle zauważyłam jego morderczy wzrok.
- Dziewczyneczki się zgubiły? – wychrypiał. Wstrząsnął nami potężny dreszcz. Głos podstarzałego mężczyzny, łupiącego na nas oczyskami był tak przerażający, że Agnieszka nie mogła nic zrobić. Patrzyła to na mnie, to na Grażyka, modląc się pewnie, abyśmy wpadły na cudowny pomysł. Ja pomysłów nie miałam, a Grażyk zaczynała skubać paznokcie ze strachu, tak więc trafiony zatopiony. Miałam jeden plan. Wiać. Puściłam oko do Agniechy, potem do Grażyka. Zacisnęłam pięści, odliczyłam pięć sekund, po czym rzuciłam się do biegu, zaraz po mnie Agniecha i Kasia. Biegłyśmy, nie słysząc nic prócz swoich głośnych oddechów i trzeszczącej ściółki. I wszystko byłoby normalnie, gdyby ten mężczyzna nas nie gonił. Sapał i gonił nas, a my ile sił w mięśniach, próbowałyśmy go jakoś zgubić. Ze strachem w oczach odwracałam się raz po raz, zauważając, że Kasia słabnie. Zwolniła tempo, głośno dysząc. Zatrzymałam się i szarpnęłam Kaśkę za rękę, biegnąc do przodu, Agnieszka złapała ją za drugą dłoń, chcąc dodać siły.
Nie wiem, kim jest mężczyzna, który uskutecznia sobie pościg za trzema młodymi dziewczynami, ale z wielką pewnością doskwiera mu potężna nuda. Albo jest zdesperowany i nikt go nie kocha. Ale na litość Boską, czy to jest wystarczający powód do przyśpieszania akcji serca trzem nastolatkom?! Bałwan z niego, na potęgę. A mnie nie powinno być w głowie rozbawianie czytelnika, tylko przebieranie nogami w sandałkach, które powoli buntowały się przeciwko mnie. Szarpnęłam Grażyka za łapsko, aż syknęła, ale przynajmniej znów uruchomiła mięśnie w nogach i przyśpieszyła nasz maraton. Dławiłam się wielka nadzieją, że może ten napatoczony facet opadnie z sił i odpuści sobie ganianie nas po lesie w kółko. Zrozumiałam, że jeśli czegoś automatycznie nie zrobię, może na wszystko być za późno. Dobiegłyśmy do polany koło lasu i ścieżki. Odetchnęłam z ulgą – pewnie zaraz ktoś wyskoczy zza krzaków i krzyknie dziarsko „ Uratuję was!”. Na dróżce był sypki piasek, nikt nie miał ochoty wyskakiwać zza krzaków niosąc pomoc, a Grażyk się przewróciła. Zawsze, zawsze wszystko przeciwko trzem muszkieterom?! Zaklęłam pod nosem, gwałtownie ciągnąc ja za ramię. Brunetka stęknęła, zerwała się na nogi. Wiedziałam, że zaraz będzie płakać.
- Nie rycz! Walcz! – ryknęłam zduszonym wrzaskiem. Trzymałam jej mała rękę w dłoni, ściskając raz po raz, motywując do szaleńczego biegu przez pustynny piasek. Agnieszka była tak piekielnie przerażona, że nie miała nawet siły płakać, czy tez narzekać, że nie ma siły. Znalazła siłę i goniła tak, że się prawie rozmazywała. Odwróciłam się sprawdzając, czy dziadzisko wciąż nas goni. Długie włosy zasłoniły mi widok. Facet na szczęście chyba odpuścił sobie pościg, nie widziałam go za nami, przed nami. I nagle zobaczyłam go obok siebie. Wrzasnęłam na całe gardło z myślą, że może go ogłuszę i padnie na ziemię jak jakiś gad. Z ulgą zauważyłam, że niedaleko jest jakieś złomowisko. Ruszyłam tam pędem, za Agnieszką. Mężczyzna złapał Kasię w pasie. Zmroziło mnie tak potworne zimno, dziwne, że nie zamieniłam się w kostkę lodu. Mniam. Chwyciłam metalowy pręt i zmrużyłam oczy, zbliżając się do faceta bijącego Kasię szamotającą się i wrzeszczącą jak syrena policyjna. Boże, nie dam rady. Odwróciłam się i zobaczyłam Agnieszkę z większym metalowym prętem, i aż się teraz zastanawiam, jak ona to utrzymała w rękach.
- Puszczaj ją! – ryknęłam do faceta, machając pręciskiem jak bambusowym patyczkiem. Agnieszka wypuściła z dłoni swój kij, jęcząc. A mężczyzna chyba nie miał zamiaru puszczać Kaśki, bo tylko szarpnął nią, powalając na kolana.
I to był koniec mojej łagodności. Bordowiałam na twarzy, coraz bardziej czując jak budzi się we mnie złość. Dosyć tego, prze pana, ja mam prawo walczyć! Obudził się we mnie waleczny, temperamenty zwierzak, zamachałam prętem i cisnęłam w faceta piorunami z oczu.
- Słuchaj pan, puszczaj ją, bo słowo daję, przychrzanię ci tym prętem, to się nie pozbierasz! – warknęłam, stawiając się i pokazując, że naprawdę nie żartuję. Nie żartowałam.
- Puszczaj ją do cholery! – zaskrzeczała Agnieszka, podskakując z kijem w dłoniach, jak mała piłeczka. Zaraz, obudził się we mnie waleczny zwierzak, to czemu nie atakuję? Ja ci dziadu pokażę! Poczekałam aż Grażyk będzie w dużej odległości do napastnika, po czym zamachnęłam się z całych sił, mało nie padając na ziemię, i cisnęłam prętem w brzuch faceta. Zdążył tylko jęknąć i prędko puścił Kasię. Pisnęła płaczem, biegnąc do Agnieszki w ramiona, a ja cofnęłam się od faceta. Spojrzałam na pręt i oniemiałam. Jak ja mogłam podnieść tak ciężki i wielki drut?! Adrenalina zrobiła swoje, dzięki czemu ratowałam przyjaciółkę. Kurczę, przecież to fizycznie niemożliwe – jęknęłam w duchu, patrząc na metalowy drąg. Odrzuciłam ciężki przedmiot na bok, po czym dogoniłam przyjaciółki chowające się za wielkim krzakiem czarnej porzeczki.
_______________________________
Witam serdecznie! Dłuuuugo mnie nie było, wiem....I pewnie dalej bym tak zwlekała z odwiedzinami, gdyby nie Mara - która postawiła mnie do pionu. Przypomniała o Literce i nawróciła... ; ) Dzięki kochana, zapragnęłam ponownie z Wami "żyć". Postaram się nie znikać. Oczywiście w miarę możliwości, bowiem ostatnio mam masę obowiązkow, na ktore tak po prawdzie zaczynam się buntować.
Jeśli chodzi o to coś na górze, co zwie się banalnie moja twórczością - chyba się nie powinnam przyznawać...Tak, jestem koszmarnie krytyczna wobec siebie, ale wolę to, niż zachwalanie samej siebie. Proszę o krytykę - to pomoc, ktorej lekko bym się uczepiła..; ) Pozdrawiam serdecznie, Kasiula.

Kaśki do siebie ciągną - autorytet - Grochola... Smile
09.11.2011 19:00
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Maradine Offline
Senna Mara
*

Liczba postów: 629
Dołączył: 15-02-2011
Reputacja: 4
Pozytywna
Post: #8
RE: "Na zawsze" Trzy muszkieterki!
Mara nawet przeczytała ^^ Wszystko od początku do końca. I podobało mi się! Na serio, nie wiem czemu, bo zazwyczaj nie lubię takich historyjek, ale Twoja w sobie coś ma i to ewidentnie. Masz sporo błędów ( z reguły są to powtórzenia i przecinki), ale nadrabia kilkoma innymi sprawami - humorem, przede wszystkim i ogólnie, przebiegiem wydarzeń, realizmem postaci Grin Cały czas się uśmiechałam, jak to czytałam. Bardzo łatwo wczuć się w sytuację i wyobrazić sobie wszystko, co się dzieje.
Ładnie połączyłaś takie smutne i wesołe sprawy, jak np. Alzheimer(*swoją drogą ^^) albo ten problem chłopaka i ząb, czy kosiarki. Takie... życiowe i może nawet nieco optymistyczne.
Zastanawiam się, czy ona zabiła tego faceta D;

Błędów technicznych wypisywać nie będę, bo dla innych musi roboty starczyć... Smile

[Obrazek: scaled.php?server=41&amp;filename=wo...es=landing]
10.11.2011 21:13
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Kasinka Offline
Pisząca opowiadania
Użytkownik

Liczba postów: 12
Dołączył: 26-08-2011
Reputacja: 1
Pozytywna
Post: #9
RE: "Na zawsze" Trzy muszkieterki!
Oh, Maruś! Dzięki Ci wielkie, że jesteś! Powiem Ci na uszko, szczerze do bólu, że te fragmenty są nasiąkniętę błędami, jak sama zauważyłaś, bo NIE były sprawdzone...A może i dlatego, że czytałam to po tysiąc razy i już moje oko w stanie błędów wyłapac nie jest... Smile

Kaśki do siebie ciągną - autorytet - Grochola... Smile
11.11.2011 19:05
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Marša Online
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 378
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #10
RE: "Na zawsze" Trzy muszkieterki!
Co się rzuciło mi w oczy od samego początku to taka lekkość stylu. O ile przez pierwszych kilka akapitów żywiłam obawy, że tekst skręci na jakieś typowo około szkolne tory, to szybko się w tej lekkości, barwności i komizmie narracji przekonałam, że będzie ciekawie. Porównania, jakie stosujesz, wtrącenia nadają świetnego klimatu. Wydarzenia takie, śmakie i owakie też się u ciebie w tekście zgrabnie przeplatają, nie pozostawiając wrażenia, że coś zostało urwane, albo napisane wybitnie po łebkach. Narrację w pierwszej osobie bardzo łatwo schrzanić, a tu wychodzi świetnie. Aż miło sobie o nich dalej czytać. Grażki to mi się, żal zrobiło, jak zęba straciła, a przecież wcześniej pojawiła się zaledwie w jednej scenie. :)
Z czym miałam problem...
Zamotałam się za to jeszcze w rozdziale pierwszym na tym kto jest kim. w pierwszym rozdziale do narratorki przychodzi ktoś imieniem Kaśka. To wynika jakoś z tej wypowiedz „- Kasia, nie wygłupiaj się! Chodzi o Mateusza…”. Sęk w tym, że to się wywraca, bo wcześniej gościa nazwano per Grażyk, a potem narratorkę referuje się Kaśką, a gościa per Grażyk już do końca. Zamotałam się w tym ^^" Chyba trochę przez to, że czasami po myślniku na końcu wypowiedzi komentujesz nie zachowanie mówiącego, a słuchającego. No chyba, że tu się narrator zmienia w środku sceny? x_X
W czwartym rozdziale też się takie cuda dzieją, że nie wiadomo kto w sumie opowiada o kosiarce, kto siedzi na torach... Niby wychodziłoby, że opowiada Grażyk „- Jak to, wszystko? Popsułam kosiarkę! Czy ty wiesz, jaka to afera na mój dom?! – wypaplała, przejęta do granic możliwości, prawie krztusząc się badylkiem trzymanym w ustach. Wypluła go z gracją, wycierając usta palcami, po czym kolejny raz spiorunowała mnie swoimi czekoladowymi oczyma. Cała Grażyk”, ale wcześniej stoi: „Nie mogę uwierzyć, że Kasia z takim przejęciem relacjonowała nam przebieg, jakże interesujący, koszenia jej wielkiego trawnika.”. I tak mogłabym mnożyć miejsca, gdzie sobie to tak skacze. I ja nie wiem już czy to ma sprawiać, że czytelnik zalicza WTF? czy to jednak zostało pomieszane, albo narrator zmienia się spontanicznie to tu, to tam, jak mu się żywnie podoba. I to w sumie nie tak, że tekst jest przez to zły. po prostu robi się jeszcze bardziej zakręcony i w pewnych momentach trąci to już surrealizmem. Gdzieś po drodze uknułam teorię o co najmniej rozdwojeniu jaźni narratora i dalej postanowiłam nie wnikać i przyjmować ten chaos tak, jak mi go podają. Pod okrasą ciekawych porównań i humorystycznych ozdobników. :)

Podsumowując: bardzo szympatyczny tekst, jak masz na stanie coś dalej, to wrzuć. Proszę. Bardzo ładnie proszę :)

Takie różne:

„czułam zapach pelargonii, groszku pachnącego i surfinii – ich silny zapach bardzo mnie uspokajał.”
„ od drelowania wiśni” poprawnie jest chyba drylować, chociaż ponoć ta druga forma się zdarza. Nie wiem tylko czy została uznana za poprawną.
„Agniecha, Kaktus atakuje moje porzeczki, musze iść! ”
„Teraz to kaktus galopował między rabatami z różami, piszcząc raz po raz. ” Zjadło wielką literę.
„ połknęłam dookoła domu” Pomknęłam.
„ Cichutko wydarłam brudnymi od porzeczek palcami, policzki, ” Wytarłam. Choć literówka nadała całości dość makabrycznego wyrazu xD
„ policzek w białą pościel pachnąca krochmalem” Pachnącą.
„Machnęłam ręką i ubrałam jednolitą, niebieska ” Niebieską.
„W życiu nie widziałam u Grazyka takich konwulsji śmiechu.” Grażyka.
„czy tez nieradośnie rosły sobie jagody.” Też.
„Dławiłam się wielka nadzieją,” Nadzieją.
„czy tez narzekać, że nie ma siły.” Też.

š = sz
27.11.2011 15:31
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Odpowiedz 


Skocz do: