Aż się boję cokolwiek tutaj wstawiać...
Nie wiedziałam za bardzo w jakim dziale. Niech będzie tak... Prolog może nie jest +18, ale dalej pojawią się wulgaryzmy.
Tytuł wymyślony "na szybko" (myślałam nad nim parę dni, ale i tak ostateczną nazwę wybrałam 5 minut temu xD).
Zapraszam więc do lektury i do komentarza. Czekam na wyrok...
Prolog
Siedziałam w jednej z kawiarni, co chwilę spoglądając na zegarek w komórce. Już nie odmierzałam czasu pozostałego do jego przyjścia. Czas przekroczył godzinę piętnastą dokładnie dziesięć minut temu, a ja od ponad dwudziestu minut siedziałam sama przy niewielkim stoliczku, oczekując jego przyjścia. Za oknem deszcz wybijał jakiś nieznajomy mi rytm. Kawiarnia zapełniała się coraz bardziej, a nadzieja na to, że on przyjdzie nikła wraz z każdą osobą, która wchodziła.
Zamówiłam sobie jeszcze jedną kawę, tym razem słabszą. Rozejrzałam się po sali. Przy kilku dwuosobowych stolikach siedziały pary. I tylko jeden zajęty był, tak jak w moim przypadku, przez jedną osobę.
Siedział przy nim chłopak o bujnych brązowych włosach, które lekko opadały na oczy. Z tej odległości nie widziałam ich koloru. Wpatrzyłam się bardziej, nie mam pojęcia dlaczego. Być może wynikało to ze znudzenia. Nie wiem. Ale kiedy zawiesiłam na nim wzrok, przechylił głowę w moją stronę i nasze spojrzenia spotkały się.
Czułam, jak się czerwienię. Momentalnie zrobiło mi się gorąco i poczułam wstyd, że śmiałam zakłócić czyjąś przestrzeń prywatną tylko dlatego, że chłopak wystawił mnie do wiatru. Jednak on uśmiechnął się i mrugnął do mnie. Odwróciłam wzrok, a kiedy ukradkiem spojrzałam w tamtą stronę, stolik był pusty. Poczułam coś w rodzaju smutku. Niemalże podskoczyłam na krześle, słysząc niski głos tuż nad swoją głową.
— Mogę się przysiąść? — zadał mi zwykłe pytanie, jednak ja czułam się, jakby odpowiedź na nie była najtrudniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek kazano mi wykonać. Zgodziłam się cicho, a on zajął miejsce naprzeciwko mnie. Patrzył na mnie, czułam to, a ja speszona nie mogłam podnieść głowy do góry.
W końcu wyciągnął rękę i palcem wskazującym, łapiąc mnie za podbródek, podniósł moją głowę.
Spojrzałam mu w oczy i teraz widziałam ich kolor. Były ciemne. Zdawały się być idealnie brązowe, jednak ten, kto dobrze się przypatrzył, mógł zauważyć w nich żółte punkciki wokół źrenic. Przyjrzałam się całej jego twarzy. Oczy okalały długie, czarne rzęsy, nad którymi widniały brązowe brwi. Pod lekko zadartym nosem, kąciki bladoróżowych ust były lekko uniesione. Z daleka wydawał się młodszy. Teraz, kiedy siedział blisko mnie, zauważyłam, że musi być sporo starszy ode mnie. Wskazywały na to delikatne zmarszczki wokół ust i oczu.
Siedzieliśmy tak długo, lustrując siebie nawzajem. Obserwowałam jego wzrok — nie tylko ze względu na to, że miał piękne oczy. Ani razu nie zszedł poniżej twarzy, co bardzo mnie dziwiło, bo szczerze mówiąc, miałby na co patrzeć. W końcu zamrugał kilka razy, poprawił się na krześle i odchrząknął.
— Paul — przedstawił się.
Lekko skinęłam głową. Podniósł brew i spojrzał na mnie wyczekująco. W końcu dotarło do mnie, o co chodzi.
— Alexandra— powiedziałam cicho, nie będąc pewna, czy usłyszał. Uśmiechnął się, rozwiewając moje wątpliwości.
— Ładnie — odpowiedział.
Poczułam, że znów się rumienię. Przeklęłam w duchu swoją nieśmiałość.
— Więc... Jesteś stąd? — zapytałam, chcąc przerwać ciszę pomiędzy nami.
Zamyślił się.
— I tak i nie — odpowiedział zagadkowo.
Poprawiłam grzywkę i zabębniłam palcami o stół. Sięgnęłam po filiżankę i zauważyłam, że jest pusta.
— Jeszcze jedną?
— Właściwie to muszę już iść. — Próbowałam wstać, ale położył rękę na mojej dłoni.
— Zostań. — Jego ton był proszący. Usiadłam z powrotem.
— Jeszcze jedną? — Ponowił pytanie.
— Poproszę.
Uśmiechnął się i wstał. Wolnym krokiem odszedł, by zamówić kawę.
Spojrzałam na zegarek. Zero wiadomości od Josha. Spóźniał się od ponad czterdziestu minut. Zapomniał? A może to ja pomyliłam dni, albo godziny? Chcąc wybrać jego numer, by wyjaśnić nieporozumienie, weszłam w menu.
— Z cukrem? — Usłyszałam głos przed sobą. Paul postawił kawę tuż przede mną, a jej aromat od razu uderzył w moje nozdrza. Wciągnęłam jej zapach.
— Tak, jedną saszetkę.
— To świetnie, bo już wsypałem — powiedział i usiadł na krześle, zakładając nogę na nogę.
Zablokowałam komórkę. Nie miałam zamiaru rozmawiać z Joshem w czyjejkolwiek obecności.
— Och, dzwoniłaś do kogoś? Nie krępuj się. — Posłał mi serdeczny uśmiech.
— Nie trzeba. To może poczekać — odparłam, chowając telefon w torebce.
Upiłam łyk kawy. Paul patrzył na mnie, a ja zauważyłam wąską strużkę potu spływającą po jego czole.
Zastanowiłam się. Przecież nie mogło być mu gorąco; pomieszczenie było dobrze klimatyzowane, a on ubrany był w koszulkę z krótkim rękawem.
Otarł pot, kiedy poczuł jego łaskotanie. Z uporem wpatrywał się we mnie. Obserwował każdy mój ruch. Czułam się speszona jego zachowaniem, jednak nic nie powiedziałam. Utkwiłam wzrok w filiżance kawy, którą trzymałam.
I wtedy coś się stało. Brązowy kolor kawy zmienił się w czarną przepaść. Byłam w niej. Spadałam. Wydawała się nie mieć dna. Z góry dochodziły jakieś dźwięki. Może stał tam Josh i krzyczał, by mnie uratować? Tak myślałam na początku.
Poczułam szarpnięcie i ocknęłam się na chwilę. Wszystko wokół było rozmazane i jednocześnie nadludzko duże. Jakaś ręka złapała mnie wpół. Pamiętam, że protestowałam, jednak to, co wydobywało się z moich ust, było niezrozumiałym bełkotem. Nagle straciłam grunt pod nogami. Wtedy widziałam już tylko popękany sufit. Zamknęłam oczy. Czułam swoje ciało, ale nie miałam nad nim kontroli. Chyba płakałam. Czułam jak coś zimnego spływa mi po policzku. A może to był deszcz? Z perspektywy czasu myślę, że to był deszcz. Pamiętam, jak przeklinałam te wielkie krople, które z hukiem padały na moje ciało.
A potem byłam pośrodku niczego.