Nadeszła ta wiekopomna chwila, w której zamieszczam swój tekst. Ma on około 50 rozdziałów, więc, jeśli pozwolicie, zapiszę tylko pierwszych 10. Ten kto będzie chciał sprawdzać coś innego niż ortografię, nie wie na co się porywa. Więc zapraszam was serdecznie do czytania i komentowania.
P.S.
Nie zaśnijcie przy tym, bo sen na klawiaturze odbija się negatywnie na wyglądzie
PROLOG – W SŁUSZNEJ SPRAWIE
Deszcz padał nieprzerwanie od kilku godzin. Mocząc wszystko co znajdowało się poza, jakąkolwiek osłoną. Wiekowe drzewa kołysały się na wietrze, jak huśtawka. Do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu. Kamienie ogromnej warowni drwiły sobie z pogody. Woda ściekała po nich, zmywając kurz i brud na nich zaległy. Wielkie wrota, większe niż Sekwoja, rozstąpiły się przed jeźdźcem, przemokniętym do suchej nitki. Gdy tylko przekroczył próg, drzwi, zatrzasnęły się za nim, przywołując donośne echo. Jeździec pokręcił głową i zsiadł z konia. Brązowy ogier, ze srebrną grzywą i czarnymi podkowami posłusznie podążał za nim. Postać dokładnie wiedziała gdzie idzie mimo tego, że wszędzie było ciemno, jak w jaskini. Koń lekko się poruszył i nie chciał iść dalej. Podróży nie miał pojęcia dlaczego, ale przekonał go kilkoma marchewkami, żeby się ruszył. Długa belka, podtrzymywana kilkoma prętami, służyła za miejsce gdzie uwiązuje się konie. Dzielne zwierze, nawet nie zarżało gdy jego właściciel odchodził. Zajadało się marchwią i czekało. Zakapturzony sięgnął po pochodnię, która wisiała na ścianie. Dotknął jej ręką, a ta błyskawicznie się zapaliła. Czerwony płomień radośnie podskakiwał, gdy był niesiony. Cieszył się, że znów żyje i może pokąsać drewno, które go utrzymuje. Długie schody były równo ociosane i przyjemnie się po nich wchodziło na wyższy poziom. Jednak trzeba było uważać. Wąska trasa mieściła na sobie tylko jedną osobę i nie miała żadnego oparcia. Po ponad stu krokach dotarł na piętro. Nie było tu nic ciekawego. Trochę pochodni, długa obręcz i następne schody na kolejny poziom. Przemoknięty gość wchodził już na czwarte i lekko dyszał. Mimo, że stworzone do spokojnego wchodzenia, męczyły po dłuższym marszu. Nareszcie dotarł, gdzie planował. Kilka kamyczków spadło i odbiło się od podłogi, wywołując niewielki hałas. Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku i nasłuchiwał. Usłyszał jedynie ciche mlaskanie konia, który ciągle jadł marchew. Zapewne sam, niechcący, zrzucił kilka kamieni stopami, gdy szedł po tym piętrze. Niedawno je konserwowali, więc, zapewne, pozostały tu jakieś resztki ich pracy. Nie czekając dłużej, wszedł wyżej. Spirala była dużo bardziej męcząca, gdyż te stopnie były niesamowicie małe! Tak trudno się po nich wchodziło, a ciągnęły się w nieskończoność. Wiele lamp oświetlało drogę, więc pochodnia stała się zbędna i zawisła przed wejściem, na tym przeklętym wężu. Poważne twarze na obrazach obserwowały każdego, kto korzystał, z tego miejsca. Wkrótce schody się skończyły i ukazały długi korytarz, pełen okien, lamp i drzwi. Na korytarzu panował spokój. Poza jednym szkopułem, w postaci krasnoluda, stojącego przed jednymi z wrót. Jeździec wyjął klucze z kieszeni spodni i włożył je do zamka. Najbliższe drzwi, po lewej stronie, stanowiły wejście do małej strażnicy. Tutaj, wszyscy obrońcy mogli się przebrać, odpocząć, przespać. Drewno lekko zaskrzypiało, ale nikt się tym nie przejął. Wewnątrz kamiennego pomieszczenia siedział młody człowiek. Miał na sobie brązową koszulę i białe spodnie. Młodzieniec miał najwyżej dwadzieścia lat, krótko obcięte blond włosy i przypominające niebo, błękitne oczy z białymi skazami. Krzesło, którego używał, było stare ale solidnie wykonane. Na stole stał półmisek z mięsem i kilka talerzy z owocami. Prócz tego: pełny dzban piwa i wina, butelka wody, cztery kufle i dwie szklanki. W rogu, zaraz przy wejściu, stały dwa wieszaki. Jeden z nich był zajęty, przez dwa płaszcze i dwie czapki. Przemoczone nie mniej, niż ten, należący do przybysza. Na drugim wisiała tylko jedna, lekko mokra koszula, mocno ubłocona, ale w kilku miejscach pozostał jeszcze czerwony kolor. Gość, pokręcił głową i podszedł do wieszaka.
- Ilekroć przychodzę na wartę, zawsze spotykam cię tutaj. Czy ty zawsze musisz jeść, ilekroć ja tu przychodzę? Chyba nie było dnia, żebym cie tak nie zastał? - Odwiesił płaszcz.
Długie, złote włosy opadły do pasa. Przewrócił zielonymi oczyma kilka razy i cicho westchnął. Starał się jak mógł, by ten warkocz przetrwał dłużej niż jeden dzień, a on rozpadł się dużo wcześniej. Odgarnął włosy z czoła, i zaciągnął je za długie, szpiczaste uszy. Ściągnął szarą bluzę i podszedł do skrzyni. Nie miał nawet jednego włoska na całym torsie. W oku młodzieńca pojawił się błysk zazdrości i zaskoczenia. Kufer nie wyróżniał się zbytnio. Ciemne drewno i szary metal, nic specjalnego. Otworzył go kluczem, który miał na obręczy, i wyciągnął białą koszulę, niedawno praną. Założył ją na siebie i pokręcił ramionami, żeby się dobrze ułożyła. Zasiadł do stołu i sięgnął po jabłko. Delikatnie ugryzł, a soczysty miąższ uradował elfie podniebienie.
- Więc, może powiesz mi dlaczego tak na mnie patrzysz, z otwartymi ustami, jakbym wyglądał na coś do zjedzenia? - Uśmiechnął się i odchylił na krześle.
- Nie... Ja... - Zmierzył elfa wzrokiem, po czym spuścił głowę. - Zawsze jestem w szoku, gdy widzę elfa. - Sięgnął po kufel.
- Cóż, miło mi. - Serdeczny uśmiech zagościł na jego twarzy, po czym oparł łokcie na blacie, a na splecionych dłoniach brodę. - Działo się coś specjalnego, jak mnie nie było?
- Nie, nic specjalnego, a czemu tak długo cię nie było? - Zjadł kawałek chleba i przepił całym kuflem piwa. - Zwykle znikasz na kilka dni, a teraz na cały miesiąc! Możesz się wytłumaczyć, tylko racjonalnie? - Odstawił wszystko co miał i wpatrzył się w elfa.
- Potrzebowałem trochę czasu, dla rodziny. - Rzucił od niechcenia. - Zresztą, miałem trochę zaległego urlopu, więc go wykorzystałem. -Sięgnął po butelkę z wodą. - Poza tym, dlaczego miałbym ci się spowiadać? -Nalał pełną szklankę.
- Ależ nie, jestem tylko ciekawy. Zawsze bardzo mnie interesowała wasza rasa, od najwcześniejszych lat. - Spoglądał na towarzysza z ukosa, jakby bał się jego spojrzenia. - Ale najbardziej ciekawiło mnie to, dlaczego wymieracie.
- Nie wymieramy! - Uniósł się dumą, razem z krzesłem, które odbiło się od ściany i stołem, który podskoczył. - Jedynie wy, - elf włożył w te słowa cały jad, jaki tylko mógł poświęcić dla tego dzieciaka - szybciej płodzicie potomków niż odchodzicie. - Chwycił szkło. - Nas nie dotyczy problem śmierci, po jakimś czasie, więc nie potrzebujemy aż tylu potomków.
Młodzik mierzył wzrokiem swojego przyjaciela, ale gdy zobaczył, jak przechyla pełną szklankę wody krzyknął coś niezrozumiałego i rzucił się, by wyrwać ją z jego dłoni. Spóźnił się. Gorący płyn wpadł wprost do gardła pijącego. Elf, na początku, nie rozumiał strachu u człowieka. Ale po chwili poczuł, jak płyn lekko poparzył jego gardło. Po chwili odczuł ciepło w żołądku i lekką słabość. Zjadł szybko kilka ogórków i czekał na reakcję. Spojrzał z gniewem na towarzysza. Sądził, że czymś zatruł wodę. Ale nie docenił go, przecież w kilka minut może się jej pozbyć. Uderzył ręką o stół i wskazał młodzika.
- Ty! Co ty dosypałeś do tej wody?! Mów szybko, zanim to z ciebie wymuszę, a znam wiele sposobów. - Dzieciak wyglądał na bardzo przerażonego.
- Nic nie dosypałem! Poza tym, to nie jest woda, spójrz. - Przetarł napis na butelce.
Gdy tylko trochę zaległego kurzu i lekka warstwa brudu opadła, elfowi ukazał się napis, bardzo podobny do wody. Jednakże głosił, nie woda, a wóda. Przeczytał go głośno i westchnął, co to jest?
- Wóda, co to jest? - Człowiek uderzył się w czoło, zapomniał.
- To nasze, ludzkie, najnowsze odkrycie w dziedzinie alkoholi. - Dotknął czule butelki.
- A co w nim, - Wskazał butelkę. – Takiego nowego?
- Jest dużo mocniejszy niż wino czy piwo. Szybciej powoduje stan upojenia i jest bardzo smaczne. Do tego dochodzi jeszcze tani koszt produkcji i możliwość mieszania go z jakimkolwiek innym napitkiem. - Uśmiechnął się, po zademonstrowaniu swojej wiedzy.
-Która godzina? Chyba za długo tu siedzę. -Spojrzał na zegar.
Wielka, metalowa konstrukcja, z odsłoniętymi kołami zębatymi i wahadłem, zajmowała sporo miejsca, ale była przydatna. Krasnoludy twierdziły, że odmierza czas z dokładnością do trzech minut. Jednak nikt, za bardzo, w tym temacie im nie ufał. Zegar właśnie wybił dwudziestą pierwszą godzinę. Czyli dziewiątą. Strażnik wstał i sięgnął do skrzyni. Zapukał w nią cztery razy i przekręcił klucz i otworzył wieko. Wyciągnął, z pozoru mały, idealnie na niego pasujący pancerz i diadem strażnicy. Wziął halabardę spod ściany i wyszedł, wcześniej nakładając zbroję i żegnając się z człowiekiem. Ledwie otworzył drzwi, a zobaczył krasnoluda uzbrojonego po zęby: w młoty, topory, miecze, kusze i bełty. Miał na sobie hełm ozdobiony czaszką, którą wygrawerowano na metalu. Prócz tego, miał pełną zbroję płytową, barwy miedzi. Gdy spostrzegł elfa zdjął hełm, spod którego wylała się ruda broda i czerwone brwi. Wyglądał jakby jego skórę ktoś rozciągnął do granic możliwości, a następnie puścił swobodnie, żeby innych straszyła.
- Znowu się spóźniłeś, – zawyrokował – tyle razy ci powtarzałem, że nigdy, ale to nigdy, strażnik nie może się spóźniać! - Wzmocnił przekaz tupnięciem i kilkoma uderzeniami w ramię elfa. - Co tym razem?
- Zacny Thlougie. - Schylił głowę. – Zapewniam cię, że nie szczędziłem konia, ale ta pogoda mnie zwolniła. Wiesz jak to jest. - Uśmiechnął się serdecznie, czekając na kolejne docinki.
-Ta, ta – burknął krasnolud – spódniczka twojej miłej, sama się rozerwała, a ona teraz chodzić nie może, bo się przewróciła. Oczywiście, ja wszystko rozumiem, zawsze muszę wszystko rozumieć. - Podniósł ręce do góry, zginając łokcie i kolana, udając chód kaczki. – Tylko to nie powód, żeby się do jasnej cholery spóźnić na wartę!
Elf aż poczerwieniał ze złości. Ten prymityw, ten paskudny dzikus, ten brudny, niedomyty szczur górniczy, tak go osądził. Jakby on był kimś z jego ludu, jakimś typowym krasnoludem, który nic nie robi. Spędza jedynie czas na kopaniu i spaniu. Jakby... Musiał się uspokoić.
- Ty zawszona małpo! Jak śmiesz?! Gdyby nie to, że jesteś tutaj dowódcą tak bym cię zbił, że nie poznałaby cię twoja własna matka! - Odsunął krasnoluda z drogi.
-Ja wiem swoje, a ty wiesz swoje, Illmasirze...
Elf nie słuchał. Poszedł prosto do sali dalej. Na oknach radośnie tańczyły krople deszczu, zmieniające się co chwilę. Wiatr porywał je do tańca, by bez litości cisnąć nimi o ziemię. Pogoda nie zamierzała się poprawić i kilkakrotnie niebo przeszywała złota lanca błyskawicy. Strażnik po chwili doszedł do wielkiej sali. W jej wnętrzu kręciło się trochę osób. Dwoje elfów, w białych szatach, coś omawiało między sobą. Kamerdyner roznosił przekąski i wino, dla zmęczonych umysłów. Kilka służek przynosiło i odnosiło księgi. Cała sala była jedną, wielką biblioteką. Było tutaj więcej rękopisów, niż w pałacu królewskim. Biblioteczne półki wprost uginały się pod ciężarem tych tomów, a świece niemal się dopalały. Nie było tu miejsca na lampy, czy też pochodnie. Wszystkie ściany zajmowały regały. Na samym środku sali stał samotny stół, pełen posegregowanych ksiąg. Pod stołem spokojnie leżały czyjeś nogi, w białych bamboszach i skarpetach. Illmasir obszedł ten przeciążony obiekt, który trzeszczał gdy tylko nowe tomy na nim lądowały. Za tym papierowym murem siedział znajomy elfa, który ciągle kartkował kolejne dzieła. Był taki sam, jak go zapamiętał: blada, niemal przezroczysta, skóra, biała broda, długie wąsy i niebieskie, z białymi plamami, wyłupiaste oczy. Na ręku, którym przerzucał kartki, miał sygnet rodowy, złoty pierścień, z czerwonym okiem. Natomiast na drugiej ręce, miał rękawicę ze skóry, którą pozłocił. Starzec, nawet nie obrócił się na elfa, tylko natychmiast przemówił.
- Znowu się spóźniłeś, mimo iż prosiłem, żebyś tego nie robił. Przeszkadza mi to twoje wpadanie w nieodpowiednim momencie, szczególnie teraz, w tym momencie. - Wyrzucił to z siebie, jak z armaty. - Ciągle, nawet gdy walczyliśmy razem, spóźniałeś się na bitwy, z uderzeniem, z obroną. Zawsze się spóźniałeś. Chociaż dzisiaj, przyszedłeś na czas. - Pokręcił głową i złapał oddech.
- Miło mi to słyszeć – odpowiedział strażnik – cóż tam wertujesz?
- A takie tam, stare dzieje. Durne kroniki waszych narodów, jakieś dzienniki i notatniki. Słowem, głupoty. Już dziesiąty rok, szukam sposobu na zabicie tego potwora i nic nie ma. Nic a nic. -Załamał ręce i położył się na stole, obrócił głowę, tyłem do elfa. - Durny bełkot i stare głupoty, nie mam na to czasu! Jestem poważnym, potężnym i do tego jeszcze niedocenionym magiem! - Uderzył pięścią w stół, który niebezpiecznie zatrzeszczał. - Nie jestem jakimś zapchlonym psem na posyłki! Mam swoje wymagania! Co ty tam masz? -Rzucił do służącej, która podała mu jakiś tom. - Czy ty masz mnie za idiotę? takie cienkie książki, to jedynie marnotrawstwo surowców i do tego nie ma w nich nic specjalnego! - Kobieta zakryła rękoma twarz i wybiegła z sali. - Zabierz swój śmieć ze sobą! - Książka wyleciała z sali.
- Mogłeś być delikatniejszy – warknął elf – to jeszcze dziecko, kto wie, co zrobi.
- Mało mnie to obchodzi, co tutaj mamy? Jakieś stare notatki, co to w ogóle jest? Bzdety, bzdury, głupoty, jakieś historyjki. Co to ma być?! Spokojnie, tylko spokojnie. Zaraz. - Przyjrzał się dokładniej tytułowi. - Dziennik Virgimela? Tego zaginionego znachora, który to wypożyczył czterdzieści sześć opisów medycznych wampirów i specyfiki ich budowy? Po jaką cholerę mi to potrzebne? Przecież studiowałem oryginały i nawet pisałem ich interpretację! - Wstał od stołu i podszedł do jednej z półek, przeglądając okładki i tytuły.
- Potrzebujesz czegoś jeszcze? - Illmasir chwycił człowieka za ramię. - Może mogę ci pomóc?
- Tak, w sumie tak. - Mag obrócił się do elfa i wskazał mu stół – Jakbyś był tak miły i pomógł mi szukać czegokolwiek na temat krwiopijców i pijawek, byłbym wdzięczny.
- Wedle życzenia. - Wziął kilka książek i usiadł pod drzwiami. - Myślałeś, że opuszczę wartę? Nigdy bym tego nie zrobił. - zaśmiał się, a następnie zanurzył w lekturze.
Illmasir przerwał na chwilę i zaszczycił spojrzeniem deszcz. Ciągle nie przestawał zalewać ziemi. Chmury płakały, a nawet kichały głośno grzmiąc. Złociste liny przyozdabiały czarne niebo, tworząc różnorakie wzory i mozaiki. Szelest papieru wypełniał całą salę, zagłuszając wszystko inne. Piorun uderzył w dumne drzewo, które cały czas kpiło sobie z wiatru zachowując prostą postawę. Złamało się, zostało poniżone i spalone. Ogień, zachłannie pożerał koronę, niegdyś dumnego władcy, który teraz leżał na ziemi, najniżej ze wszystkich. Płakał. Płakał za całe swoje dumne życie, które przestał w jednym miejscu, nie wydając nasion, czekając na odpowiednie pyłki. Teraz już nie będzie nowych drzewek. Wszystkie zmarły wraz ze swym ojcem.
Czas płynął strasznie wolno. Zegar, przypominający ten w strażnicy, wybijał północ. Dopiero, północ. Elf miał przed sobą jeszcze wiele godzin do wystania i wyczytania. Czekał spokojnie i nucił coś pod nosem. Cieszył się, że mógł coś robić. Oparł halabardę o ścianę i podszedł do okna. Przyjrzał się krajobrazowi. Ciemność panowała niepodzielnie, jednak była często biczowana złotymi lancami. Nagle, potężny huk rozbiegł się po całym zamku. Wszyscy śpiący obudzili się, i cały korytarz zapełnił się postaciami. Ogromne ilości ludzi, elfów i krasnoludów, przetaczały się po drodze, szukając źródła hałasu. Ze strażnicy wypadli gwardziści i starali się wszystkich uspokoić. Illmasir złapał swoją broń i popędził na dół. Miał dziwne przeczucie. Nie zwracał uwagi na złowrogą minę krasnoluda i nieobecne spojrzenie młodzika. Wpadł na spiralę schodów i po chwili był na trzecim piętrze. Nie zwracał uwagi na niebezpieczeństwo zbiegnięcia tym wąskim przejściem. Spojrzał na bramę, która była otwarta na oścież. Nie było widać nikogo. Było też dziwnie cicho, chociaż... Cichy odgłos kapania dobiegł uszu elfa. Wolno schodził na dół, nasłuchując co chwilę ruchu, jakiejkolwiek oznaki, że ktoś tu jest. Szukał, sam nie wiedział czego, ale po chwili uznał, że to wichura wepchnęła drzwi do środka. Strasznie wiało i wiatr zgasił pochodnię, oraz kilka lamp oliwnych. Był na samym dole. Dźwięk kapania nasilił się i dochodził od miejsca, gdzie zostawił konia. Podszedł tam powoli i najciszej jak umiał. Jego wierzchowiec leżał na podłodze, nieruchomy. Obrócił go i w tym momencie, niedaleko uderzył piorun. Błysk rozświetlił salę i strażnik zrozumiał trzy rzeczy. Pierwszą z nich było to, że jego koń jest martwy i leży w kałuży własnej krwi. Drugą rzeczą było to, że ktoś jest na górze i zbliża się do spiralnych schodów, bo zobaczył czyiś cień. Ostatnie co zrozumiał, to to, że zrobił błąd, przychodząc tu. Pobiegł na górę, ale było już za późno. Wrzaski dochodziły go z wyższych pięter i modlił się w duchu, byleby się pomylił. Wbiegł na trzecie piętro i po spiralnych schodach. Czuł zapach, zapach krwi i spalonego mięsa. Ale wyczuł coś jeszcze, strach, bał się wejść wyżej. Nie mógł zostawić Korneliusza samego! Mimo iż był potężnym magiem, jego starczy umysł zawodził. Wbiegł na piętro. Zamurowało go to, co zobaczył. Młodzik siedział skulony przy murze, ze złamaną ręką i zakrwawioną twarzą. Jego włosy były zwęglone, a broń połamana. Nic nie mówił, trząsł się i wskazywał ręką wzdłuż korytarza. Na jego podłodze leżało przynajmniej dwadzieścia ciał. Kobiety i mężczyźni każdej rasy. Niektórzy pocięci, inni spaleni, jeszcze inni zalani własną krwią. Wszystkich łączył wspólny element. Ślady kłów w wielu miejscach na ciele. Ktoś jeszcze żył. Młoda służka, która pokazała Korneliuszowi księgę, zwisała przy oknie, od pasa w górę, po drugiej stronie. Szyba była wybita, ale ona miała tylko lekkie rany. Illmasir wciągnął ją do środka i usadził przy człowieku. Nadepnął na coś twardego i bardzo śliskiego. Jego nogi rozjechały się i uderzył kolanem w czoło Thlouga. Krasnolud zmarł z przerażeniem na twarzy. Strażnik nie mógł teraz się rozpraszać, ale ciężko wystraszyć krasnoluda, szczególnie weterana wojen z panem zmarłych. Wstał i zamknął jego powieki, następnie podszedł do tych ludzi. Młodzik dalej się trząsł, a dziewczyna odzyskała przytomność.
- Musicie stąd uciekać, - wyszeptał do nich – jak najszybciej. Zanim jednak pójdziecie, co to było? Co sprowadziło tu tyle śmierci?
- W... W... Wa... Wa... -Chłopak się jąkał i wręcz umierał ze strachu.
- To był wampir, nie wiem dlaczego nas zostawił przy życiu, dziękuję, że wyciągnąłeś mnie z tego okna – Otarła pot z czoła i związała ranę na ręce, kawałkiem oderwanego materiału. Wydawała się niezwykle spokojna, jak na osobę, która właśnie była świadkiem masakry.
- Weźcie płaszcze i nie oglądajcie się za siebie. Nic tu nie zostało, dla was. - Zdjął z palca krasnoluda pierścień dowódcy garnizonu. Złota obrączka i kieł smoka, stanowiły symbol i oznakę wysokiej rangi w armii.
- Zanieście go rządcy jakiegokolwiek miasta, będzie wiedział o co chodzi. Uciekajcie. - Elf wstał i cicho westchnął. Kobieta złapała jego ramię.
- A ty, panie? Dlaczego nie uciekasz? Wszyscy zginęli.
- Muszę odnaleźć przyjaciela, nie martw się – powiedział, na widok łez w jej oczach – niedługo wrócę. - Odwrócił się i poszedł dalej, manewrując między trupami.
Widział wiele zmasakrowanych ciał, ale niektóre naprawdę przechodziły wyobrażenia. Usłyszał potężny huk w bibliotece. Wbiegł tam najszybciej jak mógł, ale się spóźnił. Zielonoskóry osobnik, właśnie rozrywał człowiekowi gardło, spijając z niego krew. Zwłoki przeleciały w powietrzu kilka metrów i wylądowały na stole, łamiąc go na dwie części. Wampir miał na sobie luźny strój szlachecki, koloru czerwieni. Skórzane rękawice okrywały dłonie, z trzema szponami. Czarne buty okrywały stopy. Zaśmiał się i obrócił wprost na elfa, który w momencie skamieniał. Właśnie jego najlepszy przyjaciel, kompan wielu wypraw wojennych, osoba, którą wyswatał z jego obecną żoną, przeleciał martwy w powietrzu. Nie wiedział co się dzieje. Wampir uśmiechnął się i oblizał wargi, na których miał trochę krwi. Jego żółte oczy, bez źrenicy, wpatrywały się w następną ofiarę. skrzyżował ręce na piersi i lekko się rozluźnił.
- Ominąłem cię? Widocznie masz dzisiaj szczęście, - zaśmiał się – duże szczęście. Patrząc na innych. - Odsłonił kły w dzikim uśmiechu.
- Zapłacisz, za wszystkie krzywdy potworze! -Takiej furii, Illmasir nie czół od dawna, od chwili, gdy jego siostra została zamordowana.
- Oj, niegrzecznie. Bardzo niegrzecznie jest grozić innym śmiercią. Czego uczyli cię twoi bracia? – zadrwił – bo na pewno nie dobrych manier. - Wyprostował rękę i zgrabnie się ukłonił, jednocześnie otwierając usta. - Pozwól, że się przedstawię...
- Nie muszę cię znać upiorze, by móc cię zabić. - Zabójca tylko się uśmiechnął.
- Taki porywczy... Przypominasz mi siebie, sprzed wielu lat. - Podszedł do truchła Korneliusza. - Szkoda, że nie chciał się zmienić. Byłby z niego potężny sojusznik, ktoś na tyle potężny, że sam bym się go bał. Ale wybrał śmierć. - Kopnął truchło w głowę, odrywając ją od reszty ciała. - Tobie proponuję to samo. Dołącz do mnie. Wyczuwam, że jesteś bardzo potężną istotą, zdolną do wielkich czynów. Jednak twój talent wciąż jest uśpiony. - Gwałtownie wciągnął powietrze w płuca. - Ta moc, jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy... - Nie dokończył, bo elf skoczył na niego, wraz ze swą bronią.
Uderzenie rozbiło się o kilka książek, które rozpadły się na części. Potwór skakał zwinniej od kota, unikając ciosów elfa. Po chwili stanął w miejscu i szyderczo wykrzywił usta. Illmasir machał swoją halabardą, jakby nic nie ważyła. Jednak bestia ciągle schylała się, unikała każdego ciosu, wprowadzając elfa w coraz większą furię.
- Revird! -Wampir momentalnie się zmartwił.
Ostrze pomknęło w jego kierunku i rozcięło go w pasie na dwa kawałki. Następnie stracił głowę, na której malował się gniew. Wszystkie jego kawałki, padły na ziemię, rozlewając wokoło czerwoną posokę. Strażnik prychnął pogardliwie i podszedł do Korneliusza. Miał nadzieję, że jeszcze ma czas, ma szansę. Może go uzdrowić. Jednak ta oderwana głowa, mówiła jasno i wyraźnie, nie. Mała i leciutka łza, pociekła po ponad wiekowej skórze i wpadła do ust. Słony smak łzy nie dodawał otuchy, jednak elf już wiedział, że nic dla niego nie zostało. Musi jeszcze pochować tych wszystkich, zabitych. Należy im się. Wstał i przetarł twarz. Musiał najpierw się przewietrzyć. Odwrócił się i poczuł ból, na wskroś torsu. Jego zbroja przebiła skórę i wbiła się głęboko. Krew ochoczo wyciekała z jego ciała, osłabiając go. Otworzył usta i zobaczył swego oprawcę, który niedawno był jego ofiarą. Przecież rozciął tego wampira na kawałki, powinien mieć jeszcze czas na odejście. Padł na książki, przybierając pozę jakby siedział pijany. Bestia opuściła miecz. Potężne ostrze, które przeraziło elfa. Głowicą tej broni był mały kolec, pełen lepkiej, zielonej i, zapewne, trującej substancji. Rękojeść, dłuższa niż ramię, trzon, obłożony twardą skórą konia. Jelec, w kształcie litery ,,V” mogący sam zabić nie jedną osobę. Taszę stanowiła czaszka. Dokładnie oczyszczona i wypolerowana do połysku. Co chwilę rosła, lub malała, zmieniając swój kształt. Nie sposób określić, do kogo należała. Ostrze było bardzo cienkie, zdolne przebić każdy pancerz i dostać się w każdą jego lukę. Ząbkowane i falowane, nadawało się idealnie do niesienia bólu. Wampir pogładził swoją broń, jak kochanek kochankę.
- Widzisz? To o takiej mocy ci mówiłem, to taka potęgę ci oferuję, a ty ją odrzucasz - Machnął ręką. - Ciągle opór, komukolwiek proponuję chwałę i wieczne życie, napotykam opór! Więc dam ci jeszcze jedną szansę. Przyłącz się do mnie, a uzdrowię twe ciało i dam moc, której inni będą mogli tylko ci zazdrościć, przez całą wieczność! - Wyciągnął rękę do elfa. - Mogę odciągnąć od ciebie widmo otchłani, zapewniając wieczność, bez względu na ilość ran.
- Nie oferujesz mi życia, - strażnik wyszeptał z trudem każde słowo – tylko długie umieranie. Dra'va'mir, zakazane ostrze, miało być zniszczone. Widocznie, Valvad, zawiódł. Ja też zawiodłem. Ale znajdzie się ktoś, kto nie zawiedzie.
-Typowa krótkowzroczność – wyrecytował z wdziękiem – dla kogoś takiego jak ty. Ja też miałem wątpliwości, ja też się bałem. Ale zrozumiałem, że nie ma innej drogi. Natomiast ty, ciągle się opierasz. - Przeszedł kilka kroków w prawo, potem w lewo.
- Muszę, taki potwór jak ty, zasługuje tylko na śmierć. - Wypluł skrzep krwi, wprost pod nogi wampira. Ten podniósł go i zjadł, po czym uśmiechnął się.
- Dobry rocznik. Krew elfów jest jak wino, im starsza, tym lepsza i cenniejsza. Wyceniam cię na jakieś dwieście dwadzieścia lat. Może pomyliłem się o dziesięć, ale to nie zmienia faktu, że jesteś taki smaczny.
- Jesteś szalony, – wymamrotał – większego szaleńca nie spotkałem.
- Już nie spotkasz – Bestia zaśmiała się donośnie. - Ale zanim umrzesz, poznasz przyszłość tego świata. - Zbliżył się do jego ucha i zaczął szeptać. - Ten świat zapłonie, zalany krwią. Echa wielkiej wojny, będą szalały po świecie, aż do jego końca. Wasze dzieci, będą naszym pokarmem. Wychowamy je tak, że każde, z wielką dumą i radością będzie oddawało krew, dla naszych potrzeb. Ci którzy umrą, będą wychwalani jako bohaterowie, a ci, którzy będą chcieli wolności, umrą w zapomnieniu. Twoi synowie będą pierwsi. - Złapał elfa za szyję, lekko go dusząc. - Pierwsi, wskażą drogę innym. Ich imiona będą wyryte na tablicy, która stanie przed waszą, żałosną, stolicą w Carwood. Nie ma ucieczki. - Podniósł się. - Nie ma ratunku. - Wziął miecz. - Przed tym, co nieuchronne. - Przebił serce Illmasiara. - Tylko my przetrwamy.
Elf wytrzeszczył oczy, gdy poczuł, jak zimna kling przebija mu pierś na wylot. Nie mógł oddychać, nie mógł myśleć, ten ból. Zapadł się w mrok.
*********
Wielka grota, przypominała każdą inną jaskinię. Trochę stalagmitów, stalagnatów i stalaktytów. Pod sklepieniem wisiały roje nietoperzy, śpiąc. Widocznie na zewnątrz był dzień. Jednak ta jaskinia była mała, bardzo mała. Przypominała teraz bardziej grotę, niż jaskinię. Illmasir nie wiedział, jak się tu znalazł, ani tym bardziej po co. Ale na pewno nie miał pojęcia, gdzie jest. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Dostrzegł spore jezioro, nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że co chwila skakały w nim wodne postacie. Kobiet i mężczyźni, utkani z wody, tańczyli chwilę na jej powierzchni, po czym znikali w jej odmętach. Na brzegu siedziała mała dziewczynka, obserwująca cały ten spektakl. Elf podszedł do niej.
- Ekhm – odchrząknął – nazywam się...
- Illmasir, weteran wojen z Liszem, strażnik Korneliusza, szczęśliwy ojciec jednego syna i ukochany jednej elfki, którą zdobył. - Powstała. - Jak również, wierny swemu królowi żołnierz i były nauczyciel fechtunku. Hodowca koni i wielki idealista. - Podeszła do elfa, złapała jego dłoń i uśmiechnęła się. - Zabity dwa dni temu, w zamku Lórthrer, należącym do wspólnoty ras, przez przywódcę wampirów Lisza, Valvada Oświeconego. - Elf chciał mówić, ale dziewczynka mu przerwała. - Masz wiele do opowiedzenia mi, jak i ja tobie. Nie śpiesz się, aha, i witaj w Sadzawce Dusz!
Niewielkie zmiany, kolejne błędy zamknięte w grupowej mogile. Melduję wykonanie zadania!