Skorpion
I.
Dwóch mężczyzn znajdowało się w niedużym pomieszczeniu. Stał w nim stary, zniszczony stół i lampa, która delikatnie rozpraszała panujący w pokoju półmrok. Twarze obu mężczyzn częściowo były ukryte w ciemnościach.
- Nie możesz odpuścić? - spytał jeden. Blond włosy wpadały mu do szarych oczu. Blizna na lewym policzku ciągnęła się od skroni, aż do kącika ust.
Jego towarzysz spojrzał na niego przenikliwie. Na pierwszy rzut oka, można było dostrzec, że jest straszy od blondyna. Na jego twarzy pojawiały się już siateczki zmarszczek. Zmrużył zielone oczy.
- Zwariowałeś Fred? - spytał unosząc brwi. Blondyn westchnął.
- Nie rozumiem dlaczego tak bardzo tego chcesz. Perston i tak się nie zgodził - mruknął blondyn. Jego towarzysz delikatnie rozczochrał swoje czarne włosy.
- Dlatego złożymy mu wizytę. Dzwoń po Toma i Karin - odparł czarnowłosy. Fred podszedł do drzwi i położył rękę na klamce.
- Wiesz Paul, jesteś nienormalny - powiedział blondyn wychodząc.
****************************************************************************
- Aż tak bardzo ci zależy Paul? Perston odmówił raz, odmówi i drugi - powiedziała ciemnowłosa kobieta. Wpatrywała się w mężczyzn siedzących naprzeciw niej jasnoniebieskimi oczyma.
Przed nią siedział Fred, Paul i mężczyzna o ciemnej skórze i czarnych jak smoła włosach. Jasne oczy błyszczały mu szaleńczo.
- Daj spokój Karin. Nie uda cię odwieść go od tego. A poza tym, nie uważasz, że jest już za późno? - spytał ciemnoskóry niskim głosem. Kobieta spojrzała na niego.
- Jakbyś nie zauważył Tom, nie mówiłam do ciebie - oznajmiła zimno. Blondyn westchnął.
- Wysiadamy - mruknął, po czym otworzył drzwi i opuścił samochód. Stali przed okazałą rezydencją. Paul podszedł do domofonu i zadzwonił.
- Halo? - spytał kobiecy głos.
- Dzień dobry. Przyszedłem na spotkanie z Henrykiem Perstonem - powiedział Paul do słuchawki.
- Proszę podać nazwisko - usłyszeli. Fer przewrócił oczyma a Karin zaczęła niecierpliwie tupać nogą.
- Paul Nicholson - odparł spokojnie.
- Proszę wejść - oznajmiła kobieta po chwili ciszy. Brama otworzyła się cicho. Cała czwórka pewnym krokiem ruszyła przed siebie. Kiedy znaleźli się przed domem, drzwi otworzył im ubrany w czarny frak kamerdyner.
- Pan Perston oczekuje na państwa przybycie w swoim gabinecie. Proszę za mną - powiedział spokojnie. Kiedy się odwrócił, Paul kiwnął palcem do swoich towarzyszy. Kamerdyner zaprowadził ich na duży korytarz. Wskazał im jedne z kilku par drzwi.
- Proszę wejść - oznajmił, po czym bezceremonialnie się oddalił. Czwórka weszła do pomieszczenia. Za biurkiem siedział mężczyzna w podeszłym wieku. W brązowych włosach pojawiały się już pasy siwizny a zmarszczki otaczały jego oczy i usta. Uśmiechnął się dobrotliwie.
- Witaj Paul. Miło, że przyprowadziłeś swoich przyjaciół - powiedział. Paul uśmiechnął się kpiąco.
- Wiesz po co tu jestem? - warknął.
- Oczywiście, że wiem. W przeciwnym razie pytałbym w jakiej sprawie przyszedłeś - odparł Perston.
- Jaka jest twoja odpowiedź? - spytała Karin podchodząc do przodu. Perston spojrzał na nią z uśmiechem.
- Taka sama jak wcześniej - odpowiedział. Wtedy Paul spokojnie wyjął pistolet z kieszeni płaszcza i wycelował lufę prosto w mężczyznę.
- Tym razem, nie zamierzam odpuścić Henry - warknął. Mężczyzna spojrzał na niego.
- Paul, Paul, Paul. Czy ty nigdy się nie nauczysz? - spytał Perston śmiejąc się i kręcąc głową.
- Oddaj go po dobroci Henry. Naprawdę nie chcę robić ci krzywdy - powiedział czarnowłosy cały czas trzymając pistolet w gotowości. Drugą dłoń zacisnął w pięść, starając się opanować złość.
- Nie chłopcze. Nie tym razem - powiedział mężczyzna oschłym tonem. Wtedy czarnowłosemu puściły nerwy. Bezmyślnie strzeli Perstonowi prosto w czaszkę.
- Co ci odbiło?! - wykrzyknęła Karin potrząsając Paulem.
- Spadamy - warknął Tom. Wtedy drzwi do gabinetu otworzyły się. Cała czwórka zamarła. W napięciu czekali, aż drzwi całkiem się otworzą. W progu stał mały chłopiec. Miał najwyżej sześć lat. Ciemnorude włosy zasłaniały czoło chłopca a czekoladowe oczy wpatrywały się w całą czwórkę z przerażającym spokojem. W lewym ręku chłopiec trzymał misia.
- Kim jesteście? - spytał poważnie. Paul patrzył na niego ze zdziwieniem.
- Przyjaciółmi Henrego - powiedział. Chłopiec cały czas przyglądał mu się uważnie.
- Skoro jesteś jego przyjacielem, to dlaczego go zastrzeliłeś? - spytał wciąż patrząc mężczyźnie w oczy. Paul zignorował pytanie.
- Ty jesteś Skorpion? - kucnął przed chłopcem.
- Tak, ale to nie jest moje imię - oznajmił rudowłosy.
- Więc jak się nazywasz? - spytał mężczyzna.
- Daniel, ale wujek Henry nazywa mnie Dan albo Skorpion - odparł chłopiec poważnie.
- Pójdziesz ze mną? - zadał kolejne pytanie. Daniel najpierw obojętnie spojrzał na martwe ciało Perstona a później przeniósł wzrok z powrotem na Paula.
- Pójdę - odpowiedział. Karin patrzyła na tę scenę. “Jeżeli to jest prawda… to Paul powinien się nad tym zastanowić.” przemknęło jej przez myśl. Wyjęli pistolety i wyszli.
- Karin, zabierz naszego małego Skorpiona do samochodu. My zaraz wrócimy - powiedział Paul. Kobieta pokiwała głową i pociągnęła chłopca za rękę. Kiedy siedzieli już w samochodzie, Daniel spojrzał na nią przenikliwie.
- Oni poszli zabić wszystkich, zniszczyć kamery i zatrzeć swoje ślady. Prawda? - spytał poważnie. Kobieta spojrzała w jego czekoladowe oczy. Bała się tego dziecka.
- Tak - odpowiedziała. Nie widziała najmniejszego powodu, dla którego miałaby kłamać. Po kilkunastu minutach wrócili Paul, Fer i Tom bez słowa wsiedli do samochodu.
- Ruszaj Karin - rozkazał Paul. Odjechali.
Wariat to człowiek cierpiący na dużą niezależność intelektualną.
|