Stało się, pierwszy rozdział mojego opowiadania trafia pod Waszą krytykę

Miłego czytania.
-----------------------------------------------------------------
379 dzień roku 3089, godzina 7:00
Max Tanner, lat 27, pracownik działu badań instytutu Morbit Industries
Zapowiadał się kolejny nudny dzień dla Maxa, spędzony na sali prób przy testowaniu nowego rodzaju broni ultradźwiękowej dla potrzeb sił lądowych Armii Turiona. Zintegrowany System Obsługi Apartamentu ogłosił ciepłym, damskim głosem „Wybiła godzina siódma Max. Rozpoczynam procedurę przygotowywania śniadania.” Max zwlókł swoje ociężałe ciało i beznamiętnie wtoczył się do dekonatminatora, wybierając na panelu dotykowym opcję „Poranna dekontaminacja”. Wykonując kolejne rozkazy systemu („Proszę otworzyć usta,” „Proszę się rozebrać”…) myślał o tym, co ciekawego dziś mu się przydarzy. Parę dni temu jego przyjaciel skończył na ostrym dyżurze po tym, jak w jego dłoniach nastąpił niekontrolowany zapłon granatu plazmowego i mu je urwało. „Farciarz,” pomyślał, wydając głosowo rozkaz rozpoczęcia procedury przygotowywania śniadania, „na szczęście dzisiejsza chirurgia pozwala na odtworzenie ludzkich rąk praktycznie bezproblemowo. Gorzej by było, gdyby mu urwało…” przerwał swój tok myślenia, wzdrygając się z takim zniesmaczeniem, jakby zobaczył to na własne oczy.
***
Max, po odprawieniu wszystkich porannych czynności, wsiadł do swojego SkyJeta i wydał rozkaz „Do pracy!” Maszyna uruchomiła rdzeń plazmowy, po czym dało się usłyszeć szum silników umieszczonych pod skrzydłami. SkyJet szybko się uniósł na wysokość trzech tysięcy stóp i rozpoczął swój lot do siedziby Morbit Industries, mieszczącej się w Dzielnicy Centralnej Venturis. Pogoda była piękna, Słońce przygrzewało, deska rozdzielcza żywymi kolorami pokazywała „Ranga Pogodowa A, nie przewiduje się spadku Rangi w najbliższych godzinach.”
SkyJet wylądował w doku mieszczącym się na samym dachu wieży Morbit Industries. Max wysiadłszy z pojazdu, skierował się ku panelowi rejestracyjnemu. Podał swój kod dostępu, po czym przyjaźnie nastawiony męski głos powiedział „Witamy w pracy, panie Max. Teleporter na pańskie piętro został aktywowany. Czy życzy pan sobie jakieś stymulanty o poranku?” „Nie, dziękuję.” Odpowiedział Max.
„Miłego dnia!” skwitował system.
Max udał się do teleportera, po czym został przeteleportowany na piętro trzydzieste ósme, na którym mieściła się sala prób.
W środku czekał już asystent bohatera, Telius. Przyglądał się on uważnie nowej broni dosyć sporego kalibru i zastanawiał się, jakby ją zamontować na stanowisku.
- Witaj, Telius! Co nowego? – Max powitał kolegę z uśmiechem na ustach.
- A, cześć Max! Dali nam tę nową pukawkę i chcą, żebyśmy ją wypróbowali na tej ścianie z utwardzonego epoksu. – Odpowiedział Telius – Tylko zastanawiam się jakby ją zamontować na statywie. Dziadostwo jest takie ciężkie, że chyba trzeba będzie przynieść coś większego ze składu.
Po około godzinie męczenia się z U51 model F udało się broń postawić na stanowisku testowym i przygotować odpowiednie otoczenie.
- Dobra… i teraz trzeba skalibrować tylko celownik… Gotowe! – ucieszył się Telius.
- No, to strzelamy. Checklista sprawdzona?
- Sprawdzona.
- To do dzieła!
***
W tym momencie warto wspomnieć, iż ludzie słysząc hasło „Armagedon” patrzyli z reguły w niebo, szukając końca świata właśnie tam. Wszystkie możliwe legendy, starodawne pisma, Bóg, w którego jedni wierzyli a inni nie, absolutnie wszystkie dostępne źródła mówiły o deszczu meteorytów, ataku obcej cywilizacji, dziesięciogłowej bestii z innego wymiaru i innych, podobnych „atrakcjach”. Człowiek, zaślepiony ową wiedzą, zdawał się nie myśleć, ba!, nawet nie brał pod uwagę, że koniec świata może nadejść z drugiej strony – z dołu, ze środka planety Turion, która to była zamieszkana przez trzynaście miliardów ludzi. Planety większej od dzisiejszego Marsa, ale mniejszej od Jowisza. Ponieważ jednak postęp techniczny zaszedł tak daleko, że ludzie odrzucili wszelkie wierzenia i legendy, nie było nawet cienia wątpliwości, że na świecie może zdarzyć się coś, czego nie da się opisać logicznie; coś, czego żaden sprzęt nigdy nie wykrył, ponieważ tego „czegoś” do tej pory nigdy nigdzie nie było. To coś przyszło „znikąd”.
***
Max miał już pociągnąć za spust, gdy w Morbit rozległy się wszechobecne alarmy i ogłoszono:
„Wszyscy pracownicy mają natychmiast wejść do teleporterów, które przeniosą ich do sektora S! To nie są ćwiczenia! Powtarzam, to nie są ćwiczenia!”
- Do sektora „S”?! – Zapytał się Max sam siebie. – Co im odbiło? Przecież tam są promy kosmiczne! Wybieramy się gdzieś?
- Czort ich tam wie, w każdym razie alarm jest czerwony, więc lepiej tam będzie się udać, jeśli nie chcemy stracić roboty. – Odpowiedział Telius, po czym udali się do teleportera, który przeniósł ich do sektora „S”.
Sektor S w rzeczywistości był jednym, wielkim hangarem, w którym stały awaryjne, przyznane poprzez wojsko (dla firmy zbrojeniowej produkującej dla nich uzbrojenie) promy kosmiczne. Każdy pracownik „zbrojeniówki” miał prawo zabrać się na taki prom w razie kataklizmu zagrażającemu bezpośrednio życiu danej jednostki.
Hala dosłownie pękała w szwach a teleportery przyzywały kolejnych pracowników, których zdawało się nie być końca.
„Proszę wszystkich o stosowanie się do rozkazów, aby uniknąć kłopotów organizacyjnych!” Ogłosił dyrektor poprzez system nagłaśniający. „Proszę wszystkich o udanie się do promów kosmicznych. Przewodnicy znajdą dla państwa odpowiednie miejsca. Brak podporządkowania się będzie skutkował natychmiastowym usunięciem z listy pracowników!”
- Robi się ciekawie. O co im może chodzić? – zapytał Telius.
Max nic nie odpowiedział. Atmosfera była tak napięta, że można ją było kroić nożem. Nikt nic nie wiedział.
Po zajęciu miejsc w promie „Rosenthal”, w tempie natychmiastowym uruchomiono silniki i promy po kolei wycofywały się z doków, kierując się do wylotu z hangaru. Po opuszczeniu zaciemnionej hali, światło dzienne, przebijające się do kadłuba przez okna, oślepiło Maxa, jednak ten za chwilę odzyskał pełną sprawność w oczach. Spojrzał przez okno w dół, inni również to uczynili. To co zobaczył, przerastało jego najśmielsze oczekiwania.
- Ja pierdolę… - Max zaklął siarczyście z wielkim zdumieniem w głosie, co mu się bardzo rzadko zdarzało. – Telius, czy ty widzisz to, co ja widzę?
Telius był głuchy na pytania Maxa, nie odrywał oczu od okna.
Krajobraz malujący się pod nimi przypominał Armagedon, ale taki, który zgotowała ludziom sama planeta. Nie meteoryty, nie diabeł (chociaż w sumie można by tak o tym pomyśleć), nie Bóg, ale sama planeta. Na powierzchnię wybijały znikąd dzikie kreatury, czerwie większe od niektórych wieżowców, plujące dziwną, niebieskawą substancją, żołnierze z miotaczami cząstek, które rozkładały na popiół najgrubsze ściany z ultratytanu – materiału uważanego za niezniszczalny, latające kreatury wielkości samolotów pasażerskich plujące kwasem plutonowym. Po przeciwnej stronie barykady ludzie, tony wojsk próbujących stawić im czoła, lecz ginących masowo pod gruzami, pod kwasem, pod cząstkami elementarnymi, pod mikrofalami. Wróg przyszedł splądrować planetę ludzi i nic nie wskazywało na to, żeby technika, pomimo tego, że znacznie rozwinięta, była w stanie sobie poradzić z tym zagrożeniem. Czterdzieści myśliwców Armii Turiona, wyposażonych w działa fuzyjne i plazmowe, uznanych za niezrównane w walce lotniczej, zostało zamienionych w mokrą plamę przez niebieski promień gigantycznego czerwia, który zamienił je w kostki lodu w ciągu kilku sekund. Z podziemi wyrastały kolejne dziwne kreatury, trójgłowe hydry ziejące ogniem we wszystko, co popadnie, stworzenia przypominające psy, rozszarpujące ludzi swymi pazurami i zębami, wybijające spod ziemi sople lodu, z których „wykluwali się” kolejni żołnierze z coraz to bardziej zaawansowaną bronią. Tworzyły się i wulkany plujące gorącą lawą na około, zmiatające wszystko na swojej drodze. Sięgając okiem jak najdalej za horyzont, Max widział, że destrukcji nie ma końca. Ulice spływały krwią niewinnych ludzi, a ta rzeź dopiero są rozpoczynała. Wróg z każdą sekundą rósł w siłę – było go coraz więcej, podczas gdy ludzi walczących o przetrwanie coraz mnie. Max miał rodzinę na drugim końcu świata, ale wiedział, że i tak nic nie może zrobić, ponieważ tylko on miał przywileje wojskowe. „Oby byli cali…” Pomyślał z niepokojem.
„Drodzy państwo,” rozpoczął dyrektor „jak widzicie, zostaliśmy zaatakowani poprzez nieznane nam siły. Nie zdążyliśmy się do tego przygotować, ponieważ żadne z naszych urządzeń ich nie wykryło. Nasze wojska robią, co tylko mogą, aby pokonać wroga. Jako, że nasza firma posiada specjalne przywileje, udajemy się w tej chwili na stację kosmiczną X6. Proszę się nie martwić o Wasze rodziny. Zostaną one również odeskortowane na X6.”
Max poczuł, że kamień ciążący na jego sercu wreszcie się urwał.
- Sły… słyszałeś to? – Telius przełknął głośno ślinę, jąkając się. – Lecimy na X6. Ja pierdykam, lecimy na X6. A ja myślałem, że to tylko mit, że te stacje nie istnieją.
- Cieszę się, że przynajmniej nasze rodziny zostaną odeskortowane. Ale burdel się zrobił… w życiu bym nie pomyślał, że tak skończymy…
- Wypluj te słowa, Max! To nie koniec! Będziemy walczyć do upadłego! Tak łatwo nas nie wykurzą! – krzyczał rozentuzjazmowany Telius.
Ale Max nie reagował. Spoglądał w okno ze spokojnym już wzrokiem. Wiedział, że w starciu z taką siłą, Turion nie ma żadnych szans…