Witaj w serwisie literackim Literka.info!

Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, trzymają język za zębami.
~Oscar Wilde


Przed zarejestrowaniem się, koniecznie zajrzyj do REGULAMINU!
Prosimy o uzupełnianie spisu treści!


Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 1 Głosów - 5 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Wilki ( +18 )
Autor Wiadomość
Lays911 Offline
Zaglądający na forum
Użytkownik

Liczba postów: 14
Dołączył: 13-10-2011
Reputacja: 0
Neutralna
Post: #1
Wilki ( +18 )
WitamSmile Wstawiam tu prolog to mojego opowiadania... Mam nadzieję, że się spodoba. Proszę wszystkich o komentarze, szczególnie te krytyczne, gdyż chciałbym wiedzieć co należy tu jeszcze poprawić. Tekst zaznaczyłem jako ( +18 ), gdyż występuje tu przemoc, sceny seksualne, wulgarne słownictwo i narkotyki... Zapraszam do czytania:

PROLOG

Potężna błyskawica podzieliła niebo na dwie części. Na ułamek sekundy noc zamieniła się w dzień. Ulewa, która zawitała nad Sevaną zdawała się nie mieć końca. Ulice miasta wymarły, każdy o zdrowych zmysłach już dawno znalazł schronienie przed bezlitosnym deszczem.
Właśnie w taką pogodę jedną z bocznych uliczek miasta jechał elegancki samochód w ciemnym kolorze. Jego reflektory odbijały się w kałużach, spod kół tryskały strużki wody. Rytmicznie pracujące wycieraczki z trudem nadążały z oczyszczaniem przedniej szyby.
Limuzynę prowadził młody, dość przystojny szatyn. Wyglądał na zdenerwowanego; miał rozbiegane spojrzenie, dłonie zaś zaciśnięte tak mocno na kierownicy, że zbielały mu kłykcie. Obok niego siedziała zamyślona jasnowłosa kobieta, ubrana w obcisły czarny kostium. Jej twarz nie zdradzała żadnych uczuć. Listę pasażerów uzupełniały dwie osoby na tylnim siedzeniu. Jedną z nich był ogorzały brunet o bałkańskim typie urody. Twarde, zdecydowane oblicze okalał trzydniowy zarost. W dłoni trzymał błyszczący nóż sprężynowy wymierzony bezceremonialnie w ciało pasażerki skulonej na fotelu obok.
Samochód wjechał na skrzyżowanie i wobec braku innych uczestników ruchu drogowego spokojnie skręcił w prawo. Na widok majaczącego się w oddali kościoła mężczyzna z nożem przeżegnał się w skupieniu. Boris, bo tak miał na imię, od najmłodszych lat opierał swe życie na wierze w chrześcijańskie dogmaty. Religia towarzyszyła mu na każdym kroku, mimo to z rezerwą traktował Dekalog, polegając głównie na własnych nakazach moralnych. Choć w trakcie swojego 27-letniego żywotu złamał każde możliwe przykazanie, niektóre wielokrotnie, usilnie wierzył iż w dniu Sądu Ostatecznego Bóg w swym nieskończonym miłosierdziu daruje mu winy i pozwoli zaznać wiecznego zbawienia. Ta myśl powodowała, że czuł się prawdziwym Wybrańcem, kimś lepszym od innych... Kimś stworzonym do naprawdę wielkich celów...
Z rozbawieniem i pewną dozą podniecenia obserwował przerażenie dziewczyny siedzącej po jego prawej stronie. Po gładkich policzkach ciekły olbrzymie zły, bransoletka na jej lewej ręce, pełna błyszczących zawieszek, brzęczała wraz z drżeniem jej dłoni. Bała się... i miała ku temu powody. Na pewno bardzo żałowała, że przed kwadransem wsiadła do samochodu, zwiedziona obietnicą podwiezienia w deszczowy wieczór. Gdyby mogła cofnąć czas zrobiłaby to bez wahania.
„Za błędy się płaci, moja droga” — pomyślał Boris. Chciał dotknąć złotomiodowy pukiel jej włosów, ale odsunęła się na ile tylko mogła.
— Bądź grzeczna, a nic ci się nie stanie — powiedział uspokajająco. Wprawdzie jej los był już przesądzony, ale Boris zawsze wolał utrzymywać ofiary w poczuciu, że jeśli będą posłuszne, to uda się im uniknąć najgorszego. Takie osoby sprawiały znacznie mniej problemów i były zdecydowanie chętniejsze do wszelkiej współpracy.
Dziewczyna odznaczała się naprawdę niebanalną urodą. Miała w sobie coś, co przyciągało męski wzrok. Boris przypuszczał, że jeśli jej dusza jest równie piękna jak powierzchowność, to Pan przywita ją w Królestwie Niebieskim z otwartymi ramionami.
— Zostawmy ją w spokoju! — Zaproponował nagle kierowca samochodu lekko łamiącym się głosem. — Przecież możemy wziąć jakąś kurewkę... To bez różnicy dla Tito...
Blondynka ubrana na czarno położyła mu palec na ustach, nakazując milczenie.
— Za krótko znasz Tito, by wiedzieć co on lubi — odpowiedział Boris, nie odrywając oczu od zapłakanej dziewczyny. Z każdą chwilą podobała mu się coraz bardziej. Szkoda, że nie spotkali się w innych okolicznościach...
Jechali teraz dzielnicą willową wzdłuż prawego brzegu Pisy. Mijane domy należały do najbardziej zamożnych mieszkańców miasta; tutaj widok chevroleta corvette lub audi r8 nie raził nikogo w oczy.
— Gdzie mnie wieziecie? - zapytała dziewczyna przez ściśnięte gardło. — Co chcecie ze mną zrobić?
— Wszystkiego się już niedługo dowiesz! — obiecał Boris. — Współpracuj z nami, jeśli nie chcesz aby to była ostatnia noc w twoim życiu... Rozumiemy się?
Dziewczyna pokiwała głową.
Samochód przystanął przed bramą, prowadzącą na teren jednej z posiadłości. Momentalnie z mroku wyłonił się postawny mężczyzna w płaszczu przeciwdeszczowym i kapturze nasuniętym głęboko na czoło. Zobaczywszy kto podjechał, pomachał przyjacielsko dłonią. Brama otworzyła się bezszelestnie.
Samochód z czwórką pasażerów przejechał szeroką aleją, po obu stronach której rosły niewielkie drzewka ozdobne, i zatrzymał się dopiero u fasady eleganckiego, jasno oświetlonego budynku, stanowiącego miniaturową kopię Pałacu Buckingham. Właściciel tej willi na pewno nie narzekał na brak pieniędzy; wybudowanie takiej rezydencji musiało kosztować majątek.
— Jesteśmy na miejscu — oznajmił Boris uroczyście — czuj się zaproszona na imprezę!
— Nigdzie nie idę — zaprotestowała dziewczyna z paniką w głosie. — Proszę, zostawcie mnie! Nic wam nie zrobiłam!
Boris wysiadł z samochodu. Zacinający deszcz w ułamku sekundy przemoczył go do suchej nitki.
— Wyłaź! - polecił oschle.
Nie czekając na jej reakcję, złapał ją za rękę i usiłował wyciągnąć z ciepłego wnętrza auta. Dziewczyna zaparła się z całych sił. Szarpnął mocniej, osiągając zamierzony cel, a jednocześnie rozrywając bransoletkę na jej dłoni. Zawieszki rozsypały się po wybrukowanym podjeździe.
Boris chwycił dziewczynę wpół, jedną ręką obejmując ją na wysokości brzucha, drugą zasłaniając gotujące się do krzyku usta. Pociągnął ją w stronę budynku. Walczyła do końca, ale nie miała żadnych szans w starciu z silnym mężczyzną.
Niemym świadkiem całego zdarzenia był kolejny piorun, który przeciął wieczorne niebo. Towarzyszący mu huk zabrzmiał jak zapowiedź zbliżającej się tragedii...


-----------
Niestety nie wiem, jak wstawiać akapity... Proszę o pomoc, poprawię wtedy cały tekst, żeby był bardziej czytelny...

Notatka od Sylar, 18.10.2011 13:12:

Zamykam:

(09.10.2011 14:57)Regulamin napisał(a):  
§ I. Postanowienia ogólne
9. Pierwszą prace autorską opublikować można dopiero po napisaniu 10 postów.

(09.10.2011 14:57)Regulamin napisał(a):  l) Nowy wątek publikacji musi zawierać jej tytuł - stały lub tymczasowy - a nie inne, typu "to kawałek mojego tekstu".

(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.12.2011 11:01 przez Lays911.)
18.10.2011 09:38
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Literkowy Sponsor
Lays911 Offline
Zaglądający na forum
Użytkownik

Liczba postów: 14
Dołączył: 13-10-2011
Reputacja: 0
Neutralna
Post: #2
RE: Vendetta (tytuł roboczy) ( +18 )
Fragment usunięty w celu poprawy - faktycznie wiało z niego nudąSmile
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.11.2011 16:43 przez Lays911.)
28.10.2011 16:07
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Plastikowy Jezus Offline
Zaglądający na forum
Użytkownik

Liczba postów: 22
Dołączył: 23-10-2011
Reputacja: 0
Neutralna
Post: #3
RE: Vendetta (tytuł roboczy) ( +18 )
Cóż, niewiele się tu wydarzyło. Prolog zapowiadał się w miarę ciekawie, ale pierwszy rozdział totalnie mnie zanudził. Oczywiście, rozumiem, że akcja musi się jeszcze rozkręcić, dlatego wstrzymam się z głębszym wnikaniem w fabułę. Nie wiem jednak, czy mogę liczyć na coś oryginalnego. Nic tu nie wskazuje na jakieś nowatorskie pomysły z Twojej strony. Mimo to, mam nadzieję, że następnym razem mnie zaskoczysz.
28.10.2011 20:57
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Marša Online
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 376
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #4
RE: Vendetta (tytuł roboczy) ( +18 )
Ciekawe. Bardzo dobrze udało ci się stworzyć klimat tekstu za pomocą pogody i charakteru Borisa. Wykreowałeś go na intrygująca postać i mam nadzieję, ze to nie jego pierwsze i ostatnie pojawianie w tym opowiadaniu. Czytając łatwo wciągnęłam się w tekst i bez większych przerw doczytałam do końca i muszę przyznać, że odczuwam niedosyt. Krótko było, a że ciekawie, to chciałoby się więcej.
Masz ciekawy styl. Na początku parę razy myślałam, że nie, to dziwnie brzmi, ale koniec końców przekonałeś mnie, że tak ma to również swój klimat i całe moje chwilowe czepiactwo poszło się paść na zieloną trawkę. :) Zdecydowanie udany tekst ci wyszedł... no ino że krótki xD



Cytaty różne:

Cytat:Na widok majaczącego się
bez zaimka zwrotnego.

Cytat:Chciał dotknąć złotomiodowy pukiel jej włosów, ale odsunęła się na ile tylko mogła.
Kogo? Czego? Złotomiodowego pukla, moim zdaniem.

Cytat:Boris chwycił dziewczynę wpół, jedną ręką obejmując ją na wysokości brzucha,
W pół i jedną ręką obejmując na wysokości brzucha oznacza dokładnie to samo, nie trzeba tego dwa razy powtarzać.

š = sz
08.11.2011 20:06
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Czepsson
Niezarejestrowany

 
Post: #5
RE: Vendetta (tytuł roboczy) ( +18 )
No więc tak. Tom Clancy dla ubogich, tak bym to nazwał. Nie lubię tego typu hm... 'książek akcji', chyba, że są napraaaaaaaaaaawdę dobre. A to nie jest dobre na moje oko, bo poza tym, że językowo jest naprawdę dobrze, nie ma zgrzytów i jest właśnie taki charakterystyczny styl sensacyjnych książek nie widzę tutaj zbyt wiele więcej. Całość mnie nudzi, a na dodatek wydaje się to być całkiem sztuczne. Ten klimat 'chevroleta corvette, audi r8 i pałacu Buckingham' mnie zupełnie nie robi. No i jeszcze imiona bohaterów i miejsce akcji. Boris, zagranica, itd... po co? Po co, się pytam?
09.11.2011 10:03
      Odpowiedz cytując ten post
priene Offline
Zaglądający na forum
Użytkownik

Liczba postów: 12
Dołączył: 05-11-2011
Reputacja: 1
Pozytywna
Post: #6
RE: Vendetta (tytuł roboczy) ( +18 )
Cytat:Zobaczywszy kto podjechał, pomachał przyjacielsko dłonią.
To "przyjacielsko" gryzie mi się z całym nastrojem, który stopniowo budowałeś w Prologu.. Tak jakby: o, patrz, mam cukierka, to świetnie hihihihi zamienić na: o, patrz, macie kolejną naiwną dziewczynę, którą zaraz zarżniecie hihihihi. No nie leży mi to i tyle.. ^^

Co do całości właściwie nie mam zastrzeżeń, całkiem dobrze napisane. Mam tylko nadzieję, że w dalszych częściach nie będzie bezsensownego przelewu krwi, bo coś takiego szybko nudzi.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.11.2011 15:43 przez priene.)
09.11.2011 15:41
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Lays911 Offline
Zaglądający na forum
Użytkownik

Liczba postów: 14
Dołączył: 13-10-2011
Reputacja: 0
Neutralna
Post: #7
RE: Vendetta (tytuł roboczy) ( +18 )
Dziękuję wszystkim za komentarze. Wkrótce wrzucę pierwszy rozdział, więc będziecie mieli większy pogląd na moją twórczość. Akcja powieści dzieje się w fikcyjnym państwie położonym gdzieś w Europie, jest to zabieg celowy, pozwalający popuścić wodze fantazjiSmile
09.11.2011 18:24
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Maradine Online
Senna Mara
*

Liczba postów: 633
Dołączył: 15-02-2011
Reputacja: 4
Pozytywna
Post: #8
RE: Vendetta (tytuł roboczy) ( +18 )
Akapity - [ p] w miejscu wcięcia, bez spacji w środku.

[Obrazek: scaled.php?server=41&filename=wo...es=landing]
09.11.2011 18:31
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Lays911 Offline
Zaglądający na forum
Użytkownik

Liczba postów: 14
Dołączył: 13-10-2011
Reputacja: 0
Neutralna
Post: #9
RE: Vendetta (tytuł roboczy) ( +18 )
1.

Żar lejący się z nieba zamienił miasto w rozgrzaną patelnię. Od kilkunastu dni temperatura w południe oscylowała wokół trzydziestu siedmiu stopni w skali Celsjusza i nic nie wskazywało na rychłą zmianę w tej kwestii. Podobnej fali upałów i duchoty nie pamiętali nawet najstarsi mieszkańcy Sevany. Europa szykowała się na najgorętsze lato od tysiąc siedemset pięćdziesiątego siódmego roku, co skrzętnie odnotowywały telewizyjne prognozy pogody.
Dwudziestoczteroletni Barry Unger i jego rówieśnik Robert Piolini siedzieli w cieniu parasola przed barem Allibi i wolno sączyli zimne piwo, które tak naprawdę — po dziesięciu minutach od chwili zakupu — wcale już nie było takie chłodne, jakby sobie tego życzyli. W pewnej chwili kościelne dzwony przeciągłym biciem oznajmiły godzinę siedemnastą trzydzieści.
— Co robimy dzisiaj wieczorem? — zapytał Piolini, ocierając pot z czoła. — Masz jakieś pomysły?
— Szczerze mówiąc, w taki upał nie mam na nic siły... — Barry tępo wpatrywał się w szklankę piwa, obserwując wytwarzające się przy dnie bąbelki powietrza i zastanawiając się, skąd one się tam biorą.
— Może pójdziemy do Exotic na dyskotekę? — zaproponował Robert. — Moglibyśmy spróbować poznać jakieś fajne laseczki.
Barry wzdrygnął się.
— Nie wiem czy to dobry pomysł. Byliśmy tam już tylę razy i nigdy nic nie zarwaliśmy. To strata czasu i pieniędzy. Nie lepiej byłoby spędzić wieczór w Allibi? Piwo jest tu dwa razy tańsze, a poza tym można by też coś zapalić dla lepszej fazy...
— Wolałbym iść do Exotic. Czuję, że dzisiaj nam się poszczęści. — Robert nigdy nie tracił optymizmu, nawet gdy sytuacja wydawała się beznadziejna. — Nie zaszkodzi przynajmniej spróbować! Jak nie będziemy się starać, to do końca życia pozostaniemy samotnymi facetami z etykietą frajerów. Wypadałoby wreszcie poznać miłe niunie i trochę się ustatkować. W końcu nie jesteśmy już tacy młodzi.
— Dyskoteka to nie jest miejsce, gdzie poznasz dziewczynę na całe życie — zauważył Unger. — Tam chodzi same kurestwo: nastoletnie dziewczyny wystrojone jak prostytutki i napalone babki pod czterdziestkę, szukające młodego kutasa na jedną nockę. Chciałbyś kiedyś poślubić takiego kurwiszona?
— No to gdzie chcesz szukać laski? W bibliotece? — zadrwił Robert.
— Lepiej w bibliotece niż w Exotic. Nie chciałbym dziewczyny, którą miało kilkunastu gości przede mną!
— Jesteś dziwny! — stwierdził Piolini. — Najważniejsze, żeby laska miała duże cycki i była chętna do zabawy! Reszta jest nieważna. A poza tym osobiście wolałbym trafić na doświadczoną, która wie o co biega w tych sprawach, niż na taką, którą trzeba wszystkiego uczyć od podstaw! Lepiej jeść tort z kolegami, niż gówno samemu!
— Ja akurat wybrałbym niedoświadczoną, a już najlepiej gdyby trafiła mi się dziewica... Chętnie poświęciłbym czas, żeby ją wszystkiego nauczyć od podstaw. — Barry uśmiechnął się nieznacznie. — Później miałbym satysfakcję, wiedząc że jestem jedynym facetem w jej życiu. Niestety w dzisiejszych czasach trudno znaleźć dziewczynę, która nie miała jeszcze bolca między nogami...
— Chciałbyś dziewicę, bo słabo dupczysz i bałbyś się porównań z jej byłymi! — obwieścił Piolini z triumfalną miną. Zapewne myślał, że swym argumentem trafił w sedno, ale grubo się mylił.
— Czasami pieprzysz takie głupoty, że przykro cię słuchać!
Robert chciał coś odpowiedzieć, ale zamiast tego gwałtownie pochylił się ku Barry'emu. Wyglądał na podekscytowanego.
— Zobacz kto tam idzie — szepnął, wskazując głową właściwy kierunek.
Unger obejrzał się za ramię. Od razu ją zauważył — niewysoką dziewczynę o piegowatej buzi i prostych kasztanowych włosach, sięgających ramion. Szła środkiem chodnika, zalewając go swym naturalnym blaskiem. Oto Trama Abate w całej okazałości — piękna, zmysłowa i nieświadoma czaru, który roztaczała wokół własnej osoby.
Barry westchnął głęboko, przygryzając jednocześnie dolną wargę. Myślał, że lepiej zniesie widok dawnej przyjaciółki, niestety pomylił się. Minęło sporo czasu, lecz dziewczyna wciąż nie potrafiła być mu obojętna.
— Nie wiem, jak mogłeś z nią zerwać! — mruknął Piolini, kręcąc z niedowierzaniem głową.
— Nie zerwałem z nią, ponieważ nigdy nie byliśmy parą! — wytłumaczył Barry, niezbyt skory do kontynuowania dyskusji. — Łączyła nas jedynie przyjaźń. Ale wiesz jak to bywa... Pewnego dnia pokłóciliśmy się i żadne z nas nie było skore pierwsze wyciągnąć rękę na znak zgody... Wyszło, jak wyszło. Kontakt między nami całkowicie się urwał... Szczerze mówiąć, to trochę tego żałuję! Ona jest naprawdę fajną dziewczyną...
Trama Abate, pochłonięta własnymi sprawami, nie dostrzegła ich i wkrótce zniknęła im z oczu. Dopiero wtedy Barry odczuł wypełniający go smutek.
— Co byś powiedział, gdybym chciał ją kiedyś zaprosić na piwko? — zainteresował się Robert, bacznie obserwując kolegę.
— Nawet o tym nie myśl! — oświadczył szorstko Unger.
Piolini roześmiał się.
— Spokojnie, nie unoś się! Tylko żartowałem! Chciałem sprawdzić, jak zareagujesz! A swoją drogą to niezły z ciebie pies ogrodnika. Sam nie weźmiesz, a innemu nie dasz!
Wtem do ich uszu dobiegł donośny krzyk. Zaciekawieni podnieśli głowy znad stolika. Po drugiej stronie ulicy, na przystanku autobusowym, ciemnowłosy chłopak w białym dresie szarpał starszego mężczyznę, podpierającego się na kulach. Barry i Robert dość dobrze znali agresora. Był to Tomas Bones, drobny osiedlowy diler, cwaniaczek któremu wydawało się, że cały świat należy do niego.
— Ty jebany cwelu! — W głosie Bones'a pobrzmiewała czysta wściekłość. — Wiem, że specjalnie zahaczyłeś mnie tą pierdoloną kulą! Myślisz, że masz do czynienia z frajerem?
— Przepraszam... Ja nie chciałem... — Jego adwersarz usiłował się wytłumaczyć, ale Bones kopnięciem wybił mu kulę z rąk, a potem rzucił nim — niczym workiem ziemniaków — na ławkę pod przystankiem.
Świadkowie zajścia, których było co najmniej kilkunastu, udawali że nic zauważyli. Żaden z nich nie usiłował interweniować i pomóc bezbronnemu mężczyźnie, łatwiej było odwrócić wzrok i niby przypadkiem oddalić się z miejsca zdarzenia. Cóż, takie nastały czasy. Na ulicach miast królowała znieczulica. Lepiej nic nie widzieć, nic nie słyszeć i przede wszystkim nie wtrącać się w cudze sprawy, bo można oberwać...
Tymczasem Bones z każdą chwilą robił się coraz bardziej agresywny, upodabniając się do rozjuszonego byka, któremu ktoś pokazał czerwoną chorągiew. Do pełni obrazu brakowało jedynie kłębów pary buchających mu z nozdrzy.
— Pobrudziłeś mi nowiutkie dresy! — ryknął. — Zdajesz sobie sprawę, ile one kosztowały? Zobacz jak teraz wyglądam! Jak menel spod monopolowego!
— Proszę mnie zostawić! Zapłacę z nawiązką za szkody — zaskomlał inwalida.
— Zamknij ryj i nie odzywaj się, póki ci nie pozwolę! — Wszystkie mięśnie na opalonym karku Tomasa aż drżały z pobudzenia. W kącikach jego ust zgromadziła się gęsta piana.
Znienacka kopnął leżącego mężczyznę w tułów. Ten zasłonił twarz i skulił się w pozycji embrionalnej.
Dramat na ulicy zapewne rozgrywałby się dalej, gdyby nie szczupła, niewysoka dziewczynka, ubrana w niebieską sukienkę do kolan. Na oko miała jakieś dwanaście lat, na pewno nie więcej. Pojawiła się ni stąd ni zowąd, Barry zauważył ją dopiero wtedy, gdy stanęła za plecami Bones'a. Była bardzo ładna i wszystko wskazywało na to, że w przyszłości wyrośnie z niej piękna kobieta. Jej długie włosy w platynowym odcieniu, tak jasne że niemal białe, swobodnie opadały na odsłonięte plecy.
— Nie jest panu wstyd znęcać się nad inwalidą? — zapytała. Barry musiał w duchu przyznać, że odwaga dziewczynki bardzo mu zaimponowała. Mało kto zdobyłby się na tak szlachetny gest w obliczu czyjegoś nieszczęścia.
Bones odwrócił się. Na wykrzywionej wściekłością twarzy odmalowało się zaskoczenie, którego nawet nie starał się maskować.
— Chcesz stracić zęby mała kurewko? — zapytał, wolno podchodząc w jej kierunku.
Blondyneczka cofnęła się przerażona. Być może dopiero teraz dotarło do jej ślicznej główki, że chcąc ratować starszego mężczyznę, sama znalazła się w poważnym niebezpieczeństwie.
— Ten pan nie zrobił tego specjalnie... — Nie zdążyła dokończyć. Bones z szybkością atakującego węża złapał ją za platynowe loki i pchnął na ziemię. Upadła na plecy niczym szmaciana lalka.
Barry odruchowo zerwał się na nogi. Nigdy nie był szczególnie odważny, ale to co rozgrywało się na jego oczach stanowczo wymagało ingerencji osób trzecich.
— Chodź, Robert! — zwrócił się do kolegi. — Trzeba coś zrobić, bo inaczej Bones wyrządzi jej krzywdę! To kompletny świr, powinien być zamknięty w zakładzie psychiatrycznym!
— Idź sam! — burknął Robert, odwracając wzrok. — Dobrze wiesz, że Bones to mój sąsiad z bloku... Znam się z nim od dziecka. Byłoby głupio gdybym stanął przeciwko niemu...
Tchórz! Pieprzony tchórz i zdrajca! Barry machnął na niego ręką, opuścił barowy ogródek i szybkim krokiem przeszedł na drugą stronę ulicy, gdzie Tomas wciąż szarpał leżącą za ziemi dziewczynkę. Była przerażona, jednak gdy ujrzała Ungera, w jej dużych błękitnych oczach pojawiła się nadzieja na ratunek. Barry zdał sobie sprawę, że nie może jej zawieść.
— Zostaw ją Tomas! — poprosił spokojnym tonem, by nie prowokować przeciwnika do większej agresji. — To tylko dziecko!
— Spierdalaj Unger, inaczej skończysz dzień na izbie przyjęć! — wychrypiał Bones, przenosząc na niego wzrok. Musiał być nieźle naćpany. Barry jeszcze nigdy nie widział u nikogo tak mocno rozszerzonych źrenic. Amfetamina... Kokaina?
— Nic nie osiągniesz, bijąc na środku ulicy małą dziewczynkę...
Kątem oka dojrzał, jak inwalida — korzystając z okazji — dokonał strategicznego odwrotu, z zadziwiającą sprawnością znikając za rogiem pobliskiego budynku.
— Unger, widzę że nie obejdzie się bez rozwalenia ci ryja! — oznajmił lodowato Bones.
Stanęli naprzeciwko siebie. Tomas był niższy o dobre pół głowy, potężniejszy jednak w ramionach i znacznie bardziej umięśniony. Barry poczuł jak oślizgłe macki strachu oplatają jego ciało. Przez głowę przemknęła mu nieśmiała myśl, że niepotrzebnie wtrącał się w cudze sprawy. Mógł przecież siedzieć w barze i sączyć zimne piwko, nie martwiąc się o uzębienie, jak robił to w tej właśnie chwili.
Bones zaatakował bez ostrzeżenia. Cios głową miał zapewne złamać nos Ungera, ten jednak instynktownie uskoczył w bok i silnym kopnięciem w udo, zbił rywala z tropu.
— Masz przejebane! — wycedził Bones przez zaciśnięte zęby. — Nawet nie wiesz w co się wpakowałeś!
Ponowił natarcie, rzucając się na oślep z pięściami i starając nadrabiać groźną miną braki w wyszkoleniu technicznym. Barry bez większych problemów uniknął niemal wszystkich ciosów.
— Dajcie spokój z tą walką! — Usłyszeli nagle głos zbliżającego się w ich stronę Pioliniego.
Tomas nie zamierzał zastosować się do rad sąsiada z bloku. Zaślepiony furią znów skoczył do przodu. Popełnił jednak błąd podchodząc zbyt blisko Ungera. Barry złapał go i z zadziwiającą łatwością pozbawił równowagi, podstawiając mu nogę i pchając do tyłu. Obaj padli na chodnik. Bones zawył z bólu, uderzywszy głową w krawężnik. Unger, który znalazł się na nim, nie zamierzał marnować otrzymanej od losu szansy. Dwa razy huknął przeciwnika pięścią, celując w okolice szczęki. Nie zdążył zrobić nic więcej, gdyż został w porę odciągnięty przez Roberta.
— Już po wszystkim! zostaw go!
Piolini miał całkowitą rację, wypowiadając te słowa. Tomas leżał na plecach i trzymając się za głowę, jęczał z bólu. Nie wyglądał na zdolnego do dalszej walki. Wąska strużka krwi sączyła się z jego rozbitej wargi i staczała po policzku na zakurzony chodnik.
— Jesteś trupem, ty pierdolony skurwielu! — zapowiedział Bones płaczliwym tonem. — Moi kumple cię zaszlachtują! Pożałujesz tego co zrobiłeś!
Na obecną chwilę Barry miał gdzieś te groźby. Po nadmiarze emocji jego serce dopiero co odzyskiwało normalny rytm pracy, w głębi duszy odczuwał zaś ogromną radość ze spektakularnego zwycięstwa. Niech Bones się nauczy, że nie warto z nim zadzierać.
Jak zwykle w takich sytuacjach, gdy niebezpieczeństwo minęło, na miejscu zdarzenia zaczęli gromadzić się gapie. Starsza kobieta w długiej sukni zaopiekowała się poturbowaną dziewczynką. Chusteczką przetarła jej załzawioną buzię i próbowała ją uspokoić.
— Policja zaraz tu będzie! — poinformował brodaty mężczyzna w średnim wieku, trzymający w dłoni telefon komórkowy.
Bones, usłyszawszy te słowa, w jednej chwili znalazł się na nogach i przez nikogo nie zatrzymywany opuścił ze spuszczoną głową arenę swego poniżenia.
— My też musimy spadać! — rzekł Robert półszeptem. — Nie zamierzam tracić sobotniego wieczoru na składanie zeznań na komendzie...
— No to chodźmy stąd! — zadecydował Barry. — To najlepsze co możemy zrobić.
Spojrzał na odchodne w bok, gdzie stała uratowana przez niego blondyneczka. Wciąż wyglądała na przestraszoną i lekko oszołomioną, ale napotkawszy jego wzrok uśmiechnęła się spontanicznie; tak szczerego uśmiechu nie widział nigdy w życiu. Mało brakło, a byłby się zaczerwienił.
— Zostaw tą małolatę i spadajmy stąd! — polecił Robert. — Proponuję, żebyśmy poszli do George'a... Po tym wszystkim naszła mnie ochota, żeby sobie zapalić!




George Merikson mieszkał w czteropiętrowym bloku w centrum Sevany. Z jego okien rozciągał się widok na całe osiedle White Lens, szereg jednakowych budynków, przedzielonych siecią alejek spacerowych. Blokowisko wybudowano na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Przez prawie dwie dekady stanowiło chlubę miasta, potem brak zainteresowania ze strony lokalnych władz sprawił, że osiedle zaczęło w szybkim tempie podupadać. Nieremontowane od lat budynki, szare i odrapane, na stałe wryły się w pejzaż Sevany i straszyły swym wyglądem zarówno miejscowych, jak i przyjezdnych.
George rozpromienił się, zobaczywszy kto stoi przed drzwiami jego mieszkania. Z Barrym i Robertem łączyła go wieloletnia przyjaźń, zapoczątkowana jeszcze w szkole podstawowej. Spotykali się niemal codziennie, pijąc piwo, paląc trawkę i grając w gry wideo. W takim mieście jak Sevana nie było nic innego do roboty.
— Wchodźcie! — poprosił Merikson. — Nie wiem dlaczego, ale spodziewałem się, że lada chwila do mnie wpadniecie...
Wprowadził ich do skromnie urządzonego salonu, gdzie centralne miejsce zajmowały dwa miękkie fotele i kanapa, przedzielone niskim stolikiem z przeszklonym blatem. Pod ścianą stała dębowa szafka, na której ustawiony został ogromny telewizor i konsola Playstation 3.
Robert wygodnie usadowił się na fotelu, nie czekając na zaproszenie gospodarza.
— Co to jest? — spytał, ostrożnie podnosząc na palcu wskazującym wąski skrawek czarnego materiału, wygrzebany ze szczeliny między oparciem fotela a jego siedziskiem.
George uśmiechnął się z lekka zakłopotany.
— Oddaj mi to! — Bezceremonialnie zabrał Pioliniemu znaleziony fragment damskiej bielizny i wsunął go do kieszeni dżinsów.
— Czyje to? Anety czy Priscilli?
— Nie mam pojęcia — odparł szczerze Merikson. — Ale mniejsza z tym... Chyba nie przyszliście tu żeby gadać o moich dziewczynach?
George od wczesnych lat słynął z zamiłowania do pięknych kobiet. Obdarzony naturalnym urokiem osobistym, nie miał najmniejszych problemów z zawieraniem nowych znajomości. Płeć piękna lgnęła do niego niczym pszczoły do miodu, a on sprytnie to wykorzystywał. Zawsze miał jedną dziewczynę na stałe i kilka „kuzynek”, które od czasu do czasu spędzały u niego noc.
— Znasz Tomasa Bones'a? — zapytał Barry.
— Znam! — odpowiedział Merikson, wyjmując z szafki niewielki pakuneczek. — Czemu pytasz?
— Dostał dzisiaj niezły wpierdol... Ode mnie!
George zasępił się.
— Nie wiem z czego się tak cieszysz! Bones to psychopata, na pewno nie daruje ci tego. To taki koleś, który poświęci wszystko, byle cię dorwać! Z nim nie ma żartów!
Unger nie dał po sobie poznać, że słowa kolegi trochę go wystraszyły.
— Ten pedzio może mi naskoczyć! — oświadczył buńczucznie.
— W pojedynkę może i tak... Ale on rzadko angażuje się w porachunki osobiście. Ma od tego Edgara Prosta... A temu na pewno nie dasz rady. Nawet gdyby było pięciu takich jak ty...
— Czyli jednym słowem mam przesrane? — upewnił się Barry. Dobry humor opuścił go chyba nieodwołalnie.
— Na to wygląda! Mocno mu napierdoliłeś?
— Dostał dwa strzały, ale chyba nie wyrządziłem mu żadnej większej krzywdy... W każdym razie był w stanie chodzić o własnych siłach...
— Jak już musiałeś mu najebać, to mogłeś to zrobić porządnie! — westchnął George.
Otworzył trzymany w dłoni pakuneczek i wprawnym ruchem nabił jego zawartością szklaną fifkę.
— To nie ja zacząłem bójkę. Bones był naćpany i ...
Merikson uśmiechnął się uspokojająco.
— Nie przejmuj się już tą sprawą! Znam odpowiednich ludzi, którzy pomogą ci w ciężkiej sytuacji! Facet odwali się od ciebie raz na zawsze! — podał Barry'emu lufkę wraz z zapalniczką. — A teraz spróbuj lepiej jak smakuje to zielsko. Zakochasz się!
Barry nie dał się prosić dwa razy. Zaciągnął się głęboko.
— Zajebiste palenie! — stwierdził kilka chwil później. Robert, który również zajął się degustacją, wyraził podobną opinię. W tych sprawach zawsze byli jednomyślni.
— Dostawa prosto z Holandii — wyjaśnił George, wkładając fifkę do ust. — U nas nie kupisz zielska takiej jakości...
Gdy uwolnił płuca od dymu, gęsty biały obłok zawisł nieruchomo pod sufitem.
— Może wybierzemy się do jakiegoś lokalu? — zapytał Robert pół godziny później, gdy wypalili już ponad gram towaru. — Jest sobota i nie wypada siedzieć w domu cały wieczór. Trzeba iść w miasto i bawić się na całego!
— Tylko nie do Exotic... - jęknął Unger.
— Czemu nie? To zajebista dyskoteka! - oburzył się Piolini. — W sobotę będzie tam mnóstwo laseczek...
— Lepiej chodźmy do Allibi. Posiedzimy sobie przy piwku i dobrej muzyce...
— Decydujcie się szybciej, bo nie lubię takiego niezdecydowania! - ponaglił ich George.
— Ja jestem za Allibi! — stwierdził Barry.
— Exotic — Robert wyczekująco spojrzał na Meriksona.
Ten uśmiechnął się szeroko.
— ...




Wylądowali w Exotic. Barry był średnio zadowolony z tego powodu i nie próbował ukrywać swych uczuć. Z ostentacyjnie kwaśną miną minął dwóch rosłych bramkarzy pilnujących frontowego wejścia do budynku.
Pogrążone w półmroku wnętrze klubu wypełniała głośna muzyka techno, niemal uniemożliwiająca prowadzenie jakiejkolwiek rozmowy. W świetle lamp stroboskopowych tańczący na środku lokalu ludzie wydawali się poruszać w zwolnionym tempie.
Kupili po piwie i zajęli miejsce przy stoliku, znajdującym się w małej loży w samym rogu zatłoczonego pomieszczenia.
— Idę na parkiet — oznajmił Robert, ledwo usiedli — może natknę się tam na jakąś fajną niunię, która nie odmówi mi towarzystwa.
Tanecznym krokiem podążył na środek sali. Barry patrzył za nim do momentu, gdy ten zniknął w bawiącym się tłumie. Co za kretyn, nigdy nie wiedział kiedy należało powiedzieć pas. Barry dałby sobie uciąć rękę, że jego koledze nic nie wyjdzie z zaplanowanego podrywu.
— No to zostaliśmy sami — podsumował George. — Mogłem się tego spodziewać.
Siedzieli pogrążeni w milczeniu, pijąc piwo za piwem i obserwując tańczący motłoch. Unger z każdą chwilą utwierdzał się w przekonaniu, że zbiera się tu najgorsze kurestwo Sevany. Z rosnącym obrzydzeniem obserwował nastoletnie dziewczyny, niektóre pijane, inne naćpane, przybierające w pląsach prowokujące pozy i bez oporów dające się obmacywać napalonym kolesiom. Niektóre małolaty nachalnie szukały sponsorów, gotowych postawić im drinka w zamian za mile spędzony czas.
Jakiś młody chłopak w gustownym dresie nike, przyparł do ściany skąpo ubraną dziewczynę i całował zawzięcie jej usta, wsadzając jednocześnie dłoń pod podwiniętą spódniczkę. Może nie byłoby w tym nic szokującego, gdyby nie to, że kilkanaście minut temu w majtkach jego partnerki grzebał inny fagas, dla odmiany noszący dresy pumy. Płeć piękna powoli zapominała o szacunku dla własnego ciała i odcinała się od poglądu, że powinno być ono twierdzą, sprawnie opierającą się nieczystym męskim zakusom. Wystarczyło mieć markowy dres i złoty łańcuch na szyi, a małoletnie kurewki same rozkładały nogi...
Barry pociągnął głęboki łyk piwa, od którego zaczynało mu już szumieć w głowie..
— Wspominałem ci już, że w przyszłym tygodniu zmieniam samochód? — zapytał Merikson niespodziewanie. Dotychczas jeździł wysłużonym fordem focusem, który średnio raz na pół roku wymagał gruntownej naprawy.
— Nic nie mówiłeś na ten temat. A co planujesz kupić?
— Jeszcze nie wiem dokładnie. Myślałem o audi a4, ale prawdopodobnie wezmę bmw m3. Mój kuzyn, Lee Templer, ma takie na sprzedaż. Rocznik dwa tysiące dwa, kolor czarny metalic. Auto jest naprawdę w dobrym stanie, bezwypadkowe, a co najważniejsze ma pod maską niemal dwieście kucy.
— Widzę, że nieźle ci się powodzi — rzekł Barry z podziwem. — Jeszcze półtora roku temu nie było cię stać nawet na czynsz, a teraz kupujesz pięcioletnią beemkę. Dilerka to jednak opłacalny zawód...
— Zwłaszcza, jeśli jest się hurtownikiem! — zarechotał George. — À propos samochodów. Za tydzień na starym lotnisku w Sevanie jest ogólnokrajowy pokaz samochodów tuningowanych. Wybieram się tam, więc jeśli chcesz to możesz się ze mną zabrać. Na pewno będzie co oglądać!
— Nie ma sprawy. I tak nie miałem żadnych planów na przyszły weekend.
Znów zapanowało milczenie; w przyjaźni ważne jest to, że cisza, choćby nie wiadomo jak długa, nigdy nie bywa kłopotliwa.
Barry rozejrzał się po Exotic w poszukiwaniu Roberta. Ten jednak przepadł jak kamień w wodę. Widocznie miał problem ze znalezieniem odpowiedniej do upolowania zwierzyny, albo też posiadał za małą dubeltówkę, żeby cokolwiek zdziałać.
W pewnym momencie wzrok Ungera przyciągnęła ponętna brunetka z włosami spiętymi w kucyk. Tańczyła samotnie jakieś dziesięć metrów od stolika przy którym siedział. Spod jej obcisłej czerwonej bluzeczki wystawał płaski brzuszek ozdobiony tatuażem w kształcie ziejącego ogniem smoka. Czarne dżinsy idealnie podkreślały szczupłość ud i krągłość pośladków.
Dziewczyna, mimo że wprost emanowała seksem, raczej nie zainteresowałaby go aż tak bardzo, gdyby nie fakt, że jej ciemne oczy z nieznanych bliżej powodów skupiły się na jego skromnej osobie. Normalnie spuściłby zawstydzony głowę, ale wypity alkohol dodał mu pewności siebie.
Uśmiechnął się do niej. Odpowiedziała tym samym i prowokacyjnie puściła oczko w jego kierunku. Nie przestając poruszać się w rytm muzyki, powoli podeszła do niego. Barry głośno przełknął ślinę. Wprost nie wierzył w to co się dzieje, to musiał być sen...
— Cześć! — przywitała się z szerokim uśmiechem. — Tańczysz?
Nie umiał, ani też nie lubił tańczyć. Głupotą byłoby jednak odmówić, gdy zaproszenie złożyła taka piękność. Drugiej takiej szansy mógł już w życiu nie dostać.
— Tak! — odpowiedział, starając się by jego głos zabrzmiał pewnie.
Brunetka rozejrzała się po sali i na jej ustach ponownie pojawił się uśmiech.
— To idź potańczyć, bo chciałam pogadać z twoim kolegą! — wymownie wskazała głową Meriksona.
Ungera zatkało. Mimo usilnych chęci nie był wstanie odpowiedzieć nic sensownego.
— Pójdziesz się przejść? — poprosił George szeptem, odsuwając dziewczynie krzesło, by mogła wygodnie usiąść.
Barry jeszcze nigdy nie został tak poniżony i ośmieszony. Bez słowa wstał od stolika i opuścił lokal, powstrzymując napływające do oczu łzy...
25.11.2011 17:22
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Lays911 Offline
Zaglądający na forum
Użytkownik

Liczba postów: 14
Dołączył: 13-10-2011
Reputacja: 0
Neutralna
Post: #10
RE: Vendetta (tytuł roboczy) ( +18 )
2.

Dochodziła siedemdziesiąta minuta spotkania, gdy Filippo Inzaghi otrzymał świetne podanie od Gennaro Gattuso i znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem Juventusu. Włoski napastnik nie zwykł marnować podobnych okazji. Przełożył piłkę na prawą nogą i oddał silny strzał na długi słupek. Uderzenie było na tyle mocne i precyzyjne, że nawet taki fachowiec w bramce, jak Gianluigi Buffon, mógł tylko obserwować lot piłki. Gol! Milan objął zasłużone prowadzenie w meczu z Juventusem Turyn. Jeden do zera! Do końca pojedynku zostało jeszcze trochę czasu i wynik w każdej chwili mógł ulec zmianie. Piłkarze Juventusu wznowili grę z środka boiska i od razu znaleźli się w natarciu. Rajd Camoranesiego przy linii bocznej został powstrzymany dopiero przez wślizg Paolo Maldiniego. Później dobrą okazję do wyrównania miał Alessandro Del Piero, ale golkiper Milanu popisał się ładną paradą, zapobiegając utracie gola. Juve przeważało, nic z tego jednak nie wynikało. W dziewięćdziesiątej minucie Kaka' rozegrał piłkę z Clarence'm Seedorfem, ten podał w pole karne do nieobstawionego Inzaghiego, który bez większych problemów strzelił do pustej bramki. Milan — Juve 2:0. Wkrótce sędzia odgwizdał koniec pojedynku. Gracze Juventusu ze spuszczonymi głowami powędrowali do szatni.
Robert ze złością odrzucił joypad na bok i wstał z fotela.
— Masz niesamowitego fuksa! — zarzucił Barry'emu. — W całym meczu tylko dwa razy strzeliłeś na moją bramkę i zdobyłeś dwa gole... Ja miałem kilkanaście strzałów i nic z tego nie wyszło. Wkurwia mnie takie coś...
— Nie tłumacz się, po prostu jesteś słaby w tą grę — zaśmiał się Unger, nie kryjąc zadowolenia z wygranej. — Zresztą jak ty chciałeś ze mną wygrać, grając Juventusem przeciwko Milanowi? Różnica klas obu zespołów jest aż nadto widoczna.
Robert od czternastu lat kibicował namiętnie drużynie ze stolicy Piemontu, prawdopodobnie będąc największym fanem tej ekipy mieszkającym poza granicami Italii. Natomiast Barry od takiego samego czasu trzymał kciuki za Milanem. Nie było meczu „czerwono-czarnych”, którego nie obejrzałby w telewizji, jeżeli tylko miał taką możliwość. Obecnie to właśnie on miał więcej powodów do radości. Juventus cały rok spędził na karnej degradacji w Serie B, podczas gdy Milan zakończył sezon zdobyciem kolejnego w historii Pucharu Ligi Mistrzów, co czyniło go najlepszą drużyną Europy.
— Milan to szmaciarze. Przekonasz się o tym w nadchodzącym sezonie. Juventus wrócił do Serie A i pokaże tym tępym fiutom z Mediolanu, gdzie jest ich miejsce!
— Tępe fiuty grają wyłącznie w biało-czarnych koszulkach... — odburknął Unger.
George, nie ruszając się z miejsca, wyłączył konsolę odpowiednim klawiszem na kontrolerze.
— Po co się kłócicie o takie bzdury? — zapytał. — Przecież i tak wiadomo, że najlepszy jest Real Madryt!
Barry i Robert zareagowali szyderczym śmiechem. George często prowokował ich w podobny sposób; doskonale zdawał sobie sprawę, że obaj nie znosili madryckiej drużyny, a wspólna niechęć powodowała, że zapominali o dzielących ich animozjach.
Merikson przyjął wygodniejszą pozycję w fotelu i założył nogę na nogę. Odpalił papierosa, wyjętego ze świeżo otwartej paczki marlboro.
— Nie chcę się chwalić, ale wczoraj miałem noc pełną wrażeń — oświadczył z łobuzerskim uśmiechem. — Poznałem w Exotic pewną pannę. Ma na imię Kriss. To naprawdę super laska, przypomina z wyglądu Monicę Bellucci za najlepszych lat. Zresztą Barry chwilę z nią gadał, więc może to potwierdzić. — znacząco mrugnął okiem w stronę kolegi. — Już na wstępie dała mi do zrozumienia, że chodzi jej tylko o seks, a ona nie przyjmuje odmowy. Wziąłem ją więc na chatę i od razu przeszliśmy do sedna sprawy. Musiałem się sporo natrudzić, by ją zadowolić. Jeszcze nigdy nie gościłem u siebie tak wymagającej partnerki... Podrapała mi całe plecy i brzuch, nie wiem jak ja to wytłumaczę Priscilli...
— Pusta dziwka z tej Kriss — podsumował Barry, mając na uwadze sposób w jaki dziewczyna potraktowała go wczoraj w Exotic.
— Może i pusta, ale za to ma niesamowite ciało i olbrzymi apetyt na seks. Muszę się z nią jeszcze kiedyś spotkać. W łóżku jest sto razy lepsza od Anety i Priscilli. Przypomina dzikie zwierzę, jest nieobliczalna i całkowicie nieprzewidywalna. Przechodzą mnie ciarki na samo wspomnienie o tym, co mi wczoraj robiła...
— Przestań już gadać o dupczeniu! — poprosił Robert. — Wczoraj przez trzy godziny próbowałem wyrwać jakąś laseczkę w Exotic. Niestety skończyło się na tym, że ostro się schlałem, bo ciągle waliłem browarki. Nawet nie pamiętam, jak wróciłem do domu, ale musiałem się awanturować, bo starzy są na mnie strasznie wkurwieni.
— Trzeba sie wreszcie wyprowadzić od rodziców i trochę usamodzielnić! — stwierdził George sarkastycznie. — Jak mieszkasz sam, to możesz robić co tylko chcesz i nikt sie ciebie nie czepia.
— Odkąd się wyprowadziłem od rodziców, nie wyobrażam sobie, żebym mógł znów z nimi mieszkać! — wtrącił Barry. — Fakt, że trzeba samemu sprzątać, prać i robić tym podobne rzeczy, ale plusów jest znacznie więcej.
— Łatwo wam powiedzieć, najpierw trzeba mieć mieszkanie, do którego można by się przenieść. Na razie jestem skazany na starych i ich wieczne pretensje. Zresztą brakowałoby mi obiadków mojej mamy...
Zadzwonił telefon. George bez pośpiechu wyciągnął komórkę z kieszeni spodni i odebrał połączenie. Rozmowa, którą przeprowadził, była bardzo krótka i lakoniczna. Ze strony Meriksona ograniczyła się do trzech zwrotów: „cześć”, „no to czekam” i „na razie”. Barry od razu domyślił się, kto był jego rozmówcą.
— Priscilla będzie tu za pół godziny! — mruknął George, chyba nie do końca zadowolony z odwiedzin swojej dziewczyny. — Muszę trochę ogarnąć ten burdel w pokoju...
— W takim razie ja będę spadał! — Barry podniósł się z fotela.
— Czemu? — George spojrzał na niego ze zdziwieniem.
— Dobrze wiesz, jaki mam stosunek do Priscilli, a ona do mnie...
Priscilla, śliczna studentka psychologii, od najmłodszych lat rozpieszczana przez rodziców, uważała się za centrum wszechświata. Patrzyła na wszystkich z góry, jakby cała ludzkość została stworzona tylko po to, by spełniać jej zachcianki. Szczególnie pogardliwie odnosiła się do Barry'ego. Traktowała go jak powietrze, zbywała milczeniem, ilekroć usiłował zagaić z nią rozmowę. Nic więc dziwnego, że Unger nie pałał do niej sympatią.
Pożegnał się z kolegami, w przedpokoju założył buty i wyszedł na klatkę schodową. Schodząc na dół podziwiał kolorowe dzieła lokalnych grafficiarzy, pozostawione na odrapanych ścianach, gdzie hasła „JEBAĆ POLICJĘ”, powtarzające się na na każdym piętrze, należały do najbardziej wyrafinowanych.
Na dole czekało go niemałe zaskoczenie. Ławkę pod blokiem okupowała małoletnia blondyneczka, którą zaledwie wczoraj uchronił przed agresją Bonesa. Towarzyszyła jej starsza dziewczyna, ubrana w białą bluzeczkę bez ramion i obcisłe dżinsy celowo porozcinane na kolanach i udach. Z zainteresowaniem skupił na niej wzrok. Miała długie pofalowane włosy w odcieniu ciemny blond, okalające ładną buzię, której główny punkt stanowiły zmysłowe usta. Szare oczy spojrzały na niego pogodnie, gdy odwróciła się w jego kierunku.
— Cześć! — powiedziała wstając. — Mam na imię Patricia, a to moja siostra Silvana. Nie znamy się, ale chciałam ci podziękować za to, że wczoraj uratowałeś ją przed tym psychopatą...
Silvana stanęła obok starszej siostry i wtuliła się w jej bok.
— Wczoraj byłam bardzo przestraszona i zapomniałam podziękować! — oznajmiła, rumieniąc się i wstydliwie spuszczając oczy. — Dziękuję! — dodała trochę śmielej.
Barry uśmiechnął się mimowolnie.
— Nie ma za co! — odparł z fałszywą skromnością. — Na moim miejscu każdy zrobiłby to samo...
Wygłosił wyświechtany slogan, ale nic mądrzejszego nie przyszło mu do głowy.
— Mogę ci się jakoś odwdzięczyć? — zapytała Patricia po krótkiej chwili milczenia.
Jego umysł wypełniła pustka. Zawsze onieśmielały go piękne dziewczyny, a Patricia z pewnością do takich się zaliczała. Wziął głęboki oddech, by zyskać na czasie.
— Jeśli to nie byłby dla ciebie kłopot... — Zaczął nieśmiało, zwietrzywszy nadarzającą się okazję. — Może mógłbym cię zaprosić na spacer... Nic zobowiązującego... Zwykłe spotkanie... Pogadalibyśmy i takie tam...
Czuł, że się wygłupił. Patricia pewno miała spory ubaw z niego, jednak nie dała tego po sobie poznać.
— Dobrze, możemy się kiedyś spotkać. — obiecała. — Tyle, że będę miała czas dopiero w przyszłym tygodniu. Pasuje ci ten termin?
— Oczywiście, że tak!
— W takim razie zgadamy się jeszcze... A jak masz w ogóle na imię?
— Barry Unger.
— Miło mi! — zabawnie wydęła wydatne usta i podała mu dłoń. Uścisnął ją delikatnie.
— Podasz mi swój numer telefonu? — poprosił. — Inaczej będzie nam trudno umówić się na to spotkanie...
Bez wahania wyrecytowała dziewięciocyfrowy numer, który natychmiast zapisał w pamięci swojego K800i. Puścił krótki sygnał na jej aparat, by miała na niego namiar.
— Dzięki! — powiedziała. — Odezwę się do ciebie. Obiecuję!
— A kiedy mniej więcej mogę się tego spodziewać?
— Myślę, że uda mi się wygospodarować trochę wolnego czasu w przyszłą środę lub czwartek.
— Okay, w takim razie będę czekał! — uśmiechnął się.
Patricia odpowiedziała tym samym i z czułością objęła Silvanę. Widać było, że siostry są bardzo zżyte ze sobą.
— Niestety, ale musimy wracać do domu! — Patricia wprawnym ruchem poprawiła kosmyk włosów, który nieopacznie zabłądził na jej czoło. — Trzymaj się Barry, do zobaczenia!
— Do zobaczenia! — odparł, nie mogąc oderwać oczu od jej rozświetlonej słońcem twarzy.
Odwróciła się i wraz z Silvaną poszła chodnikiem wzdłuż bloku George'a Meriksona. Barry przez jakiś czas patrzył za nimi, nie wierząc własnemu szczęściu. Zaledwie pięć minut temu był przekonany, że nigdy nie znajdzie kobiety chętnej się z nim umówić, a teraz na jego oczach ziścił się cud. Życie jest piękne!
Do domu wrócił w świetnym humorze. Dawno już nie czuł się tak dobrze. Gdy tuż przed północą położył się do łóżka, długo nie mógł zasnąć. Piękna Patricia całkowicie opanowała jego myśli...
Następnego dnia, prosto po wyjściu z pracy, udał się do George'a Meriksona. Po drodze zjadł skromną namiastkę obiadu pod postacią hot-doga w chrupiącej bułce, który nie do końca zaspokoił jego potrzeby smakowe, ale przynajmniej na jakiś czas wypełnił żołądek.
— Cześć! — George wyglądał, jak gdyby dopiero przed chwilą zwlókł się z łóżka. Rozczochrane brązowe włosy sterczały mu we wszystkie strony.
— Cześć, mam nadzieję że nie przeszkadzam?
— No coś ty! — zaśmiał się Merikson. — Właź do środka...
Zasiedli w salonie. George przyniósł dwa piwa w puszce, ale Barry nie przyjął poczęstunku.
— Wiesz, że staram się nie pić w tygodniu... A zwłaszcza prosto po wyjściu z pracy! — oznajmił. — Muszę ograniczyć spożycie alkoholu, bo ostatnio trochę z nim przesadzam!
— Jak tam chcesz! — Merikson pociągnął za zawleczkę w puszce. Ta otworzyła się z głośnym sykiem, powietrze wypełnił kwaśny zapach piwa.
Barry postanowił od razu wyjawić cel swojej wizyty, bo przecież nie przyszedł tutaj bez konkretnego powodu.
— Mam pytanie... Mieszka na twoim osiedlu jakaś Patricia? Bardzo ładna dziewczyna, ma około dwudziestu lat i długie kręcone włosy w odcieniu ciemny blond...
— Hmmm — zastanowił się George, mrużąc oczy i zaciskając usta. — A wiesz coś więcej na jej temat? Po tym skąpym opisie trudno mi odpowiedzieć na twoje pytanie.
— Ma młodszą siostrę. Silvanę, albo coś w tym stylu. Taka mała dziewczynka z bardzo jasnymi włosami...
Na przystojnej twarzy Meriksona, okolonej dwudniowym zarostem, pojawił się tajemniczy uśmiech.
— Chyba wiem o kogo ci chodzi — powiedział i przyłożył puszkę do warg. — To Patricia Miåås, mieszka w bloku obok mnie... Czemu o nią pytasz?
Unger w kilku zdaniach opowiedział zdarzenia z ostatnich dwóch dni, starając się nie pominąć nic istotnego.
— Więc umówiłeś się z nią na randkę! — podsumował George z lekkim niedowierzaniem. — Dobrze trafiłeś. Znam ją trochę i mogę stwierdzić, że to naprawdę fajna dziewczyna. W sam raz dla ciebie. Uprzejma, miła, nie szlaja się po dyskotekach. Dokładnie taka jak lubisz... A poznałeś już jej najlepszą koleżankę?
— Jaką koleżankę?
— Salaiyę De la Haye.
— Nie miałem jeszcze okazji — mruknął Barry. — A kto to jest?
— Sam się kiedyś przekonasz. W każdym razie uważaj na nią, niech cię nie zwiedzie jej aparycja. Wygląda jak laleczka, ale jest groźna niczym wściekły Mike Tyson... Ma nieźle poryty beret i nie panuje nad agresją! Od czasu do czasu lubi komuś przyłożyć, a że trenuje mieszane sztuki walki, dobrze jej to wychodzi. Dwa miesiące temu byłem świadkiem, jak pobiła pewnego gościa, który zaczepiał ją w Blue Moon. Z zimną krwią złamała mu rękę, bo nie chciał jej przeprosić! Jeśli Salaiya wyczuje, że masz nieczyste intencje w stosunku do Patricii, to rónież tobie może dać się ostro we znaki!
— Dzięki, że mnie ostrzegłeś. Mam nadzieję, że nie będzie mi dane jej poznać! — odparł, nie biorąc do serca rad kolegi. Jakoś nie przerażały go szalone dziewczyny, łamiące przeciwnikom kończyny. Miał gorsze problemy, na przykład Tomasa Bonesa.
George przygładził włosy i podrapał się po brodzie.
— Wracając do tematu Patricii — zaczął — lepiej nie mów jej na pierwszej randce, że palisz zioło i tym podobnych rzeczy. To spokojna, dobrze poukładana dziewczyna i możesz ją do siebie zrazić takimi wyznaniami. Poza tym miej na uwadze, że jej ojciec jest policjantem. Odpowiada za sekcję kryminalną w Sevanie...
— Mówisz poważnie? — zaniepokoił się Barry.
— Czy ja wyglądam na kogoś, kto żartuje? — zapytał George, patrząc mu prosto w oczy.
— Czasami ciężko cię wyczuć... — odpowiedział zgodnie z prawdą Unger. — A tak w ogóle, to może masz jakiś przepis na to, aby randka z Patricią była udana? Przydałaby się mi pomoc takiego zawodowca jak ty!
Merikson przez krótką chwilę zwlekał z odpowiedzią. Oparł się o ścianę, a jego twarz przybrała wyraz skupienia.
— Przede wszystkim postaraj się zrobić na niej miłe wrażenie. No i za nic na świecie nie próbuj zaciągnąć ją od razu do wyra! To na pewno nie zadziałałoby na twoją korzyśc.
— Dzięki za takie genialne porady. Sam nigdy bym na to nie wpadł! — zakpił Barry.
— A czego po mnie oczekiwałeś? Że powiem ci co masz robić, krok po kroku? Nie ma czegoś takiego jak schemat na udaną randkę. Wszystko zależy od ciebie. Ja mogę jedynie trzymać kciuki, żeby ci się udało!
Trudno było się z nim nie zgodzić. Barry zdał sobie sprawę z ważnej rzeczy. Sam fakt, że Patricia zgodziła się z nim spotkać, w żadnym wypadku nie był gwarantem dalszego sukcesu. Najtrudniejsze dopiero go czekało. Na randce musiał zaprezentować się na tyle dobrze, by dziewczyna miała ochotę rozwinąć tą znajomość w coś poważniejszego. Niestety nie miał bladego pojęcia, jak to zrobić. Jego doświadczenia z płcią przeciwną nie należały do najprzyjemniejszych. W ciągu sześciu ostatnich lat spotkał się z kilkunastoma dziewczynami, nie trafił jednak na taką, która byłaby chętna do kontynuowania znajomości. Mimo jego usilnych starań, pierwsza randka okazywała się zarazem ostatnią, a on zachodził w głowę czemu tak się dzieje. Jedyny wyjątek od tej niechlubnej reguły stanowiła Trama Abate, która jednak od początku nakreśliła między nimi wyraźne granice. „Możemy się przyjaźnić, ale nie chcę ci robić nadziei, że między nami może być coś więcej” — powiedziała, widząc że jest nią zainteresowany.
Statystycznie rzecz biorąc, szanse na usidlenie Patricii wynosiły zero procent. Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się nieprzyjemnych myśli, które z siłą huraganu zaczęły opanowywać jego umysł.
— Wiesz co, George? Chyba jednak napiję się tego piwa...




Nie odmawia się, gdy kolega zaprasza na flaszkę. Zgodnie z tą zasadą w piątek o godzinie dwudziestej pierwszej trzydzieści Barry opuścił swój przybytek i skierował kroki wprost do Pioliniego. Rodzice Roberta wyjechali na imieniny do ciotki, zostawiając synowi wolne mieszkanie. Piolini zamierzał to maksymalnie wykorzystać i naprędce zorganizował kameralną imprezę. Wódka już się mroziła w lodówce, zapewnił, dzwoniąc do Barry'ego z zaproszeniem niecałe pół godziny wcześniej.
Słońce powoli chowało się za horyzontem i było już prawie całkiem ciemno, gdy Barry wszedł na teren parku miejskiego, który znajdował się pomiędzy jego osiedlem, a osiedlem Thorn Gate, na którym mieszkał Robert. Wieczorami park stanowił ulubione miejsce spotkań wszelkiego rodzaju meneli i pijaków, łatwo było tu zarobić w zęby bez żadnego racjonalnego powodu. Barry szedł główną, wyasfaltowaną i jasno oświetloną aleją, która przecinała park na pół i była rejonem stosunkowo bezpiecznym. Nie obawiał się więc o zdrowie, bardziej interesowało go czy wódka faktycznie będzie zimna i gotowa do natychmiastowego spożycia. W połowie drogi oparł się o barierki mostku pod którym płynęła rzeka Pisa, posiadająca w tym miejscu zaledwie trzy metry szerokości i niecałe trzydzieści centymetrów głębokości. W zeszłym roku znaleziono w niej zwłoki faceta z nożem tkwiącym po samą rękojeść w klatce piersiowej. Sprawcy zbrodni nigdy nie wykryto.
Wyciągnął z kieszeni załadowaną fifkę, rozejrzał się profilaktycznie dookoła i dopiero wtedy zapalił. Resztki popiołu wydmuchał do rzeki i nieco otumaniony ruszył przed siebie. Wkrótce opuścił park, wchodząc wprost między smutne szare bloki, mające najlepsze czasy już dawno za sobą. Na ławce przed jedną z klatek schodowych siedziała spora grupka hałaśliwej młodzieży z piwem w ręku. Z okna na ostatnim piętrze dochodziły odgłosy rodzinnej awantury. Jakiś facet, najwyraźniej mocno pijany, wyzywał żonę na wszelkie możliwe sposoby. Standardowy piątkowy wieczór w Sevanie.
Unger skręcił w boczną uliczkę i jego oczom ukazał się blok w którym mieszkał Robert. Był już niemal na miejscu.
W tym momencie usłyszał za plecami przeraźliwy pisk opon samochodu. Przestraszony nieoczekiwanym hałasem odskoczył w bok, omal nie potykając się o wysoki krawężnik. Pięć metrów od niego gwałtownie zatrzymał się srebrny volkswagen passat. Spod jego kół wydobywały się smużki dymu. Co za wariat, mało brakowało, a byłby go potrącił...
Nie zdążył zareagować w żaden sposób, gdy z samochodu wyskoczyło dwóch mężczyzn. Tomas Bones, gdyż to on był jednym z nich, najwyraźniej nie zapomniał co wydarzyło się prawie tydzień temu przed barem Allibi. Drugim facetem okazał się znany Barry'emu z widzenia Edgar Prost; wielki łysy typ o inteligencji rozwielitki, z którym nie warto było zadzierać. Ci którzy nie stosowali się do tej reguły zazwyczaj kończyli w szpitalu na oddziale chirurgii urazowej.
Barry, nie myśląc wiele, zrobił odwrót na pięcie i rzucił się do ucieczki. Stawka szła o coś więcej niż tylko jego zęby.
— Edgar, pomóż mi złapać tego skurwiela! — usłyszał pełen nienawiści krzyk Tomasa.
Ungera ogarnęła panika. Słysząc za sobą tupot ciężkich butów, zatracił możliwość logicznego myślenia. Wytężył wszystkie siły, by nie zgubić również tempa biegu. Ciężko dysząc wpadł do parku i dopiero wtedy odważył się spojrzeć za siebie. Odsadził prześladowców na jakieś trzydzieści metrów, ale to było za mało, by czuć się bezpiecznie. Zwłaszcza, że zaczynało brakować mu sił. Z trudem łapał oddech, a płuca domagały się coraz więcej tlenu. Początkowy sprint mocno nadwyrężył zasoby jego energii.
— Już nie żyjesz, Unger! — wrzasnął Bones. — Popamiętasz mnie ty pierdolona cioto!
Barry, tknięty niewytłumaczalnym impulsem, zbiegł z jasno oświetlonej alei, wprost w otaczający go mrok. Ruszył na przełaj, przedzierając się przez wysokie krzaki, smagające go po dłoniach i twarzy. W końcu, po niemal stumetrowej przeprawie, dotarł do brzegu Pisy. Powierzchnia rzeki błyszczała w świetle księżyca, szmer płynącej wody na moment ukoił jego rozdygotane nerwy.
Od pewnego czasu nie słyszał odgłosów podążającej za nim pogoni, w ciemności niewiele też widział. Resztką sił wcisnął się na czworakach w najgęstsze zarośla i oparł plecami o pień rosnącego tam dębu. Otarł rękawem mokre od potu czoło. Sielanka nie trwała długo. Wkrótce do jego uszu dotarły strzępki cichej rozmowy. Serce znów zabiło mu mocniej. Podświadomie wiedział, że musi pozostać na stanowisku i liczyć, że okaże się ono dobrym schronieniem.
— Zgubliśmy go! — oznajmił jakiś głos. Barry zidentyfikował go jako Edgara Prosta. — Skurwiel szybko biega...
— Musi tu gdzieś być! — Tomas Bones nie zamierzał dać za wygraną. — Trzeba go znaleźć!
— Co to w ogóle za frajer? Czemu go goniliśmy jak pojebani? — Prost przeszedł dosłownie metr od siedzącego pod dębem Barry'ego, który trwał w bezruchu niczym starożytny posąg.
— Koleś wychujał mnie na kasę — skłamał Bones. Widocznie wstydził się przyznać co tak naprawdę zaszło między nim a Ungerem.
— Nie lepiej dorwać go na chacie?
— Nie wiem gdzie ten cwel mieszka! — mruknął Tomas z żalem. — Gdybym wiedział, to już miałby swój nagrobek na cmentarzu...
Barrym wstrząsnął zimny dreszcz.
— Przeszukajmy te krzaki! — polecił Bones. — Musi tu gdzieś być!
Unger struchlał z przerażenia. Jeśli skrupulatnie przeszukają teren, będzie bez szans. Miejsce w którym się znajdował, ciemne i odludne, było idealne, żeby spuścić mu solidny wpierdol. Łomot, którego nie zapomni do końca życia... Oczywiście o ile w ogóle to przeżyje; niczego nie można było wykluczyć. Gorączkowo zastanawiał się nad dalszym działaniem, słuchając w tle, jak dwójka dresiarzy penetruje okoliczne zarośla.
— Wdepłem w gówno! — jęknął nagle Bones z odrazą. — Jak śmierdzi... Zaraz się zerzygam!
Mimo powagi sytuacji Unger nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Do jego uszu doleciał dźwięk podeszw butów wycieranych w trawę i towarzyszące temu przekleństwa Tomasa.
— Chodźmy stąd lepiej — poradził Edgar. — Koleś i tak nam spierdolił, nie ma sensu szukać go po krzakach! Są ciekawsze rzeczy do roboty!
— No dobra! — westchnął zawiedziony Bones. — Dorwiemy go kiedy indziej...
Barry spędził w ukryciu jeszcze dobre dziesięć minut, zanim uzyskał pewność, że prześladowców nie ma w pobliżu. Wydostał się z zarośli i szybkim krokiem podążył w stronę swojego osiedla, uważnie rozglądając się dookoła. Ochota na wódkę u Roberta minęła bezprowrotnie.
Był już niemal w domu, gdy zadzwonił telefon w jego kieszeni.
— Kiedy będziesz? — zapytał Robert bezceremonialnie, ledwo Barry zdążył odebrać.
— Nie przyjdę dzisiaj do ciebie! Właśnie cudem uciekłem Tomasowi Bonesowi i Edgarowi Prostowi... Gonili mnie po całym parku, miałem szczęście że mnie nie złapali!
— Poważnie? Niezłe jaja...
— W każdym razie muszę sobie darować wyprawy na twoje osiedle. Za duże ryzyko, że wpadnę na tego kretyna.
— Okay, no to szkoda... A co z wódką w mojej lodówce?
— Jak chcesz to wpadnij z nią do mnie...
— Nie chce mi się wychodzić z domu. Właśnie zrobiłem sobie kolację!
— No to wypijemy ją kiedy indziej — zdecydował Barry. — Muszę kończyć, narka!
— Narka!
Barry przerwał połączenie i uśmiechnął się sam do siebie. Summa summarum, ten dzień mógł skończyć się o wiele gorzej.
24.12.2011 11:00
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Odpowiedz 


Skocz do: