Witam. Poniżej tekst opowiadania wraz z autorską interpretacją. Zapraszam do komentowania.
Przesłuchanie
- Ulica. Idę wolno w stronę domu. Słońce ostro świeci, nie mogę patrzeć. W końcu docieram do drzwi. Krótka rozmowa z mamą o szkole i obiad. Lekcje? Nie. Komputer, telewizor? Pudło! Gazeta. Nie znam tytułu, nie ja ją kupuję, przerzucam okładki, zdjęcie osobnika jeszcze niedawno tytułującego się „Holocausto” – o czym dowiaduję się z treści jednego z artykułów. Czytam. Znowu: darcie Biblii, bezprawie, haniebny czyn, sądy przyklaskują… Parę dni później, tak dobrze znany Internet, strona zapisana w zakładkach – apel biskupa o bojkot wystąpień tego całego „Nergala”. Zapomniałem... Dziś, dwa tygodnie później, kolejna gazeta, nawet dwie, kolejne artykuły: ksiądz krytykuje biskupa, ksiądz staje w obronie księdza krytykującego biskupa, sprawa Darskiego dzieliła i nadal dzieli. Przypominam sobie strzępki prasowe, urywki; jakaś pani wypowiada się, że jej darcie Biblii nie gorszy jako katolika; profesor Środa przyklaskuje Adasiowi, który od czasu nieszczęsnego wyroku znów znalazł się na ustach wszystkich, też chce podrzeć Biblię…
Pewnego razu zmuszony byłem czekać dłuższą chwilę na dworcu autobusowym, w małym miasteczku. Wtedy – było późne popołudnie – nikt tamtędy nie przechodził, z wyjątkiem starego, obdartego człowieka, który wyraźnie kierował się w moją stronę:
- Przepraszam pana – Powiedział do mnie zatrzymując się o dwa kroki przede mną – nie ma pan może dwa złote dać na busa?
- Proszę – mówię wyciągając z kieszeni monetę.
- Dziękuję. Życzę panu wszystkiego najlepszego, niech panu Bóg da dobrą przyszłość, niech… bla, bla, bla… – Uśmiecham się, słysząc o Bogu z ust nieznajomego. Odchodzi uradowany. Prosto w stronę sklepu spożywczego. Idzie może po chleb? Wraca, niesie coś za pazuchą, nie patrzy na mnie. Naprawdę chciałem dać mu na ten bilet.
Inny przykład: Szkoła. Po sześciu godzinach logiczne myślenie nie wydaje się możliwym. Ostatnia lekcja – religia. Kpina! Z trzydziestoosobowej klasy obecnych było siedmioro uczniów. Resztkami woli starałem się słuchać fragmentów książki, która traktowała o spowiedzi. Mimowolnie rozejrzałem się po klasie. Reszta dyskutowała w najlepsze, dobrze chociaż, że szeptem. Nikt, włącznie z czytającym, nie zwraca uwagi na treść. „Co oni tu robią? Po co przyszli?” – Pomyślałem. Chyba sami nie umieliby powiedzieć. Wspaniała młodzież, ale oni chociaż byli. Dzwonek! Dwóch moich kolegów zerwało się z krzesła, mało brakło a drzwi wyleciałyby z zawiasów, chłopców już nie było… Zmęczony zawlokłem się na przystanek. Bus podjechał po pół godzinie. Sporo ludzi wysiadło. W środku był mój przyjaciel. Krótka rozmowa i już znaleźliśmy się na dworcu, spojrzałem przez okno – na przystanku znajdowało się około dwudziestu osób, zbyt wiele na tak zatłoczonego busa. Wstaliśmy z kolegą, widząc starsze osoby, które już ustawiły się w kolejce do wejścia. Dwóch naszych rówieśników – nie znałem ich, oceniam po wyglądzie – usiadło na naszych miejscach, ze śmiechem na ustach. Wywołało to ogólne zdziwienie.
Nie jestem człowiekiem idealnym. Nie tak dawno temu byłem klasycznym przykładem rutyniarza. Niedziela = Msza. Irytację wywoływały pierwsze niedziele miesiąca, chodziłem wtedy z rodziną do kościoła o godzinę wcześniej, na adorację. Co ja tam miałbym robić? – Brzmiały argumenty mające przekonać mnie samego. To, że tam chodziłem i do tego byłem ministrantem wprawiało w ogólny zachwyt wszystkie starsze kobiety – wiadomo, mała wioska, każdy wie o każdym. Mądry, idealny, będzie księdzem – przynajmniej dwa razy dziennie słyszałem takie określenia. Tak właśnie wyglądało moje życie. Wtedy jeden, nawet bardzo prymitywny ateista wystarczyłby do rozniesienia mnie na strzępy w merytorycznej dyskusji. Po jakimś czasie, nie wiem jak, zacząłem czytać różne artykuły, o Bogu, o tym jak powinna wyglądać moja relacja z Nim. Zaczął się powolny proces dorastania do wiary.
Obecnie nie chodzę już na nabożeństwa pierwszej niedzieli – zmienił się ksiądz. Pochwały jakby ucichły. Jestem (w zasadzie byłem) jednym z nielicznych lektorów w mojej małej parafii. Umiem płynnie czytać, a wcześniej byłem jedynym lektorem, który w ogóle czytał. Zacząłem się przygotowywać do najprostszych liturgicznych czynności. Nie wiem czy to, co robiłem, robiłem idealnie, ale starałem się by tak było. Wciąż jestem daleko.
Błogosławiony Jan Paweł II. Postać nieprzeciętna. Okrzyknięty świętym. Dziś - sześć lat po jego śmierci, nauki, wspaniałe płomienne mowy o wierze i roli chrześcijaństwa i człowieczeństwa zostały sprowadzone do pustych haseł typu „Nie lękajcie się!”, a których kontekstu większość nie rozumie, bądź nie chce zrozumieć. Encykliki, myśli sprowadzono do pamiątek, książek, które po krótkiej fascynacji zalegają na półkach – zupełnie jak Pismo Święte w wielu domach. Już nie przemawia jego…
- I co to ma do rzeczy? – Nagłe wtrącenie przerwało potok słów i myśli płynących z głowy człowieka siedzącego po drugiej stronie stołu. – Nie o to tutaj chodzi. Nie jesteśmy na kazaniu! Spytam jeszcze raz: co skłoniło cię do wielokrotnych morderstw, bestialstwa? Zjawiałeś się i zabijałeś ich jak anioł śmierci, no i te cytaty z księgi psalmów „strzała lecąca za dnia”, „demon, co niszczy w południe”, chyba wiesz, na co mi to wygląda?
- Pytasz o rzeczy, których nie jesteś w stanie zrozumieć. Możesz pojąć, co dzieje się z człowiekiem grzesznym? Potrafisz? Ja sam nie potrafię. Codziennie obserwuję zło, podłość, bezczelność, nachalność, obrzydliwość, zuchwałość, chamstwo, kłamstwo, plugastwo, deprawację, bezpruderyjność, słowem, co tylko można sobie wyobrazić. Kiedyś pisałem wiersze, ale straciłem wolę, posłuchaj jednego z ostatnich – wyciągnął pomiętą kartkę z kieszeni kraciastej koszuli, którą miał na sobie
- Drogą mą nauczać jest,
wnet spłynie ona krwią,
lament – próżny gest rozpaczy,
zabiję ręką swą.
Za przykazania:
nigdy nieprzestrzegane.
Za okrutne zachowania:
nigdy nieukarane.
Nie jestem jak drugi Paweł Jan,
nie jestem sługą pokornym,
rozpocznę śmierci tan,
mrożący krew szatanom przygodnym.
Jam z Piasta i on z Piasta,
tyle łączy nas.
Ja wybiję całe miasta,
On pokornie nauczał was… Rozumiesz, co mam na myśli?- Spojrzał na oficera z iskrami w oczach.
- Zwariowałeś na jego punkcie?! Mówisz o nim a nie dorastasz mu do pięt! – Irytacja w człowieku, który zrozumiał, że nic przydatnego z więźnia nie wyciągnie, sięgnęła zenitu.
- Może i tak. Ja po prostu chciałem zmniejszyć liczbę gorszących grzeszników. Wiesz, każdy grzeszy tak czy owak. Ale są tacy, którzy z tego robią sztukę, występują w telewizji i tam nawołują do zła. Kiedyś miałem wiarę, wierzyłem, że te nauki – nauki NASZEGO PAPIEŻA - trafią do ludzi. Niestety do ludzi trafiają tylko pieniądze. W świecie pieniędzy to nawet moralne. Zabić kilku ludzi, żeby na innych przypadało więcej pieniędzy. Wiesz, kiedyś nawet przypominałem ciebie, z tymi śmiesznymi ideami równości, braterstwa. Wiesz gdzie leży Afryka? Wiesz ilu ludzi umiera tam z głodu? A pieniądze, którymi rozporządzają ci bezbożnicy mogłyby dać tym ludziom życie. Zbyt dużo widziałem, żeby pozostawić te rzeczy samymi sobie. Wyobraź sobie: jest piękny dzień, świeci słońce, ptaszki śpiewają, cud miód i orzeszki. Ulicą idzie starsza kobieta, zgarbiona ciężarem lat. Biegnie za nią chłopak. W biegu wyrywa jej torebkę, a ją spycha pod nadjeżdżający autobus. Widziałeś kiedyś koktajl truskawkowy? Więc taki koktajl opryskał chodnik i jezdnię. Obróciłem się: chłopak zniknął. Ile jest, było i będzie takich przypadków? A przecież wszyscy jesteśmy rodakami tego sławnego Jana Pawła drugiego – Słowianie. Powinniśmy go, choć trochę przypominać, odrobinę. Wiesz, w czym jesteśmy podobni? Umiemy chodzić na dwóch nogach…
- Nigdy nie należy generalizować.
Interpretacja „Przesłuchania”
„Przesłuchanie” to utwór powstały jako praca konkursowa. Jego specyficzną cechą jest prowadzenie narracji dualistycznej: przez większą część mówią bohaterowie, a w zasadzie jeden bohater – przesłuchiwany więzień. Koncepcja takiej narracji powstała po lekturze utworu Josepha Conrada „Jądro ciemności”. Ze względu na skomplikowaną budowę kursywą zaznaczone są wypowiedzi głównego bohatera, a wtrącenia narratora i wypowiedzi policjanta są pisane normalnym stylem. Wypowiedzi bohaterów są stylizowane. Utwór dodatkowo zawieszony jest gdzieś w przestrzeni i czasie ( wiemy co prawda, że jest to sala przesłuchań, lecz nie mamy pewności co do czasu – jedynym pewnikiem jest to, że ma ona miejsce po śmierci Jana Pawła II, na co wskazuje czas przeszły wypowiedzi). Powszechnie wiadomo, iż więzień czy policjant nie posługują się nienaganną polszczyzną i ( niestety ) nie władają nią zręcznie niczym samuraj swym mieczem. Sama kreacja bohaterów jest moim zdaniem bardziej złożona, niż konstrukcja opowiadania. Bohaterowie często wyrażają się metaforycznie, niekiedy zrozumieć te metafory może tylko sam autor (dlatego też spieszę z wyjaśnieniami). Główny bohater – więzień zakładu karnego, jest tak naprawdę człowiekiem mającym przewagę nad oficerem policji. Jego możliwości poznawcze są o wiele dalej posunięte niż człowieka rutynowo wykonującego swą pracę. Jest jednak zmęczony codziennością z jej absurdami. Zestawia nauki Kościoła i sylwetkę błogosławionego Jana Pawła II z codziennością. Takie zestawienie zupełnie odwraca miejsce zainteresowania i burzy powszechnie pojęte standardy. Łatwiej jest gloryfikować postać Papieża Polaka i podziwiać go na różnego typu „eventach”, niż spojrzeć na siebie przez pryzmat tych mądrości i nauki Kościoła. Takie zestawienie wywołuje w przesłuchiwanym rozpacz. Każda sytuacja z którą się spotyka „ocieka” brudem grzechu, a każda z nich jest autentyczną sytuacją ,które miałem nieszczęście obserwować. Najdrobniejsze czynności i zdarzenia są pretekstem do egzystencjonalnych rozważań i prowadzą do wyłonienia nowego obrazu społeczeństwa, które nie jest tu tylko spadkobiercą chwały, lecz także misji. Bohater nie wytrzymuje tego ciężaru, który dodatkowo potęgowany jest przez własne upadki i niedołężność, jednak spotykamy tu kolejny paradoks: ludzie grzeszni, którzy nie dostrzegają swych grzechów, nie poczuwają się do odpowiedzialności, on zaś nie może znieść żadnego, nawet najmniejszego wykroczenia przeciw prawu boskiemu. W końcu nie wytrzymuje napięcia psychicznego i zaczyna sam wymierzać sprawiedliwość, nie czekając na Boga, którego kocha. Czyny te, choć odcinają go od łączności ze Stwórcą, są ( w bardzo skomplikowany sposó

wyrazem miłości. Sam więzień wskazuje na swe pobudki swoim ostatnim wierszem, który dał mu siłę do zabijania. Na miejscach zbrodni zabójca zostawiał cytaty z księgi psalmów (typowe dla ludzi niepoczytalnych) „strzała za dnia lecąca”, „demon, co niszczy w południe”, które są samookreśleniami autora wiersza. Za wielokrotne zabójstwa został osadzony w więzieniu. Zastajemy go w czasie przesłuchania. Wybór takiego bohatera nie był przypadkowy. Jego postać ma skłonić odbiorcę do zadania sobie wielu pytań. Jak głęboka była jego wiara? Czy rzeczywiście tak bardzo naruszył prawo Boskie, czy przekroczył je tylko w zbytnim utożsamieniu się ze swym Panem? Czy ja sam nie znalazłbym/ znalazłabym się na liście ofiar, którzy, jak wiemy, byli gorszącymi grzesznikami? Jak wielką cierpliwość miał nasz Ojciec Święty, który przez swój dar modlitwy „wlanej” widział wszystko dokładnie, takim jakim naprawdę jest, a z miłością odnosił się do największych grzeszników? Czy ja mając taką wiarę nie postąpiłbym podobnie? Czy nie mam dość własnych i cudzych grzechów? Czy nie rażą mnie zuchwałe grzechy publiczne, które upubliczniane strzępią wrażliwość ludzką? Dlaczego ludzie tkwią w „bagnie” i z obojętnością traktują sprawy, które powinny być dla nich najważniejsze (polecam w tym miejscu własny artykuł „Katolicy i „katolicy”, czyli krótka rozprawka…” )? Po omówieniu problematyki całości, przejdę teraz do szczegółów, w których co prawda tkwi diabeł, lecz są także miarą doskonałości (do której wciąż daleko). Więzień jest tworem, który poprzez doświadczenia i obserwacje, jest, do pewnego momentu mną. Dzieli ze mną doświadczenia i przemyślenia, jednakże pragnę jasno i wyraźnie podkreślić, iż cała droga przestępcza jest wytworem fantazji, której spełnienie miałem okazję przemyśleć przy okazji cowieczornego bilansu dnia – pewnego rodzaju rachunku sumienia. Jego walka wewnętrzna jest też autentycznym doświadczeniem. W pewnym momencie pada stwierdzenie „byłem ministrantem, a potem lektorem”, które jest zabiegiem czysto technicznym, w czasie tworzenia tej prozy, oraz niniejszego opracowania pozostaję czynnym i realizującym się duchowo „sługą, przy ołtarzu Pana”. Pragnę również wyjaśnić, że zakończenie należy rozumieć jak najbardziej dwuznacznie. „Nie należy generalizować” – może to oznaczać, że nie wszyscy są tacy jakimi widzi ich mój bohater, lub też, że nie wszyscy umieją chodzić, co dopełnia obrazu „nędzy i rozpaczy”. Kompozycja otwarta pozostaje dlatego, że więźnia można uznać za niepoczytalnego, co doprowadzi do jego uwolnienia pod dozorem psychologa, lub uznać za w pełni rozsądnego i kierującego się wyraźnymi, logicznymi pobudkami - lecz czy wtedy skazanie go nie oznacza przyznania się do winy?
Dla zainteresowanych pragnę dodać, że niniejsze opracowanie stanowi integralną całość z opisywanym utworem. Sam utwór można interpretować na wiele sposobów – radosna TFURCZOŚĆ niektórych ludzi nie zna granic. Opracowanie powstało dla tych, którzy pragną poznać prawdę. Na zakończenie dodam ,że „Przesłuchanie”, mimo iż stanowi jeszcze odrębność w przyszłości może stać się podsumowaniem pewnego dzieła, nie chciałbym jednak uprzedzać faktów, które, jeśli Pan Bóg pozwoli staną się realnymi.
Dziękuję za uwagę. Jeśli zły dział, proszę o przeniesienie.
Notatka od Vipera, 25.12.2011 22:54:
Zapraszam do regulaminu.
Zamykam.
|