Witam. To mój pierwszy wpis w tym dziale. Nie byłam pewna, gdzie wstawić, ten rozdział, ale jednak zrobię to tutaj. Tytuł jest tylko próbą, gdyż w tym momencie nie mam pomysłu na inny.
Może nie tyle boję się, co ciekawa jestem co powiecie na temat mojego dzieła. Trochę krótkie, ale to dopiero początek.
1. "Dociekliwość."
Dziewczyna siedziała na parapecie okna i obserwowała świat znajdujący się za szybą. Padał siarczysty deszcz, chmury zasłoniły całe niebo. Nie można było znaleźć nawet najmniejszego punktu, który przypominałby, że ono jeszcze się tam znajdowało.
Ponuro zaczyna się ten dzień… – Przemknęło jej przez myśl. Dziś miała zacząć studia na San Francisco State University. Dostała swoje wymarzone stypendium.
Doskonale pamięta swoją radość w dniu, gdy przyszło zawiadomienie. Mama przyniosła białą kopertę i rzuciła ją niedbale na stół, patrząc na Rose ze znikomym uśmiechem na twarzy. Panna szybko złapała list i otworzyła. Po chwili ciszy krzyknęła ze szczęścia coś niezrozumiałego. Następnego dnia była już spakowana i gotowa do przeprowadzki.
– Rosie, zejdź na dół! Taksówka już czeka. – Usłyszała donośny głos swojej mamy, Nancy. Leniwie rozprostowała nogi i zeskoczyła na podłogę. Złapała swoją walizkę i tanecznym krokiem powędrowała do korytarza w parterowej części domu. Rozejrzała się wokół. Już zaczęła tęsknić za tym miejscem: beżowe, czerwone i turkusowe ściany oraz wielkie obrazy na nich wiszące. Dzieła te wykonał jej ojciec, zanim odszedł. Pan Miller zostawił ich, gdy Rose miała szesnaście lat. Nie wytrzymywał już ciągłych kłótni z matką dziewczyny, które oparte były często na błahych problemach.
– To idę mamo… - powiedziała, stawiając walizkę w równowadze. Nancy podeszła do niej i mocno objęła. – Będę tu wpadała, pamiętaj. – dodała po chwili i ze łzami w oczach uniosła kąciki ust ku górze.
– Trzymam cię za słowo, kotku. – Otworzyła córce drzwi wyjściowe i pomogła wynieść ciężki ekwipunek. Obie powolnymi ruchami szły w stronę samochodu. Kierowca, zauważywszy pakunek wysiadł z auta i otworzył bagażnik, a następnie wziął od Rose walizkę i włożył na miejsce. Matka jeszcze raz pożegnała się z dziewczyną, po czym wróciła do domu. Stanęła przy oknie i z utęsknieniem patrzyła na dorosłą pannę, odjeżdżającą właśnie do nowej szkoły.
Rosie wspominała sobie czasy, gdy biegała po tych ulicach, jako mała dziewczynka. Ludzie zawsze dawali jej coś słodkiego lub zdrowego, zwłaszcza owoce. Wyglądała, jak aniołek w swojej różowej sukience. Długie, zaplątane w warkocz włosy przecinały raz po raz powietrze. Jej rozmyślania przerwał kierowca.
– Panienko, jesteśmy na miejscu. – powiadomił i poszedł wyjąć pakunek klientki z bagażnika. Dziewczyna odebrała swoją własność, zapłaciła za przejazd i pokierowała się w stronę wejścia do akademika. Na schodach siedziało bardzo dużo osób. Łatwo było poznać, iż nie wszyscy pochodzili ze Stanów. Rose weszła do ogromnego budynku i skierowała się do drzwi, na których był napis „Sekretariat – czynne codziennie prócz niedziel. 7:00-18:00”. Położyła walizkę za dużym kwiatem i pewnie wkroczyła do pomieszczenia.
– Witam, w czym mogę pomóc? – Nim panna się spostrzegła, przywitała ją miła pani, siedząca za biurkiem. Wyglądała sympatycznie, a jej miejsce pracy to odzwierciedlało. Widać było, iż na pewno wniosła tu coś swojego. Przykładowo piękna palma, która urośnie jeszcze większa albo chociażby ramka ze zdjęciem jakichś osób. Za pewne była to rodzina owej pani. Sama zainteresowana była bardzo uprzejma i od razu wskazała Rose usiąść w wygodnym fotelu.
– Nazywam się Rose Miller. Mam tu studiować dziennikarstwo. Przyszło powiadomienie, że mieszkam w akademiku numer 2, w pokoju 72. Niestety nigdy nie miałam okazji być tutaj i poznać rozmieszczenia sal, klas i pokoi. – wytłumaczyła z lekkim zawstydzeniem, nerwowo bawiąc się rąbkiem swojej spódnicy.
– Miło mi, ja jestem Sally Jonhson i jestem tutaj sekretarką, ale to już zdążyłaś zauważyć. Muszę cię zmartwić, ale przegapiłaś dni otwarte, kiedy to prezentowane był cały plan budynku, z wyjątkiem niektórych pomieszczeń. Jednak teraz nie mam nic do pracy, ponieważ pani dyrektor wyjechała na parę dni, więc mogę cię oprowadzić. – Z uśmiechem odpowiedziała i wstała ze swojego miejsca. – Nie traćmy czasu. – Popędziła po chwili. Kobiety wyszły z biura i ruszyły szerokim korytarzem przed siebie. Za każdym razem, gdy pojawiał się nowy obiekt pani Jonhson wyjaśniała bohaterce, do czego jest używany. Tym sposobem Rosie dowiedziała się, że na parterze znajdują się pokoje nauczycieli, sekretariat, łazienki dla personelu, sklepik uniwersytecki, biura dyrektora i jej zastępcy, a także jedno pomieszczenie, o którym sekretarka, z niewiadomego powodu nie wspomniała.
Pierwsze piętro to pierwsza część akademika, znajdowały się tu sale i klasy. Ściany były ozdobione różnymi obrazami, niektóre Rose nawet znała. Jeden z nich był autorstwa Courbeta Gustave i nosił tytuł „The Stormy Sea (or The Wave)”.
Druga kondygnacja była zajęta przez dziewczyny. Warto wspomnieć, że na każdym poziomie było po 40 pokoi (od 1 do 5 osobowych). Tutaj mury nie były obwieszone obrazami, a wręcz przeciwnie. Wizerunki były namalowane na nich. Łazienki mieściły się na obu końcach korytarza.
Trzecie poziom zajęty był przez chłopców. Warto wspomnieć, że na każdym piętrze było po czterdzieści pokoi (od jedno- do pięcioosobowych). Na tym korytarzu było niezbyt przyjemnie, bowiem zapach był dość przykry. Trudno się dziwić, skoro ten poziom zamieszkiwali sami mężczyźni.
– Teraz chodźmy do twojego pokoju. – Zakończyła pani Jonhson. Rose posłusznie skinęła głową i pokierowała się w stronę windy. Jadąc w dół dziewczyna zauważyła na tablicy przycisków, jakiś prowadzący na jeszcze jedno piętro. Dziwiła się, dlaczego został on pominięty przez starszą panią (sekretarka w czasie opowiadania, powiedziała pannie Miller, że ma pięćdziesiąt siedem lat). Mogłaby spytać, ale nie chciała. Świadczyłoby to o niej, że jest ciekawska i wścibska. To oczywiście nie prawda.
– Dziękuję pani, za poświęcony czas. – Uśmiechnęła się słodko, stanąwszy naprzeciw drzwi swojego pokoju. Pani Jonhson skinęła tylko głową w zrozumieniu, jako że w tej chwili rozległ się krzyk. Można było zrozumieć coś, jak „Telefon dzwoni!”. Sekretarka szybko zbiegła po schodach na dół. Rosie wpierw sprawdziła, czy drzwi są otwarte. Dobrze przeczuwała, gdyż weszła bez problemu. W pokoju była już jakaś dziewczyna. Jej współlokatorka miała piękne, długie włosy opadające na wąskie i zgrabne ramiona. Jedyną rzeczą, która ją szpeciła był okrągły kolczyk, na samym środku dolnej wargi.
– Cześć! Jestem Mary Lee. Jak widać, będziesz na mnie skazana. – Mówiąc to zabrała się za rozpakowywanie drugiej walizki. Pokój był stosunkowo niewielki, ale wystarczająco duży, by pomieścić je obie. Kolorystyka utrzymana w tonacji zielonej (ciemne i jasne wzory na ścianach). Łóżka były ustawione naprzeciw, tak samo, jak i komody. Jedno z miejsc było przeznaczone na umywalkę i wieszak na ręczniki. Pod oknem, na małej półce stał telewizorek, prawdopodobnie czarno-biały.
– Nazywam się Rose Miller. – odpowiedziała panienka. Sama również zaczęła się oswajać się z nowym pokojem. Zajrzała do komody, by sprawdzić, czy nie ma w niej kurzu lub innych brudów. Nie znalazła w niej nic takiego, więc wypełniła ją swoimi idealnie złożonymi ubraniami. – Mam pytanie… - rzekła, stanąwszy przy parapecie.
– Tak, słucham Rosie. Mogę tak mówić? – spytała, by się upewnić Mary.
– Oczywiście. – Panna uniosła brew i przystąpiła do konkretów. – Wiesz coś o czwartym piętrze?
Koleżanka gwałtownie odwróciła się i zaniemówiła. Nie wiedziała, co może powiedzieć, a czego nie. Nerwowo zaczęła poprawiać swoje, i tak idealnie ułożone włosy.
– Nie wiem nic. – W końcu z siebie wydusiła. Panna Miller, jednak podejrzliwie spojrzała na nią. Postanowiła, że dziś da jej spokój. Zwłaszcza, że zauważyła, jak wpłynęło na współlokatorkę tylko to jedno pytanie.
– No cóż, dzięki. – odpowiedziała i wyjrzała za okno. Przypomniało się jej siadywanie na parapecie, co dzień wieczorem u siebie w domu. Miała widok na ulicę Monterey Blvd. Ludzie często chadzali na spacery ze swoimi dziećmi, które Rose znała, tak bardzo, jakby to były jej własne. Mała Lily, czy Wielki Joe. Ten ostatni był nazywany wielkim, gdyż jako jedyny sześciolatek potrafił tańczyć hip-hop, nawet z akrobacjami. Jej sąsiedzi zawsze byli życzliwi i pomocni. Nie było czegoś takiego, jak kłótnie, czy spory. Miała nadzieję, że tutaj będzie podobnie, pod względem porozumienia z innymi. Niepokoiło ją, że już na samym początku, koleżanka z pokoju coś przed nią ukrywa. Rose należy do osób dociekliwych i upartych, dlatego też postanowiła dowiedzieć się, jak najwięcej o tajemniczym piętrze.
– Wiesz może, która godzina? – spytała ją Mary. – Telefon mi się rozładował. – dodała szybko.
– Tak. 10:43. – powiedziała panna Miller i wyjęła ze swojej granatowej torby książkę pt. „Hobbit, czyli tam i z powrotem”. Interesowała się takimi tematami. Wręcz ciągnęło ją do pisania własnych opowiadań fantasy. Może też dlatego chciała dowiedzieć się, co jest na 4 poziomie Uniwersytetu. Miała już w głowie dużo wizji na ten temat. Jedną z nich było na przykład: przetrzymywanie nieznanego pochodzenia istot. Dzięki książkom przenosiła się w świat nadzwyczajny i tak naprawdę nieistniejący, ale mogła się oderwać od rzeczywistości. W dniu 1 września 2009 roku zdecydowała, że dowie się, co kryje poziom 4.