Napisałam coś. COŚ, bo sama nie wiem czym to do końca jest. No dobra, trochę wiem.
Profesor Kopytko
Cześć. Nazywam się Sharon Yanng i teoretycznie kończę gimnazjum. Teoretycznie, bo w praktyce rok szkolny dopiero się zaczyna, ale tak brzmi dużo lepiej.
Historia, którą wam opowiem sama w sobie jest doprawdy niezwykła. Nie chodzi w niej o żadną miłość, czy też zbawianie świata. Nigdy nie zdarzają się w niej fenomenalne wybuchy magii, a czarodzieje, elfy i inne stwory nigdy nie miały wstępu do tego życia. Sama byłam zdziwiona, gdy tylko usłyszałam tę opowieść. A właściwie historię o pewnym, bardzo niepospolitym człowieku. O Profesorze Kopytko.
Zawsze, ilekroć staram sobie przypomnieć, gdzie poznałam Profesora, to w mojej głowie pojawia się olbrzymia, czarna dziura i wsysa te informacje. Całkowicie nie wiem dlaczego i szczerze mówiąc nigdy dogłębnie się nad tym nie zastanawiałam. Oczywiście jest kilka urywek z początków mojej znajomości Profesora, ale są zbyt nieskładne i całkowicie nie rozumiem o co w nich chodzi. Właściwie nie chciałabym zaczynać od środka, ale zostałam do tego zmuszona.
***
– Hmm… jakby nie patrzeć to… - Tylko tyle udało mi się usłyszeć, gdyż Profesor zniżył głos, a przez to zlał się w konspiracyjny mamrot. Westchnęłam cicho, nawet nie kłopocząc się, by wypytać Profesora co konkretniej mówi. Coś takiego niezwykle przypominało rzucanie grochem o ścianę. Namęczysz się, a rezultatu i tak nie będzie.
Kim jest Profesor?
To niezaprzeczalnie jedyna osoba, której nie zamęczyły moje niekończące się pytania i bez wątpienia najdziwniejszy człowiek, jaki stąpał po tej planecie.
Nigdy nie rozstaje się ze swoim nieśmiertelnym, czerwonym notesem, który swoją drogą przeczy prawom fizyki i pojawia się tam, gdzie po prostu być nie powinien. Nie jestem w stanie wymienić, ile razy znalazłam go w moim bucie, czy plecaku, choć Profesor go tam nie wkładał. Chociaż… akurat on robił wiele rzeczy, które były dziwne. Delikatnie mówiąc, swoją drogą.
– Profesorze… – zaczęłam, lecz ten niziutki człowieczek uciszył mnie, podnosząc palec. Westchnęłam zrezygnowana. No to teraz poczekam kilka ładnych godzin, zanim Profesor Kopytko otrząśnie się ze swoich przemyśleń i zwróci na mnie uwagę.
– Tak? – spytał nagle, tym samym całkowicie mnie zaskakując. Profesor spojrzał na mnie, tymi swoimi szarymi oczyma, całkowicie zbijając mnie z tropu. O co chciałam zapytać? No tak… praca domowa z biologii.
– Mam pracę domową z biologii. Zastanawiałam się, czy profesor mógłby mi pomóc – powiedziałam, wyjmując zeszyt z plecaka. Kopytko łypał na mnie przez chwilę, jakby nie miał pojęcia gdzie właściwie się znajduje. Nie mówiłam nic, dobrze wiedząc, że jeśli to zrobię, to profesor będzie zły i nawet nie będzie kłopotał się odpowiedzią na moje pytania.
– Oczywiście. O co konkretniej chodzi? – Splótł ręce i ułożył na nich brodę, w tym samym czasie przymykając oczy.
– Dlaczego wszystkie papugoryby rodzą się jako samice? – spytałam, od razu szykując długopis, by zapisać odpowiedź Kopytka.
– Wszystkie papugoryby żyją w stadach, lub jeśli ktoś woli, ławicach, w których dominuje zaledwie kilka samców. Aby samce nie były wypędzane, wszystkie osobniki rodzą się jako samice, a tylko kilka najsilniejszych dojrzewa i zmienia płeć , aby móc prowadzić ławicę. To zapewnia odpowiednią liczbę populacji, właściwe rozmnażanie się i nie prowadzi do konfliktów o przywództwo w grupie – wyrecytował, gwałtownie otwierając oczy i przewiercając mnie do fotela.
– Mam jeszcze jedno. Mogę? – Rzuciłam Profesorowi niepewne spojrzenie. Był człowiekiem zbyt nieprzewidywalnym, by po prostu zadać kolejne pytanie. Kopytko kiwnął głową na znak zgody. – Jak często na minutę uderza serce kolibra kubańczyka i dlaczego tak? – spytałam, podnosząc głowę. Profesor siedział przez kilka sekund całkowicie nieruchomo. Nagle otrząsnął się, a jego srebrne włosy zafalowały delikatnie.
– Zanotowano tętno wynoszące ponad tysiąc dwieście sześćdziesiąt uderzeń na minutę – odpowiedział spokojnie. – Jest to spowodowane szybkością ruchów skrzydeł kolibra, która wynosi osiemdziesiąt uderzeń na minutę.
Szybko zanotowałam zdobyte informacje i schowałam zeszyt do torby. Rzetelniejsze informacje uzyskałabym chyba tylko z encyklopedii, ale w niej wszystko opisane jest niezwykle szczegółowo, podczas gdy Kopytko wyjaśnił mi to w dwóch zdaniach.
– Dziękuje, profesorze. Mama pytała czy przyjdzie pan na obiad – powiedziałam, wyrywając staruszka z letargu. Kopytko spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem, po czym poprawił zsuwające się z jego haczykowatego nosa prostokątne okulary.
– Serdecznie jej podziękuj, ale mam pewną sprawę do załatwienia – odparł prostodusznie. Uśmiechnął się do mnie, a ja tylko wzruszyłam ramionami.
– Jak profesor uważa – mruknęłam, wstając z fotela. Kopytko zaśmiał się nagle.
– Ach, te kalkulacje metafizyczne – chichotał, kręcąc głową. A ja westchnęłam tylko pod nosem. Nie było sensu, by pytać co miał na myśli. I tak by nie odpowiedział. Ruszyłam w stronę drzwi, po drodze zabierając swoją kurtkę ze staromodnego wieszaka.
– Do widzenia, profesorze! – krzyknęłam na odchodnym. Kopytko nie odpowiedział.