Rozdział pierwszy - niedokończony
Treijā Vāijā nie była pełną kapłanką. Po prostu ofiarowała część swego życia dla Āchet’ār, by bogini Matka obdarzyła jej klan, Ardvasteyn, pokojem i powodzeniem, o który było niezwykle trudno w czasie wojny. Nikt jej nie zmuszał, zrobiła to z własnej woli. Z powodu swej ułomności, to jest ślepoty, mogła przysłużyć się klanowi jedynie tym i robiła to najlepiej jak mogła. W zamian otrzymywała przychylność Āchet’ār, nawet jeśli ograniczało się to do niezłomnego zdrowia i ogromnej siły woli. Choć Pani nigdy bezpośrednio nie przemówiła do Treiji, to nie zasmuciła tym swojej córki, ponieważ przepełniała ją miłość i wiedziała, że gdy przyjdzie czas, Matka wspomoże ją i jej rodzinę.
Treijā właśnie odprawiała orthros, jak co rano, by podziękować za spokojną noc i prosić o piękny nowy dzień dla wszystkich dzieci Āchet’ār. Z oczu popłynęły jej łzy żalu za grzechy, które zraniły Matkę. Jednak po chwili jej oblicze rozpogodziło się. Modliła się od samego wschodu, aż do chwili, gdy pierwsze promienie słońca musną figurę Pani. Mało która córka miała w sobie tyle samozaparcia, by cały dzień i część nocy spędzić na pracy i modlitwie, i jeszcze zerwać się skoro świt na orthros. Treijā właśnie taka była, czym zasłużyła sobie na miłość Āchet’ār i wielki szacunek innych córek, a nawet samej przełożonej, która po trudach kierowania współnotą padała na łoże wraz ze zmierzchem, nie uczestnicząc nawet w nabożeństwie wieczornym.
Tego dnia Treijā nie była sama. W tyle kaplicy przycupnęła przełożona Nākaré Chsardos i obserwowała ją. Patrzyła i podziwiała miłość córki do Matki, podziwiała jej głębokie i prawdziwe oddanie. Patrzyła, nawet nie wiedząc, że patrzy na Świętą. Nie miała pewności, ale w głębi duszy domyślała się tego, bowiem widok modlącej się Treiji napełniał ją radością i duchową siłą, bo przy Treiji świat był lepszy. Nākaré cieszyła się, że może ją dziś wynagrodzić, a zarazem smuciła, bo w tymże dniu Treijā musiała opuścić mury Zakonu, jeżeli nie pragnie zostać kapłanką.
Gdy Treija wstała, wstała i Nākaré. Uśmiechnęła się, bo kochała przełożoną jak własną siostrę. Nie chcąc burzyć spokoju Matki, powitała ją dopiero w chwili, gdy dzieliła je odległość kroku.
- Witaj, Nākaré, obyś stale przebywała w świetle Pani.
- Witaj, Treiju, obyś i ty zaznała tej łaski – odpowiedziała, zaraz potem dodając: Och, Treiju, dawno temu już upomniałam cię, że możesz darować sobie te formułki.
- Jesteś moją przełożoną, droga siostro, a gdyby można było naginać zasad dla bliskich, świat nie byłby tak uporządkowany. No, ale przejdźmy do rzeczy, bo widzę, że coś ci leży na duchu. Powiedz, wiesz, że mi możesz mówić o wszystkim.
- Obawiam się, że nie zawsze tak będzie.
- Siostro, co też ty pleciesz! Nie mów tak nawet.
- Treiju, nie chciałam sprawić ci przykrości. Czy wiesz, że dziś, wedle prastarych reguł Zakonu musisz opuścić jego mury, jeżeli nie chcesz zostać pełną kapłanką?
- Wiem siostro, i choć napełnia mnie to niezmierzonym smutkiem, chcę poddać się zrządzeniom Āchet’ār. Skoro nie mogę z wami zostać, pójdę jej służyć gdzie indziej.
- Treiju, Treiju. Namyśliłaś się już, to twoja ostateczna decyzja? Dlaczego pomysł oddania się w pełni Matce zniesmacza cię? Widzę przecież twą miłość do niej.
- Nākaré, nie wiesz, co mówisz. Całym sercem chciałabym z wami pozostać, lecz Pani każe mi czynić inaczej. Moje miejsce jest przy moim klanie, przy Ardvasteyn, a moim zadaniem jest być matką dla następnych ludzi. Wiesz dobrze, że zawsze postępuje zgodnie z jej wolą.
- Treiju, my też jesteśmy z Ardvasteyn.
- Wiem o tym, droga siostro, ale nie tu moje powołanie.
Treijā opuściła Zakon zaraz po wspólnym posiłku i pożegnaniu z siostrami. Jedynie ona sama nie pogrążyła się w rozpaczy. Wiedziała, że podąża scieżką, która jest dla niej właściwa. Pragnęła powrócić do rodzinnego miasta, gdzie zresztą czekał na nią ukochany. Trzy lata temu obiecał jej, że zaczeka, ze względu na łączącą ich miłość. I była pewna, że spełni przyrzeczenie. Choć do Qxaij Xanār długa droga, nie będzie nużąca, bo przecież u celu czeka na nią Alarion.
ΦΦΦ
Alarion Xandor Chserios był samotny. Nie było to do końca tak, bowiem jego ukochana oddała część swego życia, konkretnie trzy lata, służbie Āchet’ār, bogini Matce. Z początku liczył dni do jej powrotu, potem jednak pogubił się, stracił rachubę dni i pogrążył się w rozpaczy. Kiedyś tworzył przepiękne poematy, lecz teraz jego wiersze traktowały głównie o śmierci, rozpaczy i smutku. Tylko praca pozwalała mu odpocząć od zmartwień i trosk, kiedy pomagał w rozbudowie Qxaij Xanār, czuł, że wspomaga swój klan, czuł, że robi coś wielkiego. Miasto rozkwitało, między innymi dzięki pracy jego i jego rodziny. Z powołania zajmowali się budownictwem, a że w bliskiej okolicy zamieszkiwali jego liczni kuzyni, mogli złączyć siły i wszyscy razem zrobić coś dla wspólnoty Ardvasteyn. Gdyby tylko Treijā mogła być z nim…
W tym miesiącu ich zadaniem było wybudować nową gospodę. Dla przyjezdnych brakowało miejsca, szczególnie że gospód w całym mieście było tylko pięć. Musieli zdążyć w jeden miesiąc, bo zapotrzebowanie na nowe budynki było ogromne, gdyż Qxaij Xanār pełniło coraz ważniejszą rolę dla społecznośc klanu Ardvasteyn. Jako jedyne przyjmowało imigrantów z biedniejszych klanów, zapewniając sobie różnorodność kulturową i przepływ gotówki, ponieważ właśnie ci biedni na terenie Ardvasteyn nieskrępowanym złodziejskim prawem mogli dorobić się fortuny, która przecież musi na coś zostać wydana, co przekłada na się na powiększanie się majątku klanu.
Kompania Alariona była jedyną taką w całym Qxaij Xanār, a więc logiczne, że wszystkie zlecenia przypadały właśnie jemu i jego kuzynom. Wszędzie, gdzie ich zatrudniono, robili kawał dobrej roboty, każdy ich budynek był niezwykle solidny. Ponadto nie brali wielkich pieniędzy jako zapłatę, za każdym razem brali tyle, ile mógł zapłacić zleceniodawca, nie rujnując swojej rodziny, a tam, gdzie po prostu nie było go stać, nie budowali dla niego.
Alarion był bliski załamania. Nic już go nie cieszyło, nawet służba na rzecz klanu. Chciał nawet odebrać sobie życie... Bez Niej życie nie miało sensu. Przy życiu podtrzymywała go nadzieja, że Ona szybko wróci…
Właściwie była jedna rzecz, która sprawiała mu radość. Pewne miejsce. Większość wolnego czasu spędzał właśnie w nim, przesiadując pod wielkim Drzewem we Wspólnym Ogrodzie. Ogród był jedynym w swoim rodzaju, bo rośliny w nim rosnące nie były spotykane w żadnym innym miejscu. Nawet Drzewo nie miało swojego odpowiednika nigdzie indziej. Wielu mieszkańców Qxaij Xanār uwielbiało spędzać tu czas, włącznie z Alarionem. Przeważnie spał na mchu, grzejąc się w promieniach słońca. Czasem rozmyślał, a i czasem wykąpał się w jeziorku, które nigdy nie zarastało, a woda w nim zawsze była czysta. To wszystko podnosiło go na duchu i nie pozwalało zaistnieć samobójczym myślom. Te jednak wracały w nieregularnych odstępach czasu czasu i równie szybko znikały, bowiem Alarion posiadał dar zachwycania się pięknem natury, szczególnie tej z Ogrodu.
ΦΦΦ
Notatka od Vipera, 07.02.2012 11:14:
Czcionka nieregulaminowa. Radzę zapoznać się z regulaminem.
Zmieniłam.
|