Na szkolnym korytarzu w Bukownie Australia grała w karty z przyjaciółmi. Była ona wysoką i ładną dziewczyną, o śniadej cerze. Miała długie falowane kasztanowe włosy i czekoladowe oczy. Dziś włożyła niebieską sukienkę do kolan luźno powiewającą na wietrze.
Usłyszała trzask – i nagle cisza. Rozejrzała się po ich twarzach i zobaczyła, że są martwo wpatrzone w ziemię. Jedyną osobą która nie znieruchomiała oprócz niej był jej chłopak Wojtek. On był wysoki i przystojny o dość jasnej cerze, błękitnych oczach i krótkich ciemnych włosach. Zmartwiona dziewczyna zapytała go:
— Co się stało? Co im jest?
— Nie tylko im... spójrz! — wskazał na pozostałych uczniów, którzy też zastygli — Nie mam pojęcia o co tu chodzi — wyznał zdziwiony tym zdarzeniem.
Po kilku sekundach Australii i Wojtkowi zakręciło się w głowach. Potem robiło się coraz ciemniej i ciemniej, aż w końcu przed oczyma mieli tylko czarną pustkę. Poczuli jak nogi odrywają im się od podłogi. Wydawało się, że lecą do przodu z zawrotną prędkością. Myśleli, że zaraz rozerwą się na drobne kawałeczki. Przeszył ich strach, taki jak przed śmiercią.
Nie trwało to długo, wylądowali lekko niczym piórka na jakiejś podłodze w słabo oświetlonym kwadratowym pomieszczeniu. Ściany były wyłożone ciemnobrązowymi panelami, a podłoga czarnymi płytkami. Znajdował się tam drewniany stół na wzniesieniu, a za nim beżowy skórzany fotel. Na czymś w rodzaju trybun, wokół były krzesła dopasowane do barwy ścian. Na samym środku stały dwa kamienne krzesła z łańcuchami wystającymi z boków z miejsc, gdzie kończy się podparcie na ręce i zaczyna oparcie. Wyglądały na przygotowane specjalnie dla nich.
— Gdzie my jesteśmy? — zapytała Australia drżącym głosem.
— Nie mam pojęcia — przyznał Wojtek również ze strachem.
— Usiądźcie — rozległ się wysoki męski głos, dobiegający jakby znikąd.
Dzieci nie były pewne czy wykonać ten rozkaz, lecz wolały nie ponosić przez to żadnych konsekwencji. Przełknęli głośno ślinę i ruszyli powoli w stronę skalnych foteli. Kajdanki na końcu łańcuchów same zapięły im się na ręce. Nigdy nie widzieli czegoś podobnego. Zaczęli się szarpać, lecz niestety na marne. Łańcuchy były bardzo mocne. Nagle za nimi rozbłysło światło i rozległ się trzask. W tamtym miejscu pojawili się ogłupiali rodzice Wojtka i Australii. Kiedy się otrząsnęli, podbiegli do swych dzieci.
— Co tu się dzieje? — zapytała Australię matka Jadwiga. Była ona szczupłą, wysoką i młodą kobietą. Właściwie córka była do niej bardzo podobna, jedyną różnicą było to, że jej matka wyglądała doroślej.
— Nie wiem, mamo — odpowiedziała płaczliwie dziewczyna.
— A może ty wiesz, Wojtek? — zapytał go jego ojciec Andrzej. Był pulchnym i niskim mężczyzną. Lekko siwiał, miał niebieskie oczy.
Chłopak pokręcił przecząco głową.
Ojciec Australii miał na imię Jan. Był wysoki o bladej cerze i zielonych oczach. Mama chłopaka nazywała się Maria Czajka. Była kobietą niskiego wzrostu o ziemistej cerze, czarnych włosach do ramion i błękitnych oczach.
Nagle na krzesłach zasiedli jacyś ludzie w czarnych szatach, a mężczyzna siedzący za stołem miał na głowie dodatkowo czapkę podobną do studenckiej. Po ich pojawieniu zrobiło się o wiele jaśniej.
— Co tu się dzieje? — zapytała zdenerwowana Maria. — Należą nam się jakieś wyjaśnienia!
— Proszę o spokój! — mężczyzna siedzący za stołem zastukał sędziowskim młotkiem — Nie wszystko naraz. Dowiedzą się państwo w swoim czasie. — Wziął jakieś dokumenty, chrząknął — Australia Żywiecka, lat trzynaście, zamieszkała obecnie w Bukownie, rodzice: Jadwiga i Jan Żywieccy, zgadza się? — spojrzał na Australię a ona pokiwała głową. Następnie znów spojrzał na kartkę. — Wojtek Czajka, lat trzynaście, zamieszkały w Bukownie, rodzice: Maria i Andrzej Czajka, to prawda? — Przytaknął. — Macie zarzut ukrywania się przed światem czarów. Konsekwencje tego mogli odnieść poza magiczni ludzie. Czy przyznajecie się do tego? — Australia, Wojtek i ich rodzice zrobili zrobili zaskoczone miny. Nie mieli pojęcia o czym ten facet w szlafroku (tak sobie o nim pomyślał Wojtek) gadał. — Przepraszam bardzo — zaczęła Jadwiga, — ale o co panu chodzi?
— Proszę pani, proszę nie udawać niewiniątka, dobrze? Czy wy macie nas za idiotów? Dobrze wiemy, że ten spisek uknuła cała wasza gromadka. — Ale jaki spisek? I... jaki świat czarów?— zapytała Australia podniesionym głosem. Sędzia ciężko westchną i podrapał się po głowie. — Czy wy naprawdę nie pojmujecie, że mnie oraz rady przysięgłych nie oszukacie? — Australia rozejrzała się dookoła. Ta rada przysięgłych była bardzo liczna. Nikt nie wiedział co ma mówić, bo nie mieli pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. „My oskarżeni? Jakiś świat czarów? Co za bzdury!”, myślał Wojtek. Nikt nic nie powiedział — Aha. Daję wam ostatnią szansę, w innym przypadku będę musiał rzucić na was zaklęcie prawdy. — Wszyscy wciąż milczeli. Sędzia nie mogąc już dłużej czekać wyciągną ze swojej szaty jakiś patyk. (Przynajmniej tak to wyglądało). — Scerindo! — krzycząc to machnął patykiem w stronę Australii i pomknął w jej stronę pomarańczowy promień. Dziewczyna nagle zesztywniała, a jej twarz była pozbawiona wyrazu. Przez umysł nie przepływały jej żadne myśli. Miała tam całkowitą pustkę.
— Czy ty oraz Wojtek ukrywaliście się przed światem czarów?
— Nie — odpowiedziała pustym głosem.
Mężczyzna za stołem szeroko rozwarł usta i oczy. Wojtek popatrzył z niepokojem na Australię, która się nadal nie ruszała. Cisza, jaka ogarnęła salę wydawała się wręcz złowieszcza.
Wtem z miejsca tuż za stołem wstał wysoki mężczyzna w średnim wieku o jasnej cerze. Miał siwe włosy i długą brodę, wąsy i ciemne oczy ubrany był tak jak sędzia, w czarną szatę.
— Oni nic nie wiedzą — powiedział — musimy im wszystko wyjaśnić. W tym przypadku oskarżenie należy unieważnić.
— Albercie, to nie możliwe — mówił sędzia. — Czarodzieje nie wiedzący o swojej mocy? To po prostu śmieszne! — zaśmiał się niewiarygodnie. — Anerti — znów machną w kierunku Australii, a ona odzyskała kontrolę nad ciałem i umysłem.
Wojtek nie dowierzał własnym uszom. Oni czarodziejami? Jak to możliwe? Przekazał to Australii, a ona wytrzeszczyła na niego oczy. Wywarło to na niej takie samo zaskoczenie jak na Wojtku. Była pewna, że to wszystko jest snem. „Tak, to mi się na pewno tylko śni. Rano się obudzę i wszystko będzie tak jak dawniej”, pomyślała.
Ich rodzice też szeptali między sobą.
— To chyba jakaś pomyłka — odezwał się Wojtek. — My nie jesteśmy żadnymi czarodziejami!
Obudziłam się z pisaniem. No cóż, wiem, ze trwało to bardzo długo, ale lepiej późno niż wcale, prawda?
Więc, zdaje sobie sprawę, ze na pewno nie jest idealnie (i nigdy nie będzie).
Oprócz błędów ort i interpunkcyjnych oczywiście tez proszę o błędy w treści i może jakieś rady?
Miłego czytania
A jesli ktoś chętny to do porównania lik do starego tekstu:
http://literka.info/watek-Para-czarodziei