Takie kolejne opowiadanie. Tym razem zamierzam je skończyć
Poza światem
Mel nigdy nie należała do osób strachliwych. Ba! Wychodziła każdej trudności naprzeciw z wysoko podniesionym czołem i obelgą na języku. Jednak tego dnia – przestraszyła się. Po raz pierwszy w życiu nie umiała wykrzesać z siebie choćby grama odwagi. Cóż, w jej sytuacji każdy zareagowałby tak samo. Przecież nie co dzień na środku salonu pojawia się jakiś koleś w czarnym płaszczu i z kosą w dłoni. Dodając do tego nienaturalną mgłę i dziwaczne kakofonie dźwięków, które wydobywały się jeden Bóg wie skąd.
Dziewczyna obserwowała niespodziewanego gościa zza kanapy. Jasnobrązowe włosy opadały na jej pospolitą twarz, niemal całkowicie zasłaniając szaroniebieskie oczy. Gdyby ktoś przypadkiem minął ją na ulicy, to z całą pewnością nie wiedziałby, że ktokolwiek taki w ogóle istnieje. Mimo jej charakterystycznego zachowania, przestając na nią patrzeć niemal od razu zapominał, jak ona właściwie wygląda. Wprawdzie to znacznie pomagało w jej profesji. Przecież nikt nie podejrzewałby tej filigranowej dziewuszki o nijakich rysach twarzy o bycie detektywem.
Mel zaklęła w myślach, przypominając sobie, że broń zostawiła w kaburze. I to w łazience. Na dodatek po drugiej stronie domu! Czy mogło być jeszcze gorzej? Owszem, mogło. Tak bywa, gdy posiada się nieprzeciętnego pecha, a anioł stróż co krok zasypia, albo zapomina o podopiecznym. Gość z kosą westchnął zrezygnowany.
- No co to ma być niby? Nie ma tu nikogo – burknął, opuszczając głowę w geście całkowitej rezygnacji. Pod jego nogami coś prychnęło ostentacyjnie.
- Bo z ciebie dupa jest, a nie Kosiarz – warknęło coś. Owszem, coś. Mel dostrzegła tylko jakieś różki i czarną czuprynę. Myśli wirowały jej w głowie, cały czas mrucząc, że najprawdopodobniej się upiła, albo zaćpała. Mógł to być też sen, ale to stanowczo wykluczała – zaczęły jej drętwieć nogi od kucania w niewygodnej pozycji.
- Co ja teraz zrobię? – zawodził gość w kapturze, drapiąc się w czaszkę. Ukryta za kanapą uniosła brwi w geście zdumienia. Nie mogła pojąć w jaki sposób jeszcze jej nie zauważyli.
- Pewnie zostaniesz zdegradowany do pucybuta, albo wywalą cię na zbity ryj, a Czarny nakopie ci do dupy – zaćwierkotało owe coś z szatańską uciechą. Zakapturzony pokręcił głową, zaciskając niemal białe dłonie na trzonku kosy.
- Noż cholera! – ryknął, rzucając trzymany przedmiot o ziemię. Skoczył na ostrze, miotając pod nosem jakieś obelgi. Owe coś wlazło na fotel i wtedy Mel mogła się temu lepiej przyjrzeć.
Było całe czerwone, pomijając czarną czuprynę, z której wystawały kozie różki. Oczy miało wielkie, żółte – zajmujące prawie całą twarz, a usta małe i wąskie. Oczywiście, ubrane było owe coś w garnitur miniaturowych rozmiarów.
- Ożesz w mordę. Ale z ciebie dupa wołowa, Tren. Ta panienka siedzi za kanapą – roześmiał się czerwony chochlik, wyraźnie zadowolony z tego odkrycia. Zakapturzony zatrzymał się i spojrzał w stronę kanapy. Mel wzruszyła ramionami i zrobiła to, co uznała za najsłuszniejsze – zaczęła wrzeszczeć i wzywać pomocy.
- Cicho, kobieto! – krzyknął czarny koleś i dopadł do niej, by zatykać jej usta dłonią. Nieco się przeliczył, bo Mel ugryzła go w rękę, by chwilę później kopnąć go w brzuch z półobrotu, a następnie w krocze. Koleś zwalił się na ziemię, jęcząc i bluzgając, a czerwony chochlik zaniósł się śmiechem.
- No na serio, dupa z ciebie jak nic! Czarny nic nie musi ci robić, ta panienka skopała ci ten twój nadęty zadek – zaskrzeczało to coś, a Mel cofnęła się, widząc, jak zakapturzony się podnosi. Była po prostu pewna, że to jakiś psychol. Kto normalny łazi po mieście z kosą? I wchodzi bezbronnym ludziom do domu?
- Weź się opanuj, my tu ze sprawą – jęknął, niezdarnie podnosząc się do pionu. Jego głos stał się o dwa tony wyższy. Mel zajęła strategiczną pozycję, by móc w razie potrzeby uciec. Poza tym, ustawiła się tak, by mogła chwycić lampę ze stolika. Lepsza taka broń, niż żadna.
- Taaa… Czarny słyszał o tobie, panna, i kazał cię zgarnąć, bo mu sługusów zamykasz w pierdle, lala – zaśpiewał czerwony chochlik, a zakapturzony przestał być zakapturzonym, bo kaptur definitywnie zdjął. Włosy czarne, twarz biała… jak śmierć wyglądał. Nawet oczy miał ciemne jak jakieś tunele.
- Kim jesteś? – warknęła, łapiąc za lampę i podnosząc ją na wysokość swoich oczu. Znokautuje tego czarnego, a ten mały nie wydaje się być za bardzo kłopotliwy.
- Ta dupa wołowa to Tenebrae. Ale mówimy na niego Tren, bo taka z niego dupa. Jest wyższym Kosiarzem, choć Czarny i tak chce go wyrąbać, bo dupa z niego i tyle – odpowiedział czerwony demon, czy czymkolwiek tam był. – A ja jestem Cerebrum. Wyższy demon, ale przydzielili mnie do tej dupy ziemniaczanej – westchnął z rezygnacją.
Mel przełknęła ślinę, zastanawiając się, jakiego świństwa się nałykała przed snem.
- No, to formalności za nami – mruknął Tren, wyciągając z kieszeni płaszcza jakiś nadgryziony świstek papieru. – Melanie Dewelon, oficjalnie uznaję cię za martwą – przeczytał, biorąc kosę z podłogi. Dziewczyna uniosła brwi w zdumieniu. Jednak czuła się jakoś lżej. I lampy w dłoniach już nie trzymała.
- Co jest?! – krzyknęła, rozglądając się wokół. Na podłodze leżała… ona. – COŚ MI ZROBIŁ, DEBILU! CHCĘ SIĘ OBUDZIĆ! – ryknęła wściekła, rzucając się na tego czarnego z pazurami. Cóż, przeniknęła przez niego, nic sobie nie robiąc.
- Jak zawsze to samo – westchnął Tren, kręcąc głową.
- Zamknij się, dupo i zamykaj ją w kapsule. Czarny pewnie będzie chciał z nią pogadać – westchnął Cerebrum, przymykając wielkie, żółte oczy. Biedna Mel… nie miała bladego pojęcia co się dzieje. Dopiero gdy ten czarny wyjął jakieś pudełeczko z kieszeni płaszcza i zaczęło ją wciągać, to zastanawiała się, ile właściwie ten głupek ma kieszeni…