"Serca nie lubią cierpieć"
Za brudną szybą padał deszcz. Bezwładne, ciężkie krople dudniły w blachę dachu i parapetu. Szara i markotna atmosfera dnia dawała się we znaki. Ciemne chmury przetaczały się po niebie, wydawały się wolne i wyzwolone, nienależące do tego świata. Poszarzała firanka zwisała nieruchomo, zasłaniając połowę widoku za oknem. Przymknęłam zmęczone i znużone, jakże ciężkie powieki, czując pod nimi piasek. Było mi tak niewiarygodnie źle, nie wspominając o smutku, który wypełniał mnie od stóp do głów. Westchnęłam mimowolnie, czując napływającą niespożytkowaną energię. Kumulowała się we mnie, gotowa wybuchnąć.
Nie mogłam jej z siebie wyrzucić, przecież nie mogę wstać z tego ohydnego łóżka! Rozpacz, która się we mnie ulokowała z każdą sekundą rozwalała moje wnętrzności i buzowała się z bezradności. Powoli wycedziłam powietrze ze spierzchniętych i suchych ust. Tak bardzo pragnęłabym wstać z łóżka, chciałabym podjeść do okna. Nawet mogłabym wyjść na ten deszcz, dudniący za oknem! Nie przeszkadzałyby mi szeroko rozlane kałuże. Z radości chyba bym się w nich wytarzała. Pomyślicie – chora umysłowo. W połowie prawda. Jestem chora, ale bynajmniej nie umysłowo. Jeszcze tego by brakowało… Chociaż, jak będę tu siedziała, całkiem prawdopodobne, że zwariuję. Muszę się uspokoić i wyciszyć. Siedzę w tym pomieszczeniu już kilka godzin, ale i tak mam wrażenie, że jestem tu nieskończenie długo. Obskurny pokój, biała postrzępiona farba odpadająca ze ściany, skrzypiący taboret, na którym uwielbia siadać mama; jak mogę pominąć okno z którego wieje co nocy. Wiatr świszczy, jak nie wiem. To chyba ma być ten gwarantowany luksus pokoi szpitalnych… Szkoda gadać. Albo, może jednak gadać? Ktoś powinien się tym zająć, bo się boję, że przy większym wietrze mnie wywieje. Odwróciłam wzrok od nieprzyjemnego widoku za oknem i napotkałam oczami ścianę. Cóż za fascynujący widok! Burknęłam zażenowana u szczytu wytrzymałości. Ile można się nu…- drzwi się otworzyły. Oczywiście moje wygłodniałe, szare oczy powędrowały w tymże kierunku. Od razu zarejestrowałam postawną, wysoką dziewczynę. Uśmiechała się przyjaźnie, ale ze szczyptą nieśmiałości. Miała długie, kręcone, kasztanowe włosy, puszczone luźno na ramiona. Duże, brązowe oczy otoczone czarnymi rzęsami, na których widziałam odrobinę tuszu. Kiedy podeszła bliżej, zauważyłam przy kącikach ust drobne zmarszczki mimiczne. Miała na sobie ciemne, obcisłe dżinsy. Biała bluzeczka opinała jej płaski brzuch, a czarny sweterek gołe ramiona. Uśmiechnęła się do mnie niby przyjaźnie, ale ja zupełnie na to nie zareagowałam. Po prostu miałam ją głęboko w nosie, jak nie w zatokach…
- Mam na imię Agata i jestem wolontariuszką – na jej słowa dostałam wstrząsu. Myślałam, ze rzucę się na nią z kroplówką, stojącą obok mojej głowy, której nawiasem mówiąc, miałam serdecznie dość. – Będę do ciebie przychodzić i opiekować się tobą. – dodała słodko. Czy mówiłam już, że zaraz stojak z kroplówką będzie fruwać? Ja nie potrzebuję opieki!
- Nie potrzebuję dodatkowej opieki – syknęłam, nawet nie obdarzając jej wzrokiem swoich zbulwersowanych oczu. – Możesz iść. – warknęłam ponownie.
Widocznie moja reakcja nie była dla niej postrachem, wydawała się gotowa na moje słowa, bowiem usiadła cichutko na owym, piekielnie skrzypiącym taborecie. A we mnie się zagotowało. Czy ja mówię niewyraźnie? Może mam wadę serca, ale jeszcze nie seplenię i wymowę mam w porządku! Naprawdę nie potrzebuję żadnego wsparcia, pomocy. To, że leżę w szpitalu, niemogąca wstać, nie znaczy, że muszę mieć służącą. To upokarzające! Odwróciłam głowę w stronę okna i zignorowałam dziewczynę siedzącą u mojego boku. Miałam nikłą nadzieję, że zrazi się i wyjdzie, trzaskając drzwiami. Nie potrzebowałam jej i szczerze nienawidziłam. Zadziwiające, w jak szybkim tempie można się do kogoś uprzedzić i go skreślić. Kilka zdań zamienionych z tą całą Agatą, a już na jej widok podnosi mi się ciśnienie w żyłach. Nawet nie wiem, dlaczego tak naprawdę jestem zła.
- Wiem, że jest ci źle, ale jestem właśnie po to, aby smutno ci nie było! – odezwała się przyjaźnie, raniąc moje uszy. Pragnęłam ciszy i spokoju, a nie psychologicznych rozmówek.
- Posłuchaj mnie, ja naprawdę nie mam siły ani chęci się z tobą zaprzyjaźniać, czy coś w ten deseń. Najlepiej stąd wyjdź i nie wracaj, bo nie widzę przyszłości dla naszej znajomości. – fuknęłam na nią, gwałtownie się odwracając, aż stelaż z kroplówką niebezpiecznie jęknął. W brązowych oczach Agaty dostrzegłam kroplę niepokoju i chęć wycofania się, poddania. Jeden zero dla mnie.
- Nie poddam się. – usłyszałam jej zdeterminowany, ale pozytywny głos. Przegrałam. Jak mam ją wykurzyć z tej sali?! Kolejna porcja ignorancji z mojej strony. Postanowiłam nie zwracać na nią najmniejszej uwagi. Utonęłam twarzą w poduszkę pachnąca krochmalem, zamknęłam oczy i próbowałam się skutecznie „uśpić”. Ale kolejny grzmot burzy za oknem na nowo rozbudzał mnie i moje ciało. Za każdym razem kiedy ukradkiem puszczałam żurawia na Agatę, zadziwiała mnie jej cierpliwość. Dalej tkwiła na niewygodnym taborecie i dotrzymywała mi niechcianego towarzystwa. Cwana bestia – pomyślałam. W końcu, kiedy na niebie błysnęła długa i jasna błyskawica, a ona nadal siedziała zakotwiczona na taborecie, nie wytrzymałam.
- Długo będziesz mnie pilnować?! – zajazgotałam na całą salę, nie jestem pewna, czy nie było mnie słychać na korytarzu.
- Masz rację. Idę, ale nie myśl, że się poddaję. Jutro tu wrócę. – zapowiedziała się i zabrała torbę. Westchnęłam, obserwując jak otwiera drzwi. Zza jej ciała i progu widziałam korytarz żyjący swoim życiem. Kucharka rozwoziła jedzenie na wielkim, metalowym wózku. Młoda pielęgniarka szła z tacą koło ściany, ta sama, która sadystycznie wbiła mi wenflon w dłoń. Wzdrygnęłam się automatycznie na samą myśl. Drzwi się zamknęły, a ja zostałam sama. Piorun trzasnął, a framuga okna zabrzmiała. Pomimo tego, że Agata nie była chciana w tym pomieszczeniu, teraz poczułam się z lekka osamotniona. Słychać było tylko mój oddech i nic więcej. Przekręciłam szyję w stronę stoliczka, na zegarku telefonu przyuważyłam godzinę siedemnastą. Jak wytrzymam do nocy?
Obudziła mnie ta drastyczna pielęgniarka. Stała nade mną z tacką tabletek do połknięcia. Patrzyła mi w oczy swoimi orlimi oczyskami, jakby bardziej pewna siebie. Podsunęła mu plastikowy kubeczek pod nos, drugą ręką odrzucając swoje blond loki na bok. Gorzki lek rozpłynął mi się w buzi, natychmiastowo połknęłam odrobinę wody ze szklanki. Kobieta odsunęła się ode mnie i wyszła, posuwistym i powolnym krokiem. Ranek był markotny, wcale nie żywy. Za oknem nie było już kropli deszczu, ale zamiast tego wcale nie widać było też słońca. Wiał wiaterek rozpraszający liście brzozy ze spokoju. Falowały na horyzoncie, bawiąc się z powietrzem. W oddali widziałam też potężny dąb i porośnięty na nim bluszcz. Kiedy wreszcie będę mogła stąd wyjść! Duszę się w tym pomieszczeniu, przy tej atmosferze. Mój czarny telefon leżący obok głowy zaczął wibrować i obracać się po stoliczku, grając ulubioną melodię. Odebrałam jednym ruchem, nawet nie patrząc, kto się dobija. W słuchawce usłyszałam stęskniony maminy głos.
- Mamo, dlaczego nie przyjechałaś? – od razu zadałam jej to pytanie. Przecież miała do mnie przyjechać razem z tatą.
- Kochanie, nie mogłam, jestem poza miastem! Dostałam wydzieloną delegację, tata jest ze mną. – usłyszałam jej skruszony głos. A więc jestem tu zupełnie sama, w tym szpitalu. I nie wiadomo, kiedy zobaczę własnych rodziców. – Jak się czujesz, myszko? – zapytała mnie, kiedy patrzyłam nieprzytomnym wzrokiem w fałdy na pościeli.
- Dobrze się czuję, mamo. Najważniejsza wiadomość, żyję – dodałam entuzjastycznie z odrobiną sarkazmu. – Wczoraj przyszła do mnie jakaś Agata, wolontariuszka. Mamo... – umilkłam. – Bo wiesz, ja nie chcę mieć wolontariusza.
- Ale dlaczego? Zaprzyjaźnisz się, nie będziesz musiała leżeć sama w tej sali. – mama próbowała mnie namówić. Ale przecież ja wiem, ze nie chcę!
- Nie chcę! – zrozpaczona wydałam z siebie jakiś dźwięk, podobny do żalu.
- Skarbie, muszę kończyć. Kocham cię, do usłyszenia! – moja mama odezwała się gwałtownie. Westchnęłam, żegnając się. Znowu sama. Odkąd pamiętam, zawsze siedziałam w tym szpitalu sama jak palec. A leczę się tu od dziecka. Znaczy, od momentu, kiedy wykryto u mnie dziurę w sercu. No, czyli gdzieś zaraz po tym, jak wypchnięto mnie na świat. Reasumując - w szpitalu im. Św. Szczepana przeżyłam połowę swojego krótkiego, bo aż szesnastoletniego życia.
Mruknęłam znużona, ziewając. Brak mi rozrywki, brak czegokolwiek. Czuję się jak pusta, biała kartka. Wczoraj przynajmniej była ta cała Agata, jakaś rozrywka, ktoś zepsuł mi trochę krwi. A tak? Sama, jak zwykle, a ja raczej sobie ciśnienia nie podniosę. Pożytek… - właśnie przyszła Agata! Drzwi zaskrzypiały, zresztą, jak wszystko w tym szpitalu, a zza nich wyłoniła się rześka i nadto wesoła brunetka. Fioletowa sukienka Agaty odsłaniała jej zgrabne nogi. Pożałowałam, że nie mogę wstać ze szpitalnego łóżka, ta piżama w krowy mnie kompromituje!...Tak jak myślałam, uśmiech nie spełzał jej z ust. Rzuciła torbę na wieszak, zdjęła czarny sweterek i klapnęła na taboret. Skrzypnął niemiłosiernie, a ona odetchnęła głęboko.
- Widzisz? Nie poddałam się. Jestem tu dziś na nowo z kolejną dawką entuzjazmu. Aha, i ostrzegam, nie próbuj zabić mnie kroplówką, bo następnej ci nie podłączą, ten spod trzynastki połamał stelaż… - zaczyna mi się podobać ta dziewczyna! Jest tak samo ironiczna i sarkastyczna jak ja. Mogłybyśmy …zaraz, co ja gadam. Nie ma takiej opcji, mowy, w ogóle! Nie spoufalałam się z wolontariuszem, który chce mnie niańczyć. A w ogóle, to czy ja wyraziłam zgodę na to całe zajście? Chyba mam prawo decydować, czy potrzebuję takiej Agaty, czy jej nie potrzebuję. A ja uważam, ze nie.
- A więc, jak się czujesz? – spytała. Chyba chce załagodzić mój zdenerwowany wygląd. Tak, jakby miała ochotę uciszyć we mnie głos sprzeciwu. Chce mnie kolokwialnie mówiąc, udobruchać! Przybrałam ostentacyjny wyraz twarzy, obojętnie obrzucając ją wzrokiem.
- Czuję się dobrze. – bąknęłam. Agata się zmieszała. Chyba powoli wyprowadzam ją z równowagi. I przy okazji zrażam do siebie człowieka, ale przecież właśnie w tym mam cel, prawda? Kiedy dziewczyna zobaczy, że mi się narzuca i że jej wcale nie potrzebuję, odpuści sobie usilne przekonywanie mnie do siebie . I najzwyczajniej pójdzie, przynajmniej mam wielką nadzieję.
- Doprawdy…- mruknęła ironicznie. – Myślałam, że działam ci tak na nerwy, że już nie wytrzymujesz. – dopowiedziała, ukradkiem łupiąc na mnie okiem. Co mam zrobić, aby ta dziewczyna sobie poszła? W szpitalu czeka mnie jeszcze dużo chwil do przeżycia, nawet nie jestem pewna, czy z niego wyjdę, dlatego jeśli ona ma tu przychodzić codziennie; to ja umrę wcześniej, niż sama planuję!
- Dlaczego tu przychodzisz? – zapytałam, co samą mnie zdziwiło. Miałam plan nie odzywać się do tej dziewczyny nawet półgębkiem, a teraz nagle wkraczam w sferę jej prywatnych myśli, i to do tego jeszcze spojrzałam jej w oczy! Agata ponownie przybrała dziwną mimikę twarzy. Pierw spuściła spokojny wzrok na miętową podłogę, a potem nerwowo pogładziła się po kolanie.
- Po co mówić o tym, dlaczego tu jestem. Myślę, że to nieistotne. Chcę tylko, aby to, że tu przychodzę nie było dla ciebie czymś przykrym, bo nie chcę tego! - odezwała się cicho. Ewidentnie spochmurniała i zmartwiła się. Zapatrzyła się błogo w okno, więc siedziałam w ciszy. Może jestem młoda i głupia, ale ludzi trochę znam i trochę inteligencji mam( będę się kłócić, jednak.), aby zorientować się, że dziewczyna jest przygnębiona i zmartwiona. W tej głuchej ciszy, która o dziwo nam nie przeszkadzała, przesiedziałyśmy jeszcze dwie i pół godziny, a potem Agata poszła nie wypuszczając znikomego słowa z ust. Wstała i wyszła nie puszczając pary z ust. Zostałam sama z cichym echem zegarka.
Po głowie dreptała mi reakcja dziewczyny na moje, całkiem zwyczajne, pytanie. Z ogromnej nudy usnęłam pół godziny potem.
Moje oczy otworzyły się o godzinie dziewiątej. Od razu zdziwiłam się tak późną porą; dlaczego nie obudzono mnie, kiedy był czas rozdawania leków? Wydało mi się to podejrzane, ale uspokoiłam myśli, spoglądając w stronę zagłuszonych przez brudną szybę, promyczków słońca. Pogoda była tak piękna, ogromna chęć wyjścia na zewnątrz rozpierała mnie od środka, miałam wrażenie, że wybuchnę. Cisza była tak denerwująca i niechciana, aż tak, że chciałam krzyknąć! Im więcej ciszy, tym ja bardziej rozerwana. Nawet nie mogę podjeść do okna, by otworzyć to cholernie skrzypiące i irytujące okno. Jak to możliwe, że mam zwykłą wadę w sercu, lub jak kto woli, zwykłą dziurę w tymże sercu, a nawet wstać nie mogę. Dlaczego muszę być taką kaleką? Nie rozumiem tego świata, czy ja cokolwiek komuś zrobiłam? Czemu mnie tak ukarano? A wiecie, co jest najgorsze? Że nikt nie jest dostatecznie poinformowany, aby dać odpowiedź na moje rozżalone pytania. A trudno! Przecież się nie wyleczę…
Przyklejona policzkiem do pościeli myślałam o tym, jak dawno nie widziałam się ze swoim przyjacielem. Bartek – w zasadzie jego posada w moim życiu miała już różne podejścia. Jedni przyjmują teorię, że Bartek coś do mnie czuje, zaś drudzy uważają, że to naprawdę dowód na istnienie przyjaźni męsko-damskiej. A co sądzę ja? Traktuję tego chłopaka przede wszystkim jako przyjaciela. A czy związki nie budują się z przyjaźni? Jeśli dożyję momentu, zobaczę, co się z tego uformuje. Jak za machnięciem czarodziejskiej, świecącej różdżki, drzwi stanęły otworem, a za nimi powitały moje oczy krwiście czerwone róże i twarz Bartka. Uśmiechnęłam się do swoich myśli. Chłopak wyglądał na lekko zszokowanego moim widokiem. Zapewne wyobrażał mnie sobie leżącą na leżaku w stroju kąpielowym. A tu taka niespodzianka! Kasia leży plackiem w rozciągniętej piżamie w krówki. Musiał dostać szoku. Maskował to zdziwienie, którego nie powinien mieć wypisanego na twarzy, bo to raczej logiczne, ze tak wyglądam. Uśmiechnął się blado, przeczesując swoją ciemną czuprynę palcami. Chuchnął, jakby się zmęczył, a potem klapnął ciężko na stołek. Ów stołek, jak zwykle, trzasnął i prasnął.
- Cześć, Kasiu. – wesoło się odezwał, a ja sparowałam. Moje policzki nagle przybrały dojrzalszą barwę. Zaczerwieniłam się jak jabłko na jabłoni! Oczywiście natychmiastowo odwzajemniłam jego miły gest i wyszczerzyłam się najszerzej, jak tylko umiałam, albo na tyle, na ile pozwalało mi rozwarcie ust. Zachichotał, kiedy zobaczył, jak nieporadnie zaplątałam się w kaniuli. (pot. wenflon)
- Jak samopoczucie, Kasik? – zaraz warknę. Kasik? Prawdo podobnie ugryzł się w język, bo w życiu, nigdy, pod żadnym, najmniejszym pozorem, nie mówił do mnie „KASIK”! Swoją drogą, jeszcze raz rzuci we mnie takim określeniem, to wyjdzie z wbitą w tyłek igłą.
- Żyję. – mruknęłam.
- Sukces? – zapytał się, stawiając róże w zielonym wazonie. Pojemnik niestety był za mały, róże się zachwiały a sekundę potem leżały na podłodze.
- Biorąc pod uwagę to, w jakim jestem stanie, to tak, sukcesem jest to, że jeszcze oddycham, funkcjonuję… - Nie przesadzaj! – przerwał mi.
- Ja nie przesadzam, Bartek. To mogą być moje ostatnie chwile. – jęknęłam przeciągle, chowając wzrok gdzieś z dala od jego tęczówek. Mogłoby być spięcie, gdyby zobaczył, że to co mówię, jest prawdą.
- Kasiu, dlaczego tak to wyolbrzymiasz?
- Człowieku, ja mam dziurę w sercu, jest za późno na operację! – wrzasnęłam, czując gulę w przełyku. Oczy mnie zapiekły, zapowiadając mokre wytwory łez. Bartek zamilkł, wyłupiając oczy na swoje palce. Głośno przełknął ślinę, a podnosząc głowę szybko odwrócił twarz w inną stronę, bym nie widziała, że się ze sobą kłóci. Był na mnie wściekły. Ale nie dlatego, ze się uniosłam, tylko dlatego, że mówię prawdę. Tę prawdę, tą złą! Zamknęłam oczy mocno, pod powieką było tak biało.
- Zawsze jest jakieś wyjście, ratunek.
- Nie tym razem. – mruknęłam obojętnie.
- Wmawiasz sobie to, co jest prostsze. Musisz walczyć, choć to trudne. Nie idź na łatwiznę, szukaj tych wyjść, które są wyzwaniem!
- Po co? Po to, abym szybciej zeszła…
- Na litość. Kaśka, możesz przestać? – wybuchnął, wstając. Stołek z hukiem trzasnął o podłogę. Rozbrzmiewał w mojej głowie. Chłopak poczerwieniał na twarzy i spiął się. Swoją umięśnioną ręką sięgnął po mebel, stawiając go na czterech nierównych nóżkach. Umilkłam już na długi czas, ale wciąż nie patrzyłam mu w oczy. Było mi wstyd, że wyprowadziłam tak opanowanego człowieka z równowagi. Czułam jego gniew nad sobą.
- Zapamiętaj sobie jedno. Walczy się do końca. – wysyczał spomiędzy warg, a potem odszedł do okna.
- Mógłbyś…czy możesz otworzyć to okno? – zapytałam delikatnie. Sięgnął po klamkę od framugi. Gorący powiew powietrza wpełzł do pomieszczenia, a ja wyciągnęłam dłonie przed siebie. Potem zrobił to, czego się nie spodziewałam. Podszedł do mnie i odkrył kołdrę. Kiedy ja ze zdziwieniem pokrywałam jego czynności wzrokiem, on delikatnie brał mnie w ramiona. Miał siłę, aby trzymać mnie swobodnie, imponowała mi jego siła i troska. Pomimo tego, że byłam bezpieczna, złapałam go za ramię. Nim się spostrzegłam, siedziałam na parapecie i miałam cudny widok na park przed szpitalem. Wymsknęło mi się westchnienie. Drobne pyłki drzew fruwały subtelnie obok okna, a zapach kwiatów dochodził nawet tutaj. Czułam kwiaty zmieszane z perfumami Bartka. Łapczywie patrzyłam na przyrodę, przyjemnie mrużąc oczy. Moje długie, ciemne włosy rozwiały się przez wiatr, a ja przymknęłam powieki.
- Chciałabyś wyjść na zewnątrz? – zapytał gdzieś w moich włosach. Przecież o tym marzyłam…
- To niemożliwe. – od razu odparłam.
- Wszystko jest możliwe. Zaczekaj tu, tylko nie spadaj. – usadził mnie wygodnie na parapecie, a sam zniknął za obdrapanymi drzwiami. Nim się zorientowałam, wrócił z uśmiechem na twarzy. Złapał mnie zwinnie i wyniósł na korytarz. Drzwi zamknęły się z hukiem, a tęga pielęgniarka odwróciła się mimowolnie. Przytulona do klatki piersiowej chłopaka, dyndałam nogami, ale byłam tak ucieszona, że nie można wyrazić tego w słowach! Kiedy Bartek pchnął stopą drzwi od szpitala, i kiedy podmuch wiatru rozwiał moje loki, ucałowałam go wdzięcznie w policzek. Uśmiechnął się chytrze, a ja nabrałam powietrze w płuca. Na horyzoncie naszej drogi pojawiła się czarna, zdobiona ławka. Usiadł na niej, trzymając mnie jak małe dziecko. Trochę dziwnie czułam się w piżamie w krówki, na kolanach szesnastoletniego chłopaka. Dooobra, czułam się jak idiotka. Ale w tej chwili nic mnie to nie obchodzi. Rześki oddech i słońce grzejące mnie w policzki, wiatr rozwiewający włosy – to rekompensata. Uśmiechałam się tak mocno, ze szczęki bolały mnie niemiłosiernie. Ale wciąż okazywałam wdzięczność i radość za małą wycieczkę. Przechyliłam się, prawie spadając z kolan Bartka, ale dzielnie zerwałam liść klonu. Pogładziłam go palcami i wesoło ukazałam zęby. Świat chyba jednak jest piękny.
Boli mnie serce. Czuję, jak wewnątrz mojej piersi rozgrzewa się do czerwoności, choć przecież i tak jest takie! Trzymałam dłoń na sercu, czując jego niemrawe bicie. Dlaczego tak niemiłosiernie mnie boli? Chyba powinnam zadzwonić po pielęgniarkę. Nie zrobię tego. Zasyczałam, kiedy ból znów rozerwał moją „pompkę do krwi”. Zamknęła mocno oczy i zacisnęłam zęby. Do uszu dobiegło mnie pukanie. Nim zdążyłam odpowiedzieć, owe drzwi stanęły otworem, a za nimi – Agata. W myślach warknęłam. W tym momencie?
- Cześć, Kasiu. – uśmiechnęła się, jak zazwyczaj robiła, chcąc na samym początku nastawić mnie dobrze. Nigdy jednak to nie działało.
- Po coś tu przyszła? – a ja, jak zwykle, chciałam ją odstraszyć.
Cisza z jej strony mnie zdziwiła, nie wyszła, nie usiadła. Tylko zastanowiła się. Ból znów wcisnął mi nóż w ciało, aż drgnęłam.
- No, dlaczego tu przyszłaś?! – wrzasnęłam donoście, podrywając ciało do pionu.
A w Agacie jakby coś pękło. Przybrała ostrzejszy wyraz twarzy, rzuciła torbą na stołek.
- Wiesz, dlaczego tu przyszłam? Bo straciłam kogoś ważnego! – ryknęła, a mnie wcięło. Dosłownie, poczułam, jakby ktoś wylał na mnie wrzątek. – Kiedyś był chłopak, z taką wadą jak ty! – wytknęła mnie palcem. – Mój przyjaciel, chłopak, ktoś ważny! Nie miał tyle szczęścia co ty. Chciał żyć, ale nie mógł. – głos jej się załamał. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale łzy pociekły jej strużkami, bez szlochu. Tak po cichutku, płynęły po jej policzkach. Dopiero potem zakrztusiła się kroplami soli i zaczęła szlochać. Opadła bezwładnie na stołek, chowając twarz w dłoniach. Moje serce wciąż przeszywał ból. Ale teraz się wzmógł. Ramiona Agaty unosiły się w rytmicznym szlochu, zaś ja, nie mogłam zrobić nic. Zupełnie nic. Postanowiłam się nie odzywać, dać jej wyrzucić wszystko, co nosiła i kryła pod uśmiechem.
- Nawet nie wiesz, jaki był dla mnie ważny! – odezwała się gwałtownie, wciąż krztusząc płynącymi wytworami żalu. – Nie byłam przygotowana na tak niespodziewaną śmierć bliskiej osoby. Do chwili obecnej nie wierzę, ze jego już tu nie ma. I nie uwierzę. Bo cały czas czuję jego obecność. – umilkła, wycierając oczy mokrą już chusteczką. Byłam zszokowana jej wyznaniem. Poczułam wyrzuty sumienia. Było mi jej żal. Chciałam powiedzieć, jak bardzo mi przykro, tyle tylko, że poczułam, jak moje serce karygodnie mnie boli. Jakby ktoś wciskał mi miliony igiełek w ciało, w środek. Rozrywający strach oblał moje ciało. Czując to uczucie, pobladłam na twarzy, a plecy oblał mi zimny pot. Agata zauważyła moją reakcję, przestała szlochać i zmarszczyła brwi. Kiedy otworzyłam usta, aby coś wyszeptać i nie zdołałam tego zrobić, poderwała się do drzwi. Zaczęłam się krztusić, nie mogłam złapać powietrza. Ból przeszywał nie tylko moje serce, ale całą klatkę piersiową. Złapałam się obiema dłońmi za pierś. Czułam bicie, ale z każdym kolejnym uderzeniem, bolało mocniej. Na przemian oblewał mnie zimny i ciepły strumień potu. Dreszcze przechodziły równomiernie, ale ja nie skupiałam się na tym. Spokojnie próbowałam oddychać. Masowałam skórę, próbując się opanować. Zazgrzytałam zębami, czując kolejne kujnięcie. Z moich ust wyrwał się przeciągły jęk. Nim sama zauważyłam, łzy skapnęły z mojej brody, na piżamę. Zaraz do pomieszczenia wparowało stado lekarzy. Gwara ich rozmów zagłuszyła mój szloch. Trzęsłam się z bólu i strachu. Tak bardzo się bałam śmierci. Przecież mam tylko szesnaście lat! Kto podziękuje Bartkowi… Moje łóżko zaczęło jechać. Zaraz lustrowałam jasne świetlówki na suficie korytarza. Na krześle siedziała chlipiąca Agata.
- Dziękuję! – wrzasnęłam, przekręcając szyję w jej kierunku. Spojrzała na mnie, a jej ramiona wstrząsnął dreszcz. Wjeżdżając na salę operacyjną poczułam chłód pomieszczenia. Z bólu zacisnęłam palce na materacu. Pielęgniarka mówiła coś do mnie, ale ja przymknęłam powieki. Kiedy próbowałam je otworzyć, widziałam tylko biel. Wrzasnęłam z całych sił. Zaczęłam się szamotać, drapiąc ciało w miejscu serca. Ostatni raz wrzasnęłam i spadłam. Spadłam na dno. Ale już się nie wybiłam.
_____________________________________________
Opowiadanie napisane na podstawie...własnego życia. Historia bliskiej mi osoby, spisanej przeze mnie w "trochę inny deseń"... Nie boję się krytyki, wiedząc, że wszyscy popełniamy błędy - tak więc, bardzo chętnie zobaczę swoje błędy, by móc je skorygować.
Kaśki do siebie ciągną - autorytet - Grochola...
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.08.2011 10:08 przez Kasinka.)
|