Witaj w serwisie literackim Literka.info!

Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, trzymają język za zębami.
~Oscar Wilde


Przed zarejestrowaniem się, koniecznie zajrzyj do REGULAMINU!
Prosimy o uzupełnianie spisu treści!


Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 4 Głosów - 4.5 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Za pięć trzynasta
Autor Wiadomość
Marša Online
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 376
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #1
Za pięć trzynasta
Coś co piszę dla koleżanki. Zażyczyła sobie opowiadania dając odgórne wytyczne, które zupełnie nie są w klimacie tego, co piszę zazwyczaj. Żadnych smaczków fantasy, alchemii, science-fiction... Nowe ziemie dla mnie, ale może uda się napisać takie proste, niewymagające za wiele od czytelnika czytadło do zabijania czasu :)
Nie gwarantuję regularnych aktualizacji, bo jestem daleko od skończenia tego ^^""" Wszelkie sugestie, pomysły z cyklu "fajnie by było zobaczyć jak ten czy ten zrobiłby..." mile widziane xD
No to w drogę.


Za pięć trzynasta




Ręką marnego fotografa historia spisana, a oparta o doświadczenia własne i relacje osób, które w niej czynny udział wzięły i na ekran komputera spozierały krytycznym okiem uczestników wydarzeń gdym to wystukiwał w noce letnie.

Michal Bernolák




Slajd 1
Gdzie Oldrich się męczy, Marketa jest aniołem, a Michalowi jest wesoło.



— Bogowie! — Marketa jęknęła i oparła się o sklepowy regał. — Oldrich, jesteś gorszy niż jakakolwiek znana mi kobieta! Zaręczam ci, że już nigdy, ale to absolutnie nigdy, nie pójdę już z tobą na zakupy! Zwłaszcza takie pod znakiem „bo ja muszę prezent kupić”! — Ostatnie dwa zdania wyrzuciła z siebie na jednym wydechu.
Oldrich skulił się w sobie, a przynajmniej zrobił ze sobą coś, co skuleniem miało zaowocować, ale w wykonaniu mężczyzny o wzroście niemal dwóch metrów wyglądało zabawnie.
— No i nie patrz na mnie wzrokiem skatowanego królićka, bo to mnie nie rusza. — Wzruszyła ramionami. — Bolą mnie nogi, bolą mnie plecy, boli mnie głowa i potrzeba mi na to remedium zwanego kawą z syropem brzoskwiniowym, bitą śmietaną i kawałkami czekolady na wierzchu. Kawą, która ty mi teraz postawisz, zrozumiano?
Głos Markety dawał do zrozumienia, że jakiekolwiek protesty dostaną natychmiastowy one-way ticket do piekła. Oldrich znał ją jeszcze z lat studenckich i był to czas aż nadto długi, aby zdążył się nauczyć, kiedy należy trzymać język za zębami i grzecznie robić co każą. Sam zresztą zaczynał być już tym wszystkim zmęczony. Kupowanie prezentów było ostatnią pozycją na liście rzeczy, jakie chętnie robiłby we wtorkowe popołudnie. A lista ta była długa, bo Oldrich jest, był i pewnikiem na wieki już pozostanie wariatem z milionem pomysłów na sekundę. Problemem w jego przypadku jest niemal całkowity brak jednostki decyzyjnej w jego głowie. Znaczy się, zapewne coś tam jest, ale rzadko działa tak, jak powinno.
— Gdzie chciałabyś tę kawę? — zapytał cicho świadomy albo półświadomy, że zamiast pytać powinien ją po prostu gdzieś zaprowadzić.
— Gdziekolwiek — rzuciła. — Chodź — dodała i pociągnęła go za rękaw kurtki.
Rzecz jasna Oldrich nie zaprotestował. Niczym potulna psina poszedł, gdzie mu kazali. Ludzka rzeka płynąca alejkami centrum handlowego rozstępowała się przed nimi niczym Morze Czerwone i choć postronnemu obserwatorowi zadecydować, czy to zasługa postury Oldricha, czy zdeterminowania Markety.

— Oldrich, wytłumacz ty mi, czemu ci się nie podoba pomysł kupienia twojej mamie tego pudełka? Sam powiedziałeś, że biżuterię trzyma w szufladzie w plastikowym koszyczku ze sklepu z AGD. Czerwonym, brzydkim…
— No, ale.... Je nie wiem — mruknął w kubek machiatto. — Ma je od lat, więc gdyby chciała mieć takie pudełko, to by je już sobie kupiła. Może jej tak wygodnie?
— Ma je przez zasiedzenie raczej — westchnęła nieco do siebie kobieta. — Prędzej uwierzę w garbate aniołki, niż w to, że ona je tak lubi!
— No ale, ja chciałem coś takiego, no... Ten...
Jęknęła.
— Zaufasz ty mi? — zapytała, patrząc na niego uważnie ponad krawędzią kubka z bardzo mlecznym latte.
— Noooo... — Wahanie w jego głosie usłyszanoby na Marsie, gdyby był tam ktokolwiek zainteresowany rozterkami Oldricha Jasenskýego.
— To kup to cholerne pudełko, które widzieliśmy dobre pięć godzin temu — powiedziała ze spokojem bomby przed wybuchem. — Potem pójdź do usługówki na wprost i niech ci to ładnie zapakują. Bonusowo kup jeszcze butelkę wina i wsio.
Oldrich zmarszczył brwi. W jego oczach widać było, jak sześcian decyzyjny w jego głowie bardzo usilnie stara się dokonać obrotu, ale ma z tym problemy.
— No... no —
W słowo wpadła mu Vondráčková wraz z piosenką, która Markecie służyła za dzwonek telefonu. Cokolwiek chciał Oldrich powiedzieć, na zawsze już miało pozostać milczeniem. Kobieta zaś przez chwilę ilustrowała klasyczny przypadek „kryzysu damskiej torebki”. Nim odnalazła komórkę, zdążyła wyciągnąć na stół kalendarz, kilka kosmetyków, kluczyki do auta, nawigację GPS i kilka innych drobiazgów, których przeznaczenia Oldrich wolał nie dociekać.
— Marketa Nestrilová... Co? Ana, ale ja za bardzo nie mogę... No rozumiem, rozumiem, ale... Kiedykolwiek? Dobrze. Na osiemnastą, tak? Wiem, wiem. Jestem aniołem, nie musisz mi tego mówić, bo z wrażenia rozłożę skrzydełka i jeszcze postrącam nimi kubki z sąsiednich stolików. W kawiarni. No. Dobrze. Pa.
Rozłączyła się i westchnęła ciężko.
— Lipa. Koleżanka właśnie wybłagała, abym ją zastąpiła dziś na dyżurze. Muszę więc zmykać.
— Oj.
— No właśnie oj. Chodź. Podrzucę cię po to pudełko. I tak mam po drodze do szpitala.

— No i tak to było — zakończył swoją opowieść Oldrich.
Pociągnął łyk piwa z butelki i zamknął oczy, pozwalając ciszy trwać. A autor, drogi czytelniku, nie byłby sobą, jakby mu w tej kontemplacji niczego nie przeszkodził. Zamyślony Oldrich jest wielce niepokojącym widokiem.
— Sam żeś jest sobie winien — odezwałem się. — Trzeba było tak kombinować, jak koń pod górkę?
— No...
— Zaraz cię walnę! Jeszcze jedno „no”, a odwiedzisz Marketę na tym dyżurze w roli pacjenta! Jak ja cię potem cytować będę, to mi się wydawca przypierniczy do powtórzeń! — zaprotestowałem, nie wiedząc jeszcze, że faktycznie spróbuję te naszą przygodę opisać.
Oldrich chciał coś powiedzieć, ale ugryzł się w język i zrobił jedynie karpika, co pozwala mi sądzić, iż było to jedynie kolejne „no”. To taki „no-man”. Chwilami nie wiem, jak mu się udało studia skończyć. Nasz magister inżynier Oldrich Jasenský chyba zaliczał głównie pisemnie.
— Ale prezent już masz, to się ciesz. Pozostało ci jedynie odbębnić family meeting.
— Ty też jesteś zaproszony — przypomniał mi, szuja jedna.
— Na szczęście mnie tam nie znają od lat dziecięcych, toteż nie będę musiał za siebie oczami świecić.
— Jaka szkoda, takie historie nie zostaną opowiedziane. Niepowetowana strata — odgryzł się.
— Tak. Nie utwierdzą się twoje ciotki i wujki w przekonaniu, że ani chybi cię w szpitalu podmienili — sparowałem i nim wbił się we mnie sztylet oldrichowej riposty, oddaliłem się do kuchni po piwo dla siebie.
Butelki chłodziły się na zaokiennym parapecie ku ogólnemu wzburzeniu naszych sąsiadek w wieku poprodukcyjnym i naszej wielkiej radości. W przelocie porwałem jeszcze z lodówki kilka plasterków sera i parówki — trzeba było je w końcu zjeść, bo lada dzień zaczęłyby chyba zakładać związek zawodowy.
Urodziny mamy Oldricha były imprezą rodzinną w pełnym tego zwrotu znaczeniu. Gargantuiczny spęd co najmniej jednej trzeciej części ich żyjącego drzewa genologicznego. Z racji, że poza tą coroczną familiadą poszczególne elementy stosunków często ze sobą nie utrzymywały, to przy stole poza polityką, chorobami i pogodą pojawiał się temat wspominek i jakoś tym najmłodszym obrywało się najbardziej. Marketa, jako najbardziej medycznie oświecona część naszego trio, próbowała nam kiedyś wyjaśnić, jak to się dzieje, że starsi ludzie lepiej pamiętają co robili trzydzieści lat temu niż co mieli wczoraj na śniadanie, ale okazaliśmy nad podziw odporni na wiedzę. Faktem pozostawało, że Oldrich, pomimo swoich niemal trzydziestu lat, wciąż się w rozmowach o najmłodszych pojawiał. Zawsze był kreatywny, więc nic dziwnego, że się rodzinie w pamięci wyrył na długie lata. Zaś wasz uniżony sługa – autor – był w tym wszystkim swoistym bonusem. Po prostu mama Oldricha bardzo mnie lubiła.
— No na pewno mnie podmienili! — żachnął się, gdy wróciłem do salonu. — Bo ja się tam do niektórych z nich nawet przyznawać nie chcę!
Roześmiałem się i po raz enty od początku mojej znajomości z Oldrichem ucieszyłem się w duchu, że znaczna część mojej rodziny mieszka daleko od Pragi w pięknych słowackich górach. W dodatku, nie praktykuje takich wielkich spędów, chyba że na większe święta. No i jakoś mniej się rozmnażaliśmy niż Jasenskýcy i spółka. Poza tym moja rodzina jest dziwna. Czasami mam wrażenie, że Oldrich pasowałby do niej lepiej niż ja. Może faktycznie nas podmienili? Kto wie, co ci Czesi robili za Czechosłowacji?





cdn.

š = sz
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2012 16:57 przez Marša.)
03.02.2012 12:53
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Literkowy Sponsor
Kanterial Offline
Flynn Lives
Użytkownik

Liczba postów: 332
Dołączył: 26-11-2011
Reputacja: 4
Pozytywna
Post: #2
RE: Za pięć trzynasta
Cytat:Chwilami nie wiem, jak mu się udało studia skończyć. Nasz magister inżynier Oldrich Jasenský chyba zaliczał głównie pisemnie.
Rozwala system xD

Cytat:Faktem pozostawało, że Oldrich pomimo swoich niemal trzydziestu lat wciąż się .
Huh?

Cytat:nie praktykuje takich wielkich spędów chyba, że na większe święta.


Bardzo, ale to bardzo mi się podobało. Styl lżejszy i bardziej "oderwany", niż ten w poprzednich kawałkach, ale i tak nie ma się co oszukiwać - zieje Marsowatością. Poznałabym twoje opowiadanie nawet, gdyby je tu zamieścił ktoś inny. Serio. Kilka razy może były powtórzenia, chyba "pewnikiem" gdzieś tak na początku, ale to nieistotne. Jak zawsze więc - lekka, przyjemna robota, czytać Twoje teksty.

Hmm, przyznam szczerze, że umiarkowanie ciekawi mnie, co będzie dalej... Bo nie zakończyłaś takim perfidnym haczykiem na czytelnika xD. Ale, Marso, ja bym dokończyła nawet, gdyby było nudne. Tylko po to, żeby poczytać więcej Ciebie. Czekam więc, aż minie tydzień, i bądź pewna, że skomentuję resztę ^>^.

*Zdecydowanie znam taki "relationship" jaki łączy Oldricha i Marketę... A OIdrich ogólnie rządzi i pałam do niego niesamowitą sympatią.

[Obrazek: 4444.gif]
"No oczywiście, że wolałbym biznes klasę. Ale mi to w sumie obojętne, to nie ja będę musiał kłaść się na podłodze, to nie po mnie będą deptać..."
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.02.2012 21:35 przez Kanterial.)
03.02.2012 21:34
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Marša Online
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 376
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #3
RE: Za pięć trzynasta
Gdzieś mi przy formatowaniu ucięło tamten kawałek zdania. Mea culpa xD


Slajd 2
Gdzie kuzynka Iva ma wielkie wejście, Oldrich się dusi, a Pavel robi dobrą minę do złej gry.


Mama Oldricha po raz kolejny udowodniła, że rok temu jeszcze nie osiągnęła szczytu swoich kucharskich umiejętności i stół ponownie uginał się pod ciężarem dóbr wszelakich, na widok których takiemu kawalerowi jak ja żołądek wywracał się do góry nogami i błagał, aby pozwolono mu tu zostać na wieki. A stół był wielki, bo wokół niego musiało się zmieścić ponad trzydzieści osób. Na sam widok tych wszystkich krzeseł — jeszcze pustych — Oldrich jęknął. Chciał chyba coś powiedzieć, ale został zagoniony do odśnieżenia podjazdu i tyle go widziałem.
Mieliśmy wątpliwy przywilej bycia pierwszymi gośćmi. W teorii poproszono nas, abyśmy przyjechali wcześniej i pomogli w rozstawianiu całego tego kramu, w praktyce mama Oldricha zrobiła wszystko sama, ale tak było zawsze. Kiedyś miałem wyrzuty sumienia w takich sytuacjach, ale zdążyłem się już wyleczyć z tej przypadłości. Uśmiechnąłem się zatem szeroko i dałem zaprowadzić do kuchni, usadzić na zydelku, pamiętającym Czechosłowację, i z wdzięcznością przyjąłem kubek herbaty z konfiturą.
Pandemonium zaczęło się godzinę później.
Nie wiem jak to się stało, Oldrich też nie wie, jednak uważa, że maczały w tym palce ciemne moce albo kosmici, ale wylądowaliśmy pomiędzy ciocią Anežką a ciotunią Nastią. Obie panie swoją wiosnę życia miały już za sobą, przy czym jedna piastowała zaszczytny fotel kury domowej, a druga była nauczycielką. Panie te powinny były usiąść obok siebie, fakt że tego nie zrobiły pozwalał sądzić, że prowadziły właśnie wojnę, a my mieliśmy zostać wcieleni do ich armii.
— Ratunku — jęknął tuż obok mnie Oldrich. — Za jakie grzechy?
— Za wszystkie, nawet te, o których nie wiemy — odpowiedziałem mu cicho i uśmiechnąłem się do jednej z cioteczek. Tej, która właśnie wykładała mi, dlaczego kobiecie studia nie są potrzebne, bo jej miejsce jest w domu, a to ja — mężczyzna — mam zarabiać, bo do tego mnie Bóg stworzył. Cioteczka była bardzo religijna, czym wyróżniała się na tle raczej typowej czeskiej — ateistycznej — rodziny. Złośliwi uważali, że miała w żyłach polską krew. Wcześniej niuchali też słowacką, ale jak im wyjawiono, że mają przy stole stuprocentowego Słowaka, to się przerzucili na północnych sąsiadów i tak już zostało.
— Taki jest porządek rzeczy i tyle — zakończyła twardo i szybko przeniosła wzrok na Oldricha. — A ty znalazłeś w końcu narzeczoną? — zapytała ostro. — Taki duży chłopiec, a ciągle bez obrączki, toż to nie do pomyślenia!
Oldrich zrobił przerażoną minę i przez ułamek sekundy wyglądał, jakby miał zamiar uciec od stołu. Zebrał się jednak w sobie i korzystając z doświadczeń nabytych przez lata, odparł jedynie bardzo cicho.
— Nie, ciociu.
Ja zaś w myślach dodałem, że nawet nie szukał, bo i po co mu dziewczyna? Oldrich miał w tej materii zgoła inne zapatrywania, ale o tym ciotki, wujkowie i cała reszta wiedzieć nie musieli. Mama Oldricha co prawda twierdziła, że i tak się kiedyś dowiedzą, co jego ojciec ucinał stwierdzeniem, że może nim to nastąpi, kilka najbardziej awanturniczych elementów przeniesie się do lepszego świata i oszczędzi im wojny rodzinnej. Ciocia Anežka była jednym z tych elementów, a w dodatku bardzo kurczowo trzymała się życia.
— Ile ty masz zamiar jeszcze czekać? Iva już od kilku miesięcy spotyka się z pewnym kawalerem, a jest przecież dużo młodsza od ciebie!
— Iva jest pies na facetów — mruknął przez zaciśnięte zęby Oldrich tak, że nawet ja go ledwo usłyszałem. — Co w przypadku Ivy niczego nie oznacza, ciociu — dodał głośniej. — Ona cięgle z kimś chodzi, dziwne tylko, że prawie nigdy nikomu nie jest dane ich poznać.
— Dzisiaj! Dzisiaj Iva ma z nim przyjść. Dlatego ich jeszcze nie ma! — Z drugiej strony stołu wtrącił się nieznany mi wujek. — On ponoć długo pracuje! — Usilnie przekrzykiwał ogólną wrzawę.
Spojrzeliśmy po sobie z Oldrichem, nie kryjąc zaskoczenia.
— Michal, powiedz mi, że mi się, kurna, przesłyszało. — Błagalny głos Oldricha zabrzmiał tuż obok mojego ucha.
— Jeśli tak, to mnie też — szepnąłem.
Chichot narastał mi w gardle, a mój kolega zagryzł wargę, aby się nieco opanować. Żaden z nas już nie słuchał cioci Anežki, wujka czy kogokolwiek innego. W ułamku sekundy przedostaliśmy się do kuchni i do papierosów mamy Oldricha.
— To musi być jakiś żart — stwierdziłem z całą dostępną mi stanowczością po dłuższej chwili nabożnego trucia się nikotyną. — Iva nigdy nie miała faceta dłużej niż dwa tygodnie, a teraz ma go mieć od kilku miesięcy?! Unglaublich!
— Jeśli istnieje na tym kontynencie gościu, który jest w stanie ją znieść, to ja już we wszystko uwierzę!
— A może on nie jest ze Starego Świata? — rzuciłem kamyczek pomysłu, a za nim pomknęła lawina oldrichowej wyobraźni.
— Ty! Ty, jak ona przyprowadzi jakiegoś skośnookiego czy czarnego, to przecież pół rodziny wykituje na miejscu! Mnie to tam rybka. Jak dla mnie on może być nawet zielony w różowe groszki, ale dla takiej babci Eliški, to już inna bajka! Ona nie uzna nikogo jak Czecha. Musi być Czech i to certyfikowany. Taki bez Słowaka czy Austriaka w drzewie genologicznym do pięciu pokoleń wstecz! Nie wspominając o Niemcu czy Polaku!
Wyobraziłem sobie Ivę z tą jej burzą rudych włosów, w obowiązkowo zielonej sukience, garsonce czy innym takim wdzianku, w którym i tak nieodmiennie kojarzyła mi się z kuzynem leprikona, wchodzącą do tego domu pod rękę z mężczyzną wzrostu do metra siedemdziesięciu — bo wyższego nigdy nie upolowała — oraz cerze zielonej w różowe kropki... i zadławiłem się dymem.
— Przy tym moje preferencje seksualne to pikuś!
— Zluzuj, Oldrich. Zieloni w różowe kropki nie chodzą po Ziemi. — Spróbowałem go nieco przyhamować. — A przynajmniej nie widziano ich w Czechach. Znaczy może i widziano, ale przez osoby, które wypaliły więcej, niż się zaleca.
— No ale, ej! Jak on nie stąd, to przecież sobie tu nie pogada. Przy stole angielski zna może pięć osób, a tak to czeski, rosyjski lub austriacki. No, pomijam Honzę i jego węgierski.
Przewróciłem oczami i nie dodałem, że ja znam jeszcze słowacki, bo jestem Słowakiem, a to jednak jest pewna różnica w stosunku do czeskiego. Uznałem, że zostałem wrzucony do anglojęzycznego worka i moje pozostałe osiągnięcia lingwistyczne przestały się liczyć.
— Ale, jeny! Iva i facet! Serio w kompleksy wpadnę!
Zatoczył się teatralnie i z gracją wieloryba opadł na taboret akurat w chwili, gdy do kuchni weszła jego mama.
— Jak dla mnie możesz mieć nawet kompleks Edypa czy kogokolwiek innego, a tymczasem ściągnij mi z górnej półki te stare szklanki. Alkohol stanął na stole, więc niech używają tych. Jak wytłuką, to szkoda nie będzie.
— Mamo, a ty wiedziałaś o tym? — Oldrich za nic nie chciał porzucić tematu.
— Coś mi tam jej matka wspominała.
Przyglądałem się im, jak ostrożnie podają sobie szklanki, które swoje najlepsze lata przeżywały wtedy, gdy tu jeszcze była Czechosłowacja, a ja łapałem pasikoniki w Tatrach.
— I nic mi nie powiedziałaś?!
— Nie zorientowałam się, że to ciągle ten sam — odparła niewzruszona.
— To źle coś słuchałaś, kochana. Bo mnie to Uršula podkreślała pod dziesięć razy.
W drzwiach pojawiła się kolejna ciocia, dla odmiany z tych, z którymi można było pójść na piwo i dobrze się bawić pomimo niemal dwudziestoletniej różnicy wieku. Z lekkim trudem ominęła dwójkę Jasenských i stanęła koło mnie.
— Może dlatego, że do ciebie dzwoni raz na tydzień, a ja ją widuję co najmniej raz na dwa dni? Liczyła na to, że sama się zorientuję — obroniła się jubilatka bardziej zainteresowana starymi szklankami.
— Upsss — syknął z rozbawieniem Oldrich.
— Więcej się was tu nie zmieściło?
Ciotka zerknęła w stronę drzwi i uśmiechnęła się, Oldrich spojrzał na nas z wysokości taboretu i aż gwizdnął, a jego ojciec jedynie pokręcił głową z jakimś takim zrezygnowaniem.
— Testujemy teorię, że każda impreza grawitacyjnie opada w stronę kuchni — wyjaśniłem.
— Boże uchowaj! — jęknął. — Salonowi to jeszcze udaje się taki najazd przetrwać, ale kuchnię remontowałbym chyba przez miesiąc!
Parsknęliśmy śmiechem, co jedynie ściągnęło do kuchni kolejne zaciekawione osoby i może urodziny dalej grawitowałby w tę stronę, gdyby nie przerwał im dzwonek do drzwi.
— Iva! — zapiał Oldrich i omal nie spikował z taboretu.
Jego mama w pośpiechu odstawiła na tacę trzymaną szklankę i dosłownie pognała otworzyć. Ja jedynie nieśmiało wychynąłem do przedpokoju w duchu zastanawiając się czy zobaczę faceta o zielonej skórze w różowe groszki, czy azjatę?
Poczułem się wyraźnie rozczarowany, gdy zobaczyłem mężczyznę chyba wyższego ode mnie i w ogóle lepiej niż ja zbudowanego, w dodatku o raczej lokalnym typie urody. Sądząc po cichym westchnięciu za moimi plecami, nie tylko ja byłem zawiedziony. Iva natomiast promieniała niczym garniec złota na końcu tęczy.
— Przystojny jest — usłyszałem za sobą Oldricha.
— W twoim guście, nie?
— Cichaj — syknął.
Luby Ivy nazywał się Pavel Jedlišek i ponoć był wykładowcą. Na tę wiadomość na kliku twarzach odbiło się zaciekawienie, a sam Jedlišek coś tam próbował powiedzieć, ale Iva odezwała się niemal w tej samej chwili i finalnie nic a nic nie zrozumiałem. Oldrich usłyszał za to coś o budowie mostu, ale nie miało to zgoła sensu, a dociekać za bardzo nie było jak, bo cały stół zainteresował się Ivą i zakochanej parze nie dano nawet spokojnie zjeść.
— Widzisz, Oli — ciocia Anežka przypomniała sobie o nas, gdy zaschło jej w gardle na tyle, że nie mogła już przekrzyczeć ogólnego jazgotu. — Za mundurem panny sznurem, a ty nawet do wojska nie poszedłeś. Prawdziwy mężczyzna musi mieć mundur!
— Ciociu — jęknął i spojrzał na mnie pytająco.
Od kilku minut zajmowaliśmy się własnymi talerzami i burzliwa dyskusja przy stole zupełnie przestała nas interesować. Zatem skąd się to wojsko urodziło ciotce, tego nie wiedzieliśmy, a nie wypadało pytać.
— Mój świętej pamięci mąż był w wojsku. To nadaje charakteru.
— Ciociu, to już nie te czasy.
Z rozbawieniem obserwowałem to starcie pokoleń i wzrok Oldricha uciekający w stronę Jedliška. Znałem go już dostatecznie długo, aby móc rozpoznać, kto jest, a kto nie jest w jego typie. Czasami nawet zanim on sam się zorientował.
Przepadłeś, Oldrich — pomyślałem. — Plum! Jak kamień w wodę i to nawet nie w Wełtawę, a co najmniej w Dunaj.
W ogólnej wrzawie nawet moje własne myśli były dla mnie niewyraźne. Potop słów wokół mnie przeistaczał się w niezrozumiały szum, ilekroć pozwoliłem sobie na chwilę nieuwagi. Ponoć umiejętność radzenia sobie z tym nabywa się z wiekiem — tę teorię Marketa też nam wyłuskiwała, ale nie popierała jej autorytetem medycznym, a doświadczeniami z własną rodziną.
Po pierwszej salwie pytań siła ostrzału kierowanego w stronę Ivy i Pavla jakby nieco osłabła na rzecz analizy udzielonych odpowiedzi. Gdzieś po prawej bujnie kwitła dyskusja o obowiązkowej służbie wojskowej. Obok o niezalegalizowanych związkach. Ktoś coś mówił o podziale Czechosłowacji — pojęcia nie miałem skąd się to nagle wzięło ani o co dokładnie chodziło. Próbowałem się wsłuchać i być może dać upust mojemu słowackiemu patriotyzmowi, ale gubiłem co trzecie słowo. A gdy już coś zaczęło mi świtać, Oldrich brutalnie wyciągnął mnie na balkon.
— Chcesz mnie na zapalenie płuc wysłać do lepszego świata? — mruknąłem, gdy zimowe powietrze radośnie doskoczyło mi do gardła.
— Jak coś, to na raka — odparł i dał mi paczkę papierosów wraz z zatkniętą weń zapalniczką.
— Kochany jesteś, wiesz? — domruczałem. — A może raczej: zakochany.
— Udław się, Michalku — przysłodził mi. — Chyba, że jesteś zazdrosny.
Spojrzał na mnie przez ramię.
— Sobie nie schlebiaj, Oli — prychnąłem.
Oldrich otworzył usta, ale finalnie się nie odezwał. Zrobił jedynie karpika i w odruchu obronno–maskującym zaciągnął się dymem. Zaciekawiony podążyłem za jego wzrokiem i trafiłem na Jedliška, stojącego w progu balkonu. No, mówiłem, że przepadł. Nigdy nie podzielałem jego zainteresowań seksualnych, ale mi one nie przeszkadzały. Jeden samiec w wyścigu o kobiece serce mniej, no żyć nie umierać. Przynajmniej dopóki taki nie próbował się do mnie dostawiać. Z Oldrichem tę sprawę wyjaśniliśmy sobie już lata temu.
— Papierosa? — zapytałem, bo Oldricha zatkało na dłuższą chwilę, a głupio było tak się na siebie gapić i gapić.
— Z chęcią.
Rzuciłem mu paczkę, a on złapał ją pomimo półmroku i noszonych okularów. W sumie, gdyby jej nie złapał, to rozczarowałby mnie po raz kolejny.
— Nie dla mnie takie spędy — powiedział po pierwszych dwóch zaciągnięciach, czyli średnio wtedy, gdy z głowy ulatuje człowiekowi poszum rozmów z salonu; a przynajmniej tak jest w moim przypadku. — Za dużo.
— Się przyzwyczajaj, tu tak zawsze — spróbowałem powiedzieć to jak najbardziej złowieszczym tonem, ale szczękanie zębami zepsuło mi efekt.
— Co? A. Chyba nawet nie spróbuję.
Rozejrzał się jakby kogoś szukał.
— To jedna wielka szopka — szepnął.
— Każdy taki spęd to raczej cyrk. — Za moimi plecami Oldrich najwyraźniej odzyskał mowę.
— Cyrk. W sumie może i cyrk. Ale ja tu, to szopka, tylko o tym to sza, jeśli można prosić.
Uniosłem pytająco brew, chociaż mogło to pozostać niezauważone.
— Ja i Iva jesteśmy tylko znajomymi, a to teraz, to skutek zakładu — wyjaśnił Jedlišek i odetchnął, jakby mu ktoś kamień z serca zdjął.
Oldrich zakrztusił się dymem. Z przyjacielską troską poklepałem go po plecach, ale ani na chwilę nie spuściłem z nieznajomego wzroku.
— Chcesz mi powiedzieć, że nie jesteś jej chłopakiem? — zapytałem również szeptem.
Skrzywił się i przewrócił oczami, a ja poczułem kojące ciepło rozlewające się po moim umyśle.
— Dzięki Bogu! — westchnąłem teatralnie. — Świat jednak nie fiknął kozła i nie stanął na głowie.
Jedlišek wyraźnie nie rozumiał, o co mi chodzi, a Oldrich od kaszlu przeszedł do chichotu.
— Iva nie miała jednego chłopaka dłużej, jak przez dwa tygodnie — wyjaśniłem. — Tu zaś poszła wieść, że jesteście razem od dwóch miesięcy, wiec razem z Oldrichem poczuliśmy, jak nasz światopogląd wykonuje klasyczną lotniczą beczkę, do tego nieudolnie.
Jedlišek zamyślił się w sposób dość widoczny. Na chwilę spojrzał w stronę drzwi prowadzących do salonu. Oddałbym pół pensji, aby wiedzieć, co wtedy pomyślał. Trzeba mi się jednak było obejść smakiem i zadowolić wnioskami.
— Się wam nie dziwię.
Nad balkonem zawisła wymowna cisza, którą miałem ochotę jakoś skomentować, ale femme fatale weszła mi w pomysł.
— Tu jesteś, kochanie.
Iva wtańcowała pomiędzy nas i uwiesiła się na ramieniu Pavla. Nawet spróbował się uśmiechnąć, ale gdzieś w połowie zorientował się, że to w sumie nie ma sensu i zastygł z raczej dziwnym grymasem na twarzy. Kilka sekund zajęło kobiecie zorientowanie się w sytuacji, po czym spiorunowała mnie i Oldricha wzrokiem, który niemalże roztrzaskał nasze tarcze świętej niewinności.
— Jeśli komuś powiecie, to pożałujecie — syknęła i wyszła.
Cisza aż dźwięczała nam w uszach.
— Się jej zrymowało — wydusił w końcu Oldrich i zaczęliśmy się wręcz histerycznie śmiać.
Wszyscy.



EDIT: 24.04.12 - spóźnione bo spóźnione, ale poprawki z postów Gabrieli i Kanterial w końcu wprowadzone xD

š = sz
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.04.2012 09:48 przez Marša.)
14.03.2012 13:46
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Gabriela Offline
Czarownica.
Użytkownik

Liczba postów: 23
Dołączył: 24-03-2012
Reputacja: 0
Neutralna
Post: #4
RE: Za pięć trzynasta
Cytat: Zaręczam ci, że już nigdy, ale to absolutnie nigdy, nie pójdę już z tobą na zakupy!
Jakoś to ciężko brzmi, napisałabym: ... już nigdy, absolutnie nigdy nie pójdę z tobą...

Cytat: Ostatnie dwa zdania wyrzuciła z siebie na jednym wdechu.
Nie mogę sobie tego wyobrazić... Nie powinno być przypadkiem na wYdechu? Na wdechu raczej mówić się nie da - a aż z ciekawości spróbowałam Grin

Cytat: No i nie patrz na mnie wzrokiem skatowanego królićka, bo to mnie nie rusza.
Zastąpiłabym raczej króliczkiem, to "ć" nieladnie wygląda.

Cytat: Głos Markety dawał do zrozumienia, że jakiekolwiek sprzeciwy dostaną natychmiastowy one–way ticket do piekła.
Jakikolwiek sprzeciw albo jakiekolwiek protesty.

Cytat: i był to czas aż nadto długi, aby zdążył się nauczyć, kiedy
Nadto zastąpiłabym za, a aby zwykłym by.

Cytat: A lista ta była długa, bo Oldrich jest, był i pewnikiem na wieki już pozostanie wariatem z milionem pomysłów na sekundę. Problemem w jego przypadku, jest niemal całkowity brak jednostki decyzyjnej w jego głowie. Znaczy się, pewnikiem coś tam jest, ale rzadko działa tak, jak powinno.
Pogrubiony przecinek zbędny. Powtarza się "pewnikiem", które to słowo całkowicie bym wyrzuciła, bo brzydko brzmi. Zastąpiłabym go "na pewno, z pewnością, zapewne". W drugim przypadku ewentualnie "może,raczej".

Cytat: zapytał cicho świadomy albo półświadomy, że
To w końcu świadomy czy półświadomy? Według mnie to w ogóle nieświadomy by tam najbardziej pasowało. Skoro świadomy, to po co pyta?

Cytat: Ludzka rzeka płynąca alejkami centrum handlowego rozstępowała się przed nimi niczym Morze Czerwone i tylko trudno było postronnemu obserwatorowi zadecydować, czy to zasługa postury Oldricha, czy zdeterminowania Markety.
Wyrzuciłabym tego postronnego obserwatora albo jakoś to zmieniła, coś tu zgrzyta. Może na przykład:
...Może Czerwone, choć postronnemu obserwatorowi trudno by było stwierdzić, czy to zasługa...

Cytat: Oldrich, wytłumacz ty mi, [...] Zaufasz ty mi? [quote] Ja rozumiem raz, to jest zapis rozmowy, ale ten drugi już wyraźnie razi. Ale w pierwszym też brzmi fatalnie:
Oldrich, wytłumacz ty mi, czemu ci się nie podoba pomysł kupienia twojej mamie tego pudełka?
Za dużo tego.

[quote] W garbate aniołki nie uwierzę, że ona je po prostu tak lubi!
To jak to jest w końcu, nie uwierzy w garbate aniołki czy w to, że mama Oldricha je lubi? Proponuję:
A garbate aniołki? Nie uwierzę, że tak po prostu je lubi.

Cytat: Wahanie w jego głosie usłyszałoby na Marsie
Albo napisz co by usłyszało, albo zmień na usłyszano.

Cytat: Potem pójdź do usługówki
Jestem przeciwniczką stosowania formy "pójdź", "idź" brzmi według mnie dużo lepiej.

Cytat: butelkę wina i wsio.
I wsio? Co to znaczy? Pytam szczerze, bo nie wiem, nigdy się z takim zwrotem nie spotkałam.

Cytat: W jego oczach widać było, jak sześcian decyzyjny

Cytat: Cokolwiek chciał Oldrich powiedzieć, na zawsze już miało pozostać milczeniem.

Cytat: Nim odnalazła komórkę, zdążyła wyciągnąć

Cytat: Jestem aniołem, nie musisz mi tego mówić,

Cytat: Muszę, więc zmykać.
Wywal ten przecinek!

Cytat: Pociągnął łyk piwa z butelki i zamknął oczy, pozwalając ciszy trwać.

Cytat: jakby mu w tej kontemplacji niczego nie przeszkodził
Albo zmień niczego na niczym, albo w żaden sposób, albo całkiem wywal. Bo jest niepoprawnie.

Cytat: zaprotestowałem, nie wiedząc jeszcze, że faktycznie spróbuję naszą przygodę opisać.

Cytat: i nim wbił się we mnie sztylet oldrichowej riposty, oddaliłem się do kuchni po piwo

Cytat: le okazaliśmy nad podziw oporni na wiedzę.
Albo odporni na wiedzę, albo po prostu oporni.

Cytat: że Oldrich, pomimo swoich niemal trzydziestu lat, wciąż się w rozmowach

Cytat: Roześmiałem się i po raz enty od początku mojej znajomości z Oldrichem ucieszyłem się w duchu, że znaczna część mojej rodziny mieszka daleko od Pragi w pięknych słowackich górach i, w dodatku, nie praktykuje takich wielkich spędów chyba że na większe święta.
Zdanie stanowczo zbyt długie i jakoś tak niezręcznie połączone. Proponuję:
Roześmiałem się i po raz enty od początku mojej znajomości z Oldrichem ucieszyłem się w duchu, że znaczna część mojej rodziny mieszka daleko od Pragi, w pięknych słowackich górach. W dodatku nie praktykuje takich wielkich spędów, chyba że na większe święta.
Uwaga! Kanterial błędnie zasugerowała przecinek. W przypadku "chyba że", "mimo że" i tego typu zwrotów przecinek stawiamy nie przed że, a przed słowem je poprzedzającym.

Nie wiem, czy wszystkie wymienione wyżej rzeczy są błędami, ale jakoś źle brzmią, więc zwracam Ci na nie uwagę jako potencjalny czytelnik. Piszesz dość zręcznym stylem, choć ten krótki wstęp i niektóre wstawki, w których narrator się bezpośrednio ujawnia, mają jakieś naleciałości po stylu, jakim zazwyczaj pisze się fantastykę i niezbyt mi do takiego opowiadania pasują. Fabuła jest ciekawa, z pomysłem, czyta się lekko. Jutro przeczytam drugi rozdział, to napiszę, co o nim sądzę Smile

Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła.
/Szymborska/


***

Część wymienionych przeze mnie usterek może nie być błędem, ale moim zdaniem razi przy czytaniu, dlatego je wypisuję. W uszach innych użytkowników mogą brzmieć dobrze.
Też jestem człowiekiem i też popełniam błędy - jeżeli jakiś element mojego komentarza jest dla Ciebie nielogiczny, niepoprawny etc. to zwróć mi na to uwagę.
Jeśli już poświęciłam Ci na tyle dużo czasu, żeby skomentować Twój tekst w więcej niż dwóch, trzech zdaniach to miło by mi było, gdybyś jakoś się do tego odniósł (nie chodzi mi o zmianę tekstu tylko o komentarz).
25.03.2012 21:56
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Marša Online
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 376
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #5
RE: Za pięć trzynasta
No to lecim na Szczecin, bo będzie wesoło. Z tym pierwszym cytatem, to jednak zostawię jak jest. Mam jakąś wizję tego, jak ona cedzi kolejne sylaby przez zęby i to "to" mi tam strasznie pasuje. A że nie jest błędem, to się przy nim będę upierała. Przynajmniej póki co, jak mi więcej osób za to głowę zmyje, to rozważę raz jeszcze tę sprawę xD

Sprawa wydechów/wdechów. Jest jakieś plemie, które mówi tylko na wdechu, ale fakt. Czeski nie jest językiem stworzonym do mówienia na wdechu. Moja literówka. Poprawię :P

Królićek zostaje. Skatowany króliczek to nie ta kategoria xD Poza tym Marketa ma za sobą kilka dni pomagania na pediatrii i jej się na mózg rzuciło, a przynajmniej załóżmy, że tak było.

Taka dziwna rzecz, ale w czuję głęboką niechęć do słowa "by". Do pewnego stopnia mnie od niego odrzuca i mam masę jakiś negatywnych skojarzeń z nim, choć od jakiegoś czasu staram się go jednak używać, aby mi powtórzenia nie wychodziły. Niemniej jak nie muszę, to go unikam. Brrrr... Pojęcia nie mam skąd mi się to wzięło x___X

Co do świadomości lub nieświadomości, to ja to widziałam tak. Pyta, bo mu tak wyszło. Odruch bezwarunkowy. A świadomy lub półświadomy, bo autor sam nie wie. Jak to na samym początku zostało napisane, historia jest spisywana przez kogoś, komu ją opowiedziano (lub co znał z pierwszej ręki, bo był uczestnikiem wydarzeń, ale to akurat nie w tym fragmencie). Oldrich nie był w stanie doprecyzować stanu swojego umysłu, więc autor zgadywał i pozostawił pewien margines błędu... choć nie wykluczam, że tu przekombinowałam w ten sposób i robi się to zamotane.

Sprawa "wsio", nie wiem na ile to naleciałość lokalna, na ile coś co po prostu funkcjonuje u mnie w rodzinie, chociaż tak mało znane być nie może, bo póki co jesteś pierwszą osobą, która się mnie o to pyta. Znaczy to tyle co "wszystko" przy czym użycie tego jako ekwiwalentu "i po wszystkim" też raczej uchodzi płazem. Czyt.: w moim otoczeniu zawsze uchodziło i nawykłam do tego.
W sumie po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że to chyba naleciałość z rosyjskiego. :)

W sprawie kontemplacji, to uważam że jest ok. Oldrich kontemplował "nic", pustkę. Więc kontemplacji kogo? czego? "niczego".

To by było chyba na tyle mojego usprawiedliwiania się. Pominięte powyżej uwagi zapewne zaakceptowałam bez mrugnięcia okiem i poprawiłam :) Dziękuję za komentarz :)

š = sz
26.03.2012 16:58
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Sylar Offline
the truth
*

Liczba postów: 2,614
Dołączył: 31-05-2010
Reputacja: 10
Niebiańska
Post: #6
RE: Za pięć trzynasta
(26.03.2012 16:58)Marša napisał(a):  W sumie po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że to chyba naleciałość z rosyjskiego. Smile
Czy ja wiem? Babcia moja spod granicy tak nie mówi, za to mówi mama, wychowana na śląsku od dziecięcia. Aczkolwiek fakt, brzmi tak po wschodniemu.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2012 17:09 przez Sylar.)
26.03.2012 17:09
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Marša Online
wredne maleństwo
Moderator

Liczba postów: 376
Dołączył: 08-11-2011
Reputacja: 11
Niebiańska
Post: #7
RE: Za pięć trzynasta
Ja nie mówię, że to naleciałość przez granicę niejako, raczej przez naukę rosyjskiego w szkołach. "wszystko" po rosyjsku brzmi jakoś podobnie, o ile mi się dobrze wydaje. Nigdy się nie uczyłam rosyjskiego, ot kilka słówek znam i cyrylice umię przeczytać (dukając... >.>).

š = sz
26.03.2012 17:14
      Odwiedź stronę użytkownika Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Gabriela Offline
Czarownica.
Użytkownik

Liczba postów: 23
Dołączył: 24-03-2012
Reputacja: 0
Neutralna
Post: #8
RE: Za pięć trzynasta
Cytat: A że nie jest błędem, to się przy nim będę upierała.
Wiem, że nie jest, to tylko jakieś moje wewnętrzne odczucie i jeśli Tobie się podoba to jest jak najbardziej ok. Ale wolę zwracać uwagę na takie rzeczy - wiem po sobie, że czasem nie widzę w tekście rzeczy, które innych rażą i jak ktoś mnie uświadomi to stwierdzam, że faktycznie, ma rację Smile

Cytat: Poza tym Marketa ma za sobą kilka dni pomagania na pediatrii i jej się na mózg rzuciło
Jeśli tak to rozumiem, ale z tekstu to nie wynika - stąd moja uwaga.

Cytat: W sprawie kontemplacji, to uważam że jest ok. Oldrich kontemplował "nic", pustkę. Więc kontemplacji kogo? czego? "niczego".
Ach, to wszystko jasne! Źle zrozumiałam - że miał mu w żaden sposób nie przeszkadzać i stąd to moje "niczym".


***

Przeczytałam poprawione i mam jeszcze cztery zastrzeżenia:

Cytat: No, ale.... Ja, nie wiem

Cytat: Prędzej uwierzę w garbate aniołki, niż w to, że ona je tak lubi!
Je czyli kogo? Teraz zrobiło się z tego zdanie w rodzaju: "Prędzej mi kaktus wyrośnie niż w to uwierzę" - co przecież nie znaczy, że prędzej mi kaktus wyrośnie niż uwierzę że mi wyrośnie Smile

Cytat: Ludzka rzeka płynąca alejkami centrum handlowego rozstępowała się przed nimi niczym Morze Czerwone i choć postronnemu obserwatorowi zadecydować, czy to zasługa postury Oldricha, czy zdeterminowania Markety.
Chyba jakiś fragment połknęłaś, bo zupełnie pozbawiłaś ten fragment sensu.

Cytat: W dodatku, nie praktykuje takich wielkich spędów
Zbędny przecinek.

Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła.
/Szymborska/


***

Część wymienionych przeze mnie usterek może nie być błędem, ale moim zdaniem razi przy czytaniu, dlatego je wypisuję. W uszach innych użytkowników mogą brzmieć dobrze.
Też jestem człowiekiem i też popełniam błędy - jeżeli jakiś element mojego komentarza jest dla Ciebie nielogiczny, niepoprawny etc. to zwróć mi na to uwagę.
Jeśli już poświęciłam Ci na tyle dużo czasu, żeby skomentować Twój tekst w więcej niż dwóch, trzech zdaniach to miło by mi było, gdybyś jakoś się do tego odniósł (nie chodzi mi o zmianę tekstu tylko o komentarz).
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2012 17:32 przez Gabriela.)
26.03.2012 17:18
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Sylar Offline
the truth
*

Liczba postów: 2,614
Dołączył: 31-05-2010
Reputacja: 10
Niebiańska
Post: #9
RE: Za pięć trzynasta
Chodzi o to, że babcia tam pa ruski trochę naciąga, dlatego o granicy wspomnianie ^^. Ale fakt, po rosyjsku to vs[i]e, fonetycznie. Ale to się jakoś ot przyjęło, bo wiele osób tak mówiących znam, które z rosyjskim nic wspólnego nie miały.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2012 17:26 przez Sylar.)
26.03.2012 17:25
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Gasp Offline
Piszący opowiadania
Użytkownik

Liczba postów: 76
Dołączył: 14-05-2011
Reputacja: 0
Neutralna
Post: #10
RE: Za pięć trzynasta
Pozytywne.
Lekki, czasem mam wrażenie, że wręcz skrajnie potoczny styl pisania bardzo przypadł mi do gustu. Trudno mi ocenić, jak treść ma się do realiów - nie znam żadnego z przedstawicieli naego "południowego sąsiada" - ale tak właśnie wyobrażam sobie Czechów. Plus.
Właśnie - lekkie, pozytywne, przyjemne, wyśmiewające pewne przywary - typowe opowiadanie obyczajowe. Jednocześnie nie nachalnie zabawne. Po prostu dobre, choć jak na razie nie zaskakujące szczególnie. Choć może to i lepiej?

Pisałem o kolokwializmach: "karpik" użyty raz, na początku pasował wręcz idealnie, kiedy jednak go powtórzyłaś - zabrzmiał sztucznie. Może za często?

"Może czasem warto mieć ambicje... Coby być..."
26.03.2012 20:27
      Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Odpowiedz 


Skocz do: