Oj, widzę, że trzeba się wziąć za dalszą część. A z czasem cieniutko... no ale postaram się coś doskrobać niedługo...
No i stało się ^^
***
Obudziła się i z trudem podniosła powieki, lecz zaraz prędko je zamknęła. Zamiast sufitu, jak co dzień, ujrzała błękitne niebo. Natychmiast napłynęły wspomnienia. Przypomniała sobie ostatnie wydarzenia – ciemność, strach, morderca pacjenta… Może też była już martwa? Nie, to niemożliwe. Wszyscy przecież wiedzą, że po śmierci nic nie ma. Bo nie ma też bogów, którzy mogliby się tym zajmować. Tak więc żyła. Tylko jakim cudem? Zabójca nie chciał pozbyć się świadka zbrodni? Czyżby jednak miał sumienie i nie chciał zabijać kolejnej ofiary? Nie, w końcu młodego chłopaka uśmiercił bez wahania. Może miał zamiar ją torturować. Ale po co? Przecież nie była nikim ważnym, nie znała żadnych tajemnic…
Teolime skupiła wszystkie zmysły na otoczeniu. Cichy szum trawy, poruszanej wiatrem przyjemnie kojącym ciepło nagrzanej skóry, śpiew ptaków. Musiało być już dość późne popołudnie, a ona leżeć w tym miejscu od dłuższego czasu. Zastanowiła się chwilę, czy warto ponownie otwierać oczy. Może morderca wciąż tu jest i tylko czeka, aż ona się obudzi? A może przeciwnie, odszedł już dawno temu, porzucając ją w jakimś nieznanym miejscu, by nie sprawiała problemów? Tę nawałnicę pytań przerwał pewien dźwięk, od razu rozwiewający wszelkie wątpliwości.
Koń parsknął ponownie i uderzył kopytem o ziemię, najwyraźniej zdenerwowany lub zniecierpliwiony. Teolime wzięła cichy, głęboki oddech i z myślą, że raz kozie śmierć, ostrożnie uchyliła jedną powiekę, a następnie drugą, uważnie lustrując otoczenie. Nigdzie nie zauważyła nieznajomego, otworzyła więc oczy i spróbowała usiąść. Nie przyszło jej to łatwo, obolałe mięśnie kurczyły się, powodując, że zaciskała tylko zęby, jednak w końcu odniosła sukces. Zakręciło jej się w głowie, więc postanowiła chwilę poczekać i nie robić nic więcej. Ponownie rozejrzała się dookoła, teraz już nieco śmielej.
Otaczała ją zielona łąka, na której gdzieniegdzie pyszniły się kępki letnich kwiatów. Na taką właśnie prychała i tupała gorącokrwista, długonoga kasztanka ze strzałką na pysku. Była osiodłana i sprawiała wrażenie gotowej do drogi, jakby jej właściciel zostawił ją tu tylko na chwilę. Nagle Teolime zauważyła to, co jej umknęło, a co nie pozwalało zwierzęciu na dosięgnięcie roślin. Od uzdy do pobliskiego krzaka ciągnęła się cienka, aczkolwiek widocznie mocna, linka, nie pozwalająca klaczy na zrobienie ani kroku bliżej upragnionej zdobyczy. W głowie uzdrowicielki zaświtała pewna myśl. Skoro właściciel kasztanki ją przywiązał i zostawił, najwyraźniej co najmniej godzinę wcześniej, najprawdopodobniej nie miał zamiaru wracać zbyt szybko. Lub właśnie był w drodze powrotnej. Gdyby udało jej się szybko wstać i ukraść konia, może zdołałaby uciec.
Jakimś cudem udało jej się przenieść na kolana. Ignorując zawroty głowy, powoli ukucnęła, oddychając głęboko i w myślach przeklinając zesztywniałe, zapewne od mimowolnej jazdy konnej, mięśnie. Klacz z zainteresowaniem przekrzywiła głowę, przyglądając się jej i zostawiając w spokoju kwiatki. Widać było, że lubi ludzi, gdyż niespodziewanie podeszła do niej, na tyle, na ile pozwalała przymocowana do uzdy linka i wyciągnęła do niej pysk, zaczynając obwąchiwać włosy. Długie karmelowe fale zamiotły ziemię, opadając kobiecie do przodu. Odgarnęła je jedną ręką, zatykając za ucho i spojrzała w górę.
- Hej malutka – szepnęła nieco zachrypniętym głosem. – Pomóż mi wstać, co? – zapytała łagodnie, po czym objęła lekko końską szyję i z taką podporą spróbowała wstać. Nogi uginały się pod nią, próbując ponownie przyzwyczaić się do noszenia ciężaru ciała. Po chwili stała już całkiem pewnie, tylko lekko dygocząc. Cały świat nadal wirował jej w oczach, a pusty żołądek próbował się burzyć. Jak długo musiała być nieprzytomna?
Drżącą dłonią jakoś odwiązała kasztankę od linki, która upadła bezgłośnie na ziemię. Klacz parsknęła przyjaźnie i otarła się łbem o jej ramię, prawie zwalając Teolime z nóg.
- Dobry konik, spokojnie – wymruczała odruchowo tamta. – Musimy stąd odejść, przynajmniej kawałek. Obawiam się, że nie dam rady wdrapać się na siodło – dodała pod nosem, rozglądając się w poszukiwaniu jakiegoś pniaka, który ułatwiłby jej zadanie. Nic nie znalazła, a nie chcąc marnować więcej czasu, pociągnęła delikatnie za uzdę, by zmusić zwierzę do ruszenia z miejsca.
Przeszły tak zaledwie kilka kroków, kiedy nagle coś zaszeleściło w krzakach. Zaskoczona klacz poderwała gwałtownie głowę, tym samym wyrywając z dłoni uzdrowicielki skórzane rzemienie i pozbawiając ją punktu podparcia. Tamta powstrzymała okrzyk zaskoczenia, jednak straciła już równowagę i boleśnie uderzyła rękami o ziemię. Znów na kolanach, pomyślała ironicznie i zaczęła zbierać siły na kolejne podniesienie się. Tym razem powinno pójść szybciej i mniej boleśnie.
Nagle poczuła jak czyjeś silne ręce chwytają ją pod ramiona i z lekkością unoszą do góry. W jej myślach pojawił się ostrzegawczy sygnał, a instynkt nakazywał wyrwać się i uciekać. Ktoś odwrócił ją do siebie, a ona mimowolnie uniosła wzrok, do tej pory wbity w ziemię.
- Ktoś tu próbuje uciec przez swoim losem – rzucił sarkastycznie młody mężczyzna. Dolna część jego twarzy zakryta była przez czarną chustę, także mogła dostrzec tylko ciemne, błyszczące ironią oczy. Nie miała wątpliwości, że był to morderca z lecznicy.
Od Mary:
Mam nadzieję, że niedługo wezmę się za to i powstanie dalszy ciąg

[Er, jak już komentujesz, to z umiarem... :<]