Gdzieś mi przy formatowaniu ucięło tamten kawałek zdania. Mea culpa xD
Slajd 2
Gdzie kuzynka Iva ma wielkie wejście, Oldrich się dusi, a Pavel robi dobrą minę do złej gry.
Mama Oldricha po raz kolejny udowodniła, że rok temu jeszcze nie osiągnęła szczytu swoich kucharskich umiejętności i stół ponownie uginał się pod ciężarem dóbr wszelakich, na widok których takiemu kawalerowi jak ja żołądek wywracał się do góry nogami i błagał, aby pozwolono mu tu zostać na wieki. A stół był wielki, bo wokół niego musiało się zmieścić ponad trzydzieści osób. Na sam widok tych wszystkich krzeseł — jeszcze pustych — Oldrich jęknął. Chciał chyba coś powiedzieć, ale został zagoniony do odśnieżenia podjazdu i tyle go widziałem.
Mieliśmy wątpliwy przywilej bycia pierwszymi gośćmi. W teorii poproszono nas, abyśmy przyjechali wcześniej i pomogli w rozstawianiu całego tego kramu, w praktyce mama Oldricha zrobiła wszystko sama, ale tak było zawsze. Kiedyś miałem wyrzuty sumienia w takich sytuacjach, ale zdążyłem się już wyleczyć z tej przypadłości. Uśmiechnąłem się zatem szeroko i dałem zaprowadzić do kuchni, usadzić na zydelku, pamiętającym Czechosłowację, i z wdzięcznością przyjąłem kubek herbaty z konfiturą.
Pandemonium zaczęło się godzinę później.
Nie wiem jak to się stało, Oldrich też nie wie, jednak uważa, że maczały w tym palce ciemne moce albo kosmici, ale wylądowaliśmy pomiędzy ciocią Anežką a ciotunią Nastią. Obie panie swoją wiosnę życia miały już za sobą, przy czym jedna piastowała zaszczytny fotel kury domowej, a druga była nauczycielką. Panie te powinny były usiąść obok siebie, fakt że tego nie zrobiły pozwalał sądzić, że prowadziły właśnie wojnę, a my mieliśmy zostać wcieleni do ich armii.
— Ratunku — jęknął tuż obok mnie Oldrich. — Za jakie grzechy?
— Za wszystkie, nawet te, o których nie wiemy — odpowiedziałem mu cicho i uśmiechnąłem się do jednej z cioteczek. Tej, która właśnie wykładała mi, dlaczego kobiecie studia nie są potrzebne, bo jej miejsce jest w domu, a to ja — mężczyzna — mam zarabiać, bo do tego mnie Bóg stworzył. Cioteczka była bardzo religijna, czym wyróżniała się na tle raczej typowej czeskiej — ateistycznej — rodziny. Złośliwi uważali, że miała w żyłach polską krew. Wcześniej niuchali też słowacką, ale jak im wyjawiono, że mają przy stole stuprocentowego Słowaka, to się przerzucili na północnych sąsiadów i tak już zostało.
— Taki jest porządek rzeczy i tyle — zakończyła twardo i szybko przeniosła wzrok na Oldricha. — A ty znalazłeś w końcu narzeczoną? — zapytała ostro. — Taki duży chłopiec, a ciągle bez obrączki, toż to nie do pomyślenia!
Oldrich zrobił przerażoną minę i przez ułamek sekundy wyglądał, jakby miał zamiar uciec od stołu. Zebrał się jednak w sobie i korzystając z doświadczeń nabytych przez lata, odparł jedynie bardzo cicho.
— Nie, ciociu.
Ja zaś w myślach dodałem, że nawet nie szukał, bo i po co mu dziewczyna? Oldrich miał w tej materii zgoła inne zapatrywania, ale o tym ciotki, wujkowie i cała reszta wiedzieć nie musieli. Mama Oldricha co prawda twierdziła, że i tak się kiedyś dowiedzą, co jego ojciec ucinał stwierdzeniem, że może nim to nastąpi, kilka najbardziej awanturniczych elementów przeniesie się do lepszego świata i oszczędzi im wojny rodzinnej. Ciocia Anežka była jednym z tych elementów, a w dodatku bardzo kurczowo trzymała się życia.
— Ile ty masz zamiar jeszcze czekać? Iva już od kilku miesięcy spotyka się z pewnym kawalerem, a jest przecież dużo młodsza od ciebie!
— Iva jest pies na facetów — mruknął przez zaciśnięte zęby Oldrich tak, że nawet ja go ledwo usłyszałem. — Co w przypadku Ivy niczego nie oznacza, ciociu — dodał głośniej. — Ona cięgle z kimś chodzi, dziwne tylko, że prawie nigdy nikomu nie jest dane ich poznać.
— Dzisiaj! Dzisiaj Iva ma z nim przyjść. Dlatego ich jeszcze nie ma! — Z drugiej strony stołu wtrącił się nieznany mi wujek. — On ponoć długo pracuje! — Usilnie przekrzykiwał ogólną wrzawę.
Spojrzeliśmy po sobie z Oldrichem, nie kryjąc zaskoczenia.
— Michal, powiedz mi, że mi się, kurna, przesłyszało. — Błagalny głos Oldricha zabrzmiał tuż obok mojego ucha.
— Jeśli tak, to mnie też — szepnąłem.
Chichot narastał mi w gardle, a mój kolega zagryzł wargę, aby się nieco opanować. Żaden z nas już nie słuchał cioci Anežki, wujka czy kogokolwiek innego. W ułamku sekundy przedostaliśmy się do kuchni i do papierosów mamy Oldricha.
— To musi być jakiś żart — stwierdziłem z całą dostępną mi stanowczością po dłuższej chwili nabożnego trucia się nikotyną. — Iva nigdy nie miała faceta dłużej niż dwa tygodnie, a teraz ma go mieć od kilku miesięcy?! Unglaublich!
— Jeśli istnieje na tym kontynencie gościu, który jest w stanie ją znieść, to ja już we wszystko uwierzę!
— A może on nie jest ze Starego Świata? — rzuciłem kamyczek pomysłu, a za nim pomknęła lawina oldrichowej wyobraźni.
— Ty! Ty, jak ona przyprowadzi jakiegoś skośnookiego czy czarnego, to przecież pół rodziny wykituje na miejscu! Mnie to tam rybka. Jak dla mnie on może być nawet zielony w różowe groszki, ale dla takiej babci Eliški, to już inna bajka! Ona nie uzna nikogo jak Czecha. Musi być Czech i to certyfikowany. Taki bez Słowaka czy Austriaka w drzewie genologicznym do pięciu pokoleń wstecz! Nie wspominając o Niemcu czy Polaku!
Wyobraziłem sobie Ivę z tą jej burzą rudych włosów, w obowiązkowo zielonej sukience, garsonce czy innym takim wdzianku, w którym i tak nieodmiennie kojarzyła mi się z kuzynem leprikona, wchodzącą do tego domu pod rękę z mężczyzną wzrostu do metra siedemdziesięciu — bo wyższego nigdy nie upolowała — oraz cerze zielonej w różowe kropki... i zadławiłem się dymem.
— Przy tym moje preferencje seksualne to pikuś!
— Zluzuj, Oldrich. Zieloni w różowe kropki nie chodzą po Ziemi. — Spróbowałem go nieco przyhamować. — A przynajmniej nie widziano ich w Czechach. Znaczy może i widziano, ale przez osoby, które wypaliły więcej, niż się zaleca.
— No ale, ej! Jak on nie stąd, to przecież sobie tu nie pogada. Przy stole angielski zna może pięć osób, a tak to czeski, rosyjski lub austriacki. No, pomijam Honzę i jego węgierski.
Przewróciłem oczami i nie dodałem, że ja znam jeszcze słowacki, bo jestem Słowakiem, a to jednak jest pewna różnica w stosunku do czeskiego. Uznałem, że zostałem wrzucony do anglojęzycznego worka i moje pozostałe osiągnięcia lingwistyczne przestały się liczyć.
— Ale, jeny! Iva i facet! Serio w kompleksy wpadnę!
Zatoczył się teatralnie i z gracją wieloryba opadł na taboret akurat w chwili, gdy do kuchni weszła jego mama.
— Jak dla mnie możesz mieć nawet kompleks Edypa czy kogokolwiek innego, a tymczasem ściągnij mi z górnej półki te stare szklanki. Alkohol stanął na stole, więc niech używają tych. Jak wytłuką, to szkoda nie będzie.
— Mamo, a ty wiedziałaś o tym? — Oldrich za nic nie chciał porzucić tematu.
— Coś mi tam jej matka wspominała.
Przyglądałem się im, jak ostrożnie podają sobie szklanki, które swoje najlepsze lata przeżywały wtedy, gdy tu jeszcze była Czechosłowacja, a ja łapałem pasikoniki w Tatrach.
— I nic mi nie powiedziałaś?!
— Nie zorientowałam się, że to ciągle ten sam — odparła niewzruszona.
— To źle coś słuchałaś, kochana. Bo mnie to Uršula podkreślała pod dziesięć razy.
W drzwiach pojawiła się kolejna ciocia, dla odmiany z tych, z którymi można było pójść na piwo i dobrze się bawić pomimo niemal dwudziestoletniej różnicy wieku. Z lekkim trudem ominęła dwójkę Jasenských i stanęła koło mnie.
— Może dlatego, że do ciebie dzwoni raz na tydzień, a ja ją widuję co najmniej raz na dwa dni? Liczyła na to, że sama się zorientuję — obroniła się jubilatka bardziej zainteresowana starymi szklankami.
— Upsss — syknął z rozbawieniem Oldrich.
— Więcej się was tu nie zmieściło?
Ciotka zerknęła w stronę drzwi i uśmiechnęła się, Oldrich spojrzał na nas z wysokości taboretu i aż gwizdnął, a jego ojciec jedynie pokręcił głową z jakimś takim zrezygnowaniem.
— Testujemy teorię, że każda impreza grawitacyjnie opada w stronę kuchni — wyjaśniłem.
— Boże uchowaj! — jęknął. — Salonowi to jeszcze udaje się taki najazd przetrwać, ale kuchnię remontowałbym chyba przez miesiąc!
Parsknęliśmy śmiechem, co jedynie ściągnęło do kuchni kolejne zaciekawione osoby i może urodziny dalej grawitowałby w tę stronę, gdyby nie przerwał im dzwonek do drzwi.
— Iva! — zapiał Oldrich i omal nie spikował z taboretu.
Jego mama w pośpiechu odstawiła na tacę trzymaną szklankę i dosłownie pognała otworzyć. Ja jedynie nieśmiało wychynąłem do przedpokoju w duchu zastanawiając się czy zobaczę faceta o zielonej skórze w różowe groszki, czy azjatę?
Poczułem się wyraźnie rozczarowany, gdy zobaczyłem mężczyznę chyba wyższego ode mnie i w ogóle lepiej niż ja zbudowanego, w dodatku o raczej lokalnym typie urody. Sądząc po cichym westchnięciu za moimi plecami, nie tylko ja byłem zawiedziony. Iva natomiast promieniała niczym garniec złota na końcu tęczy.
— Przystojny jest — usłyszałem za sobą Oldricha.
— W twoim guście, nie?
— Cichaj — syknął.
Luby Ivy nazywał się Pavel Jedlišek i ponoć był wykładowcą. Na tę wiadomość na kliku twarzach odbiło się zaciekawienie, a sam Jedlišek coś tam próbował powiedzieć, ale Iva odezwała się niemal w tej samej chwili i finalnie nic a nic nie zrozumiałem. Oldrich usłyszał za to coś o budowie mostu, ale nie miało to zgoła sensu, a dociekać za bardzo nie było jak, bo cały stół zainteresował się Ivą i zakochanej parze nie dano nawet spokojnie zjeść.
— Widzisz, Oli — ciocia Anežka przypomniała sobie o nas, gdy zaschło jej w gardle na tyle, że nie mogła już przekrzyczeć ogólnego jazgotu. — Za mundurem panny sznurem, a ty nawet do wojska nie poszedłeś. Prawdziwy mężczyzna musi mieć mundur!
— Ciociu — jęknął i spojrzał na mnie pytająco.
Od kilku minut zajmowaliśmy się własnymi talerzami i burzliwa dyskusja przy stole zupełnie przestała nas interesować. Zatem skąd się to wojsko urodziło ciotce, tego nie wiedzieliśmy, a nie wypadało pytać.
— Mój świętej pamięci mąż był w wojsku. To nadaje charakteru.
— Ciociu, to już nie te czasy.
Z rozbawieniem obserwowałem to starcie pokoleń i wzrok Oldricha uciekający w stronę Jedliška. Znałem go już dostatecznie długo, aby móc rozpoznać, kto jest, a kto nie jest w jego typie. Czasami nawet zanim on sam się zorientował.
Przepadłeś, Oldrich — pomyślałem. — Plum! Jak kamień w wodę i to nawet nie w Wełtawę, a co najmniej w Dunaj.
W ogólnej wrzawie nawet moje własne myśli były dla mnie niewyraźne. Potop słów wokół mnie przeistaczał się w niezrozumiały szum, ilekroć pozwoliłem sobie na chwilę nieuwagi. Ponoć umiejętność radzenia sobie z tym nabywa się z wiekiem — tę teorię Marketa też nam wyłuskiwała, ale nie popierała jej autorytetem medycznym, a doświadczeniami z własną rodziną.
Po pierwszej salwie pytań siła ostrzału kierowanego w stronę Ivy i Pavla jakby nieco osłabła na rzecz analizy udzielonych odpowiedzi. Gdzieś po prawej bujnie kwitła dyskusja o obowiązkowej służbie wojskowej. Obok o niezalegalizowanych związkach. Ktoś coś mówił o podziale Czechosłowacji — pojęcia nie miałem skąd się to nagle wzięło ani o co dokładnie chodziło. Próbowałem się wsłuchać i być może dać upust mojemu słowackiemu patriotyzmowi, ale gubiłem co trzecie słowo. A gdy już coś zaczęło mi świtać, Oldrich brutalnie wyciągnął mnie na balkon.
— Chcesz mnie na zapalenie płuc wysłać do lepszego świata? — mruknąłem, gdy zimowe powietrze radośnie doskoczyło mi do gardła.
— Jak coś, to na raka — odparł i dał mi paczkę papierosów wraz z zatkniętą weń zapalniczką.
— Kochany jesteś, wiesz? — domruczałem. — A może raczej: zakochany.
— Udław się, Michalku — przysłodził mi. — Chyba, że jesteś zazdrosny.
Spojrzał na mnie przez ramię.
— Sobie nie schlebiaj, Oli — prychnąłem.
Oldrich otworzył usta, ale finalnie się nie odezwał. Zrobił jedynie karpika i w odruchu obronno–maskującym zaciągnął się dymem. Zaciekawiony podążyłem za jego wzrokiem i trafiłem na Jedliška, stojącego w progu balkonu. No, mówiłem, że przepadł. Nigdy nie podzielałem jego zainteresowań seksualnych, ale mi one nie przeszkadzały. Jeden samiec w wyścigu o kobiece serce mniej, no żyć nie umierać. Przynajmniej dopóki taki nie próbował się do mnie dostawiać. Z Oldrichem tę sprawę wyjaśniliśmy sobie już lata temu.
— Papierosa? — zapytałem, bo Oldricha zatkało na dłuższą chwilę, a głupio było tak się na siebie gapić i gapić.
— Z chęcią.
Rzuciłem mu paczkę, a on złapał ją pomimo półmroku i noszonych okularów. W sumie, gdyby jej nie złapał, to rozczarowałby mnie po raz kolejny.
— Nie dla mnie takie spędy — powiedział po pierwszych dwóch zaciągnięciach, czyli średnio wtedy, gdy z głowy ulatuje człowiekowi poszum rozmów z salonu; a przynajmniej tak jest w moim przypadku. — Za dużo.
— Się przyzwyczajaj, tu tak zawsze — spróbowałem powiedzieć to jak najbardziej złowieszczym tonem, ale szczękanie zębami zepsuło mi efekt.
— Co? A. Chyba nawet nie spróbuję.
Rozejrzał się jakby kogoś szukał.
— To jedna wielka szopka — szepnął.
— Każdy taki spęd to raczej cyrk. — Za moimi plecami Oldrich najwyraźniej odzyskał mowę.
— Cyrk. W sumie może i cyrk. Ale ja tu, to szopka, tylko o tym to sza, jeśli można prosić.
Uniosłem pytająco brew, chociaż mogło to pozostać niezauważone.
— Ja i Iva jesteśmy tylko znajomymi, a to teraz, to skutek zakładu — wyjaśnił Jedlišek i odetchnął, jakby mu ktoś kamień z serca zdjął.
Oldrich zakrztusił się dymem. Z przyjacielską troską poklepałem go po plecach, ale ani na chwilę nie spuściłem z nieznajomego wzroku.
— Chcesz mi powiedzieć, że nie jesteś jej chłopakiem? — zapytałem również szeptem.
Skrzywił się i przewrócił oczami, a ja poczułem kojące ciepło rozlewające się po moim umyśle.
— Dzięki Bogu! — westchnąłem teatralnie. — Świat jednak nie fiknął kozła i nie stanął na głowie.
Jedlišek wyraźnie nie rozumiał, o co mi chodzi, a Oldrich od kaszlu przeszedł do chichotu.
— Iva nie miała jednego chłopaka dłużej, jak przez dwa tygodnie — wyjaśniłem. — Tu zaś poszła wieść, że jesteście razem od dwóch miesięcy, wiec razem z Oldrichem poczuliśmy, jak nasz światopogląd wykonuje klasyczną lotniczą beczkę, do tego nieudolnie.
Jedlišek zamyślił się w sposób dość widoczny. Na chwilę spojrzał w stronę drzwi prowadzących do salonu. Oddałbym pół pensji, aby wiedzieć, co wtedy pomyślał. Trzeba mi się jednak było obejść smakiem i zadowolić wnioskami.
— Się wam nie dziwię.
Nad balkonem zawisła wymowna cisza, którą miałem ochotę jakoś skomentować, ale femme fatale weszła mi w pomysł.
— Tu jesteś, kochanie.
Iva wtańcowała pomiędzy nas i uwiesiła się na ramieniu Pavla. Nawet spróbował się uśmiechnąć, ale gdzieś w połowie zorientował się, że to w sumie nie ma sensu i zastygł z raczej dziwnym grymasem na twarzy. Kilka sekund zajęło kobiecie zorientowanie się w sytuacji, po czym spiorunowała mnie i Oldricha wzrokiem, który niemalże roztrzaskał nasze tarcze świętej niewinności.
— Jeśli komuś powiecie, to pożałujecie — syknęła i wyszła.
Cisza aż dźwięczała nam w uszach.
— Się jej zrymowało — wydusił w końcu Oldrich i zaczęliśmy się wręcz histerycznie śmiać.
Wszyscy.
EDIT: 24.04.12 - spóźnione bo spóźnione, ale poprawki z postów Gabrieli i Kanterial w końcu wprowadzone xD