RE: Vendetta (tytuł roboczy) ( +18 )
2.
Dochodziła siedemdziesiąta minuta spotkania, gdy Filippo Inzaghi otrzymał świetne podanie od Gennaro Gattuso i znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem Juventusu. Włoski napastnik nie zwykł marnować podobnych okazji. Przełożył piłkę na prawą nogą i oddał silny strzał na długi słupek. Uderzenie było na tyle mocne i precyzyjne, że nawet taki fachowiec w bramce, jak Gianluigi Buffon, mógł tylko obserwować lot piłki. Gol! Milan objął zasłużone prowadzenie w meczu z Juventusem Turyn. Jeden do zera! Do końca pojedynku zostało jeszcze trochę czasu i wynik w każdej chwili mógł ulec zmianie. Piłkarze Juventusu wznowili grę z środka boiska i od razu znaleźli się w natarciu. Rajd Camoranesiego przy linii bocznej został powstrzymany dopiero przez wślizg Paolo Maldiniego. Później dobrą okazję do wyrównania miał Alessandro Del Piero, ale golkiper Milanu popisał się ładną paradą, zapobiegając utracie gola. Juve przeważało, nic z tego jednak nie wynikało. W dziewięćdziesiątej minucie Kaka' rozegrał piłkę z Clarence'm Seedorfem, ten podał w pole karne do nieobstawionego Inzaghiego, który bez większych problemów strzelił do pustej bramki. Milan — Juve 2:0. Wkrótce sędzia odgwizdał koniec pojedynku. Gracze Juventusu ze spuszczonymi głowami powędrowali do szatni.
Robert ze złością odrzucił joypad na bok i wstał z fotela.
— Masz niesamowitego fuksa! — zarzucił Barry'emu. — W całym meczu tylko dwa razy strzeliłeś na moją bramkę i zdobyłeś dwa gole... Ja miałem kilkanaście strzałów i nic z tego nie wyszło. Wkurwia mnie takie coś...
— Nie tłumacz się, po prostu jesteś słaby w tą grę — zaśmiał się Unger, nie kryjąc zadowolenia z wygranej. — Zresztą jak ty chciałeś ze mną wygrać, grając Juventusem przeciwko Milanowi? Różnica klas obu zespołów jest aż nadto widoczna.
Robert od czternastu lat kibicował namiętnie drużynie ze stolicy Piemontu, prawdopodobnie będąc największym fanem tej ekipy mieszkającym poza granicami Italii. Natomiast Barry od takiego samego czasu trzymał kciuki za Milanem. Nie było meczu „czerwono-czarnych”, którego nie obejrzałby w telewizji, jeżeli tylko miał taką możliwość. Obecnie to właśnie on miał więcej powodów do radości. Juventus cały rok spędził na karnej degradacji w Serie B, podczas gdy Milan zakończył sezon zdobyciem kolejnego w historii Pucharu Ligi Mistrzów, co czyniło go najlepszą drużyną Europy.
— Milan to szmaciarze. Przekonasz się o tym w nadchodzącym sezonie. Juventus wrócił do Serie A i pokaże tym tępym fiutom z Mediolanu, gdzie jest ich miejsce!
— Tępe fiuty grają wyłącznie w biało-czarnych koszulkach... — odburknął Unger.
George, nie ruszając się z miejsca, wyłączył konsolę odpowiednim klawiszem na kontrolerze.
— Po co się kłócicie o takie bzdury? — zapytał. — Przecież i tak wiadomo, że najlepszy jest Real Madryt!
Barry i Robert zareagowali szyderczym śmiechem. George często prowokował ich w podobny sposób; doskonale zdawał sobie sprawę, że obaj nie znosili madryckiej drużyny, a wspólna niechęć powodowała, że zapominali o dzielących ich animozjach.
Merikson przyjął wygodniejszą pozycję w fotelu i założył nogę na nogę. Odpalił papierosa, wyjętego ze świeżo otwartej paczki marlboro.
— Nie chcę się chwalić, ale wczoraj miałem noc pełną wrażeń — oświadczył z łobuzerskim uśmiechem. — Poznałem w Exotic pewną pannę. Ma na imię Kriss. To naprawdę super laska, przypomina z wyglądu Monicę Bellucci za najlepszych lat. Zresztą Barry chwilę z nią gadał, więc może to potwierdzić. — znacząco mrugnął okiem w stronę kolegi. — Już na wstępie dała mi do zrozumienia, że chodzi jej tylko o seks, a ona nie przyjmuje odmowy. Wziąłem ją więc na chatę i od razu przeszliśmy do sedna sprawy. Musiałem się sporo natrudzić, by ją zadowolić. Jeszcze nigdy nie gościłem u siebie tak wymagającej partnerki... Podrapała mi całe plecy i brzuch, nie wiem jak ja to wytłumaczę Priscilli...
— Pusta dziwka z tej Kriss — podsumował Barry, mając na uwadze sposób w jaki dziewczyna potraktowała go wczoraj w Exotic.
— Może i pusta, ale za to ma niesamowite ciało i olbrzymi apetyt na seks. Muszę się z nią jeszcze kiedyś spotkać. W łóżku jest sto razy lepsza od Anety i Priscilli. Przypomina dzikie zwierzę, jest nieobliczalna i całkowicie nieprzewidywalna. Przechodzą mnie ciarki na samo wspomnienie o tym, co mi wczoraj robiła...
— Przestań już gadać o dupczeniu! — poprosił Robert. — Wczoraj przez trzy godziny próbowałem wyrwać jakąś laseczkę w Exotic. Niestety skończyło się na tym, że ostro się schlałem, bo ciągle waliłem browarki. Nawet nie pamiętam, jak wróciłem do domu, ale musiałem się awanturować, bo starzy są na mnie strasznie wkurwieni.
— Trzeba sie wreszcie wyprowadzić od rodziców i trochę usamodzielnić! — stwierdził George sarkastycznie. — Jak mieszkasz sam, to możesz robić co tylko chcesz i nikt sie ciebie nie czepia.
— Odkąd się wyprowadziłem od rodziców, nie wyobrażam sobie, żebym mógł znów z nimi mieszkać! — wtrącił Barry. — Fakt, że trzeba samemu sprzątać, prać i robić tym podobne rzeczy, ale plusów jest znacznie więcej.
— Łatwo wam powiedzieć, najpierw trzeba mieć mieszkanie, do którego można by się przenieść. Na razie jestem skazany na starych i ich wieczne pretensje. Zresztą brakowałoby mi obiadków mojej mamy...
Zadzwonił telefon. George bez pośpiechu wyciągnął komórkę z kieszeni spodni i odebrał połączenie. Rozmowa, którą przeprowadził, była bardzo krótka i lakoniczna. Ze strony Meriksona ograniczyła się do trzech zwrotów: „cześć”, „no to czekam” i „na razie”. Barry od razu domyślił się, kto był jego rozmówcą.
— Priscilla będzie tu za pół godziny! — mruknął George, chyba nie do końca zadowolony z odwiedzin swojej dziewczyny. — Muszę trochę ogarnąć ten burdel w pokoju...
— W takim razie ja będę spadał! — Barry podniósł się z fotela.
— Czemu? — George spojrzał na niego ze zdziwieniem.
— Dobrze wiesz, jaki mam stosunek do Priscilli, a ona do mnie...
Priscilla, śliczna studentka psychologii, od najmłodszych lat rozpieszczana przez rodziców, uważała się za centrum wszechświata. Patrzyła na wszystkich z góry, jakby cała ludzkość została stworzona tylko po to, by spełniać jej zachcianki. Szczególnie pogardliwie odnosiła się do Barry'ego. Traktowała go jak powietrze, zbywała milczeniem, ilekroć usiłował zagaić z nią rozmowę. Nic więc dziwnego, że Unger nie pałał do niej sympatią.
Pożegnał się z kolegami, w przedpokoju założył buty i wyszedł na klatkę schodową. Schodząc na dół podziwiał kolorowe dzieła lokalnych grafficiarzy, pozostawione na odrapanych ścianach, gdzie hasła „JEBAĆ POLICJĘ”, powtarzające się na na każdym piętrze, należały do najbardziej wyrafinowanych.
Na dole czekało go niemałe zaskoczenie. Ławkę pod blokiem okupowała małoletnia blondyneczka, którą zaledwie wczoraj uchronił przed agresją Bonesa. Towarzyszyła jej starsza dziewczyna, ubrana w białą bluzeczkę bez ramion i obcisłe dżinsy celowo porozcinane na kolanach i udach. Z zainteresowaniem skupił na niej wzrok. Miała długie pofalowane włosy w odcieniu ciemny blond, okalające ładną buzię, której główny punkt stanowiły zmysłowe usta. Szare oczy spojrzały na niego pogodnie, gdy odwróciła się w jego kierunku.
— Cześć! — powiedziała wstając. — Mam na imię Patricia, a to moja siostra Silvana. Nie znamy się, ale chciałam ci podziękować za to, że wczoraj uratowałeś ją przed tym psychopatą...
Silvana stanęła obok starszej siostry i wtuliła się w jej bok.
— Wczoraj byłam bardzo przestraszona i zapomniałam podziękować! — oznajmiła, rumieniąc się i wstydliwie spuszczając oczy. — Dziękuję! — dodała trochę śmielej.
Barry uśmiechnął się mimowolnie.
— Nie ma za co! — odparł z fałszywą skromnością. — Na moim miejscu każdy zrobiłby to samo...
Wygłosił wyświechtany slogan, ale nic mądrzejszego nie przyszło mu do głowy.
— Mogę ci się jakoś odwdzięczyć? — zapytała Patricia po krótkiej chwili milczenia.
Jego umysł wypełniła pustka. Zawsze onieśmielały go piękne dziewczyny, a Patricia z pewnością do takich się zaliczała. Wziął głęboki oddech, by zyskać na czasie.
— Jeśli to nie byłby dla ciebie kłopot... — Zaczął nieśmiało, zwietrzywszy nadarzającą się okazję. — Może mógłbym cię zaprosić na spacer... Nic zobowiązującego... Zwykłe spotkanie... Pogadalibyśmy i takie tam...
Czuł, że się wygłupił. Patricia pewno miała spory ubaw z niego, jednak nie dała tego po sobie poznać.
— Dobrze, możemy się kiedyś spotkać. — obiecała. — Tyle, że będę miała czas dopiero w przyszłym tygodniu. Pasuje ci ten termin?
— Oczywiście, że tak!
— W takim razie zgadamy się jeszcze... A jak masz w ogóle na imię?
— Barry Unger.
— Miło mi! — zabawnie wydęła wydatne usta i podała mu dłoń. Uścisnął ją delikatnie.
— Podasz mi swój numer telefonu? — poprosił. — Inaczej będzie nam trudno umówić się na to spotkanie...
Bez wahania wyrecytowała dziewięciocyfrowy numer, który natychmiast zapisał w pamięci swojego K800i. Puścił krótki sygnał na jej aparat, by miała na niego namiar.
— Dzięki! — powiedziała. — Odezwę się do ciebie. Obiecuję!
— A kiedy mniej więcej mogę się tego spodziewać?
— Myślę, że uda mi się wygospodarować trochę wolnego czasu w przyszłą środę lub czwartek.
— Okay, w takim razie będę czekał! — uśmiechnął się.
Patricia odpowiedziała tym samym i z czułością objęła Silvanę. Widać było, że siostry są bardzo zżyte ze sobą.
— Niestety, ale musimy wracać do domu! — Patricia wprawnym ruchem poprawiła kosmyk włosów, który nieopacznie zabłądził na jej czoło. — Trzymaj się Barry, do zobaczenia!
— Do zobaczenia! — odparł, nie mogąc oderwać oczu od jej rozświetlonej słońcem twarzy.
Odwróciła się i wraz z Silvaną poszła chodnikiem wzdłuż bloku George'a Meriksona. Barry przez jakiś czas patrzył za nimi, nie wierząc własnemu szczęściu. Zaledwie pięć minut temu był przekonany, że nigdy nie znajdzie kobiety chętnej się z nim umówić, a teraz na jego oczach ziścił się cud. Życie jest piękne!
Do domu wrócił w świetnym humorze. Dawno już nie czuł się tak dobrze. Gdy tuż przed północą położył się do łóżka, długo nie mógł zasnąć. Piękna Patricia całkowicie opanowała jego myśli...
Następnego dnia, prosto po wyjściu z pracy, udał się do George'a Meriksona. Po drodze zjadł skromną namiastkę obiadu pod postacią hot-doga w chrupiącej bułce, który nie do końca zaspokoił jego potrzeby smakowe, ale przynajmniej na jakiś czas wypełnił żołądek.
— Cześć! — George wyglądał, jak gdyby dopiero przed chwilą zwlókł się z łóżka. Rozczochrane brązowe włosy sterczały mu we wszystkie strony.
— Cześć, mam nadzieję że nie przeszkadzam?
— No coś ty! — zaśmiał się Merikson. — Właź do środka...
Zasiedli w salonie. George przyniósł dwa piwa w puszce, ale Barry nie przyjął poczęstunku.
— Wiesz, że staram się nie pić w tygodniu... A zwłaszcza prosto po wyjściu z pracy! — oznajmił. — Muszę ograniczyć spożycie alkoholu, bo ostatnio trochę z nim przesadzam!
— Jak tam chcesz! — Merikson pociągnął za zawleczkę w puszce. Ta otworzyła się z głośnym sykiem, powietrze wypełnił kwaśny zapach piwa.
Barry postanowił od razu wyjawić cel swojej wizyty, bo przecież nie przyszedł tutaj bez konkretnego powodu.
— Mam pytanie... Mieszka na twoim osiedlu jakaś Patricia? Bardzo ładna dziewczyna, ma około dwudziestu lat i długie kręcone włosy w odcieniu ciemny blond...
— Hmmm — zastanowił się George, mrużąc oczy i zaciskając usta. — A wiesz coś więcej na jej temat? Po tym skąpym opisie trudno mi odpowiedzieć na twoje pytanie.
— Ma młodszą siostrę. Silvanę, albo coś w tym stylu. Taka mała dziewczynka z bardzo jasnymi włosami...
Na przystojnej twarzy Meriksona, okolonej dwudniowym zarostem, pojawił się tajemniczy uśmiech.
— Chyba wiem o kogo ci chodzi — powiedział i przyłożył puszkę do warg. — To Patricia Miåås, mieszka w bloku obok mnie... Czemu o nią pytasz?
Unger w kilku zdaniach opowiedział zdarzenia z ostatnich dwóch dni, starając się nie pominąć nic istotnego.
— Więc umówiłeś się z nią na randkę! — podsumował George z lekkim niedowierzaniem. — Dobrze trafiłeś. Znam ją trochę i mogę stwierdzić, że to naprawdę fajna dziewczyna. W sam raz dla ciebie. Uprzejma, miła, nie szlaja się po dyskotekach. Dokładnie taka jak lubisz... A poznałeś już jej najlepszą koleżankę?
— Jaką koleżankę?
— Salaiyę De la Haye.
— Nie miałem jeszcze okazji — mruknął Barry. — A kto to jest?
— Sam się kiedyś przekonasz. W każdym razie uważaj na nią, niech cię nie zwiedzie jej aparycja. Wygląda jak laleczka, ale jest groźna niczym wściekły Mike Tyson... Ma nieźle poryty beret i nie panuje nad agresją! Od czasu do czasu lubi komuś przyłożyć, a że trenuje mieszane sztuki walki, dobrze jej to wychodzi. Dwa miesiące temu byłem świadkiem, jak pobiła pewnego gościa, który zaczepiał ją w Blue Moon. Z zimną krwią złamała mu rękę, bo nie chciał jej przeprosić! Jeśli Salaiya wyczuje, że masz nieczyste intencje w stosunku do Patricii, to rónież tobie może dać się ostro we znaki!
— Dzięki, że mnie ostrzegłeś. Mam nadzieję, że nie będzie mi dane jej poznać! — odparł, nie biorąc do serca rad kolegi. Jakoś nie przerażały go szalone dziewczyny, łamiące przeciwnikom kończyny. Miał gorsze problemy, na przykład Tomasa Bonesa.
George przygładził włosy i podrapał się po brodzie.
— Wracając do tematu Patricii — zaczął — lepiej nie mów jej na pierwszej randce, że palisz zioło i tym podobnych rzeczy. To spokojna, dobrze poukładana dziewczyna i możesz ją do siebie zrazić takimi wyznaniami. Poza tym miej na uwadze, że jej ojciec jest policjantem. Odpowiada za sekcję kryminalną w Sevanie...
— Mówisz poważnie? — zaniepokoił się Barry.
— Czy ja wyglądam na kogoś, kto żartuje? — zapytał George, patrząc mu prosto w oczy.
— Czasami ciężko cię wyczuć... — odpowiedział zgodnie z prawdą Unger. — A tak w ogóle, to może masz jakiś przepis na to, aby randka z Patricią była udana? Przydałaby się mi pomoc takiego zawodowca jak ty!
Merikson przez krótką chwilę zwlekał z odpowiedzią. Oparł się o ścianę, a jego twarz przybrała wyraz skupienia.
— Przede wszystkim postaraj się zrobić na niej miłe wrażenie. No i za nic na świecie nie próbuj zaciągnąć ją od razu do wyra! To na pewno nie zadziałałoby na twoją korzyśc.
— Dzięki za takie genialne porady. Sam nigdy bym na to nie wpadł! — zakpił Barry.
— A czego po mnie oczekiwałeś? Że powiem ci co masz robić, krok po kroku? Nie ma czegoś takiego jak schemat na udaną randkę. Wszystko zależy od ciebie. Ja mogę jedynie trzymać kciuki, żeby ci się udało!
Trudno było się z nim nie zgodzić. Barry zdał sobie sprawę z ważnej rzeczy. Sam fakt, że Patricia zgodziła się z nim spotkać, w żadnym wypadku nie był gwarantem dalszego sukcesu. Najtrudniejsze dopiero go czekało. Na randce musiał zaprezentować się na tyle dobrze, by dziewczyna miała ochotę rozwinąć tą znajomość w coś poważniejszego. Niestety nie miał bladego pojęcia, jak to zrobić. Jego doświadczenia z płcią przeciwną nie należały do najprzyjemniejszych. W ciągu sześciu ostatnich lat spotkał się z kilkunastoma dziewczynami, nie trafił jednak na taką, która byłaby chętna do kontynuowania znajomości. Mimo jego usilnych starań, pierwsza randka okazywała się zarazem ostatnią, a on zachodził w głowę czemu tak się dzieje. Jedyny wyjątek od tej niechlubnej reguły stanowiła Trama Abate, która jednak od początku nakreśliła między nimi wyraźne granice. „Możemy się przyjaźnić, ale nie chcę ci robić nadziei, że między nami może być coś więcej” — powiedziała, widząc że jest nią zainteresowany.
Statystycznie rzecz biorąc, szanse na usidlenie Patricii wynosiły zero procent. Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się nieprzyjemnych myśli, które z siłą huraganu zaczęły opanowywać jego umysł.
— Wiesz co, George? Chyba jednak napiję się tego piwa...
Nie odmawia się, gdy kolega zaprasza na flaszkę. Zgodnie z tą zasadą w piątek o godzinie dwudziestej pierwszej trzydzieści Barry opuścił swój przybytek i skierował kroki wprost do Pioliniego. Rodzice Roberta wyjechali na imieniny do ciotki, zostawiając synowi wolne mieszkanie. Piolini zamierzał to maksymalnie wykorzystać i naprędce zorganizował kameralną imprezę. Wódka już się mroziła w lodówce, zapewnił, dzwoniąc do Barry'ego z zaproszeniem niecałe pół godziny wcześniej.
Słońce powoli chowało się za horyzontem i było już prawie całkiem ciemno, gdy Barry wszedł na teren parku miejskiego, który znajdował się pomiędzy jego osiedlem, a osiedlem Thorn Gate, na którym mieszkał Robert. Wieczorami park stanowił ulubione miejsce spotkań wszelkiego rodzaju meneli i pijaków, łatwo było tu zarobić w zęby bez żadnego racjonalnego powodu. Barry szedł główną, wyasfaltowaną i jasno oświetloną aleją, która przecinała park na pół i była rejonem stosunkowo bezpiecznym. Nie obawiał się więc o zdrowie, bardziej interesowało go czy wódka faktycznie będzie zimna i gotowa do natychmiastowego spożycia. W połowie drogi oparł się o barierki mostku pod którym płynęła rzeka Pisa, posiadająca w tym miejscu zaledwie trzy metry szerokości i niecałe trzydzieści centymetrów głębokości. W zeszłym roku znaleziono w niej zwłoki faceta z nożem tkwiącym po samą rękojeść w klatce piersiowej. Sprawcy zbrodni nigdy nie wykryto.
Wyciągnął z kieszeni załadowaną fifkę, rozejrzał się profilaktycznie dookoła i dopiero wtedy zapalił. Resztki popiołu wydmuchał do rzeki i nieco otumaniony ruszył przed siebie. Wkrótce opuścił park, wchodząc wprost między smutne szare bloki, mające najlepsze czasy już dawno za sobą. Na ławce przed jedną z klatek schodowych siedziała spora grupka hałaśliwej młodzieży z piwem w ręku. Z okna na ostatnim piętrze dochodziły odgłosy rodzinnej awantury. Jakiś facet, najwyraźniej mocno pijany, wyzywał żonę na wszelkie możliwe sposoby. Standardowy piątkowy wieczór w Sevanie.
Unger skręcił w boczną uliczkę i jego oczom ukazał się blok w którym mieszkał Robert. Był już niemal na miejscu.
W tym momencie usłyszał za plecami przeraźliwy pisk opon samochodu. Przestraszony nieoczekiwanym hałasem odskoczył w bok, omal nie potykając się o wysoki krawężnik. Pięć metrów od niego gwałtownie zatrzymał się srebrny volkswagen passat. Spod jego kół wydobywały się smużki dymu. Co za wariat, mało brakowało, a byłby go potrącił...
Nie zdążył zareagować w żaden sposób, gdy z samochodu wyskoczyło dwóch mężczyzn. Tomas Bones, gdyż to on był jednym z nich, najwyraźniej nie zapomniał co wydarzyło się prawie tydzień temu przed barem Allibi. Drugim facetem okazał się znany Barry'emu z widzenia Edgar Prost; wielki łysy typ o inteligencji rozwielitki, z którym nie warto było zadzierać. Ci którzy nie stosowali się do tej reguły zazwyczaj kończyli w szpitalu na oddziale chirurgii urazowej.
Barry, nie myśląc wiele, zrobił odwrót na pięcie i rzucił się do ucieczki. Stawka szła o coś więcej niż tylko jego zęby.
— Edgar, pomóż mi złapać tego skurwiela! — usłyszał pełen nienawiści krzyk Tomasa.
Ungera ogarnęła panika. Słysząc za sobą tupot ciężkich butów, zatracił możliwość logicznego myślenia. Wytężył wszystkie siły, by nie zgubić również tempa biegu. Ciężko dysząc wpadł do parku i dopiero wtedy odważył się spojrzeć za siebie. Odsadził prześladowców na jakieś trzydzieści metrów, ale to było za mało, by czuć się bezpiecznie. Zwłaszcza, że zaczynało brakować mu sił. Z trudem łapał oddech, a płuca domagały się coraz więcej tlenu. Początkowy sprint mocno nadwyrężył zasoby jego energii.
— Już nie żyjesz, Unger! — wrzasnął Bones. — Popamiętasz mnie ty pierdolona cioto!
Barry, tknięty niewytłumaczalnym impulsem, zbiegł z jasno oświetlonej alei, wprost w otaczający go mrok. Ruszył na przełaj, przedzierając się przez wysokie krzaki, smagające go po dłoniach i twarzy. W końcu, po niemal stumetrowej przeprawie, dotarł do brzegu Pisy. Powierzchnia rzeki błyszczała w świetle księżyca, szmer płynącej wody na moment ukoił jego rozdygotane nerwy.
Od pewnego czasu nie słyszał odgłosów podążającej za nim pogoni, w ciemności niewiele też widział. Resztką sił wcisnął się na czworakach w najgęstsze zarośla i oparł plecami o pień rosnącego tam dębu. Otarł rękawem mokre od potu czoło. Sielanka nie trwała długo. Wkrótce do jego uszu dotarły strzępki cichej rozmowy. Serce znów zabiło mu mocniej. Podświadomie wiedział, że musi pozostać na stanowisku i liczyć, że okaże się ono dobrym schronieniem.
— Zgubliśmy go! — oznajmił jakiś głos. Barry zidentyfikował go jako Edgara Prosta. — Skurwiel szybko biega...
— Musi tu gdzieś być! — Tomas Bones nie zamierzał dać za wygraną. — Trzeba go znaleźć!
— Co to w ogóle za frajer? Czemu go goniliśmy jak pojebani? — Prost przeszedł dosłownie metr od siedzącego pod dębem Barry'ego, który trwał w bezruchu niczym starożytny posąg.
— Koleś wychujał mnie na kasę — skłamał Bones. Widocznie wstydził się przyznać co tak naprawdę zaszło między nim a Ungerem.
— Nie lepiej dorwać go na chacie?
— Nie wiem gdzie ten cwel mieszka! — mruknął Tomas z żalem. — Gdybym wiedział, to już miałby swój nagrobek na cmentarzu...
Barrym wstrząsnął zimny dreszcz.
— Przeszukajmy te krzaki! — polecił Bones. — Musi tu gdzieś być!
Unger struchlał z przerażenia. Jeśli skrupulatnie przeszukają teren, będzie bez szans. Miejsce w którym się znajdował, ciemne i odludne, było idealne, żeby spuścić mu solidny wpierdol. Łomot, którego nie zapomni do końca życia... Oczywiście o ile w ogóle to przeżyje; niczego nie można było wykluczyć. Gorączkowo zastanawiał się nad dalszym działaniem, słuchając w tle, jak dwójka dresiarzy penetruje okoliczne zarośla.
— Wdepłem w gówno! — jęknął nagle Bones z odrazą. — Jak śmierdzi... Zaraz się zerzygam!
Mimo powagi sytuacji Unger nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Do jego uszu doleciał dźwięk podeszw butów wycieranych w trawę i towarzyszące temu przekleństwa Tomasa.
— Chodźmy stąd lepiej — poradził Edgar. — Koleś i tak nam spierdolił, nie ma sensu szukać go po krzakach! Są ciekawsze rzeczy do roboty!
— No dobra! — westchnął zawiedziony Bones. — Dorwiemy go kiedy indziej...
Barry spędził w ukryciu jeszcze dobre dziesięć minut, zanim uzyskał pewność, że prześladowców nie ma w pobliżu. Wydostał się z zarośli i szybkim krokiem podążył w stronę swojego osiedla, uważnie rozglądając się dookoła. Ochota na wódkę u Roberta minęła bezprowrotnie.
Był już niemal w domu, gdy zadzwonił telefon w jego kieszeni.
— Kiedy będziesz? — zapytał Robert bezceremonialnie, ledwo Barry zdążył odebrać.
— Nie przyjdę dzisiaj do ciebie! Właśnie cudem uciekłem Tomasowi Bonesowi i Edgarowi Prostowi... Gonili mnie po całym parku, miałem szczęście że mnie nie złapali!
— Poważnie? Niezłe jaja...
— W każdym razie muszę sobie darować wyprawy na twoje osiedle. Za duże ryzyko, że wpadnę na tego kretyna.
— Okay, no to szkoda... A co z wódką w mojej lodówce?
— Jak chcesz to wpadnij z nią do mnie...
— Nie chce mi się wychodzić z domu. Właśnie zrobiłem sobie kolację!
— No to wypijemy ją kiedy indziej — zdecydował Barry. — Muszę kończyć, narka!
— Narka!
Barry przerwał połączenie i uśmiechnął się sam do siebie. Summa summarum, ten dzień mógł skończyć się o wiele gorzej.
|