Miałam to w sumie dać w dwóch kawałkach, ale wtedy jeden byłby taki trochę niewydarzony, więc daruję sobie cięcie na siłę. :)
-----------------------------
Piwnice są zwykle miejscami cichymi, ciemnymi i pustymi. Ta do opisu pasowała tylko w tych dwóch ostatnich aspektach, a i to tylko na kilku metrach od schodów do drzwi, za którymi znajdował się instytut. Tak to wszystko pobudowano, że pomiędzy różnymi zakładami trzeba było biegać górą przez muzeum albo plac z piramidą. Jurásek nie narzekał. Rzadko do innych zakładów zaglądał. Wymacał w torbie latarkę i oświetlił sobie drogę. Starzy pracownicy chodzili tu po omacku, nowi sobie musieli pomagać. Ponoć było tu oświetlenie na akumulatorach, ale te się rozładowały i nikt nie kwapił się, aby temu zaradzić. Tego poranka hałas zza drzwi był taki, że być może Petr trafiłby na słuch.
W głównym korytarzu było jasno jak w dzień. Kaskady światła spływały z ozdobnych zwieńczeń filarów i tworzyły na wysokości kostek chmurę złocistej, kotłującej się mgły. Jakiś żartowniś dorzucił coś do jednej z nich i świeciła na różowo — nikt nie zwracał na to szczególnej uwagi. Jurásek również tylko skrzywił się na chwilę, przewrócił oczami i wszedł w tłum czopujący przejście. Ponad francuski jazgot wybił się donośny głos Czyżewskiego.
— Cześć, Piotruś! Chodź tu. Nie uwierzysz, jaka heca! — zawołał i płynnie przeszedł z polskiego na francuski. — Koledzy, przepuśćcie Petra. Ja go zaraz wprowadzę w dzisiejsze wydarzenia. No już! Jean–Ludovic nastąp się, proszę.
Jurásek pozwolił się zaciągnąć do ich gabineciku — wedle obliczeń Czyżyka gdzieś nad nimi królował van Eyck i jego realistyczne portrety. Czyżewski torował im drogę niczym żywy taran, jednych przesuwając delikatnie, drugich przepraszając, a inni przezornie sami schodzili mu z drogi, słusznie przestraszeni żywiołem, jakim był postawny Polak.
Za zamkniętymi drzwiami Jurásek zaczął dochodzić do siebie po pierwszym szoku. Dał sobie wcisnąć kubek z kawą i usadzić przy swoim biurku. Czyżewski chwilę jeszcze miotał się niczym kot z pęcherzem nim odnalazł własny kubek i jego również napełnił. W końcu opadł na krzesło i przez moment trwała wokół nich iluzoryczna cisza. Głosy na korytarzu stały się jakby bardziej odległe… Polak zastukał w słoik stojący na szczycie sterty papierów i obudził śpiącą w nim duszę. Ta, zirytowana, od razu zaczęła świecić żółtą ektoplazmą. Ponoć należała do jakiegoś wybitnie bucowatego żołnierza armii napoleońskiej, a dorwał ją Czyżewski gdzieś pod Moskwą. Jurásek nie był pewny ile prawdy jest w tej historii, ale nie wnikał. Grunt, że dusza irytowała się łatwo i świeciła porządnie, co przy braku lamp elektrycznych było bardzo pomocne.
— No i? — zapytał Czech, gdy cisza przedłużyła się ponad zwyczajową chwilę dla złapania tchu.
Czyżewski rzucił mu chytre spojrzenie i uśmiechnął się.
— No mów! Jeszcze się zaraz udusisz z tej radości, co cię rozpiera.
— Czy to taka tam radość, to nie wiem — stwierdził Polak. — Ale jest to news dnia, póki co. Richecoeur ze swoim zespołem wyprodukowali złoto.
Jurásek zakrztusił się kawą. Chwilę rozpaczliwe walczył o oddech, a jego myśli próbowały się pozbierać po tak brutalnie zadanym ciosie. Czyżewski czekał cierpliwie.
— Żyjesz?
Pokiwał głową.
— To dobrze. Co do Richecoeur, to mają póki co jakieś kilka grudek, które zbadał rzeczoznawca i wygląda, że to prawdziwe złoto.
— Jak?
— Ha! — Polak aż klasnął głośno i Jurásek rzucił mu gniewne spojrzenie; jeden stan przedzawałowy właśnie przeżył, a tu mu omal drugiego nie zafundowano. — I to jest najlepsze! Wyszło im to z tej ich piekielnej maszyny, która zajmuje cały pokój pod Marengo. To coś, do czego liczyłeś im konfigurację jakichś piktogramów transgresyjnych, a potem ja to cholerstwo rysowałem na ścianach, bo ciebie grypa położyła do łóżka. A ty wszystkie notatki zrobiłeś po czesku i ja byłem jedynym, który je choć trochę rozumiał.
— I wydzwaniałeś do mnie co pół godziny — wypomniał mu.
— No chyba lepiej, że wydzwaniałem, a nie rysowałem na pałę! — oburzył się Polak. — Jeszcze by coś wybuchło i media doniosłyby o zamachu terrorystycznym na Luwr. Udanym. W każdym razie, o to mi chodzi. Wielkie coś, które nieco pomagałem skręcać. A teraz pora na najlepsze. Oni już do tych kolb wlewali różne rzeczy. Mikstury o recepturze opartej o feng shui i kabałę, śmierdzące cosie z notatek wykopanych nie wiadomo skąd —
— Kranówkę — wtrącił Jurásek.
— Też. Tymczasem wczoraj wieczorem cosik zabalowali. Jakieś urodziny czy coś. Komuś się, w każdym razie, przewróciła butelka wina, tu i tam się rozchlapało, część wlała się do aparatury, ale nikt się nie przejął. Uruchomienie procesu wywołał jakiś inny przypadek. Pewnikiem upadek. W każdym razie to sobie cichutko pracowało noc całą, a rano mieli złoto.
— Z wina?!
—
Vive le vin! — zakrzyknął Czyżewski. — Złoto Suvignon, rocznik 2010. Nastawili kolejna partię i teraz wszystko zapisują, a reszta ludzi, zamiast pracować, włóczy się po piwnicach i piętrach, i zagląda do nich. Życie towarzyskie w podziemiach Luwru kwitnie. Ponoć pod Denon ktoś się nawet oświadczył!
— Szaleństwo.
— Piękne!
— Ale jednak szaleństwo.
Czyżewski wzruszył ramionami.
— Richecoeur planuje przetestować różne szczepy i roczniki. Już tam ktoś od niego ponoć poleciał do Fran Prix po zapas płynów badawczych. Chcę zobaczyć miny kobitek w księgowości, jak dostaną faktury za to. O ile oni tych faktur nie zgubią, bo połowę wina do badań wypijają, świętując.
— Nie zgubią — zapewnił Jurásek. — To Francuzi, dbałość o papiery mają we krwi.
— Jak wino — rozpromienił się Czyżewski. — Co za dzień! A południa jeszcze nie ma.
W przeciwieństwie do większości instytutu, oni w końcu wzięli się do pracy. Jurásek wrócił do zaczętych poprzedniego dnia obliczeń, ale nie mógł się na nich skupić. Myśli uciekały mu w stronę Richecoeur i jego złota oraz ewentualnych skutków tego odkrycia. Scenariusze głównie biegły w stronę załamania rynku metali szlachetnych i musiał się przekonywać, że nikt tu nie jest tak głupi, aby na hurra rzucić nie wiadomo ile kruszcu w obieg. Mimo wszystko…
Wyczarował sobie paczkę herbatników, których zapomniał zabrać z kuchennego stołu.
To jeszcze nic pewnego — skarcił się za wybujałą wyobraźnię. — To zawsze mógł być głupi żart. Nie takie dowcipy oświeceni magowie i alchemicy wycinają niekiedy swoim kolegom po fachu.
Richecoeur ulubieńcem tłumów nie jest, to pewne — analizował. — Wielu mogło chcieć z niego zażartować. Za dzień czy dwa wszystko się wyda. Za dwa tygodnie nikt o tym nie będzie wspominał.
Czyżewski z radością porwał przyniesioną przez Juráseka kopertę i dał się wsiorbać pokrywającym kolejne strony wydruku tabelkom z wynikami badań wpływu żywej wody na kryształy wkurwolitu, nazwa była całkowicie jego pomysłem i był z niej dumny, o niskich koncentracjach substancji czynnej, jakie to zlecili instytutowi w Vichy.
Jurásek chrupał.
— Kur… — dobiegło zza zamkniętych drzwi.
Charakterystyczne francuskie „r” było dla Juráseka wystarczającą wskazówką, aby domyślił się, kto zaraz przekroczy próg czesko–polskiego pokoiku. Jego szef.
—
Merde — doprawił Pelle już w swym rodzimym języku, ledwie zamknął za sobą drzwi. — Jeszcze dwa dni takiego rejwachu, a spakujemy manatki i pojedziemy na badania w terenie. Pieniądze wyciągnę choćby spod ziemi! — Francuz nie tyle mówił, co strzelał słowami niczym z CKM–u.
Usiadł na wolnym krześle koło biurka Czyżewskiego i przez chwilę oddychał ciężko niczym wielki byk, co było widokiem niecodziennym i zabawnym. Dobiegający wieku emerytalnego Edouard Pelle zawsze jawił się Jurásekowi jako człowiek stateczny, ułożony i nie dający się ponieść emocjom.
— Gdzie zniknął Mirek? — zapytał, nieco się uspokoiwszy.
— Poszedł po lunch.
— Już pierwsza?! Jeny. Dawno temu poszedł? Może złapię go jeszcze na komórce. Strasznie nie chcę wychodzić. Jeszcze się o Richcoeur potknę, a wtedy nie wiem, czy mi nerwy wytrzymają… O czternastej mają jakąś prelekcję i co rusz ktoś o niej ćwierka. Już przeszło tydzień pieją o tym swoim złocie! Niech ich. Momencik. — Zadzwonił i po chwili rozpromienił się. Odetchnął. Porozmawiał chwilę z Czyżewskim i widać było, że mu wraca spokój ducha. — Przyszły może te mapy napięć międzyludzkich? — Francuz nagle zmienił temat na taki bliższy jego sercu.
— Mirek zawłaszczył. Są na jego biurku.
— Niech zawłaszcza, jeśli ma jakieś konkretne plany i da to wyniki. Małe stężenia, to my tu w pałacu możemy osiągać. Taki ja przed chwilą byłbym bardzo dobrym generatorem, tylko mi tu puste ogniwo obok położyć i niech się ładuje, ale to mało jest, mało!
— Ponoć dworce dobrze wypadły — odezwał się Jurásek słabo, bo mu się przypomniała podróż RER–em nieco ponad tydzień temu. Gdyby tak musiał codziennie pokonywać ileś stacji i to nie tylko rano, ale na przykład po pracy, słaniając się na nogach… — Wzdrygnął się mimowolnie. — Oj, wtedy na pewno byłby raz na jakiś czas dobrze zdenerwowany na cały świat ogólnie.
— Dobre by to było — Pelle myślał na głos. — Ciągły przepływ ludzi. Brak ryzyka zupełnego wyzerowania się pola. Tak…
Złość Pelle ulotniła z chwilą, gdy wchłonął go jego własny projekt źródła darmowej energii dla wszystkich. Jako stary kawaler kochał to dzieło życia jak własne dziecko i poświęcał mu cały swój czas, ale póki co nic wielkiego z tej miłości nie wynikło. Od kilku lat próbował wyekstrahować czystą energię prosto z ludzkiej złości. Rezultaty były jednak przeciętne.
Pelle pochylił się nad mapami i zaczął coś cicho mówić pod nosem, ale Jurásek go nie rozumiał. Zastukał do duszy, ta rozjarzyła się na żółto, i wrócił do swoich obliczeń.
— Ludzie, lunch! — przerwał im gdyblogię o generatorach zainstalowanych na pociągach Czyżewski. — Żarełko przyszło, doceńcie i zróbcie na nie jakieś miejsce, chyba że się skusimy na jedzenie na trawie przed muzeum. Słońce ładnie świeci.
Pelle skrzywił się. Czyżewski rzucił Jurásekowi pytające spojrzenie.
— Richecoeur — powiedział bezgłośnie.
Na Polaka spłynęło oświecenie.
— Richecoeur i spółka wybyli na lunch, a potem idą od razu przygotowywać swoją prelekcję. Minąłem się z nimi już wracając, więc teren czysty, panie kapitanie — zaraportował i nawet chciał zasalutować, ale siatki z jedzeniem mu to uniemożliwiły.
— Tłoczno będzie…
— Ale za to świeże powietrze!
— W centrum miasta to ono takie świeże… — mruknął cicho i po czesku Jurásek, ale i tak go Polak usłyszał.
Rok współpracy dokształcił obu w kwestiach języków zachodniosłowiańskich, więc i sens Czyżewski pojął jako tako.
— Piotrusiu! — jęknął. — Trujesz! Edouard?
Pelle spojrzał tęsknie na mapy. Nawet jeść mu się nie chciało w ostatnim czasie, tak go praca pochłaniała. Te wyniki z Vichy dały mu tyle nadziei, że za wszelką cenę nie chciał teraz tracić czasu.
— Piotruś?
Jurásek zaczął się łamać i Czyżewski od razu to zauważył.
— Słoneczko będzie, otwarta przestrzeń… — kusił.
— Idźcie, idźcie — zachęcił Pelle. — Ja zjem tu i spotkamy się na tej nieszczęsnej prelekcji.
No i poszli, bo próba przekonania zakochanego w swej pracy naukowca była równie sensowna, co walka z wiatrakami.
— Ludzka ambicja i zawiść, to są dopiero potęgi — perorował Czyżewski, dziabiąc widelcem swój gyros z frytkami i surówką w styropianowym pudełku. — Kiedyś trochę mi tu poopowiadali. Richecoeur i Edouard rywalizują ze sobą od studiów. Będzie bez mała ponad trzydzieści lat. Czterdzieści nawet. Dwaj ambitni, oczytani. Wyrównana gra. No i się teraz Eduard zaharuje na śmierć, aby nie zostać w tyle. Richecoeur rozwiązuje problem długu publicznego i w ogóle finansów. Niech żyje socjał i emerytury w wieku lat sześćdziesięciu. A Edouard co? On ma swoją ideę darmowej energii, tylko ty popatrz na to, Piotrusiu. Richecoeur rząd do stóp padnie, a co przyjdzie Edouardowi z sukcesu? Nienawiść EDF–u? Wezmą go wykupią, patent schowają do szuflady i przez następne sto lat będą zbijali kokosy na tym, co mają. Jak wprowadzą jego odkrycie do użytku, to też pewnie po cichu. Będą w kręgach mówili, że to testowo i na razie nic opinii publicznej mówić nie należy. I tak dalej, a kasiorka będzie do nich płynęła.
— Życie — westchnął filozoficznie Jurásek. — Nikt nie powiedział, że będzie sprawiedliwe.
— Ja to, kurna, wiem.
Pardon my French. Gdyby Edouard nie był takim wielkim patriotą, to może bym go do siebie, do Polski ściągnął. Energetykę to mamy taką, że za kilkanaście lat wyciągnięcie takiego asa z rękawa, to byłoby coś. Albo ja wiem? Gdzieś do Skandynawów go wykopać, ale on się nie da.
Vive la France! Swoją drogą, trzecią część tego złotonośnego potwora skręciłem, ty tam trochę liczyłeś, można by spróbować to odtworzyć gdzieś u nas. Co ty na to, Piotrusiu?
— Nie mam ochoty — mruknął Czech bez entuzjazmu. — Nie podoba mi się, co z tego może wyniknąć.
— Jeny! Przecież ja nie mówię o masowej produkcji. W garażu postawić, sprawdzić czy się uda, a potem w tym wódkę destylować.
Jurásek skrzywił się, dając do zrozumienia, co myśli o wódce, jako takiej.
— No, Piotruś. Kamień filozoficzny to nie jest, ale i tak piękne wyzwanie naukowe — kusił Czyżewski. — Realizacja odwiecznego snu.
— Nie. Wolę generator Edouarda — stwierdził może nieco za ostro.
— Oj, Piotrusiu. Bo ty od razu załamanie rynku widzisz i w ogóle, a ja ci mówię, że ja to bym chciał tak sztuka dla sztuki. Co, Piotruś?
— W ramach sztuki, to ty jedz, Mireček, bo ja cię oficjalnie wysyłam na tę prelekcję.
Czyżewski w pierwszym odruchu zrobił głupią minę, po czym z jego gardła wydobyło się jękniecie, godne duszy cierpiącej katusze w piekielnych czeluściach.
— Sam wrócę do nas i zobaczę, czy nasz szef coś zjadł — kontynuował Jurásek. — Popracujemy sobie. A po prelekcji ty do nas przyjdziesz i nam zdasz piękny, kwiecisty raport, jak to tylko ty potrafisz.
— Sam mam iść?! — jęknął Polak.
— No, Mireček. Wsuwaj — zachęcił.
— Nudno będzie — wymamrotał smutno.
— Nie narzekaj, tylko jedz. Ty sobie zajęcie na pewno znajdziesz, a my w tym czasie trochę te mapki i tabelki przejrzymy, zrobimy z nich jakiś wyciąg i potem będziemy mogli już nad przefiltrowanym materiałem usiąść w trójkę.
Czyżewski przeżuł ostatni kawałek gyrosa, spojrzał na Czecha spode łba i w końcu się uśmiechnął.
— Stoi.
— Koledzy i koleżanki, witam was na prelekcji mojego zespołu — szczebiotał Richecoeur.
Czyżewski siedział na końcu sali tuż obok drzwi i słuchał. Już jakiś czas się zastanawiał, czy w swej młodości lub wieku średnim Richecoeur nie miał jakiegoś małego wypadku, który stanowiłby szczerbę na jego męskości, bo głos miał zdecydowanie za wysoki. Niestety, jak większość pracowników instytutu, był starym kawalerem i na plotkę z pewnego źródła nie było co liczyć.
— Nie będę lał wody i stopniował napięcia, bo wieść o naszym odkryciu obiegła już cały instytut. Otrzymaliśmy złoto z substancji niemającej z nim nic wspólnego, a mianowicie z wina. Nasz produkt, zdaniem rzeczoznawcy, nie odbiega od naturalnego. Poddaje się obróbce jak prawdziwe złoto. Ba, to jest prawdziwe złoto! Stworzenie procesu produkcji trwało przeszło dwadzieścia lat, z czego ostatnie trzy były kluczowe. Machina składa się parowników, wirówek, strącarek, rurek szklanych, miedzianych i spiżowych. Proces wspomagany jest piktogramami transgresyjnymi znajdującymi się zarówno na ścianach, jak i poszczególnych elementach układu.
Na ekranie pojawiło się zdjęcie Złotonośnego Smoka, jak ochrzczono maszynę. Czyżewski nazwałby ją raczej wężem, ale najwyraźniej zespół Richecoeur postanowił poświęcić realizm na rzecz romantyzmu. Zresztą zdjęcie było niewyraźne. Flesz odbił się od szkła i metalu, tworząc jasne gwiazdy przesłaniające sporą część fotografii, w tym naścienne piktogramy, które on sam rysował.
— Parametry pracy maszyny zostały stworzone między innymi w oparciu o prawo Clavreula–Marbota, regułę Vennier, prawo Janina i twierdzenie Thuronsa.
Po sali poniósł się pomruk aprobaty. Tylko kilka osób, w tym Czyżewski, wydawało się zdumionych. Prawo Janina było bardziej tezą niż prawem i zostało rozwinięte przez Tuchoczewa. Cały świat mówił o prawie Tuchoczewa, a tu Janin. Przewrócił oczami.
Niech was, Francuziki — pomyślał.
— W ostatnich tygodniach przeprowadziliśmy szereg eksperymentów, mających na celu zdeterminowanie zależności zarówno szczepu, jak i rocznika produkcji substancji źródłowej od ilości i jakości produktu końcowego.
Kilka osób zachichotało. Ekranem zawładnął kolorowy wykres.
— Badaliśmy sześć szczepów z ostatnich dwóch lat. Wszystkie powszechne i łatwo dostępne. Ponadto, dzięki koledze Billat mogliśmy wykorzystać jedno wino ponad dwudziestoletnie. Widoczna jest ścisła korelacja związana z rocznikiem produktu. Spośród zbadanych szczepów najlepsze wyniki daje Chardonnay.
Wyobraźnia Czyżewskiego wybiegła przed fakty i uraczyła go wizją tajnej francuskiej agencji skupującej, a może wręcz wykradającej najbardziej pożądane butelki. Wino albo życie!
— Z pierwszych otrzymanych partii wykonaliśmy ten oto sygnet. Czy ktoś z sali zechciałby użyczyć na przykład obrączki, aby każdy mógł osobiście porównać oba złota?
Zapanowała wrzawa. Czyżewski spojrzał na swoją obrączkę, ale się nie zdecydował. Musiałby zejść na sam dół, a potem wejść… nie chciało mu się.
— O! Dziękuję, dziękuje bardzo! — zaszczebiotał Richecoeur.
Jakiś profesor z pierwszych rzędów zaofiarował swój sygnet. Prelegent położył oba biżuty na przygotowanej w tym celu tacce.
— I wtedy stało się najlepsze! — Czyżewski uderzył dłonią o blat własnego biurka dla wzmocnienia efektu.
Pelle aż podskoczył i omal nie strącił przy tym kieliszka z winem.
— Mireček, mów, a nie baw się w teatr — skarcił go Jurásek po czesku. — Już dwadzieścia minut budujesz napięcie. Wpadłeś tu z butelką wina i serem, uradowany jak dziecko w Boże Narodzenie i teraz nas katujesz!
— I udało mi się wyprowadzić ciebie z równowagi, Piotrusiu — Czyżewski sparował po polsku.
Pelle patrzył na nich z pewnym zaciekawieniem. Jego znajomość zarówno czeskiego i polskiego była znikoma i ledwie wykraczała poza najpopularniejsze przekleństwa, którymi obaj panowie raczyli się w chwilach wybitnie nerwowych. Nie miał zatem pojęcia, o czym rozmawiają i trochę się obawiał tego, co może nastąpić, gdy już rozmawiać przestaną.
— No już, już. Nie morduj mnie wzrokiem — uspokoił Juráseka Czyżewski i przeszedł na francuski. — Tak więc stało się najlepsze. Coś błysnęło. Myślałem, że mi się przywidziało, bo siedziałem daleko, ale poruszenie w pierwszych rzędach było znaczne, więc raczej nie. Wstałem i zszedłem kilka stopni niżej. Oba sygnety leżały na tacce, dotykając się, ale ten Richecoeur, w kształcie smoka zresztą, tak jakoś dziwnie migotał. Raz był bardziej złoty, raz niemal pomarańczowy. Jak płomień w palenisku. Trwało to chwilę, a potem pach! I została po nim żółtawa kałuża. Zaraz się zrobiło zamieszanie. Laborant Richecoeur wyskoczył gdzieś z któregoś rzędu i wysypał trochę surowego ichniego złota koło sygnetu i znów to samo. Chwila migotania, pach, kałużka. Ktoś sobie przypomniał, że ma złote spinki do mankietów. Wzięli je zamiast sygnetu i to samo. Złoto z wina w kontakcie z prawdziwym wracało do pierwotnej postaci. Richecoeur spurpurowiał cały, a ja czmychnąłem czym prędzej. Poleciałem do sklepu i przybiegłem do was. Trochę na mnie turyści dziwnie patrzyli, ale co tam.
Na twarzy Pelle malowało się zdziwienie. Wygładziły mu się zmarszczki, w oczach błysnęła radość niespokrewniona z naukowym szaleństwem. Widać było, że ogarnął go spokój.
Tego dnia wszyscy trzej wyszli z instytutu wcześnie. Pożegnali się koło piramidy i ruszyli w swoje strony. Pelle ku Sekwanie, a Jurásek i Czyżewski w przeciwnym kierunku.
Siedzieli w małej restauracyjce nad kanałem i pili mętne, belgijskie piwo. Otaczał ich francuski gwar, więc przeszli na miks polsko–czesko–angielski i wspominali ostatnie burzliwe tygodnie.
— Nie żal mi Richecoeur. Mam wręcz nadzieję, że żadne zmiany w jego instalacji nie pomogą — mówił Jurásek. — Naprawdę, kiedy już zacząłem o tym myśleć, to coraz mniej i mniej mi się to podobało.
— Ech ty. Jesteś nieczuły i wyrachowany! — oburzył się teatralnie Czyżewski. — Co z marzeniami z młodości?
Jurásek wzruszył ramionami.
— Mnie inna myśl dopadła, jak stałem w kolejce w sklepie — ciągnął. — Bo może to się tak w ogóle nie da. Może w przyrodzie istnieje jakiś jeszcze nienazwany niczyim nazwiskiem zakaz, że fałszywe zawsze spłonie ze wstydu przy prawdziwym i tylko kamień filozoficzny jest ponad to? A może to tylko dotyczy wybranych rzeczy?
— Może… — zamyślił się Jurásek.
— Możesz nad tym popracować, jak wrócisz do Pragi. Z ciebie dobry teoretyk, ja tam wolę konkrety. A tymczasem toast za francuskie emerytury w wieku lat sześćdziesięciu dwóch, a może i pięciu niebawem.
— Żeś się uparł — roześmiał się Jurásek, ale szklankę do toastu wzniósł. — Zdrowie!
Koniec