Sob musiała ręcznie pauzy wstawiać, tym bardziej akapity juro.
— I? Co było dalej? Co było w tej paczce? — dopytywała się rudowłosa dziewczyna.
Ostrożnie zeszli ze stanowiska trzeciego i rozsiedli się w cieniu rozłożystego drzewa. Kobieta wyciągnęła z kabury pistolet i nawykowo zaczęła przyglądać się każdej nowej rysie.
— Nie wiem, była sobie paczka i już. — Downey otarł pot z czoła i pokiwał głową. — Schowaj to, bo jeszcze zrobisz komuś krzywdę.
— Chcesz, aby się wam bezpiecznie kopało, to siedź cicho — odparła Merry.
— Ile razy mam ci powtarzać, że wykopaliska archeologiczne to nie kopanie?! — oburzył się mężczyzna. Upił łyk wody z podręcznej manierki i westchnął ciężko. — Powiedziano mi, że ta opowieść to coś tajemniczego… Coś, co ma cię podniecić, ale nie dopieścić — dodał po chwili zamyślenia.
— A więc opowiedz mi ją raz jeszcze, bo nie czuję się ani trochę podniecona.
Mijał już siódmy rok Wojny. Rafuza, mimo przeciwieństw losu i ciągłych przeszkód na swej drodze, wciąż uparcie parł do celu zmierzając w stronę piątego krańca świata, niosąc pod pachą mały pakunek. Od kiedy uciekł z terenów podległych Ulitimatum, nie spotkał jeszcze żadnego — żywego — człowieka. Cała Matrina zdawała się być martwa. Rozległe, niegdyś wiejskie, tereny szybko zarosły dziką roślinnością, która równie prędko uschła z niedoboru wody. Krajobraz otaczający wędrowca był szary, pusty, przytłaczający i… na swój sposób piękny. Nowy Świat, mimo pozorów, napawał Rafuzę radością. Miał misję do spełnienia, dlatego brak potencjalnych wrogów był dla niego jak najbardziej korzystny.
A wrogów było wielu. Od drobnych rzezimieszków z brudnych ulic Sfery wysyłanych na rozkaz możnowładców, przez ogłupionych rządzą władzy członków rodziny Rafuzy, aż po samego Wielkiego Władcę. Wszystkich łączył bowiem jeden cel – zdobyć Skarb, którego pragnienie posiadania zapoczątkowało Wojnę, a który jednocześnie pozwolić miał na jej zakończenie. Czym był ów Skarb, wiedziały tylko dwie osoby na całej Matrinie — mistrz Zakonu Nowego Słońca i jego uczeń, Rafuza, który po tragicznej śmierci swego nauczyciela, zgodnie z pradawną przepowiednią o ostatnim Strażniku, wyruszył w długą i męczącą drogę na kres — piąty kierunek świata.
Trzy lata zajęło Rafuzie potajemne wyniesienie za mury Jedynego Państwa tajemniczej paczki. Przebył długą drogę ze swego domu w Sferze Kasztana do Kresowej Bramy Granicznej, wciąż zatrzymywany, więziony i torturowany przez kolejne rozbójnicze kasty. Jednak nigdy go nie obrabowano, ponieważ nikt nie wiedział, gdzie szukać Skarbu… i czego w ogóle szukać. Mówi się też, że nieliczni, którzy ujrzeli zawartość pakunku, wkrótce potem, przepełnieni radością, popełniali samobójstwo.
Kolejne cztery lata Rafuza spędził poza Ulitimatum, zmagając się z głodem i gorącem, z pragnieniem i dziką zwierzyną, której ostatnie kanibalistyczne osobniki czyhały wygłodzone na jakąkolwiek zdobycz.
Czternastego dnia po pełni księżyca, piętnastego okresu Globu Matriny, siódmego roku Wojny, mężczyzna dotarł do opustoszałego — na pierwszy rzut oka — miasta, w którym postanowił przeczekać kilka kolejnych mroźnych dni swoistej Matriniańskiej zimy. Błądził wieloma szerokimi ulicami pośród wysokich budynków, jakie widział po raz pierwszy w całym swoim stupięćdziesięciosześcioletnim życiu, szukając bezpiecznie wyglądającego miejsca do schronienia się. Jednak górujące nad nim wielopiętrowe budynki pozbawione okien, dziwny wystrój sklepowych witryn u ich podnóża i drogi, na których wszędzie poniewierały się dziwaczne urządzenia i pojazdy, wywoływały w nim tylko przerażenie. Przerażenie i poczucie niewiedzy, braku świadomości o tym, co działo się poza granicami Ulitimatum. Mówiono mu, że tam dalej nic nie ma. Że tam, to tylko koniec świata, skraj, przepaść i ból. A on w to wierzył, bo jak nie wierzyć, kiedy było się zbyt wielkim tchórzem, aby wyruszyć w długą wędrówkę poza jedyną zamieszkałą kolebkę życia. Nigdy, nawet po wybuchu Wojny, nie myślał o tym, że przyjdzie mu opuścić ojczyznę, a jednak teraz stał na obcym gruncie, wystraszony, wygłodzony i spragniony kropli wody.
Nagle do uszu Rafuzy dotarł dźwięk kroków. Nasłuchiwał nie odwracając się, lecz jedną rękę wsadził pod płaszcz i chwycił mocno rękojeść szerokiego noża. Wstrzymał oddech i wytężył słuch. Odgłos tupania o twardy grunt stawał się coraz głośniejszy. Wróg nieubłaganie zbliżał się do mężczyzny, najpierw szybko, potem coraz wolniej, aż w końcu przystanął zaledwie kilka metrów dalej. Rafuza poczuł w nozdrzach kwaśny zapach potu zmieszany ze słodką wonią wanilii. Mimowolnie zwolnił uścisk i spuścił wzrok, odwracając się do przybysza.
— Nie spodziewałem się ciebie tak szybko, Strażniku — wyszeptał nieznajomy.
Młodzieniec lekko uniósł głowę i spojrzał na mężczyznę. Zarys jego wysokiej, przygarbionej sylwetki był zniekształcony przez wiatr podrygujący długimi, zniszczonymi szatami, w jakie był odziany. Przy kolejnym mroźnym podmuchu, spod dużego kaptura prawie całkowicie zakrywającego jego twarz, wydostał się kosmyk włosów tak śnieżnobiałych, że blask od nich bijący o mało nie oślepił Rafuzy, który przymknął powieki w ostatniej chwili. Zasłonił oczy dłonią i powoli uchylił palce.
— Kim jesteś? — zapytał z lekkim przerażeniem w głosie.
— Jestem wędrowcem, zupełnie jak Ty. — Starzec podszedł do mężczyzny i położył dłoń na jego ramieniu, po czym zsunął kaptur z głowy.
— Gdzie jestem? — zapytał po chwili Rafuza, oszołomiony dziwnymi uczuciami i tajemniczością przedziwnego człowieka.
Starzec chwycił go pod ramię i wyprowadził z miasta na szarą, martwą równinę. Odeszli jeszcze kilkadziesiąt kroków od ostatniego wieżowca, po czym odwrócili się, by podziwiać sięgające nieba szczyty. Zielony zachód słońca odbijał się w resztkach szyb okiennych, gdzieniegdzie zwisających z przerdzewiałych ram. Lodowaty wiatr bił mężczyzn po policzkach; Rafuza trząsł się z zimna, jednak starzec wciąż stał niewzruszony, ze wzrokiem jakby niewidzącym brzydoty tego miejsca.
— To jest, mój drogi — zaczął po chwili — Stary Świat. Lecz nie ten zaraz przed Wojną, o nie. To świat sprzed setek milionów lat. Świat, który zginął śmiercią tragiczną, zupełnie tak, jak zginie wasz. — Rafuza spojrzał na starca pełnym zdziwienia wzrokiem. — Wszechświat jest nieskończony, umiera i odradza się raz po raz, wciąż na nowo. To, co tu widzisz, to ostatnia osada Ziemskiego świata, którą Bóg pozostawił dla upamiętnienia rasy ludzkiej. Lecz jest to także Nowy Świat, który zajmie miejsce waszego, gdy skończy się Wojna.
— Wojna nie skończy się nigdy. — Mężczyzna popatrzył prosto w nienaturalnie jasne oczy przybysza. — Tak mawiają mędrcy.
— Dotarłeś do Kresu, mój drogi.
— Ależ do kresu nie można dotrzeć, głupcze — zaśmiał się Rafuza. — Tak samo, jak nie można dojść do wschodu czy południa.
Starzec uśmiechnął się wesoło i objął Rafuzę ramieniem, a drugą ręką wyciągnął owiniętą ciemnym płótnem paczuszkę spod jego pachy. Kiedy ją odwinął i począł otwierać drewnianą szkatułkę, młodzieniec odskoczył jak porażony.
— Twa droga skończona, Strażniku — zaczął. — Czas znów, aby Matrina zmieniła się w Ziemię, Lamianie w Ludzi, a wasza głupota w jeszcze większą głupotę Nowego Świata…
Rafuza rzucił się na starca, lecz ten w tej chwili otworzył pudełko i skierował jego wnętrze w stronę mężczyzny, który stanął nagle jak wryty. W jednej chwili z myśliwego stał się zwierzyną. Wpatrywał się w zawartość przez kilka chwil, po czym przeniósł wzrok na staruszka. Powoli wyciągnął zza pasa długi nóż i z błogim uśmiechem na spękanych...
— Downey! — krzyknął mężczyzna ze stanowiska czternastego. — Chodź tu prędko, chyba to znaleźliśmy! — Oboje zerwali się nagle i pobiegli do miejsca, w którym zebrała się już spora grupa gapiów. Marry dotarła pierwsza, wymachując naokoło wypolerowaną na błysk berettą. — Spójrz…
Downey wskoczył do dołka i delikatnie wziął w dłonie małe zawiniątko. Ostrożnie, z wręcz chirurgiczną precyzją odchylał kolejne warstwy materiału, aż jego oczom ukazała się mała szkatuła.
— Nie wierzę… — wyszeptał. Wszyscy zaniemówili i tylko wpatrywali się w prawie nienaruszoną przez czas paczuszkę. — A mówili, że to tylko bajka…
— Otwórz ją — popędzała go Marry.
— Nie — odpowiedział po dłuższej chwili. — Jeśli to nie jest tylko legenda… Nie.
— Więc ja to zrobię. — Wyrwała mu z rąk pudełko i zanim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać, zajrzała do środka.
Wokół zapanowała jeszcze większa cisza. Marry wciągnęła głęboko powietrze. Powoli zamknęła wieko i oddała je przyjacielowi. Odeszła kilka kroków.
— Zakopcie to — powiedziała, odwracając się w stronę wpatrujących się w nią twarzy. Podniosła pistolet. Z szerokim, radosnym uśmiechem na ustach przyłożyła go do skroni. — Byle głęboko — wyszeptała i pociągnęła za spust.